24 lutego 2013

"Królewski wygnaniec" Fiona McIntosh

Ze wschodu nadciągnęła barbarzyńska horda prowadzona przez wodza Loethara… niczym bezlitosna plaga rozlała się po wszystkich królestwach, siejąc zniszczenie pośród tych, którzy niegdyś z niej kpili.
Do zdobycia pozostała już tylko jedna kraina. Najbogatsze i najpotężniejsze królestwo Koalicji Denova – Penraven. Władcy z rodu Valisarów stają w obliczu pewnej śmierci, tyran Loethar pożąda bowiem tego, czym władają tylko oni: legendarnego Uroku Valisarów, daru przekonywania, któremu nie można się oprzeć.
Z pomocą jednego żołnierza królewski syn – ostatnia nadzieja oblężonego miasta – umyka wrogowi. Od teraz przyszłość Penraven spoczywa na barkach tego młodego Valisara, musi on jednak przetrwać wśród bestialstwa i zdrady, by rozwikłać tajemnicę swego dziedzictwa.”


Barbarzyńcy prowadzeni przez Loethara podbijają kolejne królestwa Koalicji, by ostatecznie dotrzeć do Penraven. To tam na tronie zasiadają Valisarowie – potężny ród obdarzony magicznym darem przekonywania, którego Loethar pragnie ponad wszystko. Nikt jednak do końca nie wie, jak owa magiczna moc się objawia i kto w królewskiej rodzinie ją posiada. Jednak w obliczu nadciągającej śmierci spojrzenia wszystkich poddanych kierują się na młodego, dwunastoletniego następcę tronu, który jest nie tylko nadzieją dla królestwa, ale i gwarancją bezpieczeństwa mocy Valisarów. Król postanawia za wszelką cenę ocalić syna. Cena jednak będzie bardzo wysoka, a barbarzyński najeźdźca nie spocznie, nim nie dostanie tego, czego pragnie...

Królewski wygnaniec Fiony McIntosh to pierwsza część Trylogii Valisarów, powieści napisanej z niezwykłym rozmachem i odwagą. Przyznam, że nie wahałam się przed sięgnięciem po tę książkę – nie tylko dlatego, że autorka jest cenioną pisarką, ale także dla wydania, które – co tu ukrywać – jest bardzo eleganckie. Oprawa książki bowiem – prosta, skromna i niezwykle dopracowana – przyciąga spojrzenie czytelnika i nakłania do sięgnięcia po lekturę. I tak też uczyniłam.

Narrator wszechwiedzący rozpoczyna opowieść od sceny bitwy, która od pierwszej strony uświadamia odbiorcy, że mamy do czynienia z niezwykle brutalną i odważną historią o świecie, w którym krew i śmierć jest codziennością. Autorka nie boi się pokazać makabry i okropieństw wojny. Ludzie giną, trwa polityczna rozgrywka, a w centrum tego wszystkiego stoi młody Leo – następca tronu Valisarów i główny bohater powieści. Akcja gna jak szalona, bowiem od samego początku zdajemy sobie sprawę z tego, że to nie będzie łatwa lektura – temat na to nie pozwala. I muszę przyznać, że to największy atut tej książki – właśnie owe okrucieństwo i pewna lubość autorki w pokazywaniu koszmarnych scen, od których włoski stają dęba. Tym bardziej, że język jest tak sugestywny, iż czytelnik bez najmniejszego problemu potrafi wyobrazić sobie ze szczegółami obraz mordowanego człowieka.

Z drugiej strony nie mogę nie wspomnieć, że książka ma też swoje mankamenty i niestety są one dosyć znaczące. Pierwszym i najważniejszym jest okropnie skonstruowany prolog – choć otrzymujemy na pierwszy rzut scenę walki, to jednak dominującym elementem jest dialog dwóch bohaterów, którzy – poprzez ową rozmowę – wyjaśniają czytelnikowi, w jakich okolicznościach się znaleźli. Przez tę opowieść w dialogu można mieć wrażenie, że cała sytuacja jest dosyć groteskowa – oto trwa zażarta walka, w której giną ludzie, a dwóch miłych panów z paradoksalnym spokojem omawia wszystkie fakty dotyczące barbarzyńskiego najeźdźcy. Prolog powinien wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń, a nie sprawiać, że ziewamy ze znudzenia, albo – wręcz przeciwnie – zachodzimy w głowę, o co tak naprawdę chodzi, wszak mnogość faktów jest trudna to przyswojenia w tak niewielkim fragmencie, jak prolog. Wydaje mi się, że autorka mogła na początku książki dodać wprowadzenie (może w formie zapisków albo raportu z królewskiego posiedzenia?), w którym wyjaśniłaby wszelkie istotne fakty bez zbędnego zanudzania czytelnika w zasadzie niedorzecznym dialogiem na polu bitwy.

A druga moja uwaga będzie dotyczyła samych dialogów. Choć do języka, jakim posługuje się narrator, nie mam żadnych zastrzeżeń, bowiem jest barwny i obrazowy, o tyle dialogi całkowicie mnie irytowały. Po co ta pompatyczność, dlaczego tyle w tych rozmowach patosu?! Oczywiście, że rozmowa z królem będzie miała całkowicie inny charakter, niż rozmowa z chłopem ze wsi, ale teatralność pewnych kwestii mnie wręcz rozbawiała! Absolutnie zabrakło tutaj realizmu. Podobnie jak i nie mogłam znaleźć jakichkolwiek cech wyróżniających bohaterów (które mogłyby być zaakcentowane chociażby sposobem wypowiedzi każdej postaci) – a to w moim odczuciu bardzo obniża ostateczną ocenę powieści.

Królewski wygnaniec tak naprawdę jest książką dla entuzjastów gatunku oraz fanów autorki. I choć historia ma swoje mankamenty, to niewątpliwie znajdą się osoby, których zachwyci świat wykreowany przez Fionę. Warto pamiętać, że książka jest dosyć krwawa, więc będzie to lektura odpowiednia zarówno dla pań, jak i panów. Niestety osobiście stwierdzam, że nie dostałam dokładnie tego, czego oczekiwałam (i co obiecywała mi delikatna okładka). Mimo to czasu spędzonego z tą lekturą nie uważam za stracony – tym bardziej, że to było moje pierwsze spotkanie z twórczością Fiony, której nazwisko intrygowało mnie od dawna. Daję ocenę 4-/6 i mam nadzieję, że kontynuacja Trylogii Valisarów będzie lepsza albo równa części pierwszej.

