29 stycznia 2013

"Baśniarz" Antonia Michaelis

JEGO USTA BYŁY ZIMNE JAK ŚNIEG,

ale biło z nich ciepło jedwabnej czerwonej tkaniny, tkaniny z pokładu statku. Poczuła jego język i pomyślała o wilku. „A jeśli to prawda? Jeśli ta baśń jest prawdziwa? Pocałunek i śmiertelne ugryzienie w kark. Wszystko się zgadza. Co, jeśli właśnie całuję mordercę?”.

Anna i Abel – historia miłości, rozwiewająca wszelkie wątpliwości.” 



W nadmorskim miasteczku w Niemczech mieszka siedemnastoletnia Anna Leemann. Ma wszystko to, o czym marzą jej rówieśniczki: najlepszą przyjaciółkę, wielkie plany na przyszłość, kochających rodziców oraz swój własny, niebieski świat. Pewnego dnia dziewczyna znajduje w szkole szmacianą lalkę. Okazuje się, że zguba należy do siostry jednego z uczniów, którego nazywają 'polskim handlarzem pasmanterii'. Ale czy ubrany w starą, wojskową kurtkę i czarną czapkę młodzieniec jest tylko dealerem, czy może skrywa też drugie oblicze? Od tej lalki wszystko się zaczyna – Anna poznaje Abla Tannateka i jego siostrzyczkę Michi, dla której chłopak snuje niezwykłą baśń. Baśń o Małej Królowej, która musi uciekać ze swojej tonącej wyspy, a jej największym skarbem jest czyste, diamentowe serce. Anna czuje, że opowieść Abla wciąga ją coraz bardziej, granice pomiędzy światem rzeczywistym a baśnią zacierają się... Lecz czy to aby na pewno tylko niewinna bajka?

Baśniarz to moje pierwsze spotkanie z twórczością Antonii Michaelis, autorki m.in. Tygrysiego księżyca czy Lato w Ammerlo. Przyznam, że od pierwszej chwili, gdy zobaczyłam okładkę i tytuł powieści, wiedziałam, że muszę, po prostu MUSZĘ przeczytać tę książkę. I przyznam, że jestem miło zaskoczona, gdyż lektura Baśniarza okazała się jeszcze lepsza, niż zakładałam. 

„- Młoda damo, czy mogę służyć chusteczką. Pani płacze.
- Och, rzeczywiście. Widzi pan, a ja myślałam, że się śmieję. Jak bardzo można się pomylić.”

Powieść wita nas niezwykle mocnym prologiem, który uświadamia odbiorcy, że to nie będzie lekka opowieść o nastoletniej miłości. Mogłabym nawet pokusić się o stwierdzenie, że to wcale nie jest książka dla nastolatków. Narrator wszechwiedzący przedstawia nam wydarzenia z punktu widzenia różnych bohaterów, jednocześnie potęgując napięcie grozy, cichego niebezpieczeństwa czającego się w mroźnym, zimowym krajobrazie i szarej, tonącej w mroku klatce schodowej betonowego bloku mieszkalnego. Język powieści jest piękny, poetycki, niesamowicie wciągający, a jednocześnie prosty. Pojawia się wiele niedopowiedzeń, które sprawiają, że historia nabiera głębszego sensu, do którego każdy czytelnik musi dotrzeć samemu. Atmosfera książki jest wyjątkowo mroczna, klimat wręcz magiczny. Powieść Michaelis ma w sobie coś ze skandynawskiego ducha – złowrogiego, niebezpiecznego, ale niepozbawionego chłodnego, czystego piękna.

„Najtrudniej jest wybaczyć samemu sobie.” 
 
Baśniarz łączy w sobie różne gatunki – od powieści obyczajowej, poprzez naprawdę intrygujący kryminał, na dramacie i romansie kończąc. A jednocześnie to opowieść o życiu niełatwym i naznaczonym cierpieniem oraz niezrozumieniem. I o baśni, która niesie ze sobą ważne przesłanie. Niezwykłość historii polega na tym, że oba te światy splatają się ze sobą, tworząc jeden, nierozerwalny organizm. Dzięki temu właśnie powieść nabiera nierzeczywistego wymiaru czytelnik nawet nie zauważa, kiedy bajka Abla wciąga go głęboko w swoją fabułę, trzymając w napięciu do ostatniej strony, do ostatniego słowa.

Kolejnym atutem są realistyczni bohaterowie – każdy z nich jest inny, oryginalny, a jednocześnie trudny do rozgryzienia. I w zasadzie to dzięki nim wątek kryminalny nie jest tak prosty do rozwiązania, jak się początkowo wydaje. Choć nie ukrywam, że kilku rzeczy się domyśliłam. 

