22 września 2013

Klasyka literatury w zbiorach Tirindeth

Wczoraj postanowiłam zrobić generalne porządki w moich pudłach z książkami (nie wszystkie mieszczą się na regałach i część musiała zostać schowana do kilku pudeł) i odkryłam coś zaskakującego - znalazłam całą masę książek, o których zupełnie zapomniałam! Książek, które dziś zalicza się do klasyki literatury.

Dlatego też postanowiłam pokazać Wam cały mój zbiór wyżej wymienionych książek - zarówno te tytuły, które zdobią najwyższe półki moich regałów (czyli honorowe miejsce), jak i te znalezione wczoraj podczas porządków. Duża część powieści XIX-wiecznych to wydania serii Love&Story (z brązowymi okładkami), które niegdyś sprzedawane były w kioskach. Do tej pory większość z nich była zapakowana w oryginalne, foliowe opakowania, gdyż nie miałam okazji ich jeszcze przeczytać. W sumie wszystkie te książki zbierane były przez wiele lat i może dlatego o niektórych zapomniałam ;)


Zdjęcie nie jest może najlepszej jakości, więc postaram się szybciutko streścić, co mam. A zacznę od lewej strony (pod niektórymi tytułami - tymi w kolorze różu - są podlinkowane recenzje): Edith Wharton - Wiek niewinności; Aleksander Dumas - Dama kameliowa; Thomas Hardy - Tessa d'Urberville; Lew Tołstoj - Anna Karenina; Jane Austen: Rozważna i romantyczna, Duma i Uprzedzenie, Mansfield Park, Perswazje, Opactwo Northanger; G.G. Casanova - Pamiętniki; E.M. Foster - Pokój z widokiem; W.M. Thackeray - Targowisko próżności; Gustaw Flaubert - Pani Bovary; D.H. Lawrence - Kochanek Lady Chatterley.

Część środkowa: Michaił Bułhakow - Mistrz i Małgorzata; Vladimir Nabokov - Lolita; Oscar Wilde - Portret Doriana Graya; D.A.F. de Sade - Justyna; Edgar A. Poe - Opowieści niesamowite; Henry James: W kleszczach lęku, Dom na placu Waszyngtona, Portret damy; Elizabeth Gaskell: Północ i Południe, Żony i córki; George Orwell: Folwark zwierzęcy, Brak tchu, Rok 1984; Dante Alighieri - Boska komedia.

Część z prawej strony: Wiktor Hugo - Nędznicy (4 tomy, wersja pełna); Mario Puzo - Ojciec chrzestny; F. Scott Fitzgerald - Wielki Gatsby; Émile Zola - Nana; W.M. Thackeray - Pierścień i Róża; F.H. Burnett: Tajemniczy ogród, Mały lord, Mała księżniczka; Charles Dickens - Opowieść wigilijna; L.M. Montgomery - Ania z Zielonego Wzgórza; Emily Brontë - Wichrowe wzgórza; Charlotte Brontë: Dziwne losy Jane Eyre, Villette; Anne Brontë: Agnes Grey, Lokatorka Wildfell Hall.

Oraz na pierwszym planie: Aleksander Dumas - D'Artagnan.

Marzy mi się posiadanie jeszcze kilku książek z klasyki, w tym Władcy much od Williama Goldinga,  Ruth od Elizabeth Gaskell czy Shirley od Charlotte Brontë. Mam nadzieję, że kiedyś i tymi książkami będę mogła się pochwalić :)

A Wy macie w swoich zbiorach dzieła wspomnianych przeze mnie pisarzy? A może macie jakieś inne tytuły, które możecie polecić?