Original: Royal Exile (The Valisar Trilogy #1)
Wydawca: Galeria Książki
Data wydania: 20.02.2013
Ilość stron: 576
Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Galeria Książki.

18 lutego 2013

"Whitney, moja miłość" Judith McNaught

Mając niespełna piętnaście lat, Whitney Stone postanowiła, że Paul Sevarin, przystojny i czarujący właściciel pobliskiego majątku, zostanie w przyszłości jej mężem. Wszelkimi sposobami starała się zwrócić uwagę ukochanego, ku oburzeniu i zgorszeniu całej okolicy. Owo naiwne, dziewczęce uczucie dojrzało i umocniło się jeszcze w Paryżu, dokąd zawieźli Whitney wujostwo, by nabrała ogłady i stała się elegancką młodą damą. Po kilku latach Whitney, odniósłszy oszałamiający sukces towarzyski w paryskich salonach, wraca do Anglii. Zamierza oczarować Paula i wyjść za niego za mąż. Nie wie, że ojciec, zagrożony bankructwem, zgodził się oddać jej rękę znanemu uwodzicielowi i pogromcy serc niewieścich, Claytonowi Westmorelandowi, księciu Claymore. Kontrakt narzeczeński jest już podpisany, a Martin Stone otrzymał od księcia sto tysięcy funtów na spłatę długów. Ale czy uparta i samowolna Whitney, bezgranicznie zakochana w Paulu, zgodzi się poślubić innego mężczyznę?”


Niepokorna Whitney Stone od zawsze sprawiała swemu ojcu same kłopoty. Wszystkie jej działania jednak motywowane były miłością do Paula Sevarina, starszego od niej młodzieńca, któremu początkowo przychylność dziewczyny sprawiała przyjemność, lecz z czasem zmieniła się w udrękę i powód drwin całej wsi. Pewnego dnia Martin Stone postanawia raz na zawsze uporać się z okropną pannicą, wysyłając ją do Francji do jej wujostwa – wierzy, że tam jego córka zmieni się w normalną dziewczynę. Najwyraźniej jednak nie wie, że Whitney jest zdeterminowana, by poślubić Paula i nie spocznie, nim ten jej nie pokocha tak mocno, jak ona jego. Niemniej dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z tego, że we Francji ktoś może się nią zainteresować. I nie spodziewa się, że ów mężczyzna – bardzo wpływowy mężczyzna – zawrze z jej ojcem pewien układ. Układ, który może całkowicie pokrzyżować plany zakochanej pannie Stone...

Ale ja nie chcę być jedynie twoją przyjaciółką”.

W zasadzie za każdym razem, gdy postanawiam napisać recenzję książki Judith, zastanawiam się, czy to w ogóle ma sens – nie jestem w stanie o powieściach tej pisarki pisać inaczej, jak tylko w superlatywach. Po Whitney, moja miłość sięgnęłam ze względu na wysokie rekomendacje od Lady Lukrecji, dla której Saga Westmoreland jest najulubieńszą serią. I po raz kolejny, poznając historię autorstwa Judith, absolutnie przepadłam!

Sequel Królestwa marzeń to przede wszystkim historia wojny płci. Na drodze samowolnej i upartej dziewczyny staje arogancki i intrygujący mężczyzna, który nie przywykł do tego, by ktoś mu odmawiał. Cała jego postawa oraz zachowanie wskazują na to, że ów dżentelmen nie spocznie, nim nie dostanie tego, czego pragnie. Czytelnik od początku zostaje wciągnięty w opowieść o młodzieńczej miłości nastolatki – miłości, która rozczula i zachwyca, by następnie móc zobaczyć, jak świat Whitney rozpada się, gdy tajemniczy arystokrata wkracza w jej życie. Co więcej – dzięki niesamowitej kreacji głównych bohaterów – odbiorca nagle orientuje się, że współczuje młodej pannie, która musi walczyć nie tylko o swoją niezależność, ale także o uczucie rodzica, akceptację oraz miłość, dla której poświęciła w swoim życiu naprawdę wiele – łącznie z dumą. Wszystko to sprawia, że Whitney po prostu nie da się nie lubić!

- Żałuję, że nie mogę znaleźć właściwych słów, aby powiedzieć, jak bardzo nienawidzę ciebie i wszystkiego, co sobą reprezentujesz.
- Jestem pewien, że będziesz się starała tak długo, aż znajdziesz.”

Książę Claymore natomiast to kawał drania, ot co! Ale za to jakiego kochanego drania! Muszę przyznać, że na początku u boku Whitney widziałam naprawdę kilku ciekawych młodzieńców, a na prowadzenie wysunął się jej przyjaciel z Francji, natomiast Clayton wzbudzał we mnie czystą wściekłość. Im dalej jednak w las... zaczęłam patrzeć na niego troszkę inaczej. Trudno mi ocenić, co zmieniło moje podejście do tego aroganckiego, bezczelnego, niebezpiecznego ale i szalenie atrakcyjnego mężczyzny – myślę, że każda czytelniczka będzie miała o nim własne zdanie. Buntowniczki, feministki i indywidualistki najprawdopodobniej będą odczuwać do niego pewną niechęć, co wrażliwsze dziewczyny natomiast mogą być zarówno przerażone, jak i zaintrygowane znajomością z takim człowiekiem, zaś ja... ja jestem nim oczarowana! To mężczyzna przez mocne M – silny, władczy, niebezpieczny, ale także delikatny i czuły. Po prostu fascynujący!