Niestety nie mogę pominąć też minusów, ale nie dotyczą one bezpośrednio dzieła Antonii, lecz polskiego wydania. Tylu błędów nie znalazłam chyba jeszcze w żadnej książce! Literówki, braki spacji oraz przemieszanie dialogów z narracją – irytowało mnie to niemiłosiernie. Szkoda, że tak piękna historia została ubrana w niedopracowane, rozpadające się w niektórych miejscach opakowanie. 

„Baśniarzu, dokąd żegluje ten statek, na którego pokładzie się znajdujemy? Dokąd prowadzi twoja baśń?”

Przyznam, że po przeczytaniu Baśniarza czułam się jakaś... niepełna. Jakby część mnie została tam, w tej historii, u boku ukochanych bohaterów. Jakby nie do końca dotarło do mnie, że to już koniec, że przewróciłam ostatnią kartkę i nie ma nic więcej, że czas się pożegnać i odłożyć książkę na półkę. A wtedy przyszedł smutek i łzy. Nie ukrywam, Baśniarz porwał mnie do magicznego świata opowieści Abla, gdzie Mała Królowa ze swoimi przyjaciółmi przemierza bezkresny ocean na zielonym statku z żółtym sterem. I szczerze mówiąc popłynęłabym z nimi dalej, gdyby to było możliwe. W rytm utworów Leonarda Cohena (którego fragmenty tekstów piosenek zostały wpasowane w fabułę) poznajemy naprawdę oryginalną, mocną lekturę. Dlatego polecam Wam tę książkę, życząc udanej, niezapomnianej przygody u boku Anny i Abla oraz małej Michi. Myślę, że dla każdego będzie to podróż jedyna w swoim rodzaju. Bo pomimo baśniowego klimatu, jest w niej cholernie dużo realizmu i trudów codzienności, których czasem my, ludzie żyjący w swoich własnych bańkach mydlanych, całkowicie nie dostrzegamy. A może nie chcemy ich dostrzec? Daję zasłużone 6/6!


Original: Der Märchenerzähler
Wydawca:
Dreams
Data wydania: 5.07.2012
Ilość stron: 398
I niesamowity trailer - ma klimat!


Oraz utwór Cohena, który towarzyszył mi w rozmyślaniach nad niezwykłością Baśniarza :)

26 stycznia 2013

TOP 10: Najlepsze ścieżki dźwiękowe!

TOP 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień. 

 

Dziś przyszła pora na... Najlepsze ścieżki dźwiękowe!

 

Aż dziwię się sobie, że nigdy wcześniej nie zrobiłam takiego zestawienia, bo… soundtracki to u mnie codzienność. Słucham w 90% właśnie muzyki filmowej. Dlatego też wybranie dziesiątki ulubieńców jest dla mnie cokolwiek abstrakcyjne. Ale postaram się wybrać te najlepsze z najlepszych ;)


1. The Fountain 
(Clint Mansell)


Absolutny numer 1! Muza równie piękna jak cały film Aronofsky’ego, najbardziej jednak uwielbiam Stay with me i First snow – kojarzy mi się z tymi naprawdę dramatycznymi momentami w filmie, które wywołały we mnie ogromne emocje. Szczerze polecam nie tylko ścieżkę dźwiękową!



2. The Last Samurai 
(Hans Zimmer)


Ta muzyka towarzyszy mi naprawdę często, żeby nie powiedzieć, że nieprzyzwoicie bardzo często (np. A Way of Life) – słucham jej nie tylko wtedy, gdy pracuję, ale także gdy czytam książki – m.in. była świetnym podkładem do Nigdy i na zawsze. Poza tym uwielbiam film!



3. North and South 
(Martin Phipps)


Muza, przy której odpływam, jest po prostu niesamowicie piękna... Na przykład takie I’ve seen hell jest absolutnie, totalnie, niepodważalnie boskie! <3



4. Memoirs of a Geisha 
(Kengyo Yatsuhashi)


Piękny film i doskonała ścieżka dźwiękowa. Ma w sobie najprawdziwszą MAGIĘ! Polecam zwłaszcza moje ulubione The Confluence :)



5. Titanic 
(James Horner)


Ach, słynny Titanic! Która nie podkochiwała się w młodym Leo? :) Pamiętam, że gdy Titanic wszedł do kin, najpierw poznałam ścieżkę dźwiękową, a dopiero potem obejrzałam film w TV. I niesamowicie mnie rozczulił! A muzyka jest tak piękna, że nie da się jej nie podziwiać, np. Rose.



