27 marca 2012

"Nie jestem seryjnym mordercą" Dan Wells

"Miasteczkiem Clayton wstrząsa seria tajemniczych morderstw. To moja obsesja. Muszę się dowiedzieć, kto zabija.

Mój terapeuta twierdzi, że sam mam cechy seryjnego mordercy. 95% procent seryjnych morderców w dzieciństwie unikało ludzi, podpalało i dręczyło zwierzęta, ale to przecież nie oznacza, że każde pokręcone dziecko wyrasta na zabójcę, prawda?

John Cleaver, lat 15, diagnoza: antyspołeczne zaburzenia osobowości/ obsesyjnie zainteresowany seryjnymi mordercami/ może być niebezpieczny.
 Nie jestem seryjnym mordercą. Ale mógłbym nim być."


Morderstwo brzmi tak… zwyczajnie. To wszak tylko słowo, zlepek kilku sylab, które przy częstym powtarzaniu tracą swoje znaczenie. Nie będzie to jednak tylko słowo, gdy dodamy do niego obraz, dźwięk a nawet zapach. Wówczas morderstwo nabierze nowego znaczenia, stanie się problemem do rozważenia, głębszej analizy, przyczyną silnych emocji, jakie możemy poczuć. I najprawdopodobniej nie będą to pozytywne emocje. Czy zatem morderstwo może być tematem zainteresowania u dziecka, tak po prostu? Zwykłym hobby, jak jazda na rowerze albo popularne gry komputerowe? Co się stanie, gdy dziecięce zabawy zastąpione zosta obsesją na punkcie krwi, śmierci i… seryjnych morderców?

John ma piętnaście lat i bardzo nietypowe zainteresowania – fascynują go seryjni mordercy (nie mylić z zabójcami!). Jego obsesja wynika w dużej mierze z tego, że chłopak sam ma zadatki na seryjnego mordercę – najwyraźniej nie radzi sobie z emocjami, potrafi prześladować wybraną osobę (choć robi to nieświadomie), a nawet ma dosyć mroczne, ociekające krwią wyobrażenia. Nic więc dziwnego, że matka chłopca (prowadząca zakład pogrzebowy, w którym dziecko się praktycznie wychowało!) wysyła syna na leczenie. I może ten plan zakończyłby się powodzeniem, gdyby nie brutalne morderstwa, które wstrząsają ich miasteczkiem. Chłopak zaczyna podejrzewać, że w mieście pojawił się seryjny morderca, więc postanawia odnaleźć go i… no właśnie. Co wtedy?

Przyznaję szczerze – sięgając po powieść Nie jestem seryjnym mordercą, nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Co więcej, nie znam Dextera, do którego odwołuje się promocyjne hasło na okładce. Dlatego też powieść pana Wellsa była dla mnie ogromnym zaskoczeniem – dotychczas nie miałam okazji przeczytać książki o podobnej tematyce. I od razu Wam zdradzę, że lektura okazała się godna uwagi!

Oryginalność tej książki tkwi w jej zamyśle – poznajemy młodego chłopca (wszak 15 lat to jeszcze dziecko!), którego fascynuje śmierć w najokropniejszej odsłonie – będąca efektem makabrycznego morderstwa. John przedstawia nam historię swojego życia pięknym, bardzo obrazowym językiem, nie szczędząc widzowi drastycznych, często niesmacznych scen. Były chwile, gdy musiałam robić sobie przerwy w lekturze, by odzyskać nad sobą panowanie – nie co dzień czyta się o podobnych rzeczach. Minusem jednak może być fakt, że język – jakkolwiek dojrzały i przemyślany – całkowicie nie pasuje do młodego narratora, jakim jest nasz bohater, przez to wydźwięk dzieła wydaje się dosyć sztuczny.

Akcja powieści trzyma w napięciu – wraz z Johnem staramy się odkryć tożsamość mordercy, wtapiając się w emocje bohatera, a finał potrafi zwalić z nóg przede wszystkim dlatego, że jest nieco zaskakujący. Ponadto czuć w tej książce taką dziwną, trochę chorą fascynację nie tylko śmiercią, ale i zabijaniem, rozkładem oraz brakiem zahamowań. Zawdzięczamy to niewątpliwie świetnej kreacji głównego bohatera, który wciąga widza w świat swoich koszmarnych wizji. Sytuacja, w jakiej znajduje się John, z pewnością wzbudzi w czytelniku emocje i tym samym przekona go do sięgnięcia po kontynuację, która – mam nadzieję – będzie równie emocjonująca.

Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że Nie jestem seryjnym mordercą to książka dla ludzi o mocnych nerwach, którzy nie boją się drastycznych scen i psychopatycznych zamiłowań do wyprutych wnętrzności i skradających się w mroku niebezpieczeństw. To książka, która sprawi, że idąc ulicą późnym wieczorem mimowolnie będziemy oglądali się za siebie. Ale jest to też książka, która – wbrew pozorom – nadaje się dla osób w różnym wieku – kto bowiem powiedział, że thrillery psychologiczne są tylko dla dorosłych? Pomimo drobnego zgrzytu, jaki narodził się w doborze języka dla młodego narratora, szczerze mogę polecić powieść Dana Wellsa każdemu, kto lubi dreszczyk emocji i mrożące krew w żyłach sceny, dając ocenę 4+/6. Z największą przyjemnością sięgnę po kontynuację przygód Johna w powieści Pan Potwór, a Wam, drodzy Czytelnicy, zalecam rozwagę. Kto wie, jakie sekrety kryją się w głowie kolegi ze szkoły, bądź sprzedawcy z warzywniaka? Miejcie oczy szeroko otwarte!


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak!
Original: I am not a serial killer
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Data wydania: 11.01.2012

Trailer książki:

25 marca 2012

"The Hunger Games"

W ostatnim czasie prawdopodobnie nie było bardziej oczekiwanej premiery, niż ekranizacja bestsellerowej powieści Suzanne Collins – Igrzyska Śmierci. I szczerze przyznaję, że należałam do grupy tych osób, które śledziły (może nie fanatycznie, ale jednak) postępy na planie filmowym, szukając w sieci trailerów, fanowskich filmików, ścieżki dźwiękowej do każdego spotu (tak natrafiłam na projekt Sama Cushiona, o którym wspominałam TU). Moja miłość do powieści Suzanne tak mną zawładnęła, że postanowiłam nawet wytatuować sobie kosogłosa na ramieniu – teraz część tej historii będzie na zawsze ze mną. I uparcie tkwiłam w postanowieniu, że nie przeczytam żadnej przedpremierowej recenzji, by móc cieszyć się filmem w pełni, a nie przez pryzmat poznanych opinii. Więc przede wszystkim czekałam na ekranizację, bo cóż mi pozostało? I dziś oficjalnie ogłaszam, że naprawdę było warto!

Ponieważ nakreślanie fabuły filmu jest zbędne (osoby, które nie miały okazji jeszcze poznać książki i nie znają fabuły, odsyłam chociażby do strony filmweb), czas na moje własne spostrzeżenia. Najważniejszy wniosek i jednocześnie zaskoczenie, jakie nasuwa mi się od razu na myśl, to doskonale dobrani aktorzy – Jennifer Lawrence jako Katniss, Josh Hutcherson jako Peeta i Liam Hemsworth jako Gale (choć w tej części akurat za często się nie pojawiał) czy nawet Woody Harrelson jako Haymitch. Wszyscy pokazali, na co ich stać, od samego początku wzbudzając w widzu swoją grą niezwykłe emocje. Jennifer okazała się strzałem w dziesiątkę, gdyż wczucie się w buntowniczą i waleczną dziewczynę nie było dla niej problemem (nie wspominając o tym, że w dodatku jest naprawdę śliczna!), dzięki czemu rzeczywiście widziałam na ekranie moje własne wyobrażenie bohaterki z książki. Natomiast miałam ogromne obawy co do obsadzenia Josha w roli Peety – teraz wiem, że całkowicie niepotrzebne, bowiem Josh okazał się idealny! Od drugiej połowy filmu nie mogłam oderwać od niego spojrzenia, skradł moje serce swoją naturalnością i zniewalającym uśmiechem!

Fabuła filmu zasługuje na szczególną uwagę, bowiem trzyma się oryginału i większych odstępstw od powieści nie odnajdujemy. Niestety pominięto kilka istotnych scen, a niektóre były nieco skrócone i przez to bardzo spłaszczone  sytuacje, które powinny wywoływać emocje, nie zawsze były dopracowane na sto procent. Jednak w kilku momentach zdarzyło mi się nawet zapłakać, zwłaszcza podczas osławionych w oficjalnym trailerze dożynek - to wydarzenie zostało pokazane znakomicie! Niestety druga co do emocjonującego wydźwięku scena (zgadnijcie, która) nieco mnie zawiodła – spodziewałam się ze swojej strony tony wykorzystanych chusteczek i pociągania nosem do końca seansu... Ogromnym minusem dla filmu jest niewątpliwie cenzura – z tego, co się orientuję, aby ekranizacja nadawała się do obejrzenia przez młodszą publiczność, wycięto i zredukowano sceny krwawych walk do minimum. Uważam, że takie ograniczenia zadziałały tylko na niekorzyść filmu – w sumie to przecież z założenia opowieść o okrucieństwie oraz walce na śmierć i życie w antyutopijnej rzeczywistości. Najwyraźniej jednak twórcy postawili na przychód z biletów – im mniej ograniczeń, tym więcej ludzi kupi bilet do kina i obejrzy, prawda? Modlę się, by jednak zlitowali się nad starszym widzem i przy edycji DVD dołączyli owe dodatkowe sceny...