Whitney, moja miłość to historia walki o akceptację i zrozumienie. To szalona przygoda w pogoni za ukochaną osobą, opowieść o nieporozumieniach, nienawiści, strachu oraz miłości, która obezwładnia i zmienia człowieka. Piękny język powieści oraz malownicze opisy arystokratycznego świata przeplatają się z prostotą życia na angielskiej wsi XIX wieku. Myślę, że Saga Westmoreland to najbardziej dojrzała seria w dorobku Judith – to książki, które obezwładniają, zachwycają, rozkochują i pozostawiają czytelnika w całkowitym oszołomieniu oraz pragnieniu przeżycia przygód, które stały się udziałem głównych bohaterów. Szczerze mówiąc, gdyby wszystkie romanse historyczne były tak dobre jak ten, czytałabym tylko takie książki! Powieści Judith to prawdziwe perełki, dlatego, nie przedłużając, polecam Wam serdecznie tę powieść – jestem szalenie ciekawa, jak Wy, drogie Panie, zareagujecie na aroganckiego Claytona. Gwarantuję, że przy nim nuda Wam nie grozi! Daję oczywiście ocenę 6/6!

Original: Whitney, my love (Westmoreland #2)
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2002
Ilość stron: 528
Saga Westmoreland:

1 Królestwo marzeń (The Kingdom of Dreams, 1989)
#2 Whitney, moja miłość (Whitney, my love, 1985)
#3 Zanim się pojawiłaś (Until You, 1994) 
#3.5 Trzy zaklęcia (Miracles w antologii A Holiday of Love, 1995)
oraz
 #4 Someone Like You (premiera w 2014)
Swoją drogą ja przygodę z tą serią zaczęłam właśnie od Whitney – spokojnie można każdą część czytać jako osobną historię  :)
Ciekawi mnie też to, czy ktoś wyda w Polsce planowaną na 2014 nową powieść z tej serii – wszystkie dotychczasowo wydane romanse historyczne Judith są już niedostępne w regularnej sprzedaży i póki co wydawnictwo Prószyński nie zapowiedziało wznowienia. A szkoda...

16 lutego 2013

"Drzazga" Ewa Nowak

W poukładanym świecie szkolnej prymuski Marty wszystko byłoby idealne, gdyby nie… drzazga – nielubiana, antypatyczna i złośliwa siostra Jagna. Jakie są powody zachowania Jagny i czy dziewczynom uda się znaleźć drogę do porozumienia? Seria miętowa to współczesna Polska: aktualne problemy, radości i tematy z życia tu i teraz.  

Drzazga to powieść poruszająca rzadki w polskiej literaturze problem faworyzowania dzieci w rodzinie. Samotna matka-nauczycielka, stojący biernie z boku ojciec, dwie córki i niesprawiedliwie rozdzielona matczyna miłość sprawiają, że dom, który mógłby być dobrym i przyjaznym miejscem, zamienia się w domowe piekło.”


Marta i Jagna to siostry w zasadzie tylko z nazwy, gdyż poza więzami krwi i dzieleniem jednego pokoju, nic je nie łączy. Marta jest kochaną, przykładną córeczką mamusi, prymuską i spełnieniem marzeń każdego rodzica. Jagnę zaś uznaje się za diabła wcielonego, wszak jest niepokorną nastolatką, która nie tylko stwarza problemy w szkole, ale także nie nadaje się do życia rodzinnego. Czy jednak ta charakterystyka oddaje rzeczywisty obraz osobowości obu dziewczynek? Co kryje się pod oschłą, nieprzyjemną postawą Jagny oraz idealnością Martusi? I jaki udział w tym wszystkim mają ich rodzice oraz znajomi?

Jakiś czas temu miałam okazję zapoznać się z wcześniejszymi powieściami Ewy Nowak, zaliczanymi do Serii miętowej Danymi wrażliwymi i Niewzruszeniem. Niestety tamte spotkania nie były zbyt udane, więc po Drzazgę sięgnęłam z pewną obawą. Niepotrzebnie! Okazało się bowiem, że dosyć oryginalny, jak na polskie realia, temat książki wciągnął mnie w opowieść i sprawił, że do ostatniej strony byłam ciekawa rozwiązania problemów bohaterów.

Z opisu wiemy, że Drzazga podejmuje problem faworyzowania dzieci. Żeby tylko! Tak naprawdę Ewa Nowak podejmuje nie tylko tematykę związaną z faworyzacją ulubionego dziecka, ale także z możliwymi następstwami takich działań – rozpadem rodziny, konfliktami w szkole oraz obrazem rodziny „idealnej” w oczach postronnego obserwatora. Pokazuje, jak z pozoru niewinna sympatia do jednej z córek z czasem zamienia się w wyróżnianie jednego dziecka i napiętnowanie drugiego – często bez konkretnej przyczyny. Ale czy tak naprawdę istnieje coś takiego, jak „przyczyna”? Czy w ogóle można mówić o lepszym lub gorszym dziecku? Czy rodzice nie powinni kochać swoich pociech tak samo, „po równo”? Choć odpowiedź wydaje się prosta, realia już takie nie są. A skala problemu jest naprawdę duża – czyż na co dzień nie spotkaliście się z podobnym zachowaniem? Nawet wśród własnych znajomych mogłabym wymienić przykłady analogicznych sytuacji. I sama ta świadomość jest bardzo przygnębiająca. Z drugiej strony warto jednak zauważyć, że w takich sytuacjach poszkodowane będzie nie tylko to „odtrącone” dziecko, ale i to „ukochane” – widać to wyraźnie na przykładzie głównych bohaterek Drzazgi, gdzie wymagania stawiane Marcie przez matkę w pewnym momencie znacząco zmieniają dziewczynkę i mają oddźwięk na jej osobowości.

Spodobała mi się kreacja obu bohaterek – Jagna była dokładnie taka, jak być powinna – rys psychologiczny tej dziewczynki okazał się bardzo przekonujący, szalenie realistyczny. Marta natomiast, z tą swoją idealnością i doskonałością, doprowadzała mnie do szewskiej pasji i momentami miałam naprawdę ochotę porządnie potrząsnąć tą dziewuchą. Nie wspominając o jej durnej matce! Myślę więc, że autorka osiągnęła dokładnie to, co zamierzała – wywołała we mnie, swoim czytelniku, bardzo silne emocje, które podpowiadały mi, jak powinnam zareagować na podobne zachowania.

