03 grudnia 2012

Zimowy konkurs u Tirindeth! ^^

Muszę przyznać, że chyba wpadłam w jakiś konkursowy szał, bo ledwo zakończyłam jeden, a już rozpoczynam kolejny :) Oczywiście - jak obiecałam - wyniki konkursu z Próbami Ognia pojawią się u mnie na blogu 6 grudnia! A tymczasem zaczynamy kolejny konkurs - bardzo zimowy :D Podobno śnieg już w niektórych rejonach Polski nieśmiało popadał, więc warto przygarnąć jakąś "cieplutką" książkę - na wieczorne posiedzenie przy gorącej czekoladce jak znalazł :) A więc uwaga, nadchodzi baner od miszcza painta... 


A teraz regulamin: 

1. Organizatorem jestem ja, właścicielka bloga Tirindeth's Books, a nagrody pochodzą z mojej własnej biblioteczki;
2. Aby wziąć udział w zabawie, należy w komentarzu odpowiedzieć na pytanie konkursowe (forma dowolna);
3. Należy także podać swój adres mailowy (bez tego odpowiedź nie będzie brana pod uwagę);
4. A także wypadałoby podać tytuł książki, którą chciałoby się przygarnąć; 
5. Konkurs trwa od 3 do 13 grudnia 2012 (do północy), wyniki ogłoszę 15 grudnia 2012, a nagrody wyślę jeszcze przed świętami;
6. O wygranej poinformuję drogą mailową oraz w notce na blogu;
7. Trzech zwycięzców wybiorę spośród najciekawszych odpowiedzi; 
8. Nagrody zostaną wysłane listem poleconym po tym, jak otrzymam adresy od laureatów;  
9. Udział w zabawie może wziąć każdy, ale osoby nie posiadające bloga proszone są poza mailem o podanie też swojego imienia. Liczę na uczciwość zgłaszających się, zatem jeśli odkryję, że ktoś zgłosił swoją kandydaturę więcej niż JEDEN RAZ, zostanie zdyskwalifikowany!

A oto zadanie konkursowe:

Twoje najbardziej niezwykłe wspomnienie związane z Gwiazdką to... ?

Jako nagrody mam troszkę babskiej literatury:

"Księga cieni tom 1" Cate Tiernan
"Pomiędzy" Tara Hudson
"Królewska nierządnica" Gillian Bagwell

Byłoby miło, jakbyście dodali na swoje blogi mój "szpanerski" baner, choć oczywiście nie jest to obowiązkowe! ;) Niemniej im więcej osób się głosi, tym ciekawsza rywalizacja (zawsze to powtarzam :P)

Na koniec piosenka, która może Was natchnie do opowiedzenia o swoich świątecznych wspomnieniach :)  Tak więc powodzenia i niech magia świąt będzie z Wami! ^^

32 komentarze:

  1. Zgłaszam się!
    Chciałabym książkę "Pomiędzy" Tara Hudson
    beata5535@interia.pl
    Moje wspomnienie z gwiazdką było wtedy dosyć dawno (nie pamiętam ile wtedy miałam lat).Czekałam z rodzinką na Mikołaja. Żeby zobaczyć czy frunie już nie daleko swoimi saniami, mój tata zaproponował żebyśmy wyszły na dwór. Nikogo nie było widać tam na niebie a że było wtedy bardzo zimno weszliśmy do domu. Gdy powędrowaliśmy do pokoju naszym oczom ukazałysię prezenty. Akurat wtedy bardzo chciałam dostać gry planszowe więc "mówisz i masz". Potem z rodzinką graliśmy sobie w gry. Jakoś ta gwiazdka utknęła mi głęboko w pamięci, moze dlatego że jeszcze śnieg mocno padał :).
    Oto moje najlepsze oraz niezwykłe wspomnienie z gwiazdką.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na pewno wezmę udział, jak tylko coś wymyślę. :P
    Czy może to być fikcja? :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, wspomnienie powinno być jednak prawdziwe. Niemniej jeśli naprawdę nie masz jakiegoś fajnego wspomnienia, to może być CZĘŚCIOWO fikcja ;) Ale zawrzyj też elementy prawdziwe, proszę.

      Usuń
  3. Szpanerski banerek zamieszczony:) Udziału raczej nie wezmę,bo moje najbardziej trwałe wspomnienie jest akurat bardzo smutne. Ale życzę wszystkim dużo szczęścia:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Póki co zamieszczam u siebie banerek - fajny pomysł na pytanie konkursowe:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. banerka wstawię pod nowym postem (za 2-3 dni), okej? ;)
    no więc:
    email: 5ever.believe@gmail.com
    Przygarnąć pragnę: "Pomiędzy" - Tara Hudson
    Wspomnienie:

    Miałam wtedy 7 lat. Na Wigilii zagościła po raz pierwszy nasza rodzina z Lublina (wujek, ciocia i ich dwie córki + Kamil, świeżo upieczony małżonek starszej z córek - Justyny). Tego wieczoru pod choinką znalazłam książkę o dinozaurach (w życiu każdego dziecka następuje okres, kiedy zaczyna się fascynować tymi stworzeniami ;p. To była taka bajerancka książka, z tyłu była ukryta szufladka, którą otwierało się naciskając wystajęce oko Tyranozaura Rexa. Byłam taka szczęśliwa! Pokazywałam ją wszystkim. W pewnym momencie tata zapytał się, czy może knigę obejrzeć; naturalnie zgodziłam się. Nie minęło 10 minut... a oko opuściło swoje właściwe miejsce, tata niechcący je popsuł. Zaczęłam płakać, ale nic mi łzy nie pomogły - oko po prostu nie chciało wrócić do "domku". Wtedy do akcji wkroczył Kamil, spędził kilkanaście minut próbując książkę naprawić, aż w końcu mu się udało! Tata nigdy więcej książki nie tknął, a Kamil zyskał przychylność w nowej rodzinie ;)))

    Może trochę banalne, ale to właśnie to wspomnienie utkwiło w mojej pamięci najbardziej.

    Wesołych świąt! :D

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja z chęcią wezmę udział w konkursie ;) Baner już wstawiam ^^
    Mój adres e-mail: gabriela.matlak@gmail.com
    Książka: "Księga cieni tom 1" Cate Tiernan :)