6. The Last of the Mohicans 
(Trevor Jones & Randy Edelman)


Doskonałe The Kiss, Proment oraz I will find you to tylko kropla w morzu niezwykłości tej muzyki i ekranizacji słynnej powieści Jamesa Coopera. No i cudowne role Erica Schweiga oraz Daniela Day-Lewisa! <3



7. Pirates of the Carribean: At World’s End 
(Hans Zimmer)


Wszystkie części mają wspaniałą muzykę, ale do trójki ścieżkę dźwiękową ukochałam najbardziej – One day jest absolutnie fenomenalne! <3



8. My name is Khan  
(Loy Mendonsa, Ehsaan Noorani)


Uwielbiam kino Bollywood i w tej materii mam kilku ulubieńców, w tym film Fanaa czy Kabhi Khushi Kabhie Gham. Ale My name is Khan jest wyjątkowe, bo łączy współczesność z tradycją (np. Sajda). Polecam!



9. Inception 
(Hans Zimmer)


Tej ścieżki słucham zawsze przy mocniejszych lekturach, np. podczas czytania Prób Ognia Jamesa Dashnera. Pasuje idealnie! Poza tym byłam w totalnym szoku, gdy obejrzałam film – doskonałe kino! Na rozgrzewkę polecam Waiting for a train :)



10. Bandyta
 (Michał Lorenc)
 

Jedna z najcudowniejszych ścieżek dźwiękowych na świecie. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam Mro iło, miałam łzy w oczach. Tego nie da się opisać słowami, po prostu szczerze polecam! Za znajomość tej ścieżki jestem winna wdzięczność mojemu dawnemu przyjacielowi. Dziękuję.


I nadprogramowo, bo nie mogę sobie tego odmówić ;)


11. Legends of the fall 
(James Horner)


Młody Brad Pitt <3 Ach, rozmarzyłam się! Uwielbiam Wichry namiętności, zawsze płaczę w strategicznych momentach, no i nie da się ukryć, że te indiańskie nuty są niesamowite. Szczerze zachęcam do obejrzenia filmu i wsłuchania się w niezwykłą, nastrojową, bardzo klimatyczną ścieżkę dźwiękową (Farewell na zachętę)!


12. Modigliani 
(Guy Farley)


Niesamowity film o jednym z najlepszych malarzy wszech czasów (te jego pełne zmysłowości modelki, bosze! Chciałabym, by mnie taką namalował...), gdzie muzyka stanowi idealne tło i podnosi niezwykłość tego obrazu. Szczerze polecam, zwłaszcza Ode to Innocence, przy której mam ochotę – jak tamci malarze – wyciągnąć sztalugę i malować, malować, malować... do upadłego!


13. Braveheart 
(James Horner)


Byłam małą dziewczynką, gdy ten film wszedł do kin i pamiętam, że soundtracku słuchałam z kasety magnetofonowej. I chyba wtedy to się zaczęło... miłość do ścieżek dźwiękowych. Tak, Braveheart obudził we mnie ten głód. Dlatego mam do niego niesamowity sentyment, zwłaszcza do A Gift Of A Thistle @_@


14. Tears of the sun
(Lisa Gerrard , Hans Zimmer)


Niesamowity film i niesamowita muzyka. Za każdym razem, gdy słucham tych dźwięków (np. The Jablonsky Variations On A Theme), mam łzy w oczach (to chyba wynik znajomości treści filmu, który robi niemałe wrażenie).


15. Passion of the Christ 
(John Debney)


Długo nie mogłam dojść do siebie po obejrzeniu tego filmu, ale przyznam szczerze, że ścieżka dźwiękowa do wizji Gibsona mnie... uspokaja. Słucham jej wtedy, gdy muszę się wyciszyć, pomyśleć, przeanalizować coś. Albo gdy piszę wyjątkowo trudny tekst i potrzebuje weny. Polecam m.in. Crucifixion.



Bosze, z Top 10 zrobiło się Top 15, a dodałabym jeszcze takie OST-y, jak: Sweeney Todd (My Friends jest obłędne!), Hobbit i całą ścieżkę do Lord of the Rings (nie da się ich opisać słowami, np. takie Evenstar <3), The Hunger Games (przez kilka tygodni zasypiałam ze słuchawkami w uszach, słuchając tej ścieżki), Washington square (First Kiss!), Gladiator (leci Sorrow i ryczę), ścieżkę z szóstej części Harry’ego Pottera (fenomenalnie fenomenalne Dumbledore's Farewell!), Requiem for a dream (wiadomo, Clint Mansell), a nawet Twilight (bo pierwsza część miała najlepszą muzę, np. I know what you are – co za nuta!). Ale nie będę taka rozrzutna :) Niemniej ciężko mi wybrać określoną ilość z setek płyt, które uwielbiam i do których chętnie wracam. A jak jest u Was? Lubicie soundtracki, czy traktujecie je tylko jak dodatek do obrazu na ekranie kina?

