Menu

27 września 2015

Największe filmowe ciacha według Tirin!

Na niedzielny wieczór przygotowałam post specjalnie dla wszystkich moich Czytelniczek - będzie o największych ciachach z dużego ekranu. Macie ochotę poznać panów, których uwielbiam? No to lecimy! Kolejność w zasadzie przypadkowa ;)

COLIN FIRTH
źródło

Oczywiście listę otwiera mój ukochany Colin - jest niesamowity, a im starszy, tym wspanialszy :) Z resztą napisałam o nim niedawno TU :)

MADS MIKKELSEN
źródło

Za te oczy można dać się pokroić. Niesamowita uroda duńskiego aktora sprawiła, że oglądam wszystkie filmy z jego udziałem - nie ważne, o czym opowiadają, ważne, że jest Mads ;)

RICHARD ARMITAGE
źródło

Richarda uwielbiam za rolę Johna Thorntona w serialu BBC Północ i Południe. Od tamtego czasu śledzę jego karierę i zachwycam się każdym jego kolejnym wcieleniem.

MATTHEW MCCONAUGHEY
źródło

Chyba mam na niego fazę po Interstellar ;) Poza tym bardzo lubię komedie romantyczne z jego udziałem <3

HUGH JACKMAN
źródło

Szał na tego pana zaczął się u mnie po obejrzeniu pierwszej części X-Menów. Miałam wtedy naście lat i do dziś faza na Hugh mi nie przeszła :P

BEN BARNES
źródło

Ben zaczarował mnie swoimi oczami - ma obłędne spojrzenie! I uśmiech <3 Gdybym spotkała go na ulicy, oświadczyłabym się ;)

HEATH LEDGER
źródło

To był bardzo utalentowany i cholernie przystojny facet.

ADRIEN BRODY
źródło

Mam na niego fazę po King Kongu. jest w nim coś niesamowitego *__*


ORLANDO BLOOM
źródło

Legolas nie mógłby mieć innej twarzy, niż Blooma. Bardzo lubię tego przystojniaka za wiele jego ról, ale Legolasem i Willem Turnerem z Piratów z Karaibów zdobył moje serce.

VIGGO MORTENSEN
źródło

Viggo, jak go nie uwielbiać? W jakiejkolwiek roli bym go nie zobaczyła, jestem zachwycona. W końcu to Aragorn ;)

Mogłabym jeszcze wcisnąć na tę listę Christiana Bale'a, Ryana Goslinga i Liama Hemswortha, ale zostawię ich sobie na inną okazję ;)

A Wy, drogie Panie, macie swoich faworytów? 

24 września 2015

CYKL: Niezrecenzowane, odcinek 4

Oto czwarty wpis w ramach mojego autorskiego cyklu. „Niezrecenzowane” to przemyślenia na temat książek lub filmów, których nie jestem w stanie zrecenzować w tradycyjny sposób. To luźne notki nie tylko o tych dziełach, na które szkoda strzępić języka (tudzież klawiatury), ale także o dziełach, które zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że nie umiem napisać na ich temat sensownej, pełnej recenzji. Mam nadzieję, że taka forma dzielenia się wrażeniami z lektury lub seansu filmowego przypadnie Wam do gustu ;)

Odcinek 4
Za głosem serca
Johanna Lindsey

„Ranulfowi Fitz Hug, najemnemu rycerzowi, lord Rothwell zleca porwanie narzeczonej, Reiny de Champeney. Młody rycerz wywiązuje się z powierzonego zadania, lecz w drodze powrotnej dowiaduje się, że dziewczyna nie zna żadnego Rothwella i nigdy nie była z nim po słowie. Ranulf, za namową jednego towarzyszących mu rycerzy, zmienia zdanie i sam pojmuje za żonę uprowadzoną Reinę.”


Nie ukrywam, że miałam ogromne nadzieje względem tej lektury! Miało być romantycznie i zabawnie, w końcu przez wiele czytelniczek  Za głosem serca jest okrzyknięte jednym z najlepszych romansów historycznych Johanny Lindsey. No cóż, jeśli to jest jej najlepsza książka, to niestety nie zaprzyjaźnię się z jej twórczością.