    Moje wspomnienie z dzieciństwa:
    To, co do dzisiaj wspominam z uśmiechem na twarzy, wydarzyło się w Wigilię Bożego Narodzenia, gdy miałam zaledwie siedem lat.
    Wieczerza wigilijna miała się odbyć rodzinnie w naszym domu; zaproszeni zostali dziadkowie, ciotki, wujkowie, młodsze i starsze kuzynostwo oraz dalecy krewni. Jako że choinka została już przystrojona w kolorowe bombki, starszy brat schował wszystkie niepotrzebne łańcuchy (przez co nie mogłam bawić się w pokaz mody z świątecznymi ozdobami w roli boa z piór), mama rozmawiała przez telefon ze swoją znajomą, a tata naprawiał ostatnią żarówkę w sznurze lampek na drzewku, nie miałam co robić. Ubrana w niebieską sukienkę a la księżniczka i grube białe rajtki, usiadłam na sofie i gapiłam się w ciemne niebo, co chwila mrucząc: "Nuuuudzi mi się!". Oczywiście mama uciszała mnie machnięciem ręki. Tak bardzo czekałam na gości, że aż nie chciałam bawić się lalkami i pluszakami. Baśnie z kolorowymi ilustracjami porzuciłam gdzieś w pokoju. Wtedy liczyła się zaproszona rodzina oraz... prezenty! W liście do Gwiazdki pisałam, że bardzo chciałabym dostać najnowszą lalkę Baby Born lub Barbie z nartami. Mama powiedziała mi, iż porozmawia z Gwiazdką i postara się ją na mówić na tego rodzaju prezenty.
    Czas mijał, nastała już osiemnasta, gości wciąż nie było, ale zaczął sypać śnieg. Pamiętam, że wtedy sięgał on powyżej kolan, co w mieście było powodem do ogromnej radości. Niebo błyszczało od białych gwiazd. Nigdy tylu naraz nie widziałam. Zastanawiałam się, czy rodzina w ogóle zjawi się na wieczerzę, aż tu nagle...
    Ujrzałam największą, najpiękniejszą, najjaśniejszą spadającą gwiazdę. Była po prostu OGROMNA. Nie wiem, jak można było jej nie zauważyć. Leciała po skosie ku Ziemi, przecinając nocne niebo. Dla siedmioletniego dziecka taki widok był niesamowity. Zawołałam tatę, żeby zobaczył spadającą gwiazdę. Wyjrzał przez okno, ale wzruszył ramionami i powiedział, że nic takiego nie widzi. Potem stwierdził, iż wyobraziłam ją sobie, czekając niecierpliwie na prezenty.
    Ale ona była prawdziwa!
    I dalej spadała, nawet wtedy, gdy tata powrócił do majstrowania przy lampkach. Brat również nie dostrzegł jej na atramentowym niebie. Musieli być po prostu ślepi, albo nie patrzyli w tą stronę co ja...
    Obserwowałam ją przez całą drogę. Po kilku sekundach zniknęła, zgasła, rozpłynęła się w powietrzu, a śnieg zaczął sypać mocniej.
    Do dzisiaj pamiętam, że spełniły się moje obydwa życzenia, jednak to nie one sprawiły mi największą radość. Moim największym prezentem była spadająca gwiazda, którą zauważyłam tylko ja. Tego dnia uwierzyłam w magię świąt.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chętnie się zgłoszę :)
    milosniczkaksiazek@onet.pl
    baner zamieszczę w zakładce z konkursami po napisaniu komentarza :)
    wybieram: Królewską nierządnicę

    Moje najbardziej niezwykłe wspomnienie związane z Gwiazdką? Przyznam szczerze, że właściwie wszystkie Boże Narodzenia są do siebie podobne. Jednak jedna jedyna zapadła w mej pamięci... Nie pamiętam, ile miałam dokładnie lat. Mogłam mieć około 13-14 lat? Pamięć płata figle. Jednakże tamtego nie da się zapomnieć. Jakiś czas prędzej zmarła moja prababcia, matka mojego dziadka. Rodzina była z nią bardzo zżyta. Krótko mówiąc, brakowało nam jej w święta. Z rodzinką wpadliśmy na szalony pomysł. Zabraliśmy się za kontaktowanie z duchami... Wiadomo.. wszelkie akcesoria na miejscu, zapalone świece, pełne skupienie. W końcu przyszedł czas, aby sprawdzić, czy to działa. Poprosiliśmy ducha prababci, aby dał o sobie znać, jeśli jest teraz blisko nas. Chwilę później na choince dość mocno rozbujała się bombka. Uznaliśmy jednak, że to pewnie jakiś przeciąg, albo coś innego wywołało ten ruch. Krótko mówiąc - byliśmy sceptycznie nastawieni. Poprosiliśmy więc, aby dała bardziej wyraźny znak, że jest w naszym pobliżu. Czekaliśmy zaledwie chwilę... Ze stołu, przy którym wszyscy siedzieliśmy, dosłownie odskoczył jeden ze sztućców i powędrował w okolice łóżka ustawionego dość daleko od naszego miejsca. Pamiętam jak dziś miny zebranych. Dosłownie wszyscy pobladli. Nikt nie potrafił tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Pamiętam jednak, że od tamtej chwili nikt już nie ważył się wzywać duchów do pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy. A ja? Od tamtego czasu wierzę w życie po życiu. Miałam przecież namacalny dowód.

    OdpowiedzUsuń
  8. Piszę się na "Księga cieni tom 1" Cate Tiernan
    malamutka94@gmail.com

    PIES. Naprawdę. O psie marzyłam od dziecka, ale brak czasu i małe mieszkanie - szans nie było żadnych. I w którąś z zim, tuż przed gwiazdką, podczas spaceru zauwazyłam, jak drży kupka śniegu. Zatrzymałam mamę i jej to pokazałam, na co usłyszałam "To wiatr, chodź, nie marudź". Ale ja się wyrwałam i pobiegłam do kupki śniegu. Zaczęłam odgarniać zimną warstwę, zobaczyłam coś czarnego. Wsadziłam ręce głębiej. I wyciągnęłam małą, puchatą kulkę. Miała sznurek przywiązany do szyi i pobliskiego drzewa. Była cała mokra i przemarznięta. Zabraliśmy ją do weterynarza, podali jej kroplówkę. I, cóż, Sara jest z nami do dzisiaj :)

    OdpowiedzUsuń
  9. kotek13@vp.pl
    cóż, chyba wybiorę "Pomiędzy", bo już od jakiegoś czasu chcę przeczytać tę książkę, choć "Królewska nierządnica" też brzmi obiecująco.

    Moje najbardziej niezwykłe świąteczne wspomnienie... Cóż, wspomnienie pochodzi z ostatniego roku. Jest dwudziesty trzeci grudnia, choinka ubrana już od kilku dni i cieszy nasze oko migotliwą plątaniną lampeczek, czekoladowych cukierków i bombek - tysiącem bombek w przeróżnych kolorach, bez kompletów, pomijając dwa opakowania, złote i kremowe (bunt mojej mamy przeciw tęczowej choince). Święta spędzają u nas wujek i ciocia, którzy przyjechali ze Szwajcarii. Wszystko miło, słodko i wesoło. Kładziemy się spać, ja przytulona do mojego ciepłego, mięciutkiego kota, wtedy właściwie kotka. Nadchodzi nowy dzień, wigilia Bożego Narodzenia. Około godziny ósmej nad ranem, gdy wszyscy jeszcze śpią, odsypiając zmęczenie podczas sprzątania, rozlega się hałas. I to hałas nie byle jaki. Najpierw głuche, stłumione uderzeń, a potem dźwięk tłuczonego szkła. Szkła tłuczonego na potęgę. I jedno, jedyne miauknięcie. Miauknięcie tak żałosne, że myślałam, że mi kota ze skóry obierają. Otóż kota mi nikt nie obrał, a on zdaje się miał ochotę odpakować jeden z czekoladowych cukierków, bo choć nikt nie jest w stanie mu tego udowodnić, to czego innego szukałby na choince?
    Wszyscy zbiegamy do salonu i naszym oczom ukazuje się przerażający widok. Nasza piękna choinka leży na podłodze a wokół niej... Powiedziałabym, że pękła tęcza. Albo że urządzono rzeź kolorowych wróżek, ale to nie jest aż tak poetyczne. Wielkie fragmenty baniek i szkiełka tak maleńkie, że wręcz nie sposób powiedzieć, z jakiego koloru bańki powstały. A mój biedny kotek, który nie wiem jakim cudem nie został nawet delikatnie zadrapany, podbiega do nas i żali się głośno. Był taki słodki, że w odmienności od mamy, nie byłam w stanie się na niego gniewać. Oczywiście tata bez problemu ustawił choinkę do pionu, a ciocia z siostrą wyskoczyły szybko do kwiaciarni, żeby zapas baniek odnowić (oczywiście w tonacji złoto-krem). Kilka gałązek trzeba było uciąć, bo sterczały pod dziwnym kątem, no i należało przeprowadzić gruntowne sprzątanie salonu... Ale śmiechu było przy tym tak dużo, że nikt niczego nie żałuje i nawet kota nie spotkała kara. Minus był tylko jeden: moja ulubiona bańka, biała w różnokolorowe serduszka została zbita... zachowałam jej największą część na pamiątkę.