23 stycznia 2013

"Gwiazd naszych wina" John Green

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 


Szesnastoletnia Hazel choruje na raka i tylko dzięki cudownej terapii jej życie zostało przedłużone o kilka lat. Jednak nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, nie funkcjonuje jak inne dziewczyny w jej wieku, zmuszona do taszczenia ze sobą butli z tlenem i poddawania się ciężkim kuracjom. Nagły zwrot w jej życiu następuje, gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje niezwykłego chłopaka. Augustus jest nie tylko wspaniały, ale również, co zaskakuje Hazel, bardzo nią zainteresowany. Tak zaczyna się dla niej podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.

Wnikliwa, odważna, pełna humoru i ostra
Gwiazd naszych wina to najambitniejsza i najbardziej wzruszająca powieść Johna Greena. Autor w błyskotliwy sposób zgłębia w niej tragiczną kwestię życia i miłości.”


Hazel Grace jest ciężko chora – ma raka tarczycy z przerzutami do płuc. I ledwie szesnaście lat życia na swoim koncie. Jej egzystencja od lat ogranicza się do czytania książek i spędzania czasu z rodzicami bądź przebywania w szpitalu. Kiedy więc pewnego dnia jej mama zmusza dziewczynę, by ta zaczęła uczęszczać na spotkania grupy wsparcia dla nieuleczalnie chorych, Hazel niechętnie przystaje na tę propozycję. Nie ma jednak pojęcia, że jej życie już wkrótce bardzo się zmieni. A wszystko za sprawą młodzieńca, którego tam pozna – Augustus Waters bowiem jest nie tylko przystojny i inteligentny, ale także wyraźnie zainteresowany właśnie nią, zwyczajną Hazel Grace. To będzie początek niezwykłej historii.

Boje się zapomnienia – wyznał bez chwili wahania. – Boję się tego niczym ślepiec ciemności.”

Gwiazd naszych wina to powieść, która zdobyła tak wiele nagród i wyróżnień, że zliczenie ich zajmuje chwilę czasu – wśród nich jest pierwsze miejsce w Goodreads Choice Awards 2012, wyróżnienia w „Time”, „New York Times”, czy „Wall Street Journal”. Mówi się, że to najambitniejsza powieść Johna Greena – nie odniosę się do tych słów, gdyż spotykam się z jego twórczością po raz pierwszy. Jeśli jednak miałabym ocenić w skrócie jego dzieło, powiem tak – gdyby wszyscy pisarze tworzyli takie książki, zawód krytyka literackiego nie miałby racji bytu. Bo skrytykowanie Gwiazd naszych wina jest absolutnie niemożliwe. Po prostu.

Tym, co najmocniej oddziałuje na czytelnika, jest narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównej bohaterki – Hazel. Młoda dziewczyna opowiada historię swojej choroby, przedstawia swoją rodzinę, znajomych, lekarzy, a także Augustusa, chłopca, którego poznała na spotkaniu grupy wsparcia dla nieuleczalnie chorej młodzieży. Jej opowieść, ubrana w proste słowa, otulone odrobiną humoru oraz nieprzeciętną inteligencją, od pierwszej strony wzbudza w czytelniku najróżniejsze emocje. Hazel nie lituje się nad sobą, a tym samym nie lituje się nad odbiorcą – w swojej opowieści pokazuje strach, niepewność, zdecydowanie oraz tysiące innych odczuć, które nią targają, łącznie z obawą, że swoim odejściem zrani tych, których kocha.

Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.”

Przyznam szczerze, że podoba mi się bezpośredniość tej książki. Jak wspomniałam, napisana jest stosunkowo prostym językiem, co nie zmienia faktu, że to bardzo mądra opowieść. Hazel operuje mnogością myśli, które niosą ze sobą prawdę, albo tę prawdę nam uzmysławiają. A kiedy na scenie pojawia się Augustus ze swoim zamiłowaniem do metafor, historia nabiera niesamowitego, nieco poetyckiego wydźwięku. Pojawia się nadzieja i miłość oraz nieustannie towarzysząca im niepewność i ból. A wszystko to, razem ze sobą powiązane, tworzy obraz prawdziwy, realny, namacalny. I choć w pewnym momencie można się domyślić, jak John Green zakończy tę książkę, emocje wciąż są tak samo silne, tak samo obezwładniające. Hazel jest literackim odzwierciedleniem wszystkich ludzi skazanych na śmierć w wyniku zachorowania na raka. Jest bohaterką silną, odważną, ale i niepozbawioną wad. Osobą, która nam – czytelnikom – dodaje otuchy. Czy to nie paradoks?