Na koniec dodam tylko, że w górnej części przeglądarki - nad blogiem - znajduje się program, dzięki któremu można posłuchać kilku utworów ze ścieżek dźwiękowych, które bardzo lubię - m.in. znajdziecie tam nutkę z filmu Jane Eyre czy Modigliani, a także wiele innych. Gadżet nie odpala się automatycznie, więc jeśli ktoś nie lubi podkładu dźwiękowego na blogach, nie musi się obawiać, że muzyka się "sama" załączy :)

16 września 2013

"Szczęściara" Kristyn Kusek Lewis

Trzy kobiety, trzy historie.
Odpowiedzialna i zachowawcza Waverly prowadzi małą piekarnię, a w chwilach smutku wspomina swoją ukochaną babcię, Polkę.
Kate jest żoną mężczyzny, który ma ogromne szanse zostać kolejnym gubernatorem Wirginii.
Amy, zajmująca się domem matka i gospodyni, prowadzi pozornie doskonałe życie, jednak ukrywa przerażający sekret.
Życie powoli zaciska wokół nich pętlę. Okazuje się, że problemy same się nie rozwiążą.
Waverly przekonuje się, jak cienka jest granica pomiędzy lojalnością a zdradą, i jak łatwo ją przekroczyć.
Wszystkie trzy będą musiały wiele zaryzykować.
W imię przyjaźni.”


Waverly Brown to trzydziestoparoletnia właścicielka małej piekarni. Mieszka ze swoim chłopakiem w domu odziedziczonym po babci i ma dwie oddane przyjaciółki – Amy i Kate. Amy to żona Mike'a i szczęśliwa mama malutkiej Emmy, Kate natomiast jest żoną Brendana Berkshire'a, który ubiega się o fotel gubernatora stanu Wirginia. Wszystkie trzy kobiety wiodą pozornie szczęśliwe życie. Pozornie. Bo tak naprawdę każda ma swoje problemy, do których niełatwo się przyznać. Wkrótce ich sytuacja zaczyna się pogarszać i bohaterki będą musiały zdecydować, czy są w stanie powiedzieć o kłopotach swoim bliskim. Przede wszystkim jednak będzie to dla nich próba przyjaźni, której do tej pory były tak pewne.

Szczęściara to debiut literacki amerykańskiej dziennikarki polskiego pochodzenia – Kristyn Kusek Lewis. Szczerze mówiąc po tę książkę sięgnęłam przypadkowo – wydawało mi się, że będzie to lekka opowieść idealna na jeden, może dwa wieczory. Ten tytuł miał być odskocznią od lektur, które czytam na co dzień, wszak rzadko sięgam po powieści obyczajowe. Szczęściara jest jedną z nielicznych książek tego gatunku w moim zbiorze. Ale zaryzykowałam i – dzięki Bogu! – cieszę się, że to zrobiłam!

Narratorką opowieści jest główna bohaterka, Waverly. Historia zaczyna się od sceny wspólnej kolacji, na którą młoda kobieta zaprasza swoje przyjaciółki, z którymi łączy ją wieloletnia, zażyła znajomość. To właśnie oczami Waverly poznajemy jej najbliższych i współpracowników, a jednocześnie przyglądamy się jej życiu „od kuchni” – tajemnicom, obawom i problemom, z którymi codziennie się boryka. Narracja jest lekka, język nieskomplikowany. W słowach narratorki nie brakuje emocji, które potrafią udzielić się odbiorcy i nie pozwalają na odłożenie książki, nim nie poznamy finału powieści. Życie trzech przyjaciółek nie jest łatwe, a kolejne sekrety z ich życia, które powoli wychodzą na jaw, dotyczą trudnych tematów. Kreacja tych postaci jest nadzwyczaj przemyślana: Waverly, Amy i Kate to bohaterki posiadające zarówno wady, jak i zalety – bohaterki z krwi i kości, których nie sposób nie polubić.

Szczęściara pokazuje siłę przyjaźni, ale nie takiej cukierkowej i niedojrzałej, lecz tej prawdziwej, na dobre i na złe. Przyjaźni, która w pewnym momencie zamienia się w coś więcej – bo kiedy traktujesz swoją przyjaciółkę jak członka rodziny i jesteś gotowa ją ratować nawet w środku nocy, wtedy możesz mówić o prawdziwej przyjaźni. Jednocześnie Szczęściara to książka o zawiłościach losu i pozorach, za którymi często skrywamy swoją historię. Nierzadko zazdrościmy komuś kariery, udanego życia osobistego... czegokolwiek. Nie wszystko jednak jest tak idealne i proste, jak się wydaje.