Muzyka filmowa nie była żadnym zaskoczeniem – spodziewałam się świetnej ścieżki dźwiękowej i taką też otrzymałam. Podobnie, jak i cała oprawa dla przedstawionej historii okazała się niezwykle trafnym wyborem – piękne krajobrazy, wspaniałe przedstawienie zepsutego do szpiku kości Kapitolu i zapowiedź wydarzeń w kolejnej części, której premiera jest przewidziana na – uwaga – prawdopodobnie 22 listopada 2013 roku (takie info znalazłam na facebooku IŚ)! Nie ukrywam, że już nie mogę się doczekać!

Podsumowując – ekranizacja jest tworem udanym, prezentuje kawał dobrego kina ze świetnymi efektami specjalnymi i mrożącą krew w żyłach historią spod pióra pani Collins. Niemniej ma też wspomniane wcześniej niedociągnięcia wynikające przede wszystkim z faktu, że to wciąż TYLKO ekranizacja (do tego made by Hollywood!)  – a największą moc niepodważalnie zawsze będzie miała nasza wyobraźnia, która zbuduje sceny z powieści tysiąc razy bardziej dokładnie, niż film. Natomiast co do porównywania Igrzysk Śmierci z ekranizacją Zmierzchu, to jedynym podobieństwem, jaki tu dostrzegam, może być nieuchronne nadejście mody na powieści Collins – gdy Zmierzch trafił do kin, Meyer stała się bardzo popularna. Teraz dokładnie tak samo będzie z twórczością Suzanne (oraz powieściami antyutopijnymi, które powoli opanowują rynek wydawniczy). Ufam jednak, że Igrzyska osiągną wszelkie możliwe rekordy oglądalności – już teraz wiadomo, że film pobił rekord pod względem sprzedanych w ciągu jednego dnia biletów, którym do tej pory szczyciła się ekranizacja Zaćmienia! (źródło TU)

Szczerze przyznam, że film Gary'ego Rossa wywołał we mnie spore emocje – już od pierwszych scen serce waliło mi jak oszalałe i nie mogłam opanować strachu przed kolejnymi wydarzeniami, choć przecież znam powieść na pamięć! W dodatku zauroczył mnie jeden z  aktorów (ten na zdjęciu obok :P), co w dużej mierze (choć to nie jest jedynie zasługa Peety!) wzmogło mój apetyt na powtórną przygodę z bohaterami (iść na Igrzyska tylko raz to w zasadzie nie tyle grzech, co tortura!). Dlatego też gorąco polecam ekranizację wszystkim fanom powieści Suzanne Collins, a także tym osobom, które z dziełem nie miały jeszcze styczności – chociaż w tym przypadku proponowałabym chociaż przejrzeć informacje o fabule książki, bo bez podstawowych informacji prawdopodobnie będzie ciężko zrozumieć wszystkie sceny. Przymykam oko na niedociągnięcia i braki, dając ocenę 5/6 i z niecierpliwością oczekując na ciąg dalszy przygód Katniss i Peety!


Premiera: 22 marca 2012 (świat), 23 marca 2012 (Polska)

Obsada
Oraz trzy trailery:

23 marca 2012

"Zmierzch" Stephenie Meyer

"Zmierzch to porywająca opowieść o miłości, łącząca cechy horroru, romansu i powieści o dojrzewaniu. Jej bohaterka, siedemnastoletnia Isabella Swan, przeprowadza się do ponurego miasteczka w deszczowym stanie Washington, gdzie spotyka tajemniczego, niezwykle przystojnego Edwarda Cullena. Chłopak ma nadludzkie zdolności - nie można mu się oprzeć, ale i nie można go przejrzeć. Bella usiłuje poznać jego mroczne sekrety, nie zdaje sobie jednak sprawy, że naraża tym siebie i swoich najbliższych na niebezpieczeństwo. Już niedługo może nie być odwrotu..."