A mimo to martwiłam się. Lubiłam być żywym człowiekiem. I chciałam nim pozostać. Martwienie się to kolejny efekt uboczny umierania.” 

Gwiazd naszych wina to książka, której nie można przeczytać ze spokojem. Nie odbierzemy jej „na luzie”, bo nie jest błahą, podejmującą lekki temat historią. Nie znaczy to jednak, że to drętwa i nastawiona na patos opowieść, albo – co gorsza – historia ociekająca tanim sentymentalizmem, o nie! Dominuje w niej humor, nierzadko wisielczy (tu należy pochwalić nie tylko Hazel, ale i Augustusa oraz ich przyjaciela Isaaca, którzy do swojej choroby podchodzą z niezwykłym dystansem), a także wiele trafnych spostrzeżeń dotyczących relacji pomiędzy człowiekiem chorym a zdrowym. Bohaterka w swojej opowieści przytacza różne sytuacje, pokazując, jak zdrowi, „normalni” ludzie swoim nieprzemyślanym zachowaniem potrafią zranić chorego. Pokazuje prawdziwą, niełatwą rzeczywistość, w której żyją ludzie powolnie umierający. Warto jednak zauważyć, że Gwiazd naszych wina nie gra na emocjach – ona te emocje wywołuje. I choć niektórzy mogliby uznać, że nie ma w tym żadnej różnicy, podkreślam, że różnica jest fundamentalna i niepodważalnie istotna.

Tak to jest z bólem (...). Domaga się, byśmy go odczuwali.”

Powiem wprost – pokochałam tę historię całym sercem. Mam ochotę wracać do niej w każdej wolnej chwili, by na nowo poznawać Hazel i Augustusa. Mam ochotę nauczyć się tej książki na pamięć. Jest obezwładniająca, piękna, po prostu absolutnie doskonała. Nie wiem, czy istnieją słowa, którymi mogę wyrazić wszystkie emocje, jakich doświadczałam i wciąż doświadczam, myśląc o tej powieści. Podobnie, jak nie ma wystarczającej ilości łez, które pozwoliłyby mi ukoić ból po skończonej lekturze. Myślałam, że Gwiazd naszych wina jest przereklamowana. Jak bardzo się myliłam! Tak, naprawdę kocham powieść Johna Grena. I myślę, że Wy też ją pokochacie. Jeśli oczywiście dacie jej szansę. To głęboka, prawdziwa, totalnie wzruszająca podróż, która każdemu z nas może pomóc odnaleźć odpowiedzi na pytania, czym jest życie, miłość i umieranie. Czy polecam? To chyba pytanie retoryczne... Daję ocenę 6+/6! I już teraz stwierdzam, że to będzie prawdopodobnie najlepsza premiera 2013 roku!

Original: The Fault in Our Stars
Wydawca: Bukowy Las
Premiera: 6.02.2013!
 Dziękuję wydawnictwu Bukowy Las za niezwykłą lekcję życia! 

Polecam --> FRAGMENT <-- powieści. 

Oficjalny trailer:

21 stycznia 2013

"Nevermore. Cienie" Kelly Creagh

KONTYNUACJA NEVERMORE 


SNY STAJĄ SIĘ JAWĄ...

Varen zniknął. Schwytany w pułapkę koszmarnej rzeczywistości, gdzie chore sny Edgara Allana Poego stają się jawą, znajduje się poza zasięgiem żywych i umarłych. Ale Isobel nie zgadza się go porzucić. Rusza do Baltimore, by odnaleźć Reynoldsa, tajemniczego mężczyznę, który co roku spełnia toast na grobie pisarza i który w ciągu ostatnich miesięcy oszukiwał ją i zwodził. Tylko on ma klucz do innego świata...

Kiedy Isobel znajduje wreszcie przejście, odkrywa, że miejsce, w którym przebywa Varen zdążyło się zmienić. Pełen bólu i przerażających istot świat zamieszkują teraz również stworzenia, które zrodziły się w pełnym gniewu umyśle chłopaka. Miłość przemienia się w nienawiść, radość w smutek, śmiech w płacz. Stając naprzeciw Varena, Isobel zaczyna rozumieć, że jej ukochany stał się jej największym, śmiertelnym wrogiem.”