Powiem tak – gdyby wszystkie powieści obyczajowe były tak poruszające i wciągające, niewątpliwie przerzuciłabym się na ten gatunek literatury – jestem oczarowana Szczęściarą! To głęboka i wzruszająca opowieść o przyjaźni trzech kobiet, które poszukują swojego szczęścia i miejsca na świecie. To opowieść o poświęceniu, zaufaniu, codziennych trudach i słabościach, o miłości i nienawiści, o zdradach i poszukiwaniu prawdy, a także o tym, że czasem trudno przyznać się do błędu. To po prostu opowieść o życiu – nie tym wyidealizowanym jak z bajki, ale zwyczajnym, w którym nigdy nie możemy być pewni tego, co nas za chwilę spotka. Szczerze polecam Wam spotkanie z tym wyjątkowo udanym debiutem pani Lewis – gwarantuję, że będzie to niezapomniana lektura. Szczęściara otrzymuje ode mnie ocenę 5+/6 i mam nadzieję, że Kristyn już pracuje nad nową książką, bo niewątpliwie po nią sięgnę! 

Original: How Lucky You Are
Wydawca: FILIA
Data wydania: 12.06.2013
Ilość stron: 472

Za książkę dziękuję wydawnictwu Filia

13 września 2013

FRAGMENT: "Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon" Juliet Grey

Dziś, tj. 13 września 2013, swoją premierę ma drugi tom trylogii o Marii Antoninie autorstwa Juliet Grey. Miałam przyjemność poznać pierwszą część serii (moja recenzja tytułu Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu do przeczytania TUTAJ) i przyznaję, że z niecierpliwością oczekuję chwili, gdy sequel powieści trafi w moje ręce ;) Oczywiście wrażeniami z lektury podzielę się z Wami niezwłocznie!

A póki co mały prezent od wydawnictwa Bukowy Las, czyli fragment drugiej części dzieła Juliet Grey :) Polecam!

Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon
Juliet Grey
BUKOWY LAS
Ilość stron: 392
Tłumaczenie: Beata Długajczyk

Paryż, rok 1774. Młodziutka, zaledwie osiemnastoletnia Maria Antonina wstępuje na tron u boku swego męża, równie młodego Ludwika XVI. Monarchini prezentuje światu olśniewające jedwabne toalety i kunsztowne strzeliste uczesania, ale w głębi jej serca czai się strach o ciągłość dynastii Burbonów i o własną przyszłość.

Od bolesnych początków małżeństwa, przez radość długo wyczekiwanego macierzyństwa, zakazaną miłość do przystojnego Szweda Axela von Fersena po nieszczęsną aferę naszyjnikową — przez cały okres panowania Maria Antonina usiłuje wznieść się ponad dworskie plotki i intrygi. Jednak niebezpieczeństwo, że francuska monarchia może zostać zmieciona raz na zawsze z powierzchni ziemi, czai się tuż za złoconymi bramami Wersalu. Już wkrótce zapuka do nich śmiertelny wróg.

FRAGMENT:

LA MUETTE, 21 MAJA 1774


– Moje kondolencje z powodu śmierci Jego Wysokości, Wasza Wysokość.

– Wasza Wysokość, wyrazy współczucia z powodu śmierci Jego Wysokości.

– Votre Majesté, niech mi wolno będzie wyrazić najszczersze kondolencje z powodu odejścia Jego Majestatu Ludwika XV.

Podstarzałe arystokratki w czarnych spódnicach rozpiętych na szerokich paniers i z mocno uróżowionymi twarzami po kolei podchodziły do mnie i do mojego męża – a ich nowego króla, Ludwika XVI – aby wyrazić nam swoje współczucie. W żałobnych strojach wyglądały niczym stado ponurych wron.

Od dwóch tygodni rządziliśmy Francją, pełni radosnej nadziei, ale też i smutku.

Ludwik szczerze opłakiwał zmarłego monarchę, swojego grand-père. Co do zasuszonych świętoszek (collets-montées, jak zwykłam je nazywać), które tego popołudnia tak gorliwie cisnęły się do nas, stojących w wykładanym w czarno-białą szachownicę westybulu pałacyku myśliwskiego La Muette, to każde ich słowo, kiedy składały nam kondolencje i życzyły szczęśliwego panowania, wydawało mi się równie fałszywe, jak wymalowane na ich policzkach rumieńce. Nawet jeśli kiedyś rzeczywiście kochały zmarłego monarchę, to ich uczucie wygasło już dawno temu. Z kolei mojego męża nie szanowały i nie wierzyły, że będzie umiał dobrze rządzić.