Izabella Swan, nieśmiała i zagubiona dziewczyna, musi opuścić rodzinny dom w słonecznym Phoenix i przenieść się do ponurej mieścinki, w której żyje jej ojciec, komendant policji, Charlie Swan. Izabella (która woli, gdy inni zwracają się do niej Bella) nie jest zachwycona nowym miejscem, bowiem ukochała ciepło i słońce, a w Forks tego stanowczo brakuje. Boi się także nowych kolegów i koleżanek z liceum, do którego zapisał ją ojciec. Okazuje się jednak, że już pierwszego dnia nastolatka poznaje kilka osób i nawiązuje nowe znajomości, lecz wszystko to przyćmiewa obecność tajemniczego chłopaka z tej samej ławki – Edwarda. Bowiem Edward Cullen wyraźnie daje dziewczynie do zrozumienia, że coś mu się nie podoba i Bella czuje się przez to nieco skołowana. Dlaczego jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole wydaje się jej nienawidzić? Dziewczyna postanawia odkryć motywy kierujące chłopakiem, ale wynik może okazać się nie tylko zaskakujący, lecz także śmiertelnie groźny…

O fabule Zmierzchu w zasadzie nie trzeba opowiadać, bowiem większość zna tę historię, jeśli nie z własnego doświadczenia popartego lekturą i obejrzanym filmem, to ze słyszenia, parodii oraz kąśliwych uwag osób trzecich. Miłość nieśmiertelnego wampira i śmiertelnej nastolatki stała się w zasadzie historią numer jeden w 2009 roku, czyli natychmiast po polskiej premierze ekranizacji. Czy zatem powieść Stephenie Meyer, otwierająca czterotomową Sagę Zmierzch, jest w ogóle godna polecenia? Cóż takiego zawiera w sobie historia o przeciętnej nastolatce i przystojnym młodzieńcze obdarzonym niezwykłą mocą?

„- Nie przejmuj się - szepnął mi do ucha - Gdybym mógł śnić, śniłbym tylko o tobie. I nie wstydziłbym się tego.”

Historia przede wszystkim została ukazana z punktu widzenia głównej bohaterki, dzięki czemu otrzymujemy nie tylko pełen obraz jej odczuć i przemyśleń, lecz także zgrabną, stylizowaną na młodzieńczy wiek analizę wydarzeń i język – prosty, lecz obrazowy, doskonale pasujący do narracji młodej, troszkę głupiutkiej dziewczyny. Akcja powieści płynie wolno, może chwilami nieco leniwie, by zaraz momentalnie przyspieszyć. Lekkość języka sprawia, że powieść czyta się niezwykle szybko, wciągając się w historię stworzoną przez panią Meyer, a wydźwięk dzieła – pełen romantyzmu i emocji – sprawia, że jest to twór doskonały przede wszystkim dla płci pięknej. Bowiem każda z nas marzy o swoim własnym księciu z bajki, czyż nie?

Kreacja bohaterów została wykonana naprawdę świetnie – nie można tego odmówić autorce. Bez problemu stworzyła postać zakompleksionej, zupełnie zwyczajnej dziewczyny, która nie wierzy w swoje możliwości i w zasadzie żyje we własnym świecie. Bella jest tak zwyczajna, jak to tylko możliwe. Natomiast Edward tak niesamowity i doskonały, że w połączeniu z bohaterką stanowią niezwykłą, bardzo kontrastową parę. Poza tą dwójką pojawia się też cała gama bohaterów drugoplanowych, m.in. rodzina chłopaka, której członkowie wyjątkowo się między sobą różnią, oraz koledzy ze szkoły, ojciec Belli i czarne charaktery, których oczywiście nie mogło zabraknąć. Od razu widać, iż każdy bohater został ubrany w swoje własne, indywidualne cechy charakteru, dzięki czemu staje się realistyczny, a czytelnik może „wybrać” sobie ulubioną postać.

„Prawda jest taka, że ludzie mają pewną wspaniałą cechę. Zmieniają się.”