Isobel nie jest już tą samą dziewczyną, tą samą cheerleaderką, córką, przyjaciółką. Tak naprawdę po wydarzeniach „tam” stała się kimś innym. Bo zabrakło JEGO. Teraz Isobel nie spocznie, póki nie dowie się, jak może odzyskać ukochanego. Aby jednak móc wcielić swój plan w życie, będzie potrzebowała pomocy tajemniczego Reynoldsa. Isobel postanawia wyruszyć do Baltimore, pewna, że uda jej się odnaleźć mężczyznę, nazywanego „czcicielem Poego”, w miejscu wiecznego spoczynku dziewiętnastowiecznego pisarza. Tymczasem jej życie zamienia się nie do poznania – ścigana przez mroczne siły i bombardowana snami na jawie nie wie już, co jest prawdą, a co ułudą. Czy bohaterka pokona koszmary i dotrze do Varena? Czy będzie mogła sprowadzić go „z powrotem”?

- Nawet jeśli to wszystko jest snem – szepnął – to ja nim nie jestem.” 

Nevermore. Cienie to kontynuacja powieści amerykańskiej pisarki, Kelly Creagh. Przyznam, że choć od premiery Nevermore. Kruk minęło dużo czasu, wciąż jestem pod wrażeniem pierwszego tomu, który po prostu mnie zaczarował. Sięgając więc po kontynuację, liczyłam na coś równie dobrego, a nawet lepszego. A przede wszystkim marzyłam o tym, by moja tęsknota za Varenem w końcu została ukojona. Czy się udało? I tak i nie… i w tym cały szkopuł!

Przede wszystkim muszę zauważyć, że Cienie są totalnie inne od Kruka. Nie tylko dlatego, że zmienia się problematyka powieści, w której nie romans gra pierwsze skrzypce, lecz zatarta granica pomiędzy snami a jawą, ale także z powodu zagęszczonej, o wiele mroczniejszej atmosfery. Czytelnik, poznając historię Isobel i obserwując jej poczynania, zostaje przytłoczony wręcz bolesną tęsknotą bohaterki za ukochanym, a jednocześnie sam odczuwa pewien dyskomfort związany z fizycznym brakiem Varena, który w pierwszej części powieści był centralnym punktem zainteresowania. Nieobecność chłopaka sprawia, że odczuwamy… pustkę. Z drugiej strony warto zauważyć, że Kelly dokonała czegoś niezwykłego, stwarzając romans „na odległość” – nie musiała uciekać się do sztampowego rozwiązania, jakim obecnie ratują się autorki paranormali, czyli włączania w opowieść „tego trzeciego”. Co więcej, historia wcale nie straciła na romantyczności – wręcz przeciwnie, stała się jeszcze bardziej magiczna, pełna tęsknoty i nieukojonego bólu.


Cała recenzja na:






Za książkę serdecznie dziękuję ParanormalBookS :)

Original: Nevermore #2: Enshadowed
Wydawca: Jaguar
Data wydania: 17.10.2012
Ilość stron: 391
Moja recenzja Nevermore. Kruk ---> TU :)

18 stycznia 2013

FRAGMENT: "Gwiazd naszych wina" John Green

Książka,  która zmiażdżyła konkurencję w Goodreads Choice Awards 2012!

John Green
Gwiazd naszych wina

Przeł. Magda Białoń-Chalecka

* polska premiera 6 lutego 2013  
* od ponad roku bestseller „New York Timesa” 
* powieść roku 2012 wg „Time”
* autor roku wg „Entertainment Weekly”
* laureatka najważniejszej nagrody czytelników w USA: Goodreads Choice Awards 2012 
* nr 1 „Wall Street Journal” 
* polecana przez „Booklist”
* przekład na kilkadziesiąt języków 
* wkrótce film w produkcji Fox 2000
* świetne recenzje w „The Guardian”, „New York Timesie”, National Public Radio, „Huffington Post”, „Washington Post”, na GoodReads i in.

 
Hazel ma szesnaście lat, a jednym z nieodłącznych elementów jej życia jest aparat tlenowy imieniem Philip. Odkąd trzy lata temu zachorowała na raka, nie chodzi do szkoły, spędzając dni głównie na czytaniu (zwłaszcza ukochanej książki) i oglądaniu „America's Next Top Model”. Jednak gdy na spotkaniu grupy wsparcia dla chorej młodzieży poznaje Augustusa, w jej życiu następuje zwrot o 180 stopni. Czeka ją podróż, nieoczekiwana i wytęskniona zarazem, w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania: czym są choroba i zdrowie, co znaczy życie i śmierć, jaki ślad człowiek może po sobie zostawić na świecie.

