Menu

27 kwietnia 2011

"7 razy dziś" Lauren Oliver


„Sam Kingston jest ładna, popularna, ma idealnego chłopaka i trzy najlepsze przyjaciółki. Mija kolejny dzień jej wspaniałego życia. Niestety wieczorna impreza przybiera zupełnie nieoczekiwany obrót. Kiedy Sam budzi się następnego dnia, z przerażeniem odkrywa, że znowu jest piątek 12 lutego, jeszcze raz dziś”

"7 razy dziś" - pierwsza powieść Lauren Oliver - przez wiele tygodni utrzymywała się w pierwszej dziesiątce bestsellerów "New York Timesa". Została przetłumaczona na 21 języków.



Jak wygląda Twój zwyczajny dzień? Czy zaczyna się on od pysznego śniadania, czy od porannej kłótni z rodzicami? A może budzisz się sama w domu? Nie? Obejmują cię silne ramiona ukochanego? Słyszysz jego spokojny oddech? Jeszcze nie to? Spacer z psem, karmienie rybek, mocna kawa i gazeta? Jest przecież tak wiele sposobów, by zacząć dzień. Można też w ogóle nie wychodzić z łóżka, ot tak, słodkie lenistwo, ten jeden raz, bo przecież jutro już wszystko wróci do normy. Ale czy masz pewność, że JUTRO w ogóle nadejdzie? 

Samantha tego dnia, 12 lutego w piątek, wstała jak gdyby nigdy nic. Ot zwyczajna, popularna uczennica liceum, która wraz z trzema przyjaciółkami czuła, że może podbić świat. Do tego wspaniały facet u boku i pełne aprobaty spojrzenia nauczycieli, jakby wszystko było dla niej możliwe, jakby dla takich jak Sam nie istniały zakazy i nakazy. Ale to też wielki dzień, bo to właśnie dziś, w Święto Kupidyna, Sam i Rob mieli zrobić coś wielkiego, mieli przypieczętować swój związek.

Owego dnia Sam otrzymuje kilka róż – ich ilość wskazywała, jaki status w szkolnej hierarchii posiadasz. Wśród kwiatów była się też jedna wyjątkowa, kremowa. Od dawnego przyjaciela. Ale Samantha zapomniała już o dawnych przyjaciołach, patrząc na nich z pogardą, bo nie są dostatecznie cool, by się z nią przyjaźnić. Co więcej, jest przekonana o swojej wyższości i patrzy na ludzi z pogardą, jakiej nauczyła się od przyjaciółki. A nawet trzech przyjaciółek – Lindsay, Elody i Ally oraz nasza bohaterka tworzą zwartą grupę kumpelek aż po grób. Nikt i nic nie jest w stanie im zagrozić, bo czują się lepsze. Typowe licealne gwiazdy. Zero skaz, zero rys na ich idealnym wizerunku. Wiodą prym, szczęśliwe, otaczane przez mit swojej popularności.

Ale coś się zmienia. Bowiem w momencie, gdy Samantha i jej przyjaciółki przekraczają próg domu jednego z dziwaków, Kenta, nie wiedzą, co je czeka. Alkohol leje się strumieniami, ludzie są owładnięci szałem i seksualnym uniesieniem, a chłopak Samanthy.. No tak, Rob jedyne co potrafi w tym wielkim dniu, to stoczyć się na dno, zostawiając ukochaną samej sobie. Tak więc dziewczęta znudzone postanawiają wrócić do domów. Wsiadają do auta, śmieją się, żartują i wtedy...

I wtedy znowu mamy 12 lutego, piątek, a Samantha ma wrażenie, że świat usuwa jej się spod nóg. Co tu się dzieje? Dlaczego ten dzień się powtarza? Co się wtedy stało?! Dlaczego czas idzie tak, jakby ktoś wyłączył zegar, jakby po godzinie dwudziestej czwartej nie nastawała pierwsza w nocy dnia następnego? Dlaczego wciąż i wciąż wraca ten sam koszmar?! Strzępki wspomnień układają się w przerażający obraz...

Debiut Lauren Oliver jest pełen prawdziwych obrazów, żywych i pulsujących w ostrym świetle. Z dokładnością matematyka i uporem maniaka kreuje otaczający bohaterkę świat, jej osobowość, sylwetki jej rodziny, przyjaciółek, uczniów liceum, nawet nauczycieli. Rysuje niczym wprawny malarz linie ich życia, przeplatające się ze sobą, niezwykle rzeczywiste, prawdziwe. Potrafi jak nikt inny oddać emocje, strach, radość. Pokazać ukrytą w mroku drogę, odpowiednie działania, wskrzesić cichą nadzieję. 