Ze Zmierzchem to obecnie jest tak – publiczność dzieli się na fanów serii, przeciwników serii i osoby, które uwielbiały powieść, ale poznanie kolejnych dzieł z gatunku paranormal  lub negatywne opinie innych wywarły na nich taki wpływ, że zmienili zdanie.  Niemniej początkowo był to wielki hit i nie można nie zgodzić się z faktem, iż otworzył na rynku wydawniczym drzwi przed kolejnymi powieściami tego rodzaju. Dzieło Meyer to bowiem stuprocentowy romans paranormalny, ze wszystkimi jego niedociągnięciami, mankamentami i jak na jego czasy oryginalnością. Przyznaję, że moja przygoda zaczęła się dopiero po obejrzeniu ekranizacji pierwszego tomu, a zarówno film, jak i książka wywołały we mnie równie silne emocje, rozbudziły wyobraźnię i rozkochały w głównym bohaterze. I z zasady odcinam się od negatywnych opinii i naśmiewania się z autorki, gdyż nie mogę zaprzeczyć powieść pokochałam z całego serca (choć podkreślam, iż warto jest oddzielić twór literacki od filmowego, gdyż nigdy ekranizacja nie odda w pełni idei dzieła, jakiekolwiek by ono nie było)… Dlatego otwarcie się przyznaję – jestem fanką Zmierzchu, o!

Reasumując moje przemyślenia – powieść Meyer to dzieło ponadczasowe, prekursorskie i w pewien sposób oryginalne, na którym później wzorowało się wiele pisarek współczesnej literatury paranormalnej. Bella i Edward na stałe trafili do grupy bohaterów, których przygody potrafią trzymać w napięciu, a historia wzbudzić emocje w czytelniczkach i (na długo po lekturze) powracać we wspomnieniach. Pierwsza cześć sagi otworzyła nam drogę do pasjonującej serii, którą pokochały miliony kobiet, nie tylko w wieku nastoletnim (ja do nastolatek już na pewno się nie zaliczam)! Dlatego, jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z twórczością Stephenie, gorąco polecam jej dzieło. Warto jednak odciąć się od ”hejterskich” komentarzy, gdyż literaturę ocenia się po czymś więcej, niż tylko złośliwościach wynikających z odmiennych gustów. A ponieważ o gustach się nie dyskutuje… daję 6/6!

Original: Twilight
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data wydania: 7.03.2007
(wszystkie cytaty pochodzą ze Zmierzchu

Saga Zmierzch  dzieli się na 4 części: 
Zmierzch, Księżyc w nowiu, Zaćmienie i Przed świtem.
Oraz warto wspomnieć, że istnieje też niedokończona na razie, osobna część opowiadana z punktu widzenia Edwarda - Midnight Sun.

A na koniec trailer do filmu - jeśli ktoś jeszcze nie oglądał ;)

A teraz na marginesie - chyba wszyscy wiedzą, że Meyer, poza sagą o Belli i Edwardzie, napisała też powieść Intruz?? Otóż... już dziś jest dostępny pierwszy zwiastun do tej ekranizacji!!! LINK - voila ^^ A dla zainteresowanych - moja recenzja Intruza TU ;)

20 marca 2012

"Siła trucizny" Maria V. Snyder

"Król Iksji ginie w krwawym przewrocie. Uprzywilejowana dotąd kasta magów jest skazana na zagładę, a za stosowanie magii grozi śmierć. Nieliczni, którzy przeżyli, muszą ukrywać swoją moc. Teraz krainą rządzi wojskowa dyktatura, na czele której stoi bezwzględny komendant…
Mrok zimnego lochu przeraża Yelenę, która czeka na egzekucję. Nieważne, że zabiła w samoobronie. Prawo Iksji jest surowe - śmierć za śmierć…
Niespodziewanie wyrok śmierci zostaje odroczony, tylko los zdecyduje, kiedy się wypełni. Yelena będzie w pałacu testować posiłki samego komendanta, by uchronić go przed otruciem. Szybko jednak odkrywa, że znalazła się w więzieniu bez krat…
 Zawieszona między życiem a śmiercią, desperacko walczy o przetrwanie w brutalnym świecie pełnym intryg i zakulisowej walki o władzę. W dodatku ku swojemu przerażeniu dowiaduje się, że jest obdarzona potężną magiczną mocą. Tak potężną, że gdyby wymknęła się spod kontroli, naruszyłaby naturalny porządek świata. Yelena musi nad nią zapanować, bo w przeciwnym razie zginie. Ale jeśli jej się to uda, zdobędzie władzę, jakiej nie miał dotąd żaden mag…"


W świecie, gdzie trwa cicha, krwawa walka o władzę, a surowe prawo respektowane jest z najwyższą dbałością, młoda kobieta nie ma szansy na przetrwanie, gdy z jej rąk umiera człowiek. I nie jest istotne to, czy zabiła w obronie własnej, czy z premedytacją. Wtrącona do lochu, czeka na śmierć, która w jej sytuacji byłaby wybawieniem. Ale nawet to nie będzie jej dane…