Gwiazd naszych wina Johna Greena jest wnikliwa i odważna, zabawna i ironiczna. Autor, pisząc o nastolatkach, ale nie tylko dla nich, w błyskotliwy sposób zgłębia w niej tragiczną kwestię życia i miłości.


FRAGMENT:

Gwiazd naszych wina
John Green
Przełożyła Magda Białoń-Chalecka

1
Pod koniec zimy siedemnastego roku mojego życia mama stwierdziła, że wpadłam w depresję. Zapewne doszła do tego wniosku, bo rzadko wychodziłam z domu, spędzałam długie godziny w łóżku, ciągle czytałam tę samą książkę, mało co jadłam i całkiem sporo wolnego czasu, którego miałam w nadmiarze, poświęcałam na rozmyślania o śmierci.

W każdej ulotce, na każdej stronie internetowej i w ogóle we wszelkich materiałach dotyczących raka wśród efektów ubocznych choroby zawsze wymieniana jest depresja. Lecz tak naprawdę ona nie jest skutkiem ubocznym raka. Depresja jest skutkiem ubocznym umierania. (Zresztą rak też jest skutkiem ubocznym umierania. Właściwie prawie wszystko nim jest). Tak czy siak, mama uznała, że potrzebuję pomocy, więc zawiozła mnie do lekarza rodzinnego, doktora Jima, który przyznał, że rzeczywiście tonę w totalnie obezwładniającej depresji klinicznej, a zatem należy zaordynować mi odpowiednie leki, a ponadto wysłać mnie na cotygodniowe zajęcia grupy wsparcia.

Do grupy, której skład bezustannie się zmieniał, należeli młodzi ludzie na różnych etapach rozwoju choroby nowotworowej. Dlaczego jej skład się zmieniał? Efekt uboczny umierania.

Oczywiście, spotkania grupy były koszmarnie przygnębiające. Odbywały się co środa w podziemiu kościoła episkopalnego, mieszczącego się w kamiennym gmachu zbudowanym na planie krzyża. Siadaliśmy wszyscy w kręgu, w samym środku tego krzyża, dokładnie tam, gdzie nałożyłyby się na siebie dwie belki i gdzie znalazłoby się serce Jezusa.

Zwróciłam na to uwagę, ponieważ Patrick, lider grupy wsparcia i jej jedyny pełnoletni uczestnik, na każdym koszmarnym spotkaniu mówił o uświęconym Sercu Jezusa i o tym, jak to my, młodzi chorzy na raka, siedzimy dokładnie w samym jego środku i tak dalej.

A oto jak przebiegały spotkania w Sercu Bożym: sześcioro, siedmioro albo dziesięcioro nastolatków wchodziło/wjeżdżało na wózkach do sali, raczyło się nędznym poczęstunkiem złożonym z ciasteczek i lemoniady, siadało w Kręgu Zaufania i wysłuchiwało Patricka, który po raz tysięczny relacjonował przygnębiającą historię swojego życia, czyli mówił o tym, że miał nowotwór jąder i lekarze uważali, że umrze, ale nie umarł, i proszę – oto on, nadal żywy, zupełnie dorosły, w kościelnej piwnicy, w sto trzydziestym siódmym najładniejszym mieście Ameryki, rozwiedziony, uzależniony od gier komputerowych, niemający przyjaciół, ledwie wiążący koniec z końcem dzięki eksploatowaniu swojej nowotworowej przeszłości, mozolnie dążący do zdobycia dyplomu magisterskiego, choć on i tak nie poprawi jego perspektyw zawodowych, czekający, jak my wszyscy, na miecz Damoklesa, niosący wyzwolenie, któremu umknął wiele lat temu, gdy rak odebrał mu oba jajka, lecz oszczędził to, co tylko najbardziej wspaniałomyślny człowiek mógłby nazwać życiem.

I TY TEŻ MOŻESZ MIEĆ TYLE SZCZĘŚCIA!

Potem się przedstawialiśmy: Imię. Wiek. Diagnoza. I jak się dzisiaj czujemy. Jestem Hazel, mówiłam, gdy nadchodziła moja kolej. Szesnaście lat. Pierwotnie rak tarczycy, z imponującą satelitarną kolonią od dawna osiadłą w płucach. I czuję się dobrze.

Gdy już prezentacje obeszły całe kółko, Patrick zawsze pytał, czy ktoś chciałby się podzielić swoimi przeżyciami. I wówczas zaczynało się prawdziwe pandemonium wsparcia: wszyscy opowiadali o sile, walce i wygrywaniu, o remisji i tomografii. Muszę oddać sprawiedliwość Patrickowi: pozwalał nam też mówić o śmierci. Ale większość obecnych nie umierała. Większość miała dożyć wieku dorosłego, tak jak on.