– Permettez-moi de vous offrir mes condoléances, j’en suis desolée – zachichotałam pod osłoną wachlarza, przedrzeźniając szczebiotliwe głosy podstarzałych elegantek. – Doprawdy nie rozumiem, jak ktoś, kto przekroczył trzeci krzyżyk, ma śmiałość pokazywać się jeszcze na dworze – rzuciłam lekko w stronę mojej oddanej przyjaciółki i damy dworu, Marii Teresy Ludwiki de Savoie-Carignan, księżnej de Lamballe. Ja sama miałam zaledwie osiemnaście lat, więc trzydziestolatki wydawały mi się niemal Matuzalemami.

Wprawdzie leciwe damy wyglądały przekomicznie, ale w dobry nastrój wprawił mnie nie tylko ich widok. Moja radość miała jeszcze inną przyczynę – taką, której nie ośmieliłabym się wyznać nikomu, nawet mężowi. Tak naprawdę dopiero dzisiaj, kiedy przyjmowaliśmy zwyczajowe kondolencje szlachty, dotarło do mnie, że papa król naprawdę umarł. Wizja wspaniałości, które miały stać się naszym udziałem, była oszałamiająca. Wyczekiwałam ich niecierpliwie, nerwowe napięcie maskując śmiechem i kpinami.

Sześćdziesiąt lat nakładania różu niemal wyżłobiło dziury w pomarszczonych policzkach diuszesy d’Archambault. Kiedy zginała kolana w ukłonie, miałam wrażenie, że słyszę skrzypienie stawów. Pomyślałam, że bez pomocy pewnie nie da rady się wyprostować, po czym szybko przygryzłam wargę, ale było już za późno. Z moich ust wydobył się stłumiony chichot.

– Wasza Wysokość, proszę przyjąć wyrazy współczucia po śmierci króla, który był... który był... – tu diuszesa popadła w głęboką zadumę. – Il était si noble, si gentil – dokończyła wreszcie z przejęciem.

– Vous l’avez détesté! – mruknęłam do księżnej de Lamballe. – Nie znosiła starego króla, ponieważ odmówił temu niedojdzie, jej synowi, promocji wojskowej. Taki szlachetny, taki łaskawy – zaświergotałam, kiedy diuszesa odeszła.

– Wasza Wysokość, nie przystoi, aby władczyni pokpiwała sobie z osób starszych i niższych rangą – zabrzmiało za moimi plecami. Dobrze znałam ten głos, więc nawet nie musiałam się odwracać. Należał do hrabiny de Noailles, mojej dame d’honneur, a kiedy byłam jeszcze delfiną – de facto guwernantki i opiekunki. Jako najmłodsza córka cesarzowej Marii Teresy w wieku zaledwie czternastu lat przybyłam do Wersalu, aby zaślubić delfina. Nie byłam wówczas odpowiednio wyedukowana, by sprostać wymaganiom tak świetnego mariażu, i w krótkim czasie musiałam się jeszcze bardzo wiele nauczyć. To właśnie hrabina wprowadzała mnie w arkana sztywnych dworskich rytuałów, przez co z miejsca ochrzciłam ją Madame Etykietą. Przez cztery ostatnie lata nie było dnia, żebym nie usłyszała od niej reprymendy za uchybienia względem protokołu.

Po mojej prawej stała księżna de Lamballe, a tuż obok niej inne damy. Nasze szerokie spódnice dyskretnie skrywały markizę de Clermont-Tonnerre, która siedziała na podłodze, ponieważ zrobiło jej się słabo. W pewnej chwili usłyszałam czyjś stłumiony chichot. No tak, markiza nieodmiennie potrafiła nas rozbawić komicznymi minami i wywracaniem oczu.

– Kogo tam ukrywacie? – zainteresowała się hrabina de Noailles. Moje damy popatrzyły po sobie, ale żadna nie odważyła się otworzyć ust.

– La marquise de Clermont-Tonnerre est tellement fatiguée – rzuciłam sucho.

– Trudno. Takie zachowanie z pewnością nie jest comme il faut. Podczas oficjalnych przyjęć wszyscy powinni stać.

Odsunęłam się lekko.