    Od pewnego czasu czytam twojego bloga i spisuję sobie listę książek do przeczytania. I muszę przyznać, że twój blog jest jak do tej pory najlepszy, jeśli chodzi o recenzje. I piszę to nie, żeby się podlizać, tylko dlatego, że ogarnął mnie świąteczny nastrój i mam ochotę czynić dobro, dobro i jeszcze raz dobro ;) <3

    OdpowiedzUsuń
  10. zgłaszam się po "Pomiędzy" :P
    renka012@wp.pl

    Dawno temu, gdy byłam mała, miałam ciekawe święta :)
    Cała moja szalona rodzinka, na pewno też je pamięta...
    Stała choinka, przyszedł Mikołaj z prezentów pełnym worem...
    Mój wystraszony młodszy brat schował się pod stołem!
    Dzieci szczęśliwe w prezentów szał wpadły,
    Co dostał jeden z braci? W życiu byście nie zgadły!
    Nowy domownik, mały, puchaty! w zachwyt nas wszystkich wprawił!
    A że był mały i wystraszony, też pod choinką (śmierdzący) prezent zostawił! :D

    banerek umieszczam w zakładce z konkursami :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było to dokładnie 17 lat temu :) a do dziś, co roku wspominamy te "śmierdzące" święta i niezapomnianego kotka... :P

      Usuń
  11. Zgłaszam się :P Po księgę Cieni ...
    funvirtualnaja@interia.pl
    moje imię to Aleksandra ^-^
    Gdy wstałam od razu wiedziałam że ten dzień będzie wyjątkowy . Szybciutko ubrałam na siebie rzeczy . Wiedziałam że muszę się spieszyć że by jak najszybciej pomóc mamie w przygotowaniach na dzisiejszą kolacje . Zawsze wolałam leniuchować jednak ten w dzień postanowiłam jej pomóc . Gdy weszłam do niebieskiej kuchni od razu zaczęło być gorąco . Moja długowłosa mama uśmiechała się do mnie trzymając w ręce fartuszek . Nie zwlekając wzięłam się do pracy
    Jednakże to nie ranek i południe były takie wyjątkowe ale wieczór . Gdy siedziałam na parapecie wpatrując się w niebo wyszukując pierwszej gwiazdki nie mogłam się doczekać się kolacji .. Nigdy w całym roku nie zjeżdżamy się z naszą rodziną tak jak dziś .. Ten wieczór nie jest dla mnie wyjątkowy tylko przez prezenty ale przez rodzinę która znaczy dla mnie więcej niż rzeczy materialne . Z
    Zeskoczyłam z parapetu wielce uradowana bo wreszcie się pojawiła wyczekiwana gwiazda . Pobiegłam do pokoju powiedzieć wszystkim że możemy zaczynać . Jednak ktoś mi przeszkodził .. Dzwonkiem do drzwi . Nie spodziewaliśmy się już więcej gości więc poszłam otworzyć drzwi . Moje zdziwienie nie znao granic gdy na progu stanoł mój dawno zaginiony brat . Nie wiedziałam co mam zrobić więc tyko stałam w szoku z otwartą buzią .Pamiętam że w głowie miałam tylko jedną myśl : jak to możliwe ?!
    Okazało się że Sebastian - mój brat tak naprawde zgubił się a jakaś rodzina postanowiła go przygarnąć .. W ten rok postanowili mu powiedzieć a On nas odszukał ..
    Nigdy nie zapomnę tych świąt . Były dla mnie nie zapomniane ...

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetny konkurs i atrakcyjne nagrody - musiałam to napisać, chociaż sama nie będę brała udziału w konkursie, gdyż jeszcze brak mi świątecznej weny :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Zgłaszam się po "Pomiędzy" :) marta_kusz@wp.pl

    Moje najbardziej niezwykłe wspomnienie związane z Gwiazdką to kolacja przy wigilijnym stole z prawie wszystkimi kuzynami ze strony mamy. Mieszkanie pełne, wszędzie krzesła i fotele, tłum jak w kościele a tu w moim pierogu jeden grosz! Wszyscy gratulowali szczęścia i w ogóle przez chwilę byłam w centrum uwagi a potem mimo odejścia od stołu nadal było gwarnie i wesoło, poudawaliśmy, że świetnie znamy kolędy, pobawiliśmy się, chyba nawet przebraliśmy od razu w królewskie łaszki i wyszliśmy na kolędowanie. Cudnie było świętować tak tłumnie gdy się było małym :) Teraz doceniam po prostu, gdy w wigilię jesteśmy wszyscy razem - rodzeństwo i rodzice, bo przez studia i ciągle zmieniane adresy ciężko się spotkać. Przełomowe były pod tym względem ostatnie święta. Było nas tylko sześcioro, a mimo to było magicznie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Faktycznie szalejesz z konkursami. Twój szapnerski baner umieszczę na blogu, a nad odpowiedzią jeszcze podumam :)

    OdpowiedzUsuń
  15. No no, święty Mikołaj! :D Tym razem dam szansę innym, bo pewnie bardziej ich ciągnie do tych pozycji niż mnie, więc powodzenia! :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mail: patrycjakuchta@onet.pl
    Byłoby mi bardzo miło gdybym mogła przygarnąć książkę "Pomiędzy".

    Historia jest prawdziwa, tylko w jednym maleńkim detalu odrobinę zmieniona by nie była dwa razy dłuższa ;)

    Jako dziewczynka będąca szczęśliwą posiadaczką starszego brata, bardzo wcześnie przestałam wierzyć w Świętego Mikołaja. Pewnego dnia po prostu oznajmił mi, że brodatego rozdawacza prezentów zwyczajnie nie ma. Cała moja pięcioletnia duma została dogłębnie urażona i mimo usilnych starań rodziców, wciąż nie udawało się znaleźć potwierdzenia, że faktycznie ktoś taki istnieje. Aż do pewnej bardzo magicznej gwiazdki, kiedy wszystko się zmieniło…

    Przygotowania do świąt szły pełną parą. Garnki grzechotały wesoło, piekarniki tuliły swym ciepłem ciasta, lampki migotały kolorowym blaskiem na zielonej choince a śpiewane kolędy co chwila przerywał zbulwersowany krzyk mamy: „precz z mojej kuchni!”. Czyli atmosfera była jak zwykle pełna miłości i rodzinnego ciepła. Razem z siostrą w pocie czoła lepiłyśmy krzywe pierogi i wycinałyśmy ciasteczka w kształcie ufo. Jednak mimo ciążącej świadomości, że Mikołaj nie przyjdzie, dokładnie wiedziałam, że dostanę wymarzony prezent. Miałam swoje źródła i wiedziałam, że fabryka zabawek istnieje, a pracujące w niej skrzaty na pewno dorabiały po godzinach jako kurierzy. Mimo wszystko nie mogłam się doczekać, dlatego spędziłam resztę dnia wpatrując się w niebo i wyczekując pierwszej gwiazdki.