„7 razy dziś” okrzyknięto międzynarodowym bestsellerem. Czy słusznie? Z całą pewnością! Od samego początku powieść mnie pochłonęła, wsiąknęłam w nią na długo, myśląc o tym, co przytrafiło się tej w zasadzie zwykłej dziewczynie. To ponadczasowa, uniwersalna historia, od której nie można się ot tak oderwać! Nie obyło się także bez łez. Zarówno tych wzruszenia, jak i tych pełnych rozpaczy. Książki zazwyczaj wywołują we mnie emocje, ale powieść pani Oliver mną wstrząsnęła, na zawsze pozostawiając w mojej duszy głęboki ślad. Słowa, zdania, rozdziały... wszystko to wtopiło się w mój umysł i myślę, że zostanie tam jako swego rodzaju prawda życiowa, jaką powinien poznać każdy z nas.

Gdybyś miała wybrać najlepszy dzień swojego życia, to jaki by był? Czy to dzień, kiedy dostałaś pierwszą szóstkę? Czy to dzień, kiedy mama kupiła Ci komputer? A może dzień, gdy pocałował Cię chłopak, do którego tyle wzdychałaś? Urodziny i prezenty? Jest tyle opcji, tyle możliwości... i tylko jedna droga.

Jaką pójdziesz Ty? Jaki dzień wybierzesz, jeśli miałabyś do wyboru tylko ten jeden, a potem nic? Nie dla każdego bowiem istnieje jutro...

Daję ocenę 10/10!


Książkę otrzymałam w konkursie Wydawnictwa Otwartego, za co serdecznie dziękuję!


A teraz drobna dygresja - czy macie czasem takie wrażenie, że jakaś piosenka wręcz wydaje się idealna do jakiejś książki? Ja tak mam, kiedy słucham Your Guardian Angel i myślę o "7 razy dziś"... Enjoy!

25 kwietnia 2011

"Z Ciemnością Jej Do Twarzy" Kelly Keaton

„Mroczna i zmysłowa opowieść o potomkini Meduzy, pierwsza część cyklu Bogowie i potwory

Ari zawsze czuła się inna. Ma długie srebrzyste włosy, których nie da się ściąć ani zafarbować. Zielone nienaturalnie przyciągające oczy. Niejasną przeszłość związaną z szaleństwem i samobójstwem matki. Jest wściekła, zbuntowana i za wszelką cenę chce dotrzeć do prawdy.

Próbując odkryć tajemnicę swojego pochodzenia, trafia do odmienionego, magicznego Nowego Orleanu, który po huraganie wykupiony został przez tajemnicze rodziny o potężnych wpływach. Miasto pełne jest dziwnych istot, wampirów, czarodziejów, hybryd... Na ich tle Ari wydaje się być zwykłą dziewczyną, a jednak to właśnie ona wzbudza największy lęk...
Prześladują ją zabójcy, wspiera przystojny i odważny pół-wampir Sebastian, a gdzieś na obrzeżach miasta i tajemnicy czai się złowroga bogini Atena, która zrobi wszystko, by ją dopaść.

Z ciemnością jej do twarzy łączy popularne wątki paranormalne z grecką mitologią, opowieścią o walce z przeznaczeniem. Niebezpieczeństwa, niezwykły klimat zrujnowanego miasta i porywająca historia miłosna sprawiają, że powieść czyta się jednym tchem.”


Każdy z nas skrywa jakieś tajemnice. To czyni z nas indywidualne jednostki, niespotykane, zupełnie inne od reszty. Ale jeśli ma się nieokiełznane i nie dające się w żaden sposób ujarzmić srebrzyste włosy, oraz zielone, hipnotyzujące oczy, nie można mówić o zwykłej tajemnicy i przypadku. Ari Selkirk doskonale więc zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest zwyczajna, a jej przeszłość to mroczna zagadka, którą musi rozwikłać. Dlatego też postanawia odnaleźć matkę...