Po Za głosem serca sięgnęłam w trudnym dla mnie momencie i nie ukrywam, że bardzo, naprawdę bardzo potrzebowałam lekkiej, nieco odmóżdżającej lektury. Romans historyczny z przystojniakiem na okładce wydawał się więc idealny. Nic bardziej mylnego! Główny bohater – ów przystojniak – okazał się prostakiem, w dodatku totalnym ignorantem w sprawach łóżkowych (faceci!), a główna bohaterka – strasznie upartą kobietką (oryginalnie!), której tok myślenia momentami wprawiał mnie w zdumienie. Przeczytałam sporo książek z tego gatunku, przez moje ręce przeszły dzieła z różnych półek i od różnych autorów, ale jeszcze nigdy nie zawiodłam się na lekturze tak bardzo. Było sztampowo, rozczarowująco i niestety żaden z bohaterów nie wywołał we mnie cieplejszych uczuć. Owszem, autorka ma lekkie pióro i książkę czyta się szybko, więc nie mam zastrzeżeń do jej stylu, ale tak kulawej historii miłosnej z tak beznadziejnym amantem dawno nie przeczytałam. Dlatego ogromnie zaskakują mnie pozytywne opinie na temat tej książki – albo mam zbyt duże wymagania, albo zwyczajnie nie dostrzegłam w niej tego, co widzą inni. 

Podsumowując: Nie, nie i jeszcze raz nie! 

21 września 2015

"Podwójne życie Pat" Jo Walton

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

„Jedna kobieta. Dwa światy. Dwie historie

Jest rok 2015, a Patricia Cowan dożyła sędziwego wieku. "Dziś zdezorientowana" - głosi napis na karcie pacjenta na jej łóżku. Patricia nie wie, który jest rok, nie pamięta o ważnych wydarzeniach z życia swoich dzieci. Za to pamięta o tym, co wydaje się niemożliwe. Pamięta, że wyszła za Marka i miała czworo dzieci - ale pamięta też, że nie wyszła za Marka i wychowała troje dzieci z Bee.

Była gospodynią domową, która wyzwoliła się z okropnego małżeństwa, czy odnoszącą sukcesy autorką przewodników, mieszkającą w Wielkiej Brytanii i Włoszech? A księżyc, który widzi przez okno: czy znajduje się na nim poczciwa stacja badawcza, czy też posterunek wojskowy najeżony pociskami atomowymi?”


Mam problem z ubraniem w słowa tego, co czuję po skończonej lekturze Podwójnego życia Pat. Sięgając po tę powieść nie wiedziałam, czego się spodziewać – nie przeczytałam żadnej opinii o tym tytule, a opis wydawcy jest dosyć enigmatyczny. Bogu dzięki! Magia tej książki polega bowiem na tym, by rozpocząć lekturę „w ciemno”. Tylko w ten sposób każdy kolejny rozdział będzie odkrywaniem niesamowitej historii tytułowej bohaterki, Patricii.

Dlatego ja w niniejszym tekście nie zdradzę Wam, o czym jest ta historia, mogę natomiast z całą mocą podkreślić, że jest niezwykła – wymaga skupienia, zmusza do refleksji, pozwala poznać bohaterów z różnych stron, niekiedy szokuje, momentami wzrusza, a w ostateczności pozostawia czytelnika w totalnym osłupieniu. I co najważniejsze – jest oryginalna. 

Historia została przedstawiona przez narratora wszechwiedzącego. Prosty język i chronologia (w postaci podziału rozdziałów na kolejne lata życia bohaterki) ułatwiają odbiory odnalezienie się w tej nieco zawiłej historii. Na początku lektura była dla mnie zaskoczeniem – nie do końca wiedziałam, co się dzieje, bywały momenty, że podczas czytania musiałam cofnąć się kilka stron wcześniej, by zrozumieć poruszany wątek. Z czasem historia staje się klarowna, a czytelnik zaczyna rozumieć zamysł autorki. W sumie nawet nie wiem, w którym momencie pokochałam bohaterów tej opowieści – śledziłam ich losy z zapartym tchem! 

Oryginalny tytuł książki brzmi My Real Children. Uważam, że jest dużo lepszy od naszej polskiej wersji, która tak naprawdę zbyt wiele zdradza. Ale i tak powieść Jo Walton była dla mnie ogromną niespodzianką – bardzo pozytywną i pouczającą. Ponadto zakończenie wbiło mnie w fotel i wciąż o nim myślę. Jest dokładnie takie, jakie powinno być – pozwala odbiorcy samemu zadecydować o tym, w co wierzy i jak chce zinterpretować opowieść Patricii. Powiem tak – jestem ZACHWYCONA! Polecenie Wam tej lektury wydaje się więc formalnością – warto, naprawdę warto rzucić okiem na Podwójne życie Pat i pozwolić sobie na chwilę refleksji nad własnym życiem. Polecam!