Drzazga to dobra lektura dla młodego odbiorcy – porusza ważny, współczesny problem, który dotyka wiele rodzin, a przy tym uczy tego, co z pozoru wydaje się oczywiste, choć w praktyce takie nie jest. I choć język powieści – prosty, współczesny, nastawiony na nastoletniego czytelnika – momentami mnie irytował (podobnie jak niektórzy bohaterowie), to jednak nie żałuję czasu spędzonego z książką pani Nowak – może kiedyś, gdy będę miała własne dzieci, nauka zaczerpnięta z powyższej lektury pomoże mi w tym, by nie popełnić błędów matki Martusi i Jagny? Oby! Komu polecam Drzazgę? Młodzieży oraz tym osobom, które zmagają się w codziennym życiu z wychowaniem nastoletnich dzieci. A także każdemu, kto lubi literaturę polską i historie z wątkiem psychologicznym – historie, które potrafią czegoś nauczyć. Daję ocenę 4+/6!

Original: Drzazga (Miętowa seria)
Wydawca: Literacki Egmont
Data wydania: 7.11.2012



Za lekturę serdecznie dziękuję wydawnictwu Egmont :)

14 lutego 2013

"Królestwo marzeń" Judith McNaught

Anglia na przełomie XV i XVI wieku. 

Royce Westmoreland, najlepszy i najzdolniejszy rycerz Henryka VII, dowodzi wojskami króla podczas wyprawy przeciw Szkotom. Znany jako Czarny Wilk, budzi lęk i grozę w sercach wrogów, szkockie wieśniaczki straszą nim dzieci. Tylko piękna Jennifer, córka przywódcy dumnego klanu Merrick, nie lęka się potężnego wojownika. Porwana z siostrą z klasztoru przez Anglików, przeciwstawia się Royce’owi, który zamierza wykorzystać zakładniczki w rokowaniach z ich ojcem. Jednak któregoś dnia Jennifer zauważa, że jej uczucia do znienawidzonego wroga uległy całkowitej zmianie; Royce też myśli z niechęcią o chwili, gdy przyjdzie mu odesłać krnąbrną i arogancką piękność do domu. Nagle oboje dostrzegają, że tkwią w samym środku splątanej sieci, na którą złożyły się duma, namiętność i wszechwładna miłość.”


Znajdujemy się właśnie w samym środku niecodziennego wesela, gdy Jennifer Merrick, najstarsza córka władcy szkockiego klanu, powraca myślami do dnia, w którym wszystko się zaczęło. Przez dwa lata przebywała w klasztorze, do którego została wysłana przez własnego ojca, bowiem jej klan nie darzył cieplejszymi uczuciami tej krnąbrnej i upartej, lecz niepozbawionej odwagi siedemnastolatki – wszystko za sprawą jej przybranego brata, który nie szczędził oszczerstw pod adresem Jenny. Aż pewnego dnia do klasztoru przybyła jej siostra i życie dziewczyny całkowicie się zmieniło – nierozważna wyprawa z Brenną kończy się porwaniem – obie panny Merrick zostają uprowadzone przez rycerzy niebezpiecznego Czarnego Wilka – pogromcy Szkotów. Tak zaczyna się zapierająca dech w piersi opowieść o nienawiści przeplatanej gorącym uczuciem.

Królestwo marzeń to pierwszy tom Sagi Westmoreland, choć technicznie część ta została wydana cztery lata po publikacji sequela Whitney, my love. Akcja Królestwa rozgrywa się w XV wieku w Anglii, kiedy na tronie zasiada Henryk VII, a pomiędzy Anglią a Szkocją toczy się krwawa wojna. W samym środku tych wydarzeń znajduje się Royce Westmoreland, najwspanialszy wojownik króla Henryka i jednocześnie największy wróg Szkotów. Nazywany Czarnym Wilkiem, plagą Szkocji, budzi postrach, a kobiety straszą nim swoje nieposłuszne dzieci. To właśnie na drodze Royce'a stanie waleczna panna Merrick.

Nie ukrywam, że sięgając po tę opowieść, obawiałam się tego, czy akcja osadzona w XV wieku przypadnie mi do gustu – nie są to czasy, które by mnie interesowały, choć nierzadko miałam styczność z powieściami osadzonymi na przełomie epoki średniowiecza i renesansu. Kiedy więc zdecydowałam się przeczytać ową powieść, spodziewałam się wielu emocji, ale nie byłam przygotowana na tak obezwładniającą, szaloną, totalnie wciągającą fabułę, która porwała mnie w samo centrum wojny angielsko-szkockiej i sprawiła, że opowieść o Czarnym Wilku i Jenny po prostu pokochałam! I choć mogłabym w samych superlatywach mówić o kreacji świata przedstawionego, o realizmie przytoczonych faktów, a także o klimacie powieści, który mami odbiorcę, otulając go cudownie baśniową mgiełką, to jednak nic nie przebije kreacji bohaterów – a ci wykreowani zostali idealnie!

Jenny jest Szkotką z krwi i kości – dumną i waleczną, gotową walczyć o swój klan i najbliższych. Royce zaś to mężczyzna, który większość swojego życia spędził na polu walki, przelewając krew za króla i Anglię. Kiedy ich drogi przecinają się ze sobą, mamy pewność, że potyczki między tą dwójką będą wręcz spektakularne. I takie są! Powieść obfituje w wiele zaskakujących wydarzeń oraz wartką akcję. Przyznam, że w niektórych momentach zdradzieckie łzy cisnęły mi się do oczu, by przy całkowicie zaskakującym finiszu popłynąć prawdziwą rzeką! Zupełnie nie spodziewałam się takiego punktu kulminacyjnego, takich decyzji i zachowań bohaterów, a także tych wszystkich emocji, które wywołały we mnie wybory Jenny i Royce'a. To była prawdziwa wojna charakterów i niesamowita uczta dla takiej entuzjastki romansów historycznych, jak ja.