    Wieczorem wszyscy zasiedliśmy do stołu. I właśnie wtedy zdarzyło się coś całkowicie niewyobrażalnego! Przez drzwi do pokoju wszedł ON. Sam Święty Mikołaj. Poznałam go od razu, mimo iż totalnie nie tak go sobie wyobrażałam. Miał na sobie długi brązowy płaszcz z beżowym kożuszkiem, białe rękawice, białą czapkę z ogromnym czerwonym pomponem i blond brodę zasłaniającą niemal całą twarz. Na plecach dźwigał ciężki wypełniony po brzegi wór, a w dłoni trzymał długi drewniany kij. Przyznam szczerze: byłam przerażona! Ten monstrualnie duży mężczyzna totalnie nie przypominał miłego dziadka z filmów i reklam telewizyjnych. Wszyscy wyglądali na równie zaskoczonych jak ja. Zaprosili jednak przybysza do stołu i rozmawiali jak ze starym przyjacielem. Dokonałam szybkich kalkulacji. Tata siedział obok, dziadek dwa krzesła dalej. Brat z przerażoną miną też był obecny. Sąsiad, jako skrajnie chudy człowiek nie dałby rady stworzyć takiego kamuflażu a kolejny kandydat mieszkał 3 kilometry od mojego domu. Najodważniejszą rzeczą na jaką się zdecydowałam było schowanie się za mamę, jednak ta szybko oddała mnie temu strasznemu panu. Z szybko bijącym sercem wyrecytowałam wierszyk i zabrałam prezent. Przez resztę wieczoru Mikołaj przyglądał mi się z uśmiechem, a ja po prostu wiedziałam, że śmieje się z tego, że w niego nie wierzyłam. Kiedy wszyscy zajęli się rozpakowywaniem prezentów, pochylił się w moją stronę i wyciągnął zza brody śniegową kulę z całym zaprzęgiem reniferów ciągnących wielkie sanie w środku. „Nie zapomnij o mnie przez ten rok”- powiedział, po czym wstał i pożegnał się grzecznie oznajmiając, że nie był jeszcze w Chinach, a jak wiadomo, dzieci tam całkiem sporo. I właśnie wtedy… zgasło światło. Mama szybko zapaliła świecę lecz po Mikołaju nie było już nawet śladu. Podbiegłam do okna i zobaczyłam zarys postaci w mroku, dzwoniącej miarowo małym dzwoneczkiem. Ten dźwięk miałam zapamiętać już do końca życia. Nawet teraz kiedy, przybyło mi sporo lat, wciąż wiem, że Mikołaj istnieje. Jednak on też ma prawo się zestarzeć, dlatego już nie pojawia się przy naszym Wigilijnym stole. Wciąż jednak mam jego kulę i dzięki niej ta magiczna chwila rozlewa się ciepłem w moich wspomnieniach za każdym razem, kiedy na nią patrzę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Książka jaka mnie interesuje to: Królewska nierządnica Gillian Bagwell
    shadow-sol@wp.pl

    No dobra (i tak jak już wspominałam nie wygram), ale obiecałam, że wezmę udział :P Przypomniałam sobie coś czego nie zapomnę chyba do końca życia. Mała franca ze mnie była i zaatakowałam Mikołaja :D

    Ale zacznijmy od początku. Mama podsunęła mi pomysł, żebym napisała list do Św. Mikołaja w sprawie prezentów jakie chciałabym otrzymać. Ja twardo wierzyłam, że przecież Mikołaj wie co chcą dostać dzieci bo ma niezwykły zmysł! No, ale po wielu namowach postanowiłam stworzyć list - tak dla pewności. Napisałam, że chciałabym dostać (i tutaj pamiętam dokładny opis!) lalkę, przepiękną, porcelanową w zielonej sukni i zielonym czepku, ze złotymi lokami okalającymi jej piękną zarumienioną buzię. Chciałam również, żeby lalka miała okulary (nie wiem czemu). W dniu 6 grudnia, przyszedł Mikołaj (pseudo, oczywiście) i wręczył mi wielki pakunek. W środku był wieli miś ze złotym futerkiem i... zielonymi ogrodniczkami -.- To chyba jakieś kpiny, sobie pomyślałam. Miała być lalka, a nie miś! Jako zawiedziona fanka Czerwonego człowieczka zasadziłam mu kopa w kostkę i wszczęłam bunt. Mikołaj oznajmił, że następnym razem dostanę rózgę, a ja pokazałam mu mój język.

    Z racji tego, że uwielbiam wspomnienia z dzieciństwa, to też właśnie takie Ci zaserwowałam. W sumie, to pewnie o wielu fajnych szczegółach nie wspomniałam, bo zwyczajnie moja pamięć mnie zawiodła :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Szpanerski baner oczywiście już wisi a ja powalczę o Królewską nierządnicę...

    alison2blog@gmail.com

    Przygotowując wigilijną wieczerzę zawsze pamiętamy o pustym miejscu dla niezapowiedzianego gościa. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek zdarzyło nam się go przyjąć, choć miejsce przy stole oczywiście czeka... Sama jednak stałam się specjalistką od nietypowego spędzania wigilijnego wieczoru.
    Przez kilka lat pomagałam w organizacji Europejskich Spotkań Młodzieży, które odbywają się zawsze pod koniec roku w którymś z europejskich miast. Młodzi przybywają na nie zaraz po świętach, tak wiec osoby pomagające w organizacji muszą pogodzić się z faktem opuszczenia rodziny jeszcze przed Wigilią.

    Pierwszy taki wyjazd był dla mnie wyjątkowo trudnym przeżyciem. Spotkanie miało miejsce w Warszawie, świadomość, że przebywam we własnym kraju, ale nie moge spędzać tego dnia z rodziną była bardziej bolesna, niż mogłam się tego spodziewać. Co prawda wiele warszawskich rodzin proponowało miejsce przy swoich stołach, jednak miałam wrażenie, że jeśli takie zaproszenie przyjmę, będzie mi jeszcze bardziej smutno... Z garstką znajomych ruszyliśmy w miast w poszukiwaniu jakiegokolwiek lokalu, gdzie moglibyśmy spędzić trochę czasu. Większość była albo zamknięta, albo zarezerwowana na wewnętrzne potrzeby właścicieli. Koniec końcem trafiliśmy do Mc Donald’sa. Oprócz naszego stolika, zajęty był tylko jeden, siedziała przy nim garstka Azjatów, którzy pewnie w ogóle nie świętowali tego dnia. Co prawda spędziłam ten dzień z przyjaciółmi, niemniej było to dość przygnębiające uczucie ...

    Z kolei Wigilia, którą wspominam najmilej miała miejsce w drodze na spotkanie w Lizbonie. Jechaliśmy tam dwoma autobusami, w jednym dziewczyny, w drugim chłopcy. Było jasne, że samą Wigilię przyjdzie nam spędzić gdzieś w drodze. Całe szczęście, że pewien hiszpański zakon zaoferował nam możliwość krótkiego postoju i ciepłego posiłku... Zostaliśmy uprzedzeni, że nie powinniśmy oczekiwać zbyt wiele. Być może jakieś kanapki, może zupa ... Mimo to byliśmy niesamowicie wdzięczni za jakąkolwiek możliwość rozprostowania nóg...
    Na miejsce dotarliśmy bardzo późno, niewiele przed północą. Wiekszość zakonników już od dawna spała, pomijając dwóch, którzy mieli za zadanie się nami zaopiekować. Przyznaję, nie potrafiłam odpuścić takiej okazji i z moją najbliższą przyjaciółką opuściłam na parę minut grupę, by przez parę chwil pospacerować samemu w murach zakonu, zwykle niedostępnego dla kobiet. Naprawdę piorunujące wrażenie ...