Trop prowadzi ją do Rocquemore, zakładu psychiatrycznego, gdzie dowiaduje się o samobójczej śmierci rodzicielki i otrzymuje jedyny po niej spadek – pudełko, w którym okryta jest rodzinna biżuteria i listy. Jeden z  nich, zaadresowany do dziewczyny, matka napisała przed śmiercią. Mówi w nim, aby córka trzymała się z daleka od Nowego Orleanu i aby uważała, bo będzie jej deptała po piętach śmierć. Ari nie może uwierzyć w to, co czyta, jest wzburzona i zszokowana. Dlaczego Nowy Orlean? Co było nie tak z jej matką? Dlaczego wszystkie kobiety z jej rodu nie dożywają dwudziestych pierwszych urodzin? Co się kryje we krwi niewiast o srebrzystych włosach?

Ari postanawia zignorować ostrzeżenie matki i wyrusza do zakazanego miasta. Jest niedaleka przyszłość… Miasto, niegdyś Nowy Orlean, teraz zwany Nowym 2, jest miejscem, które trzynaście lat wcześniej nawiedziły wielkie huragany pustoszące okolicę. Teraz ruiny miasta wykupione zostały przez dziewięć potężnych rodów tworzących Novem, które chce odnowić ten zniszczony kawałek świata i zrobić z niego słów własny, chroniony przed zewnętrznymi wpływami, dom.

Nasza bohaterka zostaje zaatakowana przez tajemniczego mężczyznę i tylko cudem udaje jej się przeżyć, a kiedy dociera do miasta, spotyka na swojej drodze dziewczynkę. Ta zgadza się udzielić Ari schronienia. I tak zaczyna się przygoda srebrzystowłosej. Dziewczyna będzie zmuszona podejmować ryzyko, by odnaleźć prawdę, a także pozna wiele zagadkowych postaci, które zaskoczą ją wiedzą dotyczącą jej samej oraz przeszłości i przyszłości, jaka ją czeka.

Bohaterzy powieści pani Keaton są interesujący, sama główna bohaterka zaś jest krnąbrną, wyzywającą dziewczyną z charakterkiem. Umie zadbać o siebie, a jednocześnie wydaje się być eteryczną, delikatną postacią. Towarzyszący jej Sebastian zaś to uosobienie ideału i tajemnicy w jednym. Są do siebie podobni, odmienni, inni niż wszyscy, a to oczywiście ich do siebie przyciąga.

Akcja od samego początku nie daje nam nawet chwili wytchnienia, pędzi przed siebie jak burza. Bohaterka zostaje wplątana w wir wydarzeń, przez co książkę czyta się zaskakująco szybko. Chłonęłam przygody Ari z zainteresowaniem i lekkim niepokojem, ciekawa, jak potoczą się jej niepewne losy. Minusem może się wydawać to, że momentami akcja jednak jest zbyt szybka, jakby autorce się bardzo spieszyło, jakby chciała pokazać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. A ponieważ powieść w zasadzie nie jest obszerna – to raptem trochę ponad dwieście sześćdziesiąt stron – szybko docieramy do końca, po czym odwracamy ostatnią kartkę i stwierdzamy nieco zdenerwowani: „Już koniec?!”

Zakończenie jest zaskakujące i niepokojące jednocześnie. Wiadomo, że kolejna część MUSI powstać, a co za tym idzie – koniecznie po nią sięgniemy. Losy Ari są interesujące, wciągają, wabią swoją magią. To niesamowite w tej książce, jak szybko i łatwo czytelnik daje się wciągnąć, zaczarować.

Najsilniejszym atutem powieści jest jednak pomysł. W końcu pojawia się zgoła odmienna od wszystkich paranormali fabuła – postacie legendarne i ludowe jak wampiry i czarownice mieszają się z mitologicznymi stworami żywcem wyjętymi ze Starożytnej Grecji, tworząc prawdziwą mozaikę. Mozaikę strachu. Mozaikę potworów.

Powieść pani Keaton mogę szczerze polecić każdemu bez względu na wiek i zainteresowania. To interesująca opowieść o poszukiwaniu prawdy o samym sobie, o walce w imię miłości i przyjaźni, a przede wszystkim o walce z czystym złem, które czai się na każdym kroku, gotowe zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie!

Daję ocenę 8/10 i czekam na kolejną cześć nietuzinkowych przygód Ari!


 Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Znak Emotikon. Dziękuję bardzo!

Książka Kelly Keaton ukaże się w księgarniach 5 maja 2011!!!

"Błękitna Miłość" S. C. Ransom

„Tajemnicza bransoletka