Królestwo marzeń to książka, która najpewniej nigdy mi się nie znudzi. To historia pełna intryg, szalonej namiętności, nienawiści i pasji. Historia z duszą. Historia, która rozpala i zachwyca. W dobie mody na romanse historyczne rozgrywające się w XIX wieku, Królestwo marzeń jest nie tylko wyjątkiem ze względu na epokę, w której opowieść została osadzona, ale także na kunszt wykonania – Judith po raz kolejny udowadnia, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych, bowiem z każdej historii jest w stanie stworzyć zapierającą dech w piersi opowieść o prawdziwej, cudownej miłości. I bez względu na to, czy główni bohaterowie będą nosili u boku miecze czy fulary na szyi, zawsze będą to opowieści z duszą, opowieści, od których wręcz nie można się oderwać. Nie wątpię, że po Królestwo sięgnę jeszcze co najmniej sto razy – nie spotkałam drugiego tak doskonałego romansu historycznego! Czy polecam? To chyba oczywiste! Daję ocenę 6+/6!

Original: The Kingdom of Dreams (Westmoreland #1)
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2002
Ilość stron: 351 
Saga Westmoreland:

#1 Królestwo marzeń (The Kingdom of Dreams, 1989)
#2 Whitney, moja miłość (Whitney, my love, 1985)
#3 Zanim się pojawiłaś (Until You, 1994) 
#3.5 Trzy zaklęcia (Miracles w antologii A Holiday of Love, 1995)
oraz
 #4 Someone Like You (premiera w 2014)


Bardzo dziękuję Lady Lukrecji, która poleciła mi przeczytanie tej książki, jak i kolejnych tomów Sagi Westmoreland – jesteś kochana! Ten wybór okazał się strzałem w dziesiątkę, DZIEKUJĘ! <3 Dodam też, że Lady Lukrecja na swoim blogu również napisała słów kilka o powyższej książce – polecam jej opinię [TU] :)

A już wkrótce recenzja Whitney, moja miłość – równie pięknej opowieści o losach potomka z rodu Westmorelandów.

11 lutego 2013

"Mroczna toń" Tricia Rayburn

TRZECI TOM SYRENY
 
Vanessa nie wie, jak przetrwać jako syrena. Kiedy wraca do nadmorskiego miasteczka na letnie wakacje, wszystko dookoła przypomina jej o byłym chłopaku, Simonie.
Wciąż go kocha i gotowa jest zrobić wszystko, aby naprawić dawne błędy. Czy powinna jednak pozwolić Simonowi zbliżyć się do siebie, skoro teraz może mu zadać tylko ból? Czy Simon odwzajemni jej uczucie, jeśli pozna straszliwą prawdę?
Vanessa musi podążać za swoją syrenią naturą, niezależnie od ofiar…”


Vanessa Sands wraz z rodzicami ponownie wyjeżdża na wakacje do Winter Harbor, gdzie wszystko się zaczęło. Bohaterka potrzebuje czasu, by pomyśleć o przyszłości, bowiem odkąd dowiedziała się o swojej prawdziwej naturze, nic nie jest takie samo – między innymi straciła ukochanego, który nie był w stanie znieść dziwnych zachowań dziewczyny. Okazuje się jednak, że Simon jest w miasteczku. Czy Vanessa zdecyduje się odzyskać jego zaufanie? Czy Simon będzie chciał zacząć od nowa, pomimo tego, kim dziewczyna się stała? Tymczasem w Winter Harbor zaczynają się dziać dziwne rzeczy – ktoś śledzi Vanessę, po okolicy rozchodzą się plotki o stworzeniach z głębin oceanu, aż w końcu w tajemniczych okolicznościach ginie młoda dziewczyna. Vanessie nie daje spokoju jedno pytanie – czy ONE wróciły?

Mroczna toń Trici Rayburn to długo oczekiwana, finałowa część trylogii Syreny, wydana nakładem wydawnictwa Dolnośląskiego. Zakochana w pierwszej części serii, z lekkim niepokojem wyczekiwałam ostatniego tomu, gdyż – co tu ukrywać – sequel (Głębia) mocno mnie rozczarował. Okazało się jednak, że pani Rayburn potrafi zaskakiwać, przygotowując dla swoich fanów zgrabne zwieńczenie historii o Vanessie Sands i niebezpiecznych syrenach.

Ostatni tom serii obfituje w kolejne zaskakujące wydarzenia, nie brakuje w nim zagadek do rozwiązania, wątku miłosnego oraz wartkiej akcji. Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Vanessy ponownie wciąga odbiorcę w mroczną historię, w której teraźniejszość łączy się z opowieściami o morskich stworzeniach rodem ze starożytnych mitów. Tym razem jednak autorka skupia się przede wszystkim na rozwiązaniu wewnętrznych dylematów głównej bohaterki, natomiast intryga, zagadki i niebezpieczeństwo są jedynie dodatkiem, który ma za zadanie pociągnąć czytelnika głębiej w wir wydarzeń i jednocześnie pomóc Vanessie podjąć konkretne decyzje. Opowieść zaczyna się od przyjazdu do Winter Harbor, gdzie cała seria tak naprawdę ma swój początek – to tu wszystko się zaczęło i tu musi się skończyć. Historia Vanessy zatacza pełne koło, a bohaterka staje przed trudnymi wyborami, które mogą zadecydować nie tylko o jej przyszłości, ale także o życiu jej bliskich.

Myślę, że dylematy Vanessy – choć bardzo istotne i na pewno warte opisania – przesłaniają jednak wiele innych wątków, które nadają powieści Tricii specyficznego klimatu. Oczywiście nie jest to już ten sam klimat, co w przypadku tomu pierwszego, gdzie groza i poczucie niepewności biło z każdej strony powieści, a czytelnik z niecierpliwością kartkował książkę w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące go pytania, lecz na pewno przy lekturze Mrocznej toni nie można mówić o nudzie. Muszę jednak zauważyć, że intryga i kryminalna zagadka naprawdę miały niesamowity potencjał i rozwiązanie wszystkich problemów mogło być bardzo satysfakcjonujące, gdyby nie fakt, że autorka zdecydowała się na najprostsze rozwiązanie. Osobiście miałam najróżniejsze przypuszczenia co do prześladowcy i finału, a wyszło... zwyczajnie. I na dokładkę w kulminacyjnym momencie akcja potoczyła się niestety zbyt szybko.