– Madame la marquise, zechce pani wstać – powiedziałam łagodnie. Podtrzymywana przez dwie damy markiza dźwignęła się z trudem. Jej czoło lśniło od potu, wydatny brzuch wypychał przód szerokiej roby. – Pani zna hrabinę de Noailles, prawda? – podjęłam, kiedy już byłam pewna, że Madame Etykieta zauważyła jej brzemienność. – Mesdames, jak do tej pory nie dane mi było zostać matką, chociaż codziennie podczas mszy modlę się o ten cud. Mam nadzieję, że kiedy zostanę pobłogosławiona łaską macierzyństwa, zdrowy rozsądek weźmie pierwszeństwo przed nakazami protokołu. Obiecuję, że jako królowa zadbam o to. Na razie, skoro nie ma tu taboretu, może pani na powrót usiąść na podłodze, a ja i pozostałe damy osłonimy panią przed krytycznymi spojrzeniami innych – zakończyłam, podając markizie chusteczkę, aby mogła otrzeć czoło.

Po przeciwnej stronie westybulu stał Ludwik, a przed nim, w długim rzędzie, dworzanie pragnący mu złożyć kondolencje. Wielu z nich przyciskało do twarzy chusteczki, ale tylko oczy mojego męża były autentycznie wilgotne. Przez chwilę przyglądałam się tej scenie, po czym ponownie odwróciłam się do hrabiny de Noailles. Teraz niemal dorównywałam jej wzrostem, a poza tym nie byłam już niesfornym dzieckiem, oddanym jej pod opiekę. Jedna matka, karcąca mnie za każde, nawet najmniejsze przewinienie, wystarczała mi w zupełności. Nie potrzebowałam nikogo w jej zastępstwie.

– Pani i pani mąż, hrabia, służyliście Francji długo i wiernie – powiedziałam chłodnym tonem. – Przez wiele lat poświęcaliście się bez wytchnienia, nadszedł więc czas na congé. Mąż i ja oczekujemy, że przed upływem tygodnia opuścicie dwór i udacie się do waszej wiejskiej posiadłości w Mouchy.

Madame Etykieta zrobiła się biała niczym obłuskany ze skórki migdał. Nie mogła przecież przeciwstawić się królowej Francji. Nikt nie mógł.

– Nową dame d’honneur zostanie księżna de Lamballe – dodałam. Wierna przyjaciółka popatrzyła na mnie ze zdumieniem i delikatnie się zarumieniła. Nie zdążyłam jej uprzedzić. Któż jednak bardziej od niej zasługiwał na to wyróżnienie?

Hrabina de Noailles opuściła powieki i skłoniła się głęboko.

– Służenie Waszej Wysokości było dla mnie zaszczytem – powiedziała z godnością, jak zwykle opanowana. Jedynie lekkie drżenie w głosie zdradzało jej prawdziwy stan ducha. Przez ułamek chwili pożałowałam wypowiedzianych słów. A przecież czekałam na ten moment bardzo długo. Odtąd sama będę decydowała o tym, co jest, a co nie jest comme il faut, przynajmniej w moim bezpośrednim otoczeniu. Patrząc na hrabinę de Noailles, sunącą przez westybul w stronę króla, aby i jemu złożyć kondolencje, wyobraziłam sobie, że oto posępna burzowa chmura ścigająca mnie od pałacu do pałacu – od Wersalu przez Compiègne aż do Fontainebleau – wreszcie znika z horyzontu, pozostawiając czyste lazurowe niebo.

Kiedy wstąpiliśmy na tron i zadośćuczyniliśmy wymaganym obrządkom żałobnym, czym prędzej uciekliśmy z miejsca, w którym zmarł Ludwik XV. Pierwsze dziewięć dni panowania spędziliśmy w położonym nad Sekwaną uroczym château de Choisy w oczekiwaniu na oczyszczenie z zarazy niezliczonych komnat Wersalu. Teraz niecierpliwie wypatrywałam powrotu do pałacu. Nikt z żyjących nie pamiętał czasów, kiedy królowa Francji była czymś więcej niż tylko dynastyczną marionetką. Obecności Marii Teresy, hiszpańskiej infantki poślubionej Królowi Słońce, nie zauważano prawie wcale. Całe dnie spędzała w swoich komnatach, w otoczeniu dam dworu i karłów, popijając czekoladę i grając z nimi w karty. Losem poddanych nie przejmowała się wcale. Kiedy jej doniesiono, że ludzie głodują, bo nie mają chleba, powiedziała, że przecież mogą jeść ciastka. Tego wszystkiego dowiedziałam się od abbé Vermonda, który przygotowując mnie do małżeństwa z delfinem, zadbał także o to, abym poznała historię moich poprzedniczek na tronie francuskim. Łagodny, mądry ksiądz Vermond towarzyszył mi później do Wersalu jako mój lektor i opiekun duchowy, nigdy też nie przestał być moim zaufanym przyjacielem.