Premiera: 23 września 2015!

Original: My Real Children
Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 23.09.2015
Ilość stron: 376
Przeł. Maciejka Mazan
Ocena: 5+/6


Za lekturę dziękuję wydawnictwu Świat Książki :)

17 września 2015

CYKL: Najpiękniejsze ścieżki dźwiękowe według Tirin, odcinek 3 - Za co uwielbiam Hansa Zimmera?

To już trzeci odcinek mojego cyklu poświęconego muzyce filmowej, której od lat słucham wręcz nałogowo. Do tej pory opowiedziałam Wam o najnowszych odkryciach muzycznych oraz o tragicznie zmarłym Hornerze. Dzisiaj będzie o mojej miłości do twórczości Hansa Zimmera, którego muzyka od lat mnie rozkochuje i zachwyca. Gotowi?

Hans urodził się w 1957 roku w Niemczech. Studiował w Anglii, a po skończonej nauce wraz z kolegami założył zespół The Buggles (pod tym LINKIEM możecie zobaczyć ich teledysk z młodym Hansem grającym na klawiszach). Tworzy muzykę filmową od 1983 roku, lecz jego kariera zaczęła się tak naprawdę dopiero w 1988 roku, kiedy dostał nominację do nagrody Oscara za muzykę do Rain Man. Rok później stworzył ścieżkę do Wożąc panią Daisy. Popularność przyniosła mu skomponowana w 1994 roku muzyka do animacji Król Lew, za którą otrzymał Oscara i Złotego Globa. Następne wielkie dzieła to ścieżka do: Książę Egiptu, Cienka czerwona linia (otrzymał za nią Złotego Satelitę), Mission Impossible 2, Karmazynowy przypływ (otrzymał za tę muzykę nagrodę Grammy), Gladiator (za którego dostał Złotego Globa i Złotego Satelitę), Helikopter w ogniu, Hannibal, Pearl Harbor, Łzy słońca, Ostatni samuraj (kolejny Złoty Satelita na koncie!), Trudne słówka, Madagaskar, Batman Początek, Kod da Vinci, Piraci z Karaibów (druga i kolejne części, przy pierwszej pracował Klaus Badelt), Kung Fu Panda, Mroczny Rycerz (nagroda Grammy zdobyta!), To skomplikowane, Sherlock Holmes, Anioły i Demony, Incepcja (dostał za tę muzykę nagrody: WSA, Saturna i Satelitę), Mroczny Rycerz powstaje, Zniewolony, Człowiek ze stali, Interstellar (nagroda Saturna!) i w końcu ostatnia ścieżka do najnowszej animacji – Małego Księcia

Uff, trochę tego jest, choć i tak wybrałam te bardziej znane. Powiem tak – każda kolejna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Hansa dowodzi jego geniuszu. Ale to, co ostatnio słyszałam w Interstellar, totalnie mnie powaliło!  

Hans ma niezwykły dar do łączenia różnych, na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasujących do siebie materii. Lekko i zwinie porusza się pomiędzy muzyką nowoczesną, poważną, patetyczną klasyką i komputerowymi kompilacjami. Potrafi z pozornie prostych dźwięków stworzyć arcydzieło. 

A teraz kłów kilka o Interstellar – muzykę do tego filmu poznałam kilka dni temu, a już przemaglowałam ją od góry do dołu i chyba znam ją na pamięć. Najbardziej zachwyca mnie utwór 8 – Mountains. Zaczyna się bardzo spokojnie, zagadkowo, jest w tych dźwiękach tyle tajemnicy. I obietnica, która później rozbrzmiewa z całą mocą, wwiercając się w duszę słuchacza. Zimmer nie tworzy jedynie muzyki. On tworzy klimat każdego filmu. Bez tej ścieżki Interstellar nie oddziaływałby tak na odbiorcę, jak to czyni. Przy muzyce Hansa nie sposób się nie wzruszyć. Facet od lat doprowadza mnie do łez – Ostatni samuraj, Mały Książę, Gladiator, Łzy słońca, Incepcja… Potrafi dotknąć duszy, obudzić ją za pomocą dźwięków. A przy Interstellar udowodnił, że bez jego muzyki obraz byłby tak naprawdę niewiele wart. 

Wiem, że mało osób zwraca uwagę na muzykę filmową. „Coś tam leciało w tle” mówi spora grupa rozmówców. Dla mnie muzyka to PIERWSZA rzecz, na którą zwracam uwagę. Nic tak nie buduje klimatu i nie wciąga w opowieść, jak odpowiednio skomponowana ścieżka dźwiękowa. Polecam więc czasem zwrócić uwagę na to, co „leci w tle”. Może się okazać, że odkryjecie przepiękne dźwięki, które zostanie z Wami już na zawsze. Tak, jak ze mną już na zawsze będzie muzyka Zimmera. 

A teraz przegląd kilku moich ulubionych utworów z dorobku tego wspaniałego kompozytora. Miłego słuchania!


Mountains – jak już wspomniałam, to moja ulubiona część ze ścieżki do Interstellar. Kiedy zamykam oczy, czuję się, jakbym była bliżej wszechświata. Nie jesteśmy tutaj sami. 


Sorrow – smutna i piękna, tak po prostu!


Ścieżka do Tears of the Sun zachwyca mnie od lat – niesamowity film i niesamowita muzyka. To kolejny dowód na to, że Hans potrafi stworzyć wszystko – tu pięknie wplótł afrykański klimat w swoją muzykę. 


A Way of Life – muzyka do Ostatniego samuraja jest ze mną od lat. Często do niej wracam. Dlatego nieprzypadkowo mówię, że dzieła Zimmera będą ze mną już zawsze. Są takie, które skradły kawałek mojego serca i nigdy go nie oddadzą. 


One Day – coś niesamowitego! Jest w tym ogromne uczucie, wielka miłość, ale i smutek oraz tęsknota. Zimmer jest po prostu GENIUSZEM!


Waiting for a Train – kolejny dowód geniuszu Zimmera, ścieżką do Incepcji facet skosił wszystkich innych kompozytorów. Absolutnie obłędna muzyka!


Mermaids – czwarta część Piratów niespecjalnie mnie przekonała, ale fragment z syrenami jest powalający. A to wszystko dzięki muzyce Hansa!


Escape – Małego Księcia w dużej mierze przepłakałam, bo to przepiękna historia, która zostaje z człowiekiem już na zawsze. Muzyka stworzona przez Zimmera miała w tym swój ogromny udział. 

No to jak, macie swoją ulubioną muzykę napisaną przez Zimmera? ;)

13 września 2015

"29" Adena Halpern

„Młodym bywa się tylko dwa razy

Ellie Jerome, młoda duchem siedemdziesięciopięciolatka, uważa, że więcej łączy ją z dwudziestopięcioletnią wnuczką Lucy, niż z pięćdziesięciopięcioletnią córką Barbarą. Ellie robi wszystko, aby czuć się młodo i absolutnie nie ma ochoty obchodzić swych siedemdziesiątych piątych urodzin. Stając nad tortem obstawionym świeczkami ,najbardziej pragnie, żeby choć przez jeden dzień mieć znowu dwadzieścia dziewięć lat. Kto może przypuszczać, że jej życzenie się spełni?

29 to historia o trzech pokoleniach kobiet, których wiedzę o sobie i najbliższych zweryfikuje ten jeden magiczny dzień. Ellie się przekona, że codzienność dwudziestoparolatek wcale nie jest taka beztroska, jak jej się wydawało. Radość z odzyskanej młodości skłoni ją do przemyśleń, czy chciałaby przeżyć całe życie na nowo. Czy odważy się być młoda dłużej niż ten jeden dzień kosztem rozstania z tymi, których kocha?

Lekka i zabawna 29 to magiczna podróż w świat rodziny i miłości, ale też prawdziwa lekcja życia.”


Od samego początku wiedziałam, że muszę poznać książkę Adeny Halpern, choć czytanie o 75-letniej bohaterce być może nie wydaje się specjalnie atrakcyjne. Okazuje się jednak, że Ellie Jerome duchem jest wciąż młoda i bardzo chciałaby mieć także młode ciało. Bohaterka w swoje 75. urodziny wypowiada szalone życzenie... i niespodziewanie odkrywa, że życzenia czasem się spełniają!

Ta powieść jest po prostu magiczna! Czytałam ją z zapartym tchem, choć nie ma w niej ani zaskakujących zwrotów akcji, ani trzymających w napięciu sytuacji. W sumie od początku przeczuwałam, co spotka główną bohaterkę, a mimo to jej historia niesamowicie mnie wciągnęła. To dobra książka. Prawdziwa. Pouczająca. To jedna z tych lektur, która pomimo aury lekkości, niesie z sobą ważną naukę. Dlatego podziwiam Adenę Halpern, za to, że w tak z pozoru niezobowiązującej opowieści umieściła kilka ważnych, życiowych prawd, o których w pędzie codzienności zwyczajnie zapominamy. 

Krótko o budowie powieści – główną bohaterką jest Ellie i to ona opowiada historię swojego życia, otrzymujemy więc narrację pierwszoosobową. Ale co kilka rozdziałów pałeczkę przejmuje narrator wszechwiedzący, który w trzeciej osobie opowiada historię z perspektywy innych bohaterek. Język Ellie jest przyjemny, prosty, momentami zabawny, może nie do końca staromodny (choć autorka starała się, aby taki był). Muszę przyznać, że jak na 75-latkę, Ellie dosyć wnikliwie obserwuje dzisiejszy świat i pomimo różnicy pokoleń, potrafi wysnuć odpowiednie wnioski. Udowadnia także, że mamy prawo marzyć i kochać bez względu na swój wiek.

29 to książka skierowana do pań w każdym wieku. To bardzo ciepła, lekka, a przy tym pouczająca opowieść o przemijaniu i odnajdywaniu swojego miejsca na świecie, a przede wszystkim o docenianiu tego, co się ma. Bardzo polubiłam bohaterki tej opowieści i wiem, że na pewno jeszcze nie raz się z nimi spotkam. Dodam także, że pod koniec lektury byłam autentycznie wzruszona przemyśleniami Ellie – to prawdopodobnie najlepszy dowód na to, że książka Adeny Halpern bardzo przypadła mi do gustu i będę ją polecała nie tylko 29-latkom! Warto! ;)

Original: 29
Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 12.08.2015
Ilość stron: 304
Przeł.: Anna Zielińska
Ocena: 5+/6


Za tę niezwykłą lekturę dziękuję wydawnictwu Świat Książki :)

07 września 2015

CYKL: Niezrecenzowane, odcinek 3

Oto trzeci wpis w ramach mojego autorskiego cyklu. „Niezrecenzowane” to przemyślenia na temat książek lub filmów, których nie jestem w stanie zrecenzować w tradycyjny sposób. To luźne notki nie tylko o tych dziełach, na które szkoda strzępić języka (tudzież klawiatury), ale także o dziełach, które zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że nie umiem napisać na ich temat sensownej, pełnej recenzji. Mam nadzieję, że taka forma dzielenia się wrażeniami z lektury lub seansu filmowego przypadnie Wam do gustu ;) 

Odcinek 3
Droga
Cormac McCarthy


Przerażająca postapokaliptyczna wizja przyszłości Ameryki w powieści uznanej za największe arcydzieło Cormaca McCarthy’ego.

Spalona Ameryka, ciemność, proch i kurz przesłaniające niebo. Kamienie pękają od mrozu, a śnieg, który pada, jest szary. Ani jednego ptaka, ani jednego zwierzęcia, gdzieniegdzie tylko zdziczałe bandy kanibali. Jakiś straszliwy a nienazwany kataklizm zniszczył naszą cywilizację i większość życia na ziemi. Na tle martwego pejzażu po katastrofie dwie ruchome figurki – to ojciec i syn przemierzają zniszczoną planetę. Zmierzają ku wybrzeżu lecz co tam zastaną? Przed nimi długa i pełna niebezpieczeństw droga w nieznane. Wokół nich – świat, w którym nawet nadzieja już umarła, lecz nadal – dzięki łączącej ich więzi – trwa miłość…

„Droga” Cormaca McCarthy’ego to połączenie powieści drogi, powieści przygodowej oraz gotyckiego horroru. To przypowieść o świecie apokalipsy spełnionej, ponura odpowiedź na niepokojące pytanie jak świat wyglądałby bez człowieka. Krytyka literacka zalicza tę powieść do nurtu prozy amerykańskiego minimalizmu, w latach 80-tych nazywanego „brudnym realizmem”.


Trudno wyrazić słowami to, jak na odbiorcę działa Droga. To bardzo dziwna i poruszająca książka – opowieść o niezwykłej miłości rodzica do dziecka, walce o człowieczeństwo u kresu świata, walce o zachowanie wspomnień i uczuć, które ukształtowały bohatera i o samotności, która zabija. 

Język tej książki jest mocny, sugestywny, autor posługuje się krótkimi zdaniami, które budują napięcie i dynamikę dzieła. Konstrukcja pozbawiona została wyraźnego podziału na opowieść narratora i dialogi bohaterów, przez co pewne sytuacje przenikają się, jakby nie do końca było pewne, czy zaistniały. Sposób, w jaki rozmawiają ze sobą bohaterowie, porusza dogłębnie, wnika w duszę odbiorcy, rozdziera ją. Nie umiem tego opisać.

Choć opowieść wydaje się jakby wyciosana z kamienia, mroczna jak świat, w którym została osadzona, to jednak jest w niej coś pięknego i wzruszającego – owa miłość ojca do syna, miłość, która pomimo dramatycznej sytuacji, trzyma ich przy życiu. To właśnie ona sprawia, że czytelnik kibicuje tej dwójce, szalenie martwiąc się o ich losy, choć doskonale wie, że świat wykreowany przez McCarthy’ego nie daje żadnej nadziei. Nie ukrywam, że zakończenie wycisnęło ze mnie niejedną łzę. 

Droga to nie jest książka prosta, łatwa i przyjemna. To niezwykle przygnębiająca wizja apokalipsy, w której jedyne, co nam pozostanie u kresu świata, to miłość. I walka o to, by w najbardziej skrajnych sytuacjach nie zagubić siebie. I człowieczeństwa.

Na koniec dodam tylko, że najpierw obejrzałam ekranizację, a dopiero później przeczytałam książkę. Historia z ekranu jest równie mroczna i smutna, jak w opowieści Cormaca. Szczerze polecam!

02 września 2015

Powakacyjny stosik książkowy

Ojejku, ostatnio trochę nowych książek do mnie przyszło – jedne wydaję, inne dostaję ;) Efekt jest taki, że lista „do przeczytania” ani trochę nie chce się zmniejszyć ;) Dziś zaprezentuję Wam nabytki z ostatniego miesiąca. Kolejny stosik pewnie pojawi się u mnie po targach książki w Krakowie – wybieracie się? Ja na pewno!



A więc lewa kolumna to książki, które dostałam od Kawerny w ramach współpracy. Mam więc kolejne pięć tomów Bretta, a także jeszcze jedną książkę z uniwersum Metro 2033 – Mrówańcza. Na samym dole Dopóki nie zgasną gwiazdy.

Druga kolumna to zarówno egzemplarze recenzenckie, jak i moje własne nabytki. Sto dni po ślubie pochodzi z wymiany w antykwariacie, 29 dostałam do recenzji od Świata Książki (piękna opowieść, recenzja niedługo!), Lewą stronę życia i Ruinę i Rewoltę dostałam w prezencie od kolegi z wydawnictwa (ale pewnie ucieszy się, jeśli napiszę mu kiedyś recenzje tych tytułów), Za głosem serca dostałam od przyjaciółki (książka przeczytana, niestety bardzo słabiutka!), natomiast Siódmy sekret szczęścia, Miłość na Pacyfiku, Przywróceni i Opętanie to także książki z wymiany w antykwariacie. 

A stosik oczywiście zaprezentował mój nowy kumpel – Pan Lis. Ostatnio mam fioła na punkcie kotów, sów i lisów ;)

Na dziś to tyle. Dorzucam Wam do posłuchania jedną z najpiękniejszych kompozycji Clinta Mansella i zabieram się powoli do napisania dawno obiecanych recenzji – będzie coś o książce 29 Adeny Halpern, Drodze Cormaca McCarthy i drugiej części przygód Bridget Jones ;)


A tak poza tym to założyłam sobie konto na Instagramie. Świat się kończy! ;) W każdym razie gdybyście chcieli mnie znaleźć, zapraszam -> instagram.com/tirindeth ;)