    Po powrocie do grupy wszyscy udaliśmy się do jadalni, gdzie zakonnicy rozlewali już zupę. Po wielu godzinach w nienajlepiej ogrzewanym autobusie, zupa smakowała po prostu nieziemsko. Ledwo zdążyliśmy sięgnąć po łyżki, a na stole pojawiły się talerze z owocami morza. Całe szczęście, że przy naszym stoliku siedziała moja dobra znajoma, mająca już większe pojęcie na temat takich delikatesów. Bez jej demonstracji nie mielibyśmy pojęcia, jak w ogóle powinniśmy takie rzeczy jeść. Po skończeniu tego nietypowego dania większość była już naprawdę najedzona. Jakież było więc nasze zdziwienie, gdy nagle otworzyło się okienko łączące jadalnię z kuchnią i zakonnicy zaczęli roznosić różne rodzaje mięs i ryb, by w chwilę później zacząć rozlewać wino... Na zakończenie czekały na nas również upieczone przez zakonników ciasta i ciasteczka. Muszę przyznać, że podobnej uczty jeszcze nie widziałam. I pomyśleć, że to wszystko jedynie z dobroci serca zakonników. W zamian otrzymali jedynie naszą wdzięczność i świąteczną pieśń, którą ćwiczyliśmy już w autobusach i śpiewaliśmy na cztery głosy. Wszyscy byliśmy pod takim ogromnym wrażeniem, że staraliśmy się zaśpiewać tak pięknie i tak uroczyście, jak tylko potrafimy. Podejrzewam, że udało nam się obudzić większość śpiących zakonników...
    Od tamtej Wigilii minęło już wiele lat. Mimo to, chętnie powracam do niej pamięcią i wspominam tą absolutnie bezinteresowną dobroć ludzi, którzy zdecydowali się ugościć dwa autobusy pełne zupełnie nieznanych im ludzi...

    OdpowiedzUsuń
  19. Historia karpia „Tymoteusza” w mojej rodzinie, jest już od lat przywoływana przy każdej okazji gdy jemy królewską rybę.
    Pod osłoną nocy, gdy wszyscy domownicy już dawno znajdowali się w objęciach Morfeusza, karp Tymoteusz (największy z braci) dokonując czynu wręcz niebywałego, bowiem dzięki wrodzonemu sprytowi i chęci poznania szerszych horyzontów, wyskoczył z wanny pełnej wody i po heroicznej walce poległ na płytkach. Żywot jego, był krótki i marny , choć świata nie poznał to czynu wielkiego dokonał i jego historia, z uśmiechem przez lata będzie opowiadana.

    e-mail: kkkarolaaa@o2.pl
    Książka : "Królewska nierządnica" Gillian Bagwell
    Pozdrawiam
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
  20. Zgłaszam się ,uwielbiam takie konkursy!
    agatka105@gazeta.pl

    ,,Pomiędzy" Tara Hudson

    Wiadomo ,że każdy dom ma inne tradycje. Moja rodzina od zarania dziejów ubiera choinkę w wigilijny poranek ,kiedy wszyscy chodzą po domu jeszcze w piżamach. Dzień wcześniej zawsze wybieram się z Ojcem do nadleśnictwa ,by wybrać najpiękniejszą choinkę w całym lesie. Nie wyobrażamy sobie jakiegoś plastiku ,który miałby udawać prawdziwą choinkę! Otóż kilka lat temu (bodajże w 2008 roku) jak zwykle wycięliśmy choinkę ze szkółki. Niestety ojciec nie przewidział ,że choinka musi mieć jakieś ograniczenie wzrostowe. To już pomijam. Po powrocie do domu ledwo co udało nam się ją zmieścić w pokoju. Trzeba było ją znacznie skrócić. Następnego dnia rano ubraliśmy ją w piękne ozdoby. Tutaj też mamy specjalne kryterium ,ponieważ wyznajemy zasadę ,że wszystko musi być zrobione przez nas.Dopuszczalne są pierniczki na sznureczkach ,posprejowane orzechy itp. Wyjątkiem są kolorowe lampki. Nikt nie przewidział ,że niebezpieczne jest zawieszanie bardzo starych lampek na łatwopalnym drzewku. Nic dziwnego ,że w ferworze świątecznego gotowania i sprzątania nikt nie zorientował się ,że z pokoju ,w którym stoi choinka zaczyna dziwnie pachnieć. W ostatnim momencie (gdybym weszła później chałupa by się nam spaliła na 100%) weszłam do pokoju z makowcem w rękach. Oczywiście ciasto wylądowało na ziemii ,ale szybko zawołałam mamę ,której udało się ugasić nasz mały choinkowy pożar. Przy kolacji Wigilijnej niestety nikt nie miał nastroju. Wszyscy żałowali makowca i tego ,że nie zakupiliśmy nowej choinki. Od tamtego razu już nigdy nie zapaliliśmy lampek na drzewku!!! Zawsze przy ubieraniu drzewka wspominamy tę historię. Teraz się z niej nabijamy ,ale wtedy nie było nam za bardzo do śmiechu...

    OdpowiedzUsuń
  21. Zgłaszam się, inka144@interia.pl - Kaśka
    Chętnie bym przygarnęła "Pomiędzy" :)

    W kącie pokoju stała przystrojona choinka, a pod nią leżały stosy prezentów. Siedziałam przy oknie i wpatrywałam się w niebo, wyglądając pierwszej gwiazdki. Mama krzątała się po kuchni, a tata jak zwykle kręcił się nieopodal. „Świeć gwiazdeczko mała, świeć!” – podśpiewywałam w myślach i czekałam. Chciałabym żeby święta były wyjątkowe. Bez kłótni, grymasów, a przede wszystkim rozczarowań.
    - Chodźcie już! – krzyknęła mama i gestem ręki zaprosiła nas do stołu. Czekały na nim cztery nakrycia. Dla nas i niespodziewanego gościa. Pod obrusem leżało sianko. Na talerzu czekał opłatek. Tata wziął do ręki Pismo Święte i rozpoczął czytanie.
    - W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta. – czytał, jednak po chwili wyłączyłam się. Znałam ten tekst na pamięć. Bardziej od niego interesowało mnie, co znajduje się w kolorowych opakowaniach. - Nie było dla nich miejsca w gospodzie. Oto Słowo Pańskie.
    - Chwała Tobie Chryste. – odpowiedziałyśmy. Nadszedł czas na dzielenie się opłatkiem. Po raz kolejny uśmiechałam się, wydukałam parę słów i to starczało. Wtedy usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
    - Pójdę otworzyć. – powiedział tata. Oczekiwał, że zostaniemy na miejscach, jednak ciekawość była zbyt wielka i podreptałyśmy tuż za nim. Na progu stała starsza kobieta pokryta od stóp do głów śniegiem. Zaniemówiłam. Nie spodziewaliśmy się gości.
    - Kim pani jest? – zapytała mama.
    - Proszę tylko o kromkę chleba. Nic więcej. – odpowiedziała.
    - Przynieść? – zapytałam nerwowo, jednak mama pokręciła głową.
    - Zapraszamy do środka. – powiedziała i wpuściła nieznajomą. Nie wiedziałam, dlaczego to zrobiła. Przecież to tylko zwykła kobieta. Mogła zaczekać, a potem sobie pójść. Byłam przekonana, że zepsuje nasze święta.
    Gdy zasiedliśmy przy stole rodzice zaczęli wypytywać starszą panią. Nie słuchałam. Po co? Ta kobieta w ogóle mnie nie interesowała. Na świecie było tysiące, a nawet miliony głodnych ludzi, a ona bezczelnie zapukała do naszych drzwi i zepsuła wszystko… Rodzice przestali interesować się mną na rzecz nieznajomej.
    - Wierzę, że świat będzie kiedyś lepszy. – mówiła. – Mój mąż zginął na wojnie wiele lat temu, a syn nie odzywa się do mnie. Chciałabym cofnąć czas i to zmienić. Dawniej byliśmy sobie bliscy, a teraz… Wyprowadził się za granicę i nie utrzymuje ze mną kontaktu. – mówiła. – Bardzo państwu dziękuję, naprawdę… Gdyby nie państwa pomoc na pewno zamarzłabym na dworze. – wydawało mi się, że kobieta mówi szczerze. Odrzuciłam jednak tę myśl, wiedząc, że na pewno chce wzbudzić w nas poczucie odpowiedzialności za nią. – Ile masz lat? – zapytała mnie.
    - Trzynaście. – odburknęłam nieprzyjemnym tonem. Nie ufałam tej kobiecie.
    - Wiem, że niełatwo jest ufać obcym, ale nie musisz się mnie bać. – powiedziała, jakby czytała w moich myślach.
    - Jest pani wróżką? – spytałam.
    - Nie. Potrafię odgadnąć, co dzieje się w ludzkich sercach. – uśmiechnęła się.
    Nie odpowiedziałam, a ona nie naciskała na mnie. Nie wiedziałam, że w moim sercu właśnie zaczęła się przemiana. Przestałam patrzeć wyczekująco na choinkę i prezenty pod nią, a zaczęłam snuć refleksje na temat kobiety. „A jeżeli Jezus chce mi coś przekazać?” – zastanawiałam się i byłam przekonana, że Bóg odkrył we mnie nieczystą duszę. W jednej chwili zaczęło mi się wydawać, że mam tysiąc wad, że wiele razy bez potrzeby krzywdziłam ludzi, że nie potrafiłam docenić innych, że byłam zaufaną w sobie egoistką…