Maria Teresa Hiszpańska zmarła prawie sto lat temu. Kiedy żyła, całkowicie usunęła się z życia publicznego, ułatwiając Ludwikowi XIV szukanie rozkoszy w ramionach innych kobiet. To królewskie metresy, a nie nudna, pospolita królowa decydowały o tym, co jest, a co nie jest modne na dworze.

Moja bezpośrednia poprzedniczka, Maria Leszczyńska, żona Ludwika XV, zmarła dwa lata przed moim przybyciem do Wersalu. Była córką króla polskiego, któremu przyszło żyć na wygnaniu. Urodziła Ludwikowi wiele bezużytecznych córek i tylko jednego syna – ojca mego męża – który zmarł, nie doczekawszy się korony. Podobnie jak wcześniej Maria Teresa, wiodła cichy żywot w odosobnieniu, prowadząc się bez skazy, podczas gdy u boku władcy pojawiały się kolejne maîtresses en titre. Nikt nie zwracał uwagi na suknie i koafiury królowej. Modę dyktowała madame la marquise de Pompadour, a po niej madame du Barry. Ostatnia faworyta Ludwika XV nie miała już rywalki w postaci królowej. Konkurować z nią mogłam tylko ja – ale to mi się nie udało. Pozbawiona pewności siebie, pełna obaw, że uczynię fałszywy krok, próbująca za wszelką cenę zdobyć uczucie nieśmiałego męża, niepotrafiącego się przemóc, aby skonsumować nasz związek, zmarnowałam mnóstwo czasu, pozwalając madame du Barry umocnić swoje wpływy na dworze i w sercu papy króla. Poniosłam porażkę i maman bardzo nad tym bolała.

Odtąd jednak wszystko miało być inaczej. Nigdy więcej nie zawiodę pokładanych we mnie nadziei. Maman już się mną nie rozczaruje. Francja także nie. Po śmierci królewskiego kochanka madame du Barry została odesłana do klasztoru, więc jej poplecznicy musieli pogodzić się z tym, że w wersalskich komnatach nie widują już jej wystawnych toalet i nie słyszą sprośnych żartów.

Kondolencje składane przez szlachtę w La Muette oznaczały koniec pełnej żałoby. Kiedy ostatnia z leciwych dam podniosła się z ukłonu, monarcha i ja wyszliśmy na dziedziniec, gdzie czekała królewska kareta. Siedząc w złocistym powozie, jechaliśmy do Wersalu, gdzie mieliśmy oficjalnie rozpocząć panowanie. Choisy było naszym czyśćcem. Teraz podążaliśmy prosto do nieba.

[Przeł. Beata Długajczyk]

Zaciekawieni? ;)

09 września 2013

"Bunt bogini" Josephine Angelini

 
"Helena Hamilton, pozornie zwyczajna szesnastolatka z amerykańskiego miasteczka, jest potomkinią Heleny Trojańskiej. Poznała już swoje przeznaczenie i rolę, jaką ma odegrać w planach bogów. Wie, że musi co noc przemierzać Podziemie, by zapobiec krwawej wojnie i uwolnić swoją rodzinę od klątwy.

