Menu

29 marca 2017

"Filmy na doła", czyli produkcje, które pomagają w kryzysowych momentach

Chyba każdy z nas ma swoje ulubione produkcje, do których chętnie wraca i które zwyczajnie potrafią poprawić humor? Ja też takie mam. Za każdym razem, kiedy jestem w dołku albo zwyczajnie nie mam ochoty na nic nowego, sięgam po sprawdzone filmy, przy których zawsze się dobrze bawię i które podnoszą mnie na duchu. ZAWSZE. Oto piątka moich ulubieńców.

Oświadczyny po irlandzku (Leap Year, 2010)

Na pierwszym miejscu od wielu lat utrzymuje się Leap Year. Ten film jest po prostu genialny! Dwójka głównych bohaterów nie mogłaby się bardziej od siebie różnić, a jednak… Niesamowita, romantyczna opowieść, świetna muzyka i piękne, irlandzkie krajobrazy. Tysiąc razy tak!


Ja cię kocham a ty śpisz (While you were sleeping, 1995)

Drugie miejsce zajmuje dosyć stary film z Sandrą Bullock w roli głównej. Pamiętam, że obejrzałam ten film jako mała dziewczynka i jakoś niespecjalnie mnie zainteresował. Jednak pół roku temu odkryłam jego magię i od tamtego czasu wracam do niego nieustannie, zwłaszcza w gorszych dniach. Choć akcja rozpoczyna się w Boże Narodzenie, można tę historię oglądać o każdej porze roku. Ale do tego polecam kubek gorącej czekolady i wygodny fotel. 


Dziennik Bridget Jones (Bridget Jones’s Diary, 2001)

Och, czasem sama jestem taką Bridget – nieogarniętą babą, która ciągle pakuje się w tarapaty. Jak tu nie pokochać tej szalonej Angielki? Opowieść o pannie Jones towarzyszy mi od wielu, wielu lat. I za każdym razem bawię się przy tym filmie tak samo dobrze. Kolejne części też są cudowne (ta ostatnia naprawdę mnie zaskoczyła, bardzo dobre babskie kino!), ale do pierwszej produkcji zawsze będę miała największy sentyment. Kocham Bridget!


Narzeczony mimo woli (The Proposal, 2009)

I kolejny film z Sandrą, do którego wracam tak chętnie. Jest coś w tej opowieści, co mnie do niej przyciąga. Zwyczajnie lubię wracać do tego filmu – przystojny Ryan, piękna Sandra, Alaska i powoli rodzące się uczucie pomiędzy ludźmi, którzy teoretycznie różnią się od siebie tak diametralnie. Ale to nie tylko opowieść o romansie, to także opowieść o domu, o więzach rodzinnych i wzajemnym zrozumieniu. Warto znać.


Dziś 13 jutro 30 (13 going on 30, 2004)

Przez wiele lat (będąc nastolatką) katowałam ten film do porzygu. I choć teraz troszkę przystopowałam z oglądaniem historii Jenny i Matta, wciąż jest to jeden z tych filmów, do których wracam w chwili kryzysu czy dołka. Pozytywna, nieco zakręcona historia o pragnieniach i pogrzebach, niosąca ze sobą naprawdę ważne przesłanie. Pewnych rzeczy jednak w życiu nie można cofnąć, warto więc pomyśleć zawczasu. To absolutnie niesamowita opowieść okraszona świetną muzyką!


Ojej, czyżby wszystkie moje "filmy na doła" okazały się komediami romantycznymi? UPS xD Znacie te tytuły? Jeśli nie, szczerze je Wam polecam :) Do których filmów najchętniej wracacie? 

24 marca 2017

CYKL: Najpiękniejsze ścieżki dźwiękowe według Tirin, odcinek 5 - Najnowsze odkrycia

Gdy ktoś mnie zapyta, jakiej muzyki słucham najchętniej, odpowiadam bez wahania: „Filmowej!”. Od wielu lat się to u mnie nie zmienia – potrafię katować jedną ścieżkę dźwiękową aż do porzygu. I choć czasem zdarza mi się także posłuchać tradycyjnej muzyki popularnej (tu mam na myśli np. Eda Sheerana czy Elvisa Presleya), soundtracki nadal stanowią ponad 80% mojej playlisty. Ostatnio odkryłam kilka nowych ścieżek, które zawładnęły moim muzycznym światem – na niektóre z nich zwróciłam uwagę podczas oglądania filmów, inne wpadły mi w ucho w trakcie słuchania radio w pracy. Oto cztery, które naprawdę warto poznać.