W ostatecznym rozrachunku przyznaję jednak, że Mroczna toń mnie wciągnęła i spędziłam z tą lekturą miłe chwile. Wątek tajemniczego prześladowcy bardzo mnie zaintrygował, a i wybory Vanessy podniosły notowania tej serii w moich oczach. Mam tylko niejasne wrażenie, że dosyć „otwarte” zakończenie może być pretekstem do stworzenia kolejnej i kolejnej opowieści – nie jest to rozwiązanie do końca satysfakcjonujące, gdyż osobiście wolałabym radykalne decyzje i konkretne wyjaśnienie wszystkich napoczętych wątków, a przy tym zdecydowane zamknięcie historii. I nadal uważam, że tom pierwszy jest najlepszy – tej niesamowitej atmosfery autorka nie potrafiła już odtworzyć w kolejnych częściach opowieści. Czy to jednak przeszkadza w poznaniu dalszych przygód Vanessy? W żadnym razie – cieszę się, że miałam możliwość towarzyszyć bohaterce w jej zmaganiach i poznać finał pasjonującej historii, która w świeży i nowoczesny sposób ożywia starożytne mity. Dajcie się porwać w mroczne głębiny oceanów, zwabieni syrenim śpiewem. To będzie niezapomniana przygoda! Daję ocenę 4+/6.

Original: Dark Water
Wydawca: Dolnośląskie
Data wydania: 23.01.2013

Za możliwość poznania finału serii serdecznie dziękuję Grupie Publicat :)

Cała seria:
 Syrena | Głębia | Mroczna toń

I standardowo utwór, który towarzyszył mi przy lekturze każdej części Syreny :)

08 lutego 2013

"Znajdź mnie" Lisa Kleypas

Ona ukrywa swoje uczucia, on jest znużonym życiem cynikiem…

Jako prawdziwa miłośniczka zwierząt i natury, Beatrix Hathaway zawsze lepiej czuła się w lesie niż na sali balowej. Zaczęła więc wierzyć, że jej przeznaczeniem jest przejść przez życie bez miłości. Czy właśnie taki los czeka ostatnią i najbardziej niekonwencjonalną z sióstr Hathaway? Kapitan Christopher Phelan jest przystojnym, odważnym żołnierzem, który po powrocie z frontu planuje ożenić się z przyjaciółką Beatrix, uwielbiającą życie towarzyskie i flirt Prudence Mercer. Zakochał się w niej korespondencyjnie, nie wiedząc, że to Beatrix była autorką listów, które podtrzymywały go na duchu na polu bitwy. Christopher wraca do domu, zdecydowany odnaleźć kobietę, którą pokochał, i podbić jej serce...”


W miłości jak na wojnie – zwykło się mówić. Lecz czy aby na pewno? Bea, najmłodsza z sióstr Hathaway, kocha zwierzęta i to dzięki niej Ramsay House zawsze pełne jest niecodziennych gości – od jeży i jaszczurek po kozy. Beatrix jednak, pomimo niecodziennych zainteresowań, jest piękna i inteligentna, lecz właśnie owe przyjaźnie ze zwierzętami nie pozwalają jej na odnalezienie się w wielkim świecie arystokracji. Kiedy więc jej przyjaciółka – śliczna i rozpuszczona panna Mercer – pokazuje dziewczynie list od kapitana Phelana, Bea pamięta jedynie drwinę i niechęć, których doświadczyła z jego strony dawno temu. A mimo to postanawia wyręczyć Prudence w odpisaniu na list mężczyźnie, który wyjechał na wojnę. Wkrótce korespondencja z Chrisem wymyka się dziewczynie spod kontroli – pomiędzy tą dwójką wyraźnie rodzi się zażyłość. Beatrix postanawia zerwać listowną znajomość, Christopher zaś jest zdeterminowany, by wrócić do Anglii i ożenić się z Pru – wszak wierzy, że to ona pisała do niego listy...

Znajdź mnie to ostatni tom serii o rodzinie Hathaway. Ostatni i – przyznaję otwarcie – najlepszy ze wszystkich! Byłam tym niezmiernie zaskoczona, bowiem część czwarta – Zaufaj mi – mocno mnie rozczarowała i nie miałam wielkich nadziei w stosunku do finałowego tomu. Okazuje się jednak, że musi coś być w imieniu Christopher (uwielbiam je! <3), gdyż opowieść o Bei i Chrisie pochłonęła mnie od pierwszych stron i po prostu nie mogłam się od niej oderwać (wynik – nieprzespana noc i nieprzytomny umysł następnego dnia). Ale od początku...

„Wróć, proszę, wróć do domu i znajdź mnie”

Przede wszystkim zaskoczyła mnie niesamowita dojrzałość i pewność w kreacji głównego bohatera – autorka z wprawą oraz znawstwem przedstawia czytelnikom mężczyznę, który musi walczyć z demonami przeszłości i własnymi słabościami. Lisa kreuje całkiem realistyczny obraz wojny – słyszymy jęki umierających, wystrzały armatnie, a także towarzyszący im strach i ból. Wszystko to kumuluje się w Christopherze, który wraca do kraju całkowicie odmieniony. Portret psychologiczny tego mężczyzny naprawdę mnie zachwycił – oto mamy przed sobą doświadczonego przez los, poranionego na ciele i duszy człowieka, który musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Przeciwieństwem jest piękna, delikatna Bea, która pomimo posiadania wiedzy na temat wojny jedynie z pism i listów Chrisa, jest pełna współczucia i zrozumienia dla tego szorstkiego mężczyzny, zdaje się naprawdę rozumieć jego ból.