Do tej pory dodawała jej sił miłość Lucasa. I pomoc tajemniczego Oriona, który podczas wędrówek przez mityczną krainę umarłych stał się jej tak bliski. Lecz teraz

Przepowiednia ostrzega Helenę, że ktoś, komu ufa, jest zdrajcą…

Helena wciąż nie jest pewna, czy kocha Oriona, czy Lucasa. Rozdarta pomiędzy uczuciem do nich obu musi teraz ostatecznie zdecydować. I raz jeszcze zejść do Hadesu, żeby wyrwać ukochanego z królestwa śmierci...
"


Helena Hamilton, amerykańska nastolatka o niezwykłej urodzie, jest potomkinią Heleny Trojańskiej i jedyną osobą, która może wypowiedzieć wojnę bogom Olimpu. Uwięziona pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem, musi wypełnić swoje przeznaczenie, by uratować najbliższych. Teraz żądni krwi bogowie powracają, by zniszczyć Sukcesorów. Tymczasem moc Heleny rośnie. Dziewczyna wie, że musi stawić czoła wrogom z Olimpu, a jednocześnie walczy z własnymi słabościami – miłością do Lucasa, z którym jej drogi połączyły się dawno temu oraz z zauroczeniem do Oriona, towarzysza wędrówek po Podziemiach. Czy dziewczyna odnajdzie w sobie siłę, by ocalić swoich najbliższych? Czy będzie potrafiła wybrać pomiędzy dwoma mężczyznami? Helenę czeka podróż nie tylko w głąb siebie, ale także ponowne zejście do Hadesu... i uratowanie tego, którego kocha najbardziej na świecie.

Bunt bogini to finałowa część trylogii Spętani przez bogów autorstwa Josephine Angelini. Pierwsza część trylogii podobała mi się niesamowicie, niestety druga była sporym rozczarowaniem. Jak na tle poprzedniczek wypada trzeci tom?

Nie da się ukryć, że Bunt bogini to książka wyjątkowo chaotyczna – już od pierwszych stron narrator skacze pomiędzy scenami, przez co niełatwo jest wciągnąć się w fabułę. Pierwsza połowa książki to po prostu dramat – zero emocji, infantylne dialogi, śmieszne zachowania bohaterów. Później coś zaczyna się dziać – czołowe postacie dokonują trudnych wyborów, aż w końcu dochodzi do wojny pomiędzy bogami Olimpu a Sukcesorami. Akcja w końcu nabiera tempa, wydarzenia są coraz dramatyczniejsze, bohaterowie coraz bardziej zdesperowani. Każda strona obfituje w kolejne zdarzenia i nim się czytelnik obejrzy, z niedowierzaniem dociera do ostatniej strony powieści.

Czegoś mi jednak tu brakuje – akcja akcją, ale gdzie są emocje? Gdzie to uczucie, które towarzyszyło mi podczas lektury pierwszego tomu? Mam wrażenie, że autorka w pewnym momencie utraciła coś cennego – magię, którą wplotła w pierwszą odsłonę Spętanych przez bogów. Chciała nagromadzić jak najwięcej wątków, wzbogacić opowieść, ale zapomniała o najważniejszym – o prawdopodobieństwie uczuć głównych bohaterów. Nagle przestałam odczuwać siłę miłości pomiędzy Heleną i Lucasem. Na próżno szukać tego w ich nierzadko śmiesznych dialogach. A szkoda, bo wątek miłości, która ma swoje korzenie w Starożytności, mógłby być świetnie poprowadzony i mógłby – a nawet powinien – wywoływać w odbiorcy najróżniejsze odczucia. Druga sprawa to właśnie same dialogi – jak wspomniałam: infantylne, sztuczne, momentami nawet niedorzeczne – całkowicie nie pasowały do postaci, jakimi byli Sukcesorzy czy bogowie olimpijscy. Miałam wrażenie, jakbym czytała o dzieciakach, które bawią się w wojnę. Wojnę, która w dodatku zaskakująco nagle i prosto się kończy.

Przyznaję, że nie można odmówić autorce pomysłu na spektakularne przedstawienie wojny w ostatnich rozdziałach powieści – jest mrocznie, niebezpiecznie i dużo się dzieje. A jednak momentami miałam wrażenie, jakbym widziała przerobioną wersję filmów Starcie Tytanów z Liamem Neesonem i Troja z Bradem Pittem w rolach głównych. Może to tylko moje odczucie, ale mam wrażenie, że autorka w jakiś sposób musiała się posiłkować tymi dziełami kinowymi (abstrahując oczywiście od treści Iliady). Plus jest taki, że mamy dużo zaskakujących momentów, minus – książka jest mocno niedopracowana.