    W moim domu, w moim sercu
    ani chłodu, ani gniewu,
    przybądź do mnie, mały Jezu,
    dam Ci gwiazdkę wprost ze śniegu.

    Zaśpiewała kobieta, a potem… Nadszedł czas na otwieranie prezentów. Postanowiłam cieszyć się z każdego. Bez wyjątku. Rozerwałam kolorowe opakowanie.
    - To dla pani. – powiedziałam cicho i wręczyłam jej figurkę aniołka. Uśmiechnęła się, a potem przytuliła mnie, jakby była moją babcią.
    - Dziękuję ci, to wiele dla mnie znaczy. – powiedziała. Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowie, a potem poszliśmy na pasterkę. To była najlepsza Wigilia w moim życiu

    OdpowiedzUsuń
  22. Zgłaszam się.

    sonia1996@autograf.pl

    ,,Pomiędzy" Tara Hudson

    Gdy byłam mniejsza mama zawsze kazała wyjść z pokoju, gdzie była choinka mnie i mojemu rodzeństwu. Musieliśmy wyjść, by "dzieciątko" mogło zostawić nam prezenty pod choinką. Wychodziliśmy do innego pokoju i czekaliśmy, aż pojawi się pierwsza gwiazdka ( ciekawie było, gdy niebo akurat było bezgwiezdne). Od zawsze uwielbiam świeczki. Wtedy też tak było i oczywiście z wielkim staraniem ułożyłam na stoliku świeczkę, kwiatki i coś tam jeszcze. Przekładałam i układałam dekoracje na stoliku, aż do momentu, gdy pojawiła się pierwsza gwiazdka i szybko zapomniałam o świeczce, interesując się prezentami zamiast tego. Chyba nie trudno się domyślić, co było później... Ktoś wyczuł palony plastik, a gdy szukał źródła tego zapachu trafił na małą niespodziankę. Świeczkę ustawiłam za blisko kwiatków i innych pierdółek, które szybko zaczęły zajmować się ogniem. Na szczęście nic wielkiego się nie stało. Zniszczyły się kwiatki, serwetka i jeszcze coś ( przepraszam, ale nie pamiętam już co ;) ). Taki mały incydencik został w mojej głowie do teraz :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Miszczu painta! Pjona! :3
    Zgłaszam się!
    e-mail: kassol14@wp.pl

    Banerek za chwilę się pojawi :)

    Pamiętam to niekoniecznie dokładnie, więc pewnie coś pomieszam.

    W wigilię przyjechała do nas na święta ciocia Jadzia. Bardzo spokojna kobietka, miła i w dodatku nigdy nie żałowała dla mnie prezentów. Dzień przed 24 grudnia prawie sama ubrałam choinkę( nie zostawiłam ani jednej pustej gałązki i byłam z tego bardzo dumna o czym WSZYSCY musieli wiedzieć). Kiedy na niebie wzeszła wreszcie długo wyczekiwana pierwsza gwiazdka, razem usiedliśmy do kolacji. Jednak jak można jeśc kiedy wiadomo, że za ścianą pod choinką leżą prezenty? NO JAK? Choć choinki były w dwóch pokojach to w salonie zawsze zostawiamy sobie prezenty. Jako siedmnoletnia dziewczynka byłam bardzo niecierpliwa. Pierwsza zjadłam barszczyk z uszkami, potem zupę makową z łazankami i kilka znienawidzonych pierogów z kapustą i grzybami( wtedy tak zwanymi ''małymi karaluchami''.Kiedy ja już konczyłam inni dopiero zaczynali posiłek, więc kolejne minuty czekania były dla mnie torturą. Jakiż był mój smutek kiedy okazało się , że pod drzewkiem nie było zupełnie nic! Pomyślałam, ze rodzice robią sobie ze mnie żarty i specjalnie schowali prezenty. Najpierw starałam zachować tzw. "poker face", ale długo nie wytrzymałam i po paru minutach byłam już w swoim pokoju wtulona wTtygryska(tak tego z Kubusia Puchatka). Głośno łkając musiałam przecierpiec brak prezentow na które czekałam cały rok! Cały rok! Przed Wigilią byłam najgrzeczniejszą dziewczynką na świecie, pomagałam mamie w przyrządzaniu potraw, sprzątałam(tak jak to siedmiolatka potrfi, ale zawsze to juz cos), przeprosiłam nawet koleżankę za to, ze ją przezwałam! Właśnie wtedy obiecałam sobie, ze już nigdy nie zrobie niczego dobrego, skoro taka mnie czeka nagroda. Przez moment nienawidziłam nawet rodziców i ukochanego Tygryska! Fakt byłam nerwowym dzieckiem. Już sobie wyobrażałam jak Klara, którą przeprosiłam będzie chwalić sie swoją Barbie z nowej kolekcji a ja zostane bez prezentu. Dla dziecka to duża presja, czułam się wylkuczona i pożałowałam, że przeprosiłam Klarę. NIewiarygodne jak człowiek jest zmienny w uczuciach. Kiedy do pokoju weszła roześmiana ciotka mój swiat dosłownie legł w gruzach i głośniejszy płacz wypełniał cały dom, dopóki nie słumiłam go przytulając się bardziej do Tygryska. Ciocia Jadzia próbowała się do mnie zbliżac ale celowo schowałam się pod kołdrą. Zaczęła mnie pocieszać , a ja znielubiłam ją jeszcze bardziej. Pomyślałam wtedy, ze przyszła, aby sie ze mnie pośmiać. Lecz kiedy powiedziała magiczne słowo ,,przepraszam kochanie" i wspomniała o tym , ze przełozyła prezenty bo poprostu nie mieściły się pod choinką w jej pokoju, natychmiast się do niej przytuliłam i popędziłam jak torpeda w poszukiwaniu prezentów, Faktycznie było ich bardzo, bardzo, bardzo dużo! Nowa lalka Barbie , kosmetyki, naklejki i inne typowo dziewczęce zabawki i upominki.