Język i styl powieści po raz kolejny udowadnia, z jaką lekkością przychodzi Lisie pisanie o dawnych czasach. Nie potrzebujemy szczegółowych informacji i przytaczania faktów z historii XIX-wiecznej Anglii, by poczuć ducha tamtej epoki (nawet jeśli język, jakim posługują się bohaterowie, w najmniejszym stopniu nie został wykreowany na stary). Dominuje natomiast humor, bardzo dużo dobrego humoru – momentami chichotałam nad lekturą jak mały podlotek, by w następnej chwili mieć w oczach łzy wzruszenia. Historia Bei i Chrisa jest szalenie romantyczna, osnuta jakimś nierzeczywistym, baśniowym klimatem – a to, przyznam, jest niespotykane w twórczości Lisy. Oczywiście jej powieści zawsze są romantyczne i dobrze napisane, ale... dopiero przy Znajdź mnie naprawdę poczułam tę magię! Choć nie ukrywam, że pod koniec książki miałam niepokojące wrażenie, jakoby napięcie trochę opadło, a dynamika powieści lekko wyhamowała. Nie zmieniło to jednak mojego nastawienia do książki i ostatecznych wrażeń po skończonej lekturze mogłam jedynie westchnąć i rzec: "WOW!"

Znajdź mnie to opowieść o zaufaniu, wsparciu i miłości, która rodzi się w najmniej spodziewanym momencie. To opowieść o tym, że kochać znaczy zrozumieć. Miłość, według powieści Lisy, buduje, odmienia, wnosi na wyżyny. Osobiście pokochałam dwójkę głównych bohaterów oraz ich perypetie. Myślę, że jeszcze nie raz wrócę do lektury ostatniej części tej serii – to książka z rodzaju tych, które nigdy się nie nudzą: bardzo zmysłowa, bardzo kobieca, ale i niepozbawiona męskiego uroku oraz siły, która równoważy romans z wątkiem obyczajowym i nieśmiałymi, ale porządnie nakreślonymi elementami batalistycznymi. To naprawdę godne zwieńczenie pięciotomowej serii! Polecam więc tę powieść każdej z Was – dajcie się porwać przystojnemu kapitanowi Phelanowi oraz uroczej pannie Hathaway i jej szalonej rodzinie. Ufam, że się nie zawiedziecie! A ja daję tej cudownej opowieści ocenę 6/6!
  
Original: Love in the Afternoon
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 17.05.2012
Stron: 331



Cała seria:


#2 Uwiedź mnie 3+/6
#3 Pokochaj mnie 5/6
#4 Zaufaj mi 3/6
 #5 Znajdź mnie 6/6 

PS Na koniec dodam tylko, że cieszę się, iż wydawnictwo Prószyński właśnie tak zatytułowało wszystkie części, nie tłumacząc angielskich tytułów dosłownie. Każdy z tych polskich odpowiedników jest kwintesencją danej historii, a czytelnik zrozumie ich przesłanie po przeczytaniu danego tomu. Dodam także już nie pierwszy raz że każdą z tych części można czytać osobno. Polecam serdecznie :)

07 lutego 2013

Wyniki konkursu z Bukowym Lasem!

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy trzeba ogłosić zwycięzcę konkursu zorganizowanego wspólnie z wydawnictwem Bukowy Las ;) Przyznam, że wybór naprawdę nie był łatwy! A nawet był bardzo trudny – musiałam więc poprosić kilka osób o radę, by ostatecznie wspólnymi siłami wybrać laureata. Albo raczej laureatkę ;)

A więc nie przedłużając świeżutki egzemplarz Gwiazd naszych wina od Johna Greena wędruje do…

Dzosefinn

za tekst:

„Gwiazd naszych wina” – tytuł ten na pewno chwytliwy i taki… magiczny mi się wydaje. Wiadome jest (przynajmniej kiedyś), że nasze życie, przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zapisana jest w gwiazdach. Naszych, nie naszych, don’t matter… Ale czemu każą nam wypowiadać życzenie, kiedy zauważymy spadającą gwiazdę? Czemu w nocy, gdy o kimś myślimy, bądź tęsknimy patrzymy w gwiazdy i wysyłamy błagalne prośby? A jak coś nam nie wychodzi, to czemu krzyczymy i płaczemy wśród gwiazd?
Gwiazdy kojarzą nam się z magią, czymś nierzeczywistym, pięknym i za razem nieosiągalnym. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że są furtką i bramą między światami. Bo może rzeczywiście są? Może naprawdę wszystko, co się dzieje, to ich sprawka? Może one układają dla każdego z nas wzór, który my sami, na Ziemi musimy odkryć? Ale zauważ, zwracając się do nich czujemy, że nie jesteśmy sami. Mamy przeczucie, że ktoś nas słucha i nie jest obojętny nasz los.
Gwiazd naszych wina… Gwiazdy mogą się pomylić przy osądzie? Nie. One nigdy się nie mylą. To Nam się wydaje, że popełniły zbrodnie. Ale odkrywamy tą prawdę dopiero po pewnym czasie…


Gratuluję i właśnie wysyłam maila z informacją o wygranej – czekam na adres korespondencyjny ;)

Jednocześnie dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Niestety miałam tylko jedną nagrodę do przekazania. Ale! W marcu mój blog będzie obchodził dwa latka i zaplanowałam na tę okazję WIELKI konkurs z kilkoma książkami do złowienia – mam nadzieję, że weźmiecie w nim udział.

A póki co życzę Wam słodkiego czwartku! ;)

04 lutego 2013

"Krzykacz z Rwandy" Warren FitzGerald

Ta historia biegnie przez tysiąc wzgórz wybijając bosy, przejmujący rytm...
Wsłuchajmy się uważnie w okrutnie prawdziwą baśń o miłości i przyjaźni.
O strachu, który nie paraliżuje odwagi.
O ścięciu człowieczeństwa w myśl przykazań z radia.
O Sebwgugu.

Wstrząsająco pięknie opowiada dziesięcioletnia Clementine Habimana z Rwandy, dziewczynka w wisienkowej sukience.

Chodźmy na lekcję śpiewu do Asha Bolta.
Mieszka za czterdzieści funciaków w centrum Londynu.
Walczy z demonami, które przywlekły się za nim z rodzinnego domu.
Kiedy w głowie Asha narasta chaos, tylko rytuał bólu odpędza lęk.
Ale jak długo można liczyć na nóż w kwestii przeżycia?

Ktoś puka do drzwi.”