Romeo & Juliet (2013) – Abel Korzeniowski

Absolutny geniusz! Co prawda filmu jeszcze nie widziałam, ale ta muzyka jest tak słodka, tak romantyczna, wręcz idealna dla historii, dla której została stworzona. Kiedy pierwszy raz usłyszałam Forbidden Love w radio, przysiadłam z wrażenia. Naprawdę! Polecam absolutnie! <3


Batman v Superman Dawn of Justice (2016) 
– Hans Zimmer & Junkie XL

Tak wiele osób psioczy na ten film, a ja – po drugim obejrzeniu – naprawdę polubiłam tę historię. A może to zasługa tego ciacha, które wcieliło się w rolę Supermana? Henry naprawdę potrafi rozpalić wyobraźnię, chociaż na Bena też miło popatrzeć ;) Ale nie o mężczyznach tu mowa, a o genialnej muzyce mojego mistrza Zimmera i jego kolegi po fachu – Junkie XL (znanego m.in. ze ścieżki do najnowszego Mad Max – koleś wymiata!). Mocne, twarde dźwięki połączone z pewną subtelnością – to potrafi tylko Hans! Kocham absolutnie <3


The Legend of Tarzan (2016) – Rupert Gregson-Williams

Film jest średni, ale na muzykę miałam fazę przez kilka tygodni po seansie. Opar katowałam non stop – jak pewnie niektórzy zauważyli, lubię takie klimaty (patrz moja ulubiona muzyka do Tears of the sun czy Mandela), a niektóre utwory są niesamowicie klimatyczne, po prostu przepiękne! 


47 Ronin (2013) – Ilan Eshkeri

Zarówno muzyka jak i film cudowne! Ten klimat! *_* Pierwszy raz utwór z tej ścieżki usłyszałam w radio i od razu zapragnęłam poznać resztę – sięgnęłam więc po film i przepadłam! Ścieżka ma swoje mocniejsze momenty, ale są i te delikatne, nostalgiczne nuty, jak np. Mika and Kai. Słuchając tego fragmentu mam łzy w oczach i nie mam zielonego pojęcia, dlaczego! Ale uwielbiam to, że muzyka wywołuje we mnie tak silne emocje. Po to sięgam właśnie po ścieżki dźwiękowe – często tworzone przez niesamowitych geniuszy, a tak rzadko doceniane przez odbiorców. Ale spoko, drodzy kompozytorzy, ja tu jestem i Was słucham! :D


22 marca 2017

„The Iron Queen” Julie Kagawa


Minęło pięć (PIĘĆ!) lat, odkąd sięgnęłam po Żelazną Córkę i w zachwycie śledziłam losy moich ulubionych bohaterów. Pięć lat niespełnionych oczekiwań na kontynuację, której polscy wydawcy nigdy nie wydadzą. Kiedy więc w moje ręce trafiła trzecia część serii, The Iron Queen, której polski tytuł brzmiałby Żelazna Królowa, nie zawahałam się. Chciałam się przekonać, czy wciąż będę z zapartym tchem śledziła przygody Meghan i czy książę Ash ponownie rozpali moją wyobraźnię.

Nie ukrywam, że pierwsza połowa Żelaznej Królowej jest nudna. Byłam tym tak niesamowicie sfrustrowana, że brałam nawet pod uwagę rezygnację z dalszej lektury! Wszak minęło tyle lat od poznania poprzednich części, że może już zwyczajnie „nie czułam” tej historii? Jednak patrząc na Żelazną Królową jako całość wiem, że ten początek miał swój sens – po dramatycznym finale Żelaznej Córki, akcja musiała zwolnić – Meghan zostaje wygnana, a jej książę podąża za nią. Bohaterowie odkrywają, że ich świat umiera – żelazo się rozprzestrzenia, a fałszywy król chce opanować całą baśniową krainę. Historia powoli nabiera rozpędu, stopniowo wciągając czytelnika w mistrzowsko wykreowany świat elfów. Jednak tak naprawdę dopiero ostatnie sto stron mnie zaskoczyło, a finał serii zostawił w autentycznym oszołomieniu. Byłam wkurzona, zachwycona, totalnie wzruszona! Decyzje bohaterów i ich wybory po prostu rozdarły moje serce. I w końcu poczułam to, co pięć lat temu – absolutny zachwyt. 

Językowo seria utrzymuje się na stałym poziomie – to prosta, pisana w pierwszej osobie powieść młodzieżowa, niezbyt wymagająca, za to przyjemna w odbiorze. Główna bohaterka, choć nieco zagubiona i podejmująca nierzadko naprawdę śmieszne decyzje, jest postacią, której nie brakuje odwagi, a jej ostateczne wybory napawają czytelnika dumą i wzruszeniem. Książę Ash okazał się tak samo doskonały, jak go zapamiętałam, a to obudziło we mnie wspomnienia sprzed lat, kiedy Żelazny Król i Żelazna Córka zawładnęły na trochę moją wyobraźnią. I choć Żelazna Królowa przy pierwszych rozdziałach naprawdę mnie zawiodła, finał okazał się w pełni satysfakcjonujący, wzruszając mnie i w ostateczności przekonując, bym koniecznie sięgnęła po The Iron Knight, które – o ile się nie mylę – napisane zostało z punktu widzenia Asha. Zatem szczerze mogę Wam polecić trzeci tom Żelaznego Dworu – dla fanów to niewątpliwie książka, o której nie można zapomnieć. Jeśli jednak nie mieliście okazji poznać serii Julie Kagawy, polecam nadrobić tę zaległość – Żelazny Dwór to przepiękna, baśniowa, wzruszająca opowieść nawiązująca do dzieła Shakespeare'a oraz mitów o elfach i magicznych stworzeniach, dzięki której wyruszymy w niezwykłą podróż do niesamowitego Nigdynigdy. To seria, której się nie zapomina, i do której się chętnie wraca. Bardzo, bardzo polecam!