(Co oznaczało, że wszystko to było podszyte sporą dozą rywalizacji, ponieważ każdy chciał pokonać nie tylko nowotwór, ale też pozostałych obecnych w sali. Zdaję sobie sprawę, że to nieracjonalne, ale kiedy ci oznajmiają, że masz na przykład dwadzieścia procent szans na przeżycie pięciu lat, włącza się matematyka i uświadamiasz sobie, że to jak jeden do pięciu… Rozglądasz się więc i kalkulujesz tak, jak by to zrobiła każda zdrowa osoba: muszę przeżyć czworo z tu obecnych).

Jedynym pozytywnym akcentem na tych spotkaniach był chłopak imieniem Isaac, chudy młodzieniec o pociągłej twarzy i prostych, jasnych włosach opadających na jedno oko. To właśnie oczy były jego problemem. Trafił mu się jakiś fantastycznie nieprawdopodobny nowotwór oczu. Jedno usunięto mu, gdy był dzieckiem, a teraz nosił koszmarnie grube okulary, przez które jego oczy (i to prawdziwe, i to szklane) wyglądały na nadnaturalnie ogromne, tak jakby cała głowa składała się głównie z gałek ocznych. Z tego, czego zdołałam się dowiedzieć przy tych rzadkich okazjach, kiedy Isaac dzielił się przeżyciami z grupą, nawrót choroby stanowił śmiertelne zagrożenie dla jego drugiego oka.

Porozumiewaliśmy się z Isaakiem niemalże wyłącznie za pomocą westchnień. Za każdym razem, gdy ktoś rekomendował nową dietę antynowotworową, wdychanie zmielonej płetwy rekina czy coś w tym rodzaju, chłopak zerkał na mnie i wzdychał dyskretnie. Ja nieznacznie kręciłam głową i wzdychałam w odpowiedzi.

A zatem grupa wsparcia była kompletnie denna i po kilku tygodniach na samą myśl o niej miałam ochotę kopać i wrzeszczeć. Akurat tej środy, kiedy miałam poznać Augustusa Watersa, siedziałam na kanapie z mamą i oglądałam trzeci etap dwunastogodzinnego maratonu z poprzedniego sezonu America’s Next Top Model (który, prawdę mówiąc, już widziałam, ale co tam), wszelkimi sposobami usiłując się wykręcić od wyjścia z domu.

Ja: Odmawiam chodzenia na grupę wsparcia.
Mama: Jednym z symptomów depresji jest brak zainteresowania formami aktywnego spędzania czasu.
Ja: Proszę, pozwól mi oglądać America’s Next Top Model. To jest aktywne spędzanie czasu.
Mama: To jest pasywne spędzanie czasu.
Ja: Mamo! Proszę.
Mama: Hazel, jesteś już nastolatką, nie małym dzieckiem. Musisz mieć przyjaciół, wychodzić z domu i prowadzić normalne życie.
Ja: Jeżeli chcesz, żebym była nastolatką, nie posyłaj mnie na grupę wsparcia. Kup mi fałszywy dowód osobisty, żebym mogła chodzić do klubów, pić wódkę i brać haszysz.
Mama: Zacznijmy od tego, że haszyszu się nie bierze.
Ja: Widzisz, wiedziałabym takie rzeczy, gdybyś załatwiła mi fałszywy dowód.
Mama: Pójdziesz na grupę wsparcia.
Ja: Błeee!
Mama: Hazel, zasługujesz na normalne życie.

To zamknęło mi usta, choć nie bardzo rozumiałam, jak uczestniczenie w spotkaniach grupy wsparcia wpasowuje się w definicję „normalnego życia”. Zgodziłam się pójść – jednak najpierw wynegocjowałam prawo do nagrania półtora odcinka programu, który miał mnie ominąć.

Chodziłam na grupę wsparcia z tych samych powodów, z których pozwalałam pielęgniarkom po zaledwie półtorarocznej edukacji truć mnie chemikaliami o egzotycznych nazwach: chciałam zadowolić rodziców. Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.


Cały tekst możesz przeczytać, klikając na poniższy baner :)


ALBO możesz pobrać plik na swój komputer - TU!

 Już wkrótce podzielę się z Wami opinią o tej książce - właśnie jestem w trakcie lektury :) Ponadto razem z wydawnictwem Bukowy Las zorganizuję konkurs, w którym będzie można wygrać powieść Johna Greena! Szczegóły niedługo :D