Yelena otrzymuje propozycję, której nie można odrzucić. Będzie żyła, jeśli podejmie się pracy testerki żywności komendanta rządzącego jej krajem. Skrytobójcy bowiem nie śpią i komendant potrzebuje pełnej ochrony przez cały czas. Doradca Ambrose’a i jednocześnie specjalista od trucizn daje Yelenie jedyną szansę na życie – względne życie, jeśli zapomni się o codziennym ryzykowaniu podczas testowania posiłków. Ale dziewczyna nie ma wyjścia – liczy, że kiedyś uda jej się uciec. Ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. W dodatku nagle bohaterką zaczyna interesować się tajemnicza postać z południa, która wyjawia dziewczynie prawdę o jej predyspozycjach. Teraz Yelena będzie musiała podjąć decyzję o swojej przyszłości i zaryzykować życiem, by móc je zachować…

Maria V. Snyder powieścią Siła trucizny otworzyła Trylogię Twierdzy Magów, opowiadającą o młodej dziewczynie, która musi walczyć o swoje życie i o odkrycie własnej tożsamości, ukrytej głęboko w jej umyśle i przeszłości, której nie pamięta. Bez rodziny, przyjaciół i środków na utrzymanie, zmuszona jest codziennie ryzykować życiem, by wypełnić powierzone jej zadanie ochraniania komendanta, który rządzi Iksją. Czy pomysł na fabułę okazał się zatem interesujący? Czy w tej historii znajdziemy coś oryginalnego?

Pierwsza rzecz to język – dojrzały, obrazowy, a jednocześnie prosty. Narracja przedstawiona z punktu widzenia Yeleny daje nam możliwość spojrzenia w umysł dziewczyny i poznania motywów jej działania, prześledzenia historii życia bohaterki, które – nie ma co ukrywać – nie rozpieszczało jej. W dodatku sytuacja, w jakiej się znalazła, gdy poznajemy historię, nie napawa optymizmem i zmusza widza do pochylenia się nad losem Yeleny, której nie sposób tak naprawdę nie polubić. Akcja powieści natomiast jest żywa, dynamiczna i wciągająca, a przy tym nie pozostawia złudzeń, że nie ma czasu na odpoczynek, bo toczy się walka o władzę i życie nie tylko dziewczyny z lochów.

Za książkę serdecznie dziękuję ParanormalBooks! ;)

Original: Poison Study. A Yelena Zaltana Novel #1
Wydawnictwo: Mira / Harlequin
Data wydania: 22.02.2012
I dodaję trailer, całkiem zacny ;)



A teraz słów parę o samej kontynuacji, która ma się pojawić na półkach polskich księgarń jeszcze w tym roku, bo warto też tak na marginesie co nieco szepnąć. Poniżej wszystkie trzy części już z polskimi okładkami - nie ukrywam rozczarowania tłumaczeniem, bowiem drugi tom to Magic study, a trzecia Fire study, co najprościej by można było przetłumaczyć na Siłę magii i Siłę ognia. Widocznie wydawca postanowił być "oryginalny". Obok natomiast prezentuję okładkę do tomu 1,5 (coś a'la wytwór Julie Kagawy, która do serii o Żelaznym dworze także napisała części 1,5 i 3,5, które teoretycznie są dodatkami i nie będą np. wydane w Polsce - chyba). Na owej okładce zaprezentowano całkiem fajnego pana - który to, przekonacie się po lekturze Siły trucizny. Ja mam do niego słabość *_*
Pragnę także zauważyć, że każdy z nas najpewniej wie, czym są tzw. "harlequiny", prawda? A akurat powieść Marii do tej etykietki nie pasuje za bardzo, choć wydawnictwo Harlequin akurat specjalizuje się w romansach... Z jednej strony miłe zaskoczenie, z drugiej potencjalny klient nie czytający blogów recenzentów i nie mający konta na np. lubimyczytac.pl, za jedyne źródło wiedzy będzie miał opis z okładki i ewentualne referencje sprzedawcy w księgarni. Z księgarzami bywa jak bywa, czasem nie mają bowiem pojęcia, co do nich mówię, będąc na zakupach, a dwa - trafność ułożenia niektórych dzieł na półkach sklepowych pozostawia wiele do życzenia... Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko czytelników Siły trucizny nie zabraknie, bo książka jest naprawdę dobra - co mnie miło zaskoczyło! ^^
 

18 marca 2012

Wyniki konkursu urodzinowego!