Powiem tak – Bunt bogini mnie zawiódł. Dynamiczna akcja i mnogość wydarzeń nie są w stanie nadrobić braków, jakie wynikają z niedopracowania postaci i jałowej narracji, w której nie znajdziemy podstawowego czynnika, jakiego szukam w książkach – emocji. Nie płakałam, gdy umierał jeden z głównych bohaterów, było mi także obojętne, z którym facetem zwiąże się Helena. Josephine miała piękny pomysł, a pierwsza część Spętanych przez bogów pokazuje, że autorka potrafiła z greckich mitów stworzyć coś świeżego i interesującego. Okazuje się jednak, że pomysł to nie wszystko. A szkoda, liczyłam bowiem na wzruszającą opowieść z mitologią w tle. Bunt bogini polecam fanom autorki oraz mniej wymagającym czytelnikom, którym niestraszne są błędy w tekstach czy śmieszne dialogi pomiędzy równie śmiesznie wykreowanymi postaciami. Jednocześnie dodam, że polska okładka książki to jedna z najgorszych okładek, jakie w życiu widziałam! Odrzucono całkiem znośny projekt (zdjęcie powyżej) na rzecz sztucznie przyklejonej postaci dziewczyny na tle wzburzonego oceanu – czy tylko na tyle stać wydawnictwo Amber?

Daję ocenę 2/6. W zasadzie z sentymentu.

Original: Goddess
Wydawca: Amber
Data wydania: 18.07.2013 
Ilość stron: 335 

Za książkę dziękuję ParanormalBookS :)

Trylogia Spętani przez bogów:

03 września 2013

Wrześniowy stosik książkowy!


Wrzesień rozpoczynam od pokazania moich zdobyczy książkowych. Przyznaję, w tym miesiącu stosik jest w całości (no prawie) stworzony z egzemplarzy recenzenckich. Wyjątek stanowi jedna książka, która pochodzi z wymiany na LC. Ale po kolei:

1. Szukając Alaski - trzecia powieść Johna Greena wydana nakładem Bukowego Lasu. Właśnie przybył do mnie ten oto egzemplarz próbny - recenzja już niedługo. A potem konkurs, w którym do wygrania będzie nowiutka sztuka powieści Greena :)

2. Oczarowana - to właśnie ta książka pochodzi z wymiany na LC. Zaintrygował mnie opis oraz recenzja mojej koleżanki Uli, która była tą książką... oczarowana :) Ufam opiniom Ulki, zatem ten tytuł jest już mój :D

3. Bunt bogini - od ParanormalBookS, właśnie czytam, recenzja niedługo - niestety szału nie ma...

4. Tancerze Burzy - także od ParanormalBookS, po opinii mojej koleżanki stwierdzam, że zapowiada się czytelnicza uczta, mniam ^^

5. Poradnik dla dziewcząt. Jak nie być zołzą - od Patryka z Bellony, książka już przeczytana, recenzja TUTAJ.

6. Ania z Zielonego Wzgórza - także z Bellony, aż wstyd przyznać, że jeszcze nigdy tej książki nie miałam w ręku! W końcu muszę nadrobić zaległości!

7. Waleczna i krucha - trzecia powieść Shirlee wydana nakładem Bellony, także od wydawnictwa do oceny, recenzja TUTAJ. Z dzieł pani Busbee szczerze Wam polecam Uległą i posłuszną :)

No i na razie to tyle.

Ostatnio na moim blogu małe zmiany - czyli nowa szata graficzna. Oczywiście marzył mi się szablon z prawdziwego zdarzenia (np. coś w takim stylu, jak można zobaczyć na blogu Buduar Porcelany - polecam!), niestety jestem noga w takich rzeczach, jak tworzenie szablonów, nie mówiąc o zdecydowaniu się na konkretny kolor czcionki... Niemniej mam nadzieję, że nowa odsłona Tirindeth's Books przypadnie Wam do gustu :)

Na koniec utwór z przepięknej ścieżki dźwiękowej do filmu Jane Eyre z 2011 roku (nie ukrywam, że film jest słaby, o czym kiedyś opowiem szerzej, natomiast muzyka i plenery - cudowne!). 
Polecam cały soundtrack, warto! :)