    Dziś kiedy wspominam tę historię robi mi się przykro, ze byłam taka samolubna i zapatrzona jedynie w prezenty , a nie zwróciłam uwagi na magię świąt. Teraz kiedy mam naście lat nie cieszę się tak bardzo z przyjazdu ciotki, raczej zamartwiam sie czy bezpiecznie dojedzie, czy weźmie leki, czy nie zapomnie o bilecie powrotnym, czy zakręci gaz i wodę... Teraz nie czuję też magii świąt tak wyrazistej jak kiedy. Wcale jej nie czuję. Świeta stały się teraz niezłą reklamą zamiast okresem radosci. Ludzie zamiast cieszyć się, zamartwiają o budżet, co jest zrozumiałe. Kiedy o tym wspominam, zawsze dochodzę do wniosku, ze wraz z wiekiem tracimy wyobraźnię i nasze serca stają się bardziej zimne. Tracimy refleks, radość i entuzjazm. To bardzo przykre bo w dzisiejszych czasach wielu z nas przydałyby się takie cechy.

    Pozdrawiam :) i Wesołych Świąt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak ,zapomniałam o książce! Jest mi to naprawdę obojetne, poniewaz wsystkie są wspaniałe! Kocham XVII wieczną Anglię w ogóle ją kocham , więc chyba postawie na tę ,,Królewską Nierzadnicę" albo nie..a może. Nie wiem.. Chociaż może nie.. Chyba ,,Księga cieni" bardziej do mnie przemiawia..Więc tak ,,Księga cieni" Ojej.. :C

      baner już wisi na recenzje-blackkaty.blogspot.com :3

      Usuń
  24. Gdy byłam mała moi rodzice co rok łamali sobie głowę co zrobić żebym nadal wierzyła w świętego Mikołaja. Tak więc pewnego roku gdy wszyscy "poszli" do kościoła, ja zostałam sama z tatą, a gdy usłyszałam pukanie do drzwi pognałam żeby je otworzyć jednak nikogo nie było. W tym czasie tata wyjął z szafy prezenty i poukładał je pod choinką po czym przyszedł do mnie. Gdy tylko weszłam do pokoju byłam święcie przekonana że to Mikołaj zapukał do drzwi i niewidzialny wszedł ułożył prezenty i wyszedł przez otwarty balkon.

    e-mail: martis008@gmail.com
    książka: Jest mi dosłownie obojętnie ponieważ wszystkie są świetne :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Przede wszystkim witam wszystkich.Po raz pierwszy /ale na pewno nie po raz ostatni/jestem na tym bloogu.Moje święta tak jak całe moje dzieciństwo nie były wesołe.Gdy miałam pięć lat,moja mam zmieniła wyznanie.Została wierną wyznawczynią Świadków Jehowy.Nie patrząc na dzieci i innych członków rodziny pozbawiła nas wszystkich radości i tradycji rodzinnych.Bombki oddała sąsiadom,Wszelkie obrazki,krzyżyki i inne atrybuty religijne wyrzuciła na śmieci,a w domu zapanowała pustka i smutek.Zabrać dzieciom wiarę w Mikołaja,choinkę,kolędy to tak jakby zabrać im dzieciństwo.Wiele lat ,aż do momentu swojej dojrzałości żyłam w izolacji od tej pięknej tradycji jaką są każde Święta.Jako nastolatka jeżdziłam do cioci/ba uciekałam z domu do cioci/ by przeżywać Boże Narodzenie czy Wielkanoc.Gdy założyłam swoją rodzinę powiedziałam sobie,że nigdy moje dzieci nie będą skazane na takie życie jakie mi zafundowała moja rodzicielka.Moje pierwsze święta w nowym domu były najcudowniejsze i najsłodsze .Wielka choinka,na której wisiały tylko cukierki i kilka bombek.Ciasto własnoręcznie upieczone.Potrawy wigilijne,które przygotowywałam z mężem po raz pierwszy.To nic,że ciasto z zakalcem,a zupa za słona.Ja byłam panią tych świąt.Panią domu i prawdziwą gospodynię.Pierwsze moje święta były najwspanialsze i je właśnie najbardziej sobie cenię.
    jolunia559@wp.pl
    Gdy zasłużę to poproszę Królewską nierządnicę.

    OdpowiedzUsuń
  26. Aw! O mało nie przegapiłam twojego konkursu :( Nie wiem czy uznasz mój tekst, gdyż rok temu brał już udział w konkursie na LC. Jeśli nie - trudno ;] Miło choć podzielić się z kimś swoją świąteczną historią ^^

    E-mail: alcia1993@op.pl
    Książka - "Królewska nierządnica"

    Święta 2005r - Kartka z pamiętnika małej Dizzy
    Pełen dom ludzi i wrzawy wesołych rozmów. Z kuchni wydobywał się przyjemny zapach świątecznych potraw, a w szczególności korzenny aromat piernikowych ludków. Każdy miał swoje zadanie - ostateczne porządki, gotowanie czy zawieszanie nowych ozdób na przerośniętej choince stojącej w salonie. Taka była tradycja - każdy kto przyjeżdżał do naszego domu na święta musiał zawiesić kilka cudeniek na choince. Dzięki tym różnorodnym świecidełkom, bombkom czy aniołkom wyglądała przepięknie - trochę jak "księżniczka" w ozdobnej sukni wyrwana z baśni. Rozmarzonym wzrokiem wpatrywałam się w nią dopóki mama nie upomniała mnie o moim zadaniu - kupieniu dwóch dużych bochenków chleba i mleka. Założyłam futrzane buciki, długi dziewczęcy płaszczyk, czapkę i wyszłam z domu. Schodząc schodami owinęłam się ciasno wełnianym szalikiem.
    Śnieg przyjemnie skrzypiał pod moimi stopami. Uśmiechnięta skierowałam się w stronę najbliższego supermarketu od czasu do czasu podskakując radośnie.
    Kocham święta. Wszyscy jesteśmy razem, obdarowujemy się prezentami i śpiewamy kolędy. Magiczna atmosfera wisi w powietrzu i nawet świadomość, że Mikołaj tak naprawdę nie istnieje nie sprawiała mi zawodu. W święta najpiękniejsza jest obecność najbliższych, ich śmiech i uśmiech!
    Przed celem mojej podróży siedziała młoda kobieta z małą dziewczynką i prosiła przechodniów o coś ciepłego do zjedzenia. Ich ubrania nie należały do najsolidniejszych, więc nie miałam wątpliwości, że musi im być potwornie zimno. Poczułam wewnątrz potworny smutek i szybko weszłam do supermarketu, wymijając obie. Miałam ochotę płakać. Ta mała dziewczynka nie ma świąt. Nie dostanie też prezentu ani nawet jednego, przepysznego piernikowego stworka! Nie wspominając już o innych pysznościach i wspaniałościach świąt.
    Pospiesznie zrobiłam zakupy i popędziłam do domu. Nie mogłam patrzeć na ten głód, biedę i ból. Roztrzęsiona wręczyłam mamie zakupy i uciekłam do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Skoro tamta słodka, mała dziewczynka nie może mieć świąt to dlaczego ja mam je mieć? Posiedzę sobie sama w pokoju, pod kołdrą, bez słodyczy, bez prezentów, bez kolęd i śmiechu. Głodna i smutna.
    Moje postanowienie anulowała moja mama. Weszła do pokoju, usiadła obok mnie, przytuliła i delikatnie głaszcząc mój mokry od łez policzek spytała co się stało. Opowiedziałam jej wszystko - o drodze do sklepu, spotkaniu z zmarzniętą panią i jej córeczką, o smutku, który czuję i beznadziejności świąt.
    Mama zamyśliła się na dobry moment, kucnęła przy moim łóżku, obejmując moje drżące z zażenowania dłonie.