Nadszedł ten czas! Wyniki konkursu urodzinowego, albo raczej wygrywajki!


Na początek bardzo gorąco dziękuję Wam za udział w zabawie - nadeszło niewyobrażalnie dużo zgłoszeń!!! Nie da się opisać, jaka to radość, że tyle osób zechciało odwiedzić mojego bloga, złożyć życzenia (za wszystkie dziękuję i ściskam Was mocno :*) i wybrać sobie książkę. Oczywiście - jak każdy zauważył - największe zainteresowanie wzbudziła powieść pani Partick - Zapomniane. Później Huso - Magia krwi i Murgia - Gwiazda Anioła. Ale cieszę się, że znalazły się także osoby chętne otrzymać Emplarium czy Zemstę - każda z tych książek ma już nowego właścicela :D Zatem nie przedłużając... Lista wszystkich uczestników wziętych pod uwagę w losowaniu (nie brały udziału osoby bez podanego maila czy takie, które przypadkowo zgłosiły się dwa razy - zdyskwalifikowana była jedna osoba, która dostała ode mnie maila z taką informacją). A więc zdjęcie listy:



A teraz zaczynamy od Zemsty - wszystkie losy i obok zwycięzca:


Emplarium wygrywa:


Gwiazdę Anioła wygrywa:


Magię krwi wygrywa:



I najbardziej pożądana w tym konkursie powieść Zapomniane powędruje do:


Czyli podsumowując - Immora, Disincentive, Jadźka, Obywatel Śliwka i Tala (mam nadzieję, że nie przekręciłam niczyjego nicku) otrzymają ode mnie wiadomośc mailową o wygranej. GDYBY się okazało, że w ciągu kilku dni - powiedzmy do końca tygodnia, czyli do piątku - nie otrzymam wiadomości zwrotnej z adresem do wysyłki, w następny weekend zrobię drugie losowane na daną książkę i powędruje ona do innego szczęśliwca. Dlatego proszę pilnować maila i wysłać mi wiadomość z adresem.

Tym samym kończę pierwszoroczny konkursik na moim blogu. Szkoda, że mam tylko pięć książek - tak wiele osób się starało o nagrody, ale mogłam wylosować tylko 5 osób :( Bardzo Wam dziękuję za wzięcie udziału!!! Mam nadzieję, że przy kolejnych rocznicach będziecie ze mną nadal, a ja obiecuję, że konkursów i wygrywajek nie zabraknie :) Jeszcze raz gorąco dziękuję! <3


Na koniec piosenka - jedn z moich najulubieńszych - to linkowanie już mi weszło w krew ^^

14 marca 2012

"Sto Tysięcy Królestw" Nora K. Jemisin

„Samotna młoda kobieta musi stawić czoła intrygom, namiętności i zdradzie, jakich zazna w Stu Tysiącach Królestw.

Yeine Darr jest wyrzutkiem z barbarzyńskiej północy. Gdy w tajemniczych okolicznościach ginie jej matka, dziewczyna zostaje wezwana do królewskiego miasta Sky. Gdy przybywa na miejsce, ku jej wielkiemu zaskoczeniu zostaje ogłoszona spadkobierczynią samego króla. Jednak droga do tronu Stu Tysięcy Królestw nie jest łatwa, a Yeine odkrywa, że właśnie trafiła w sam środek krwawej i okrutnej walki o władzę.

„Sto Tysięcy Królestw” to jeden z najlepszych debiutów fantasy ostatnich lat. Powieść była nominowana do wszystkich najbardziej prestiżowych nagród fantasy w kategorii najlepsza powieść roku. Arcydzieło fantasy, którego nie można przegapić!”


Zdrady, intrygi polityczne, gry seksualne, knowania, spiski, okrutne tortury i machinacje mogące pogrążyć tysiące ludzi to narzędzia stosowane przez wielkich możnych do objęcia władzy i utrzymania tronu dla siebie. Nie pierwszy raz spotykamy się z zepsutymi, pozbawionymi moralności i zrozumienia arystokratami, którzy pragną wszystkiego dla siebie, których aspiracje dążą do rządzenia całym światem. Śmierć to wówczas wybawienie dla tych, którzy stanęli im na drodze…