Dziesięcioletnia Clementine Habimana mieszka w Rwandzie ze swoimi rodzicami i starszym bratem, a jej życie pełne jest miłości i dobroci. Jednak wszystko się zmienia, gdy w radio coraz częściej słyszy się niepokojące audycje, zaś spiker coraz brutalniej atakuje w swoich wypowiedziach ludność plemienia Tutsi. Clementine wie, że jej tata jest Hutu, a mama jest Tutsi. Czy to źle? Czy kochająca się rodzina nie może łączyć w sobie krwi obu tych plemion? Co złego jest w Tutsi, że Hutu ich tak nienawidzą? Tymczasem w centrum Londynu mieszka Ashley Bolt, nauczyciel muzyki. Ash cieszy się ze swojego mieszkania za czterdzieści funciaków, dorabiając lekcjami śpiewu i sprzedawaniem podejrzanych towarów. Ale jego największym problemem jest uzależnienie od okaleczania się – w chwilach strachu, niepewności i przeładowania emocjonalnego jego najlepszym przyjacielem staje się kuchenny nóż.  Wkrótce drogi tej dwójki przetną się niespodziewanie...
 
O Krzykaczu z Rwandy usłyszałam całkowicie przypadkowo, przy okazji przekazania nagród w plebiscycie za Najlepszą książkę na zimę roku 2012, wręczanych przez portal Granice.pl. Nazwisko autora – Warrena FitzGeralda – nie było mi znane, więc do jego twórczości podeszłam z pewną rezerwą. Na co dzień Warren udziela się wokalnie oraz wspiera różne projekty jako wolontariusz, m.in. budował centrum zdrowia w Kibungo w Rwandzie. To tam rozgrywa się akcja jego powieści, o której dziś Wam opowiem.

Przede wszystkim warto zauważyć, że historia opisana w Krzykaczu jest nawiązaniem do autentycznych wydarzeń, które rozegrały się w Rwandzie w 1994 roku. W tym czasie doszło do konfliktu pomiędzy ludnością plemienia Hutu i Tutsi, gdzie ci pierwsi dokonali mordu na Tutsi, uznając ich za swoich „największych wrogów”. W wyniku owego ludobójstwa zginęło – jak donoszą media – nawet około miliona osób. O sytuacji w Rwandzie mówiło się dużo i głośno, powstało kilka filmów opisujących te zdarzenia – najbardziej znane to Hotel Ruanda oraz Strzelając do psów. Wiedząc więc, że opisywane przez Warrena obrazy mordu oparte są na faktach, książka nabiera w oczach odbiorcy większego znaczenia. A dodatkowo świadomość, że o masakrze opowiada najniewinniejsze ze świadków ludobójstwa – mała dziewczynka – wzbudza szereg emocji, w wyniku których nie da się przejść obok Krzykacza obojętnie.

Narracja biegnie dwutorowo – pierwszoosobowo z punktu widzenia londyńskiego nauczyciela muzyki, Asha Bolta oraz z punktu widzenia małej Clementine. Sposoby ich opowieści są całkowicie różne, a przez to nadają obojgu bohaterom ich własnych, indywidualnych cech. Ashley to mężczyzna przed czterdziestką, uzależniony od muzyki i okaleczania się, zaś jego opowieść, często snuta potocznym językiem, ma w sobie sporo brutalnej prawdy odzierającej z wszelkiej ułudy szarą codzienność życia w wielkim mieście. Opowieść Clementine jest całkowicie inna – piękna narracja w wykonaniu dziesięcioletniej dziewczynki, obleczona w afrykański klimat sprawia, że czytelnik czuje, jakby był w Rwandzie razem z tym dzieckiem i jego kochającą rodziną. Clementine w swojej naiwności oraz prostoduszności przedstawia nam swoich rodziców i braciszka, którzy są dla niej całym światem. Kiedy więc dochodzi do masakry, świat dziewczynki rozpada się, a czytelnik nawet nie zauważa, gdy łzy zaczynają płynąć mu po policzkach. 

Podoba mi się polskie wydanie Krzykacza – przede wszystkim niosący w sobie tajemnicę oraz magię tytuł powieści, odnoszący się m.in. do audycji radiowych, które stały się w 1994 roku zaczątkiem konfliktu pomiędzy plemionami Hutu i Tutsi. Podoba mi się też szata graficzna oraz zróżnicowana czcionka, która rozróżnia narrację Asha od narracji Clem. Jego – prosta, ciężka, jej delikatna i lekka. Niby nieznaczące szczegóły, które w szerszym kontekście znaczą jednak tak wiele. Podobnie, jak przesłanie płynące z powieści. 

Krzykacz z Rwandy to piękna i poruszająca historia o poszukiwaniu swojego miejsca na świecie, miłości rodzinnej, walce z demonami przeszłości oraz przyjaźni, która nie tylko przewartościowuje priorytety, ale może też uratować życie. To opowieść dwóch różnych światów, które w pewnym momencie splatają się ze sobą w nieoczekiwanym momencie i z nieoczekiwanym rezultatem. To historia o utracie człowieczeństwa. A także – pomimo okrucieństwa i przerażającej wizji ludobójstwa – baśń o nadziei. Myślę, że zarekomendowanie Wam Krzykacza z Rwandy jest tylko formalnością – polecam sięgnąć po niezwykłą powieść Warrena, który z rozbrajającą szczerością maluje cudowną, wciągającą i jednocześnie smutną opowieść o pięknie, które w tak łatwy sposób (tu za pomocą maczet i słów pełnych nienawiści) może zostać bezpowrotnie utracone. Autor zdaje się pytać o to, czy istnieje coś, co czyni nas doskonalszymi od innych? Czy jesteśmy lepsi tylko dlatego, że inaczej wyglądamy, mamy inny kolor skóry, węższe albo szersze nosy, nasza rodzina ma więcej pieniędzy? Tak łatwo niektórzy zapominają o tym, że wszyscy jesteśmy ludźmi... Absolutnie polecam i daję ocenę 5+/6!

Original: The Go-Away Bird
Wydawca: Mała Kurka
Data wydania: 1.11.2012
Stron: 308