    OdpowiedzUsuń
  27. (ciąg dalszy)
    - A może zaprosimy je do nas, króliczku? - zaproponowała, patrząc w moje zapuchnięte oczka.
    Zamrugałam kilkakrotnie powiekami, nie wierząc w to co usłyszałam. Kiwnęłam głową, przytuliłam mocno mamę i otarłam ostatnie łzy wypływające z oczu.
    Nim się obejrzałam szłam szczęśliwa z mamą w stronę supermarketu, ściskając mocno jej dłoń. Czułam jak wiara w magię świąt powraca, a ciepło i radość jaka wypełniała me wnętrze jest nie do opisania.
    Obie wciąż tam były, niezauważone przez przechodniów głuchych na ich prośby. Wszyscy mijali je obojętnie, patrząc z obrzydzeniem na brudne, znoszone już ubrania. Czy tylko ja i moja mama widziałyśmy w nich drugiego człowieka? Czy tylko my wiedziałyśmy co znaczą święta?
    Mama puściła moją dłoń i sama podeszła do nieznajomej. Nie dosłyszałam o czym rozmawiały, ale zaraz potem kobieta wstała i uściskała moją rodzicielkę serdecznie.
    - To nie moja zasługa lecz świątecznego ducha mojej córki... - zachichotała moja mama.
    Nieznajoma podeszła do mnie z uśmiechem i pocałowała mnie w policzek, dziękując. Zawstydzona poczerwieniałam i zmieszana spuściłam głowę. Wybąkałam, że to nic takiego w końcu są święta i każdy powinien zasiąść do stołu i zjeść piernikowego smakołyka. Kobieta przerwała mi tłumaczenia całując mnie w drugi policzek.
    Nie chciałam, by marzły ani chwili dłużej, więc ruszyłyśmy w drogę powrotną do domu, do świąt.
    Skrzypienie śniegu pod kilkoma stopami było takie przyjemne...
    ***
    Stół pełen potraw i siedzących przy nim ludzi. W pokoju unosił się przyjemny zapach pierożków i innych potaw. Moją twarz rozjaśnia uśmiech, tak samo jak Leny i jej małej córeczki Łucji. Choinkowe lampki oświetlają salon wszystkimi kolorami tęczy, a bombki połyskują w tym blasku, sprawiając, że ten niepozorny świerk naprawdę staje się postacią z bajki. Na jednej z gałązek wiszą dwa skromne, papierowe aniołki - mniejszy i większy wykonane przez Lenę, która pochwyciła naszą tradycję. Są najpiękniejszą ozdobą, bo wykonaną z serca pełnego miłości i wdzięczności.
    Lecz to ja powinnam być wdzięczna - uratowały moją wiarę w święta i magię tych chwil, spędzonych razem, w gronie, przy wigilijnym stole...
    Dziękuję!
    ***
    Pozdrawiam serdecznie! ;3

    OdpowiedzUsuń
  28. Zgłoszę się i ja, chociaż moja odpowiedź będzie trochę inna, :)
    Mail: nicole.k@poczta.onet.pl
    Książka: "Królewska nierządnica" Gillian Bagwell

    Nie obchodzę świąt, więc i gwiazdka nie ma dla mnie większej wartości niż pozostałe dni. Jednak ja, moja rodzina oraz również nieobchodzący bożego narodzenia znajomi mamy wtedy wolne, więc chętnie wykorzystujemy te nieliczne okazje, żeby się spotkać. :) Mieszkam strasznie daleko od cywilizacji, że tak powiem. Jak spadnie śnieg, to koniec świata! Jednak pamiętam do dziś, jak w czasie bożego narodzenia moja ciocia przyjechała wraz ze swoją gromadką trzech rozrabiaków. :) Rzadko odwiedza nas rodzina, więc bardzo się cieszyłam! I chociaż wymęczyli mnie, co nie miara, to bawiłam się świetnie! Zbudowaliśmy iglo(no próbowaliśmy, dach nie chciał się trzymać XD) oraz całą rodzinę 5 bałwanów, a potem jeszcze w domu "Nikola nie pokonasz mnie! Aggg!"(czytaj= próbowali mnie przewrócić, nieźle im szło nie powiem, jak trójka chłopaków na jedną Nikolę :D). Oczywiście spać nie chcieli wieczorem, ale i tak był to świetny dzień! :))))

    Pozdrawiam ;3

    OdpowiedzUsuń
  29. Najbardziej niezwykłe... Heh. Nie jestem pewna czy dokładnie to pamiętam, ale spróbujmy ;)

    Był mroźny wieczór jakie już nie bywają po tym całym "globalnym ociepleni" ;) Kołderka śniegu opatuliła już wszytko dookoła lecz on wciąż uparcie sypał. Jakby chciał specjalnie mi na złość, zasłonić pierwszą gwiazdkę. Oj. Jak ja wyczekiwałam tego światełka na niebie. Wyglądała jak maleńka łapeczka zawieszona na ogromnej choince. Po niej zaświecały się następne aż w końcu całe niebo było nimi usłane. Moja mam jak zwykle wszystko szykowała. Wiadomo, 12 potraw nie da się zrobić z godzinę (no... chyba że jako 12 potraw przyjmie się różnosmakowe zupki chińskie ;P) Nigdy nie mieliśmy karpia. Tak... raz mój brat przyniósł takowego do domu lecz nikt nie miał sumienia go zabić i powędrował jako prezent to sąsiada. Ale nie o karpi jest ta opowieść, lecz o... a zresztą zaraz do tego dojdę. Kiedy mama wszytko szykowała ja uparcie wpatrywałam się w niebo. Nic. Zero. Kompletne ciemności. Załamana co chwilę biadoliłam i narzekałam aż mama mając dosyć moich ciągłych pretensji (choć całkowicie zasłużonych. Kto to widział, by śnieg sprzeniewierzył się przeciwko dziecku!) Pozwoliła spróbować mi barszczu. Była nawet smaczny i piłam go dosyć łapczywie. Ale jak się potem okazało, w barszczy przypominał tylko kolor... wino. W roztargnieniu mam podała mi nie to co chciała. No cóż. Jak już mówiłam nie wiem czy dobrze wszytko pamiętam, ale to raczej nie przez wypity alkohol lecz wiek tej historii. Pamiętam na pewno jak miałam iść po sianko do obory by położyć je pod wigilijny stół, po czym wybiegłam z z krzykiem, że krowa zaczęła gadać i upomina się o świeże siano, a świnia nawrzucała mi, że jej nie odwiedzam. Pamiętam też jak śnieg przestała padać i ujrzałam wreszcie niebo. A na nim gwiazdkę. Piękną. Jasienianką. Która nagle zaczęła spadać. Byłam mała więc zamiast pomyśleć życzenie znów zaczęłam panikować, że skoro spadła pierwsza gwiazdka to i świąt nie będzie. Na a przecież jeszcze nie dostałam prezentów.! To były dosyć zwariowane święta. Wszędzie mnie było pełno :) Lecz mimo to miło je wspomina. Jak zwykle usiedliśmy wszyscy przy jednym stole z siankiem wyrwanych z czeluści gadającego zwierzyńca i połamaliśmy się opłatkiem. Zwykłe niezwykłe święta. Lecz mimo wszytko... nigdy więcej ;)

    amycoll@tlen.pl

    Chętnie przygarnę wszystkie (oh... jakby tak się dało ^^) ale myślę, że jak już mam wybrać to "Pomiędzy" Tara Hudson :)

    OdpowiedzUsuń

Za wszystkie komentarze serdecznie dziękuję! :)