Yeine Darr zostaje wezwana do królestwa swego dziadka, choć nie ma pojęcia o tym, co ją czeka w Stu Tysiącach Królestw. Niedawno pochowała własną matkę, a teraz musi opiekować się swoim ludem. Gdy jednak jej dziadek ogłasza ją jedną z trzech pretendentów do tronu, dziewczyna czuje się skołowana. Co więcej – okazuje się, że jej rywalami są okrutni i nie przebierający w środkach kuzyni mający na swoich usługach upadłych bogów, których uwaga podejrzanie kieruje się na nową spadkobierczynię. Yeine doskonale wie, że w takim miejscu, jak Sky, nie może nikomu ufać, lecz samotna kobieta nie ma szansy przetrwać w królestwie, gdzie każdy pragnie jej końca. Bohaterka będzie więc potrzebowała informacji, które pozwolą jej podjąć najsłuszniejszą z możliwych decyzji. Pociągnie to jednak za sobą konsekwencje i wiedzę, o jakich nie śniła, otwierające drzwi do przerażającego, krwawego świata intryg politycznych, namiętności i strachu…

Nora K. Jemisin powieścią Sto Tysięcy Królestw otworzyła Trylogię Dziedzictwa, w której młoda, niezbyt majętna kobieta zostaje wciągnięta w dramatyczne wydarzenia zagrażające jej życiu. Autorka na bazie znanych nam kreacji fantastycznego świata buduje królestwo, gdzie zdrady i nienawiść to chleb powszedni. Tworzy historię, która potrafi zarówno zachwycić, jak i oburzyć…

Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Yeine ma w sobie coś niepowtarzalnego – piękny, malowniczy język, którym bohaterka się posługuje. Jej opowieść jest śpiewna, delikatna i wciągająca, a przez to nie sposób się od niej oderwać nawet wówczas, gdy akcja zwalnia, ocierając się o nudę. Dynamika powieści jest bowiem niezwykle różnorodna – od zapierających dech w piersi wydarzeń, poprzez nieco leniwe wtrącenia wspomnień lub anegdot, które w danej chwili przypomniały się narratorce. Stosowana z lubością retardacja wzmaga apetyt czytelnika i jednocześnie doprowadza do frustracji, podnosząc napięcie do granic możliwości.

Kreacja bohaterów wymaga szczególnej uwagi – w dziele Jemisin nie spotkamy żadnego w stu procentach pozytywnego bohatera! Zaskakujące? A jednak – postaci są kreowane w taki sposób, by do końca nie być pewnym, jakimi są osobowościami. Przeważają odcienie szarości i czerni, a to wzmaga naszą czujność i niepewność. Nawet Yeine nie jest tak czysta i doskonała, jak by się mogło wydawać. Nietuzinkowość bohaterów powieści polega więc właśnie na tym, że są prawdziwi, owładnięci swoimi pragnieniami i walką o przetrwanie, choć nie każda z postaci jest szczególnie dobrze wykreowana. Okrucieństwo miesza się z namiętnością, prawda z kłamstwem, a miłość ze zdradą – wszystko w wyważonych, smakowitych proporcjach!

Sto Tysięcy Królestw to powieść nietuzinkowa i niewątpliwie zasługująca na wyróżnienie pomimo faktu, iż zakończenie troszkę mnie rozczarowało, a niektóre elementy fabuły można by było lepiej dopracować. Prawdopodobnie dla wielu książka ta będzie „nudna jak flaki z olejem” – ile osób, tyle opinii. Niemniej nie można nie zauważyć, że autorka stworzyła świat pełen zawiłości i  ukrytych głęboko w mroku tajemnic, zmusiła widza do wytężenia umysłu i odkrywania prawdy, dodając do tego odrobinę rozkosznego oczekiwania i dramatycznej rozpaczy. Dla tych, którzy obawiają się zagubienia w książce, specjalnie został przygotowany słowniczek, który pozwoli zrozumieć trudne, obco brzmiące słowa oraz indeks osób, jakie pojawiają się w historii. Czy więc polecam powieść Nory? Z całą pewnością tak – jeśli tylko nie boicie się wciągającej, zawiłej opowieści o walce o własną tożsamość, miłość i przetrwanie, to ta powieść będzie dla Was idealna! Sto Tysięcy Królestw, jak na debiut, to kawał całkiem niezłej fantastyki – nawet jeśli nie do końca oryginalnej i nowatorskiej. Warto więc zanurzyć się w pierwszą osłonę świata upadłych bogów i krwawych intryg. Ufam, iż będzie to dla Was niezapomniana przygoda! Daję ocenę 4+/6.

Za książkę gorąco dziękuję  Wydawnictwu Papierowy Księżyc!

Original: The Hundred Thousand Kingdoms
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data wydania:  8.12.2011
I amerykański trailer: