Menu

10 marca 2011

"Cienie" Amy Meredith

"Początek tajemniczych, romantycznych i pełnych humoru przygód śmiertelnej dziewczyny - jedynej, która może pokonać demony panoszące się w modnym kurorcie.
Ale nie samą walką ze złem człowiek żyje...

Eve jest ładna, popularna, mieszka we wspaniałej rezydencji w Hamptons, kocha zakupy i designerskie ciuchy, i nie ma większych zmartwień poza tym, że zdarza jej się przekroczyć wyznaczony przez rodziców limit na karcie kredytowej - do czasu, gdy w jej liceum zjawia się dwóch nowych chłopaków.

Luke, który zmienia dziewczyny jak rękawiczki, od razu wpada jej w oko; tajemniczy, małomówny Mal działa na nią jak magnes.

Obaj są fantastyczni, a wybór trudny. Zwłaszcza kiedy Eve odkryje, że nieprzypadkowo przybyli do miasta, w którym nagle zaczyna roić się od demonów..."


Tę książkę znalazłam, wędrując między regałami Biedronki. To było dziwne, zobaczyć tam taką lekturę, i to w naprawdę dobrej cenie. Więc w końcu się skusiłam i kilka dni później kupiłam Cienie. Akurat byłam wówczas w trakcie kolejnego przeżywania przygód Harry'ego Pottera z ostatniego tomu, ale ostatecznie postanowiłam poświęcić czas na przeczytanie pierwszego tomu pani Meredith. Tak, ma ich być więcej, a kolejny już w lutym 2011.

No więc... Dwie główne bohaterki to Eve i Jess. Obie są typowymi licealistkami - interesuje je moda, dobry wygląd, faceci, oraz wszystko to, co sprawia, że czytając o nich widzę puste laleczki. Ale Eve zaskakuje, bo jednak zdarza jej się myśleć, choć nie grzeszy wysokim IQ. Niemniej lubię ją stanowczo bardziej niż Jess.

Poznajemy je na początku pierwszego roku w liceum, gdzie zjawiają się też dwaj przystojni panowie - Luke i Mal. Z opisu wiemy, co ich różni - Luke skacze z kwiatka na kwiatek i jest bożyszczem wśród licealistek. Mal zaś wydaje się zupełnie niedostępny, skrywa się w cieniu, niewiele mówi i tylko patrzy... ale to właśnie ten jego wzrok powoduje, że Eve zaczyna coś do niego czuć. Podczas, gdy Luke z czasem zaczyna ją irytować.

Lecz, gdy kilka koleżanek ze szkoły nagle dostaje obłędu, mamrocząc coś o cieniach i demonach, Eve zaczyna zastanawiać się nad dziwnymi zjawiskami. Do tego odkrywa, że sama ma dziwne zdolności - kiedy się zdenerwuje, bądź wystraszy, potrafi wywołać w swoim ciele napięcia elektryczne, a więc np rzuca sobie błyskawicami. Tak ot niczego. No i okazuje się, że dziwnym trafem jej prapraprababka była wiedźmą i jej zadaniem była walka z demonami.

Wówczas to poznajemy historię miasta Eve oraz przepowiednię, że co 100 lat miasto nawiedza wielki demon, który wraz z poplecznikami zbiera dusze, które wysysa z ludzi, aby rosnąć w siłę. Jess i Eve odnajdują wtedy w Luke'u swojego sprzymierzeńca i postanawiają dowiedzieć się coś więcej o demonach z dokumentów znalezionych w kościele parafialnym (ojcem Luke'a jest tamtejszy pastor). A kiedy i Jess zaczynają nawiedzać koszmary o demonach, Eve jest zdesperowana, by odkryć prawdę o kryjących się w mieście tajemnicach i uratować przyjaciółkę przed utratą duszy i życia. Jednak zbieg dziwnych okoliczności sprawia, że ostatecznie dziewczęta o bycie demonem podejrzewają ich przyjaciela i postanawiają odkryć, czy napewno jest złym stworem. A tymczasem Eve zostaje zaproszona do domu przystojnego Mala na kolację z rodzicami, która ostatecznie nie dochodzi do skutku, gdyż rodzice delikwenta nie zjawili się na spotkaniu ze względu na pilny wyjazd służbowy. I wtedy...

To pozostawiam już czytelnikom. Odkrycie jednak prawdy jest dosyć banalne. Intryga może i się pojawia, ale przez cały czas czytania tej książki podejrzewamy jedną osobę o bycie demonem. No i ja osobiście w swoim osądzie się nie pomyliłam.
Mogę śmiało porównać książkę do filmu Pulse. Tam także pojawiają się dziwne demony, które wysysają z ludzi dusze, co ostatecznie doprowadza do wielu samobójstw w mieście. Kiedy czytałam tę historię o Eve,  miałam dziwne wrażenie, że autorka posiłkowała się wspomnianym wyżej filmem. Takie podobieństwa nie mogą być przypadkowe...

Książkę czyta się szybko i łatwo, czasami zdarzało mi się wyśmiać zachowanie głównych bohaterek. Są tak zwyczajne, że to aż boli. Ale może dzięki temu są bardziej... rzeczywiste? Ciężko to ocenić.

Książka dobra na zimowy wieczór przy gorącej czekoladzie. Nie ma w niej wielkich uniesień, grozy czy kryminalnej zagadki. Ot, taka lektura dla odpoczynku. I nie powiem, nie taka zła wbrew pozorom. Dlatego daję 7/10.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten blog tworzę dla Was i każdy Wasz komentarz to dla mnie motywacja do dalszego pisania. Dziękuję, że jesteście tu ze mną! :)