Tytuł oryginalny: The Iron Queen
Seria: The Iron Fey (#3)
Ilość stron: 368
Data angielskiego wydania: styczeń 2011
Wydawca: Harlequin Teen
Opis wydawcy: KLIK

Moja ocena:



Seria The Iron Fey składa się z: 

#1 The Iron King (Żelazny Król, moja RECENZJA TU)

#2 The Iron Daughter (Żelazna Córka, moja RECENZJA TU)

#3 The Iron Queen

#4 The Iron Knight

#5 The Lost Prince

#6 The Iron Traitor

#7 The Iron Warrior

16 marca 2017

OMG! Pierwszy od ponad roku stosik książkowy! xD

Ojoj, czy wiecie, że ostatni mój stosik książkowy pojawił się w lutym 2016 roku? Minął już ponad rok! Najpierw przeprowadziłam się za granicę, co ucięło otrzymywanie papierowych egzemplarzy recenzenckich i zakupy w polskich księgarniach, a później miałam 8 miesięcy przerwy w blogowaniu. Ale w końcu przyszedł ten moment, że nie wytrzymałam – dwa tygodnie temu odwiedziłam dom rodzinny i ulubione księgarnie. I wróciłam z kilkoma nabytkami. Jesteście ciekawi, co sobie kupiłam? :D


Ci, którzy obserwują mojego instagrama i facebooka, na pewno wiedzą już, że tak pokochałam serię od Sarah J. Maas, że MUSIAŁAM kupić Dwór Cierni i Róż oraz Dwór Mgieł i Furii. I tak oto oba te tytuły są już tu ze mną <3 Czekam teraz na premierę kolejnego tomu!

Ponadto w biedronkowej promocji kupiłam kieszonkowe wydanie powieści Między książkami od Gabrielle Zevin – podobno dobre. Czytaliście? 

No i trzy tytuły zakupione w księgarni Tak Czytam w Łodzi (gorąco Wam to miejsce polecam). Pierwszy z nich to Walet Pik autorstwa Joyce Carol Oates – opinie o tym tytule są różne, ale pani z księgarni powiedziała, że to będzie dobry tytuł na początek, a potem mogę sięgnąć po Tatulo (podobno mocne!). Kolejny zakup to polecana swego czasu powieść Magdaleny Knedler Pan Darcy nie żyje. No cóż, wiadomość z pierwszej ręki – panów Darcy już nie ma, wyginęli na amen! Wiem co mówię, w końcu od jakiegoś czasu mieszkam w kraju Jane Austen. Dlatego też ten tytuł jakoś wyjątkowo mnie ujął i chętnie poznam tę opowieść xD No i trzeci zakup z księgarni to Ślad na lustrze od Janis Heaphy Durham – jestem strasznie ciekawa tej książki i jednocześnie trochę się jej obawiam. Bo czy istnieje coś po drugiej stronie? Chyba każdy choć raz w życiu się nad tym zastanawiał. A niewiadoma zawsze nas przeraża. 

Na koniec stosika prezentuję prezent od mojej kochanej Dzosefinn – ta wariatka tak bardzo chce mnie przekonać do prozy Agaty Czykierdy-Grabowskiej, że aż mi sprezentowała książkę z autografem autorki. No dzięki, bejb, niech Ci będzie, przeczytam Jak powietrze! :D

Poza zakupami książkowymi przywiozłam z Polski także lektury wygrzebane z moich starych zbiorów – więcej na moim instagramie ;)

Czytaliście któryś z powyższych tytułów? Polecacie coś w pierwszej kolejności?

Co do nadchodzących recenzji – właśnie kończę Żelazną Królową od Julii Kagawy, więc wkrótce napiszę kilka słów na jej temat, poza tym chcę powalczyć trochę z Żonami i córkami od Elizabeth Gaskell (co za cegła, 850 stron! Ale wydawca już baaaardzo długo czeka na reckę, więc jest motywacja, haha). Ponadto dostałam do zaopiniowania od PK trzeci tom Podwieczności (nareszcie!!!) i nową książkę od Marissy Meyer. Tak więc plan recenzji jest, pozostaje mi tylko go wykonać xD Trzymajcie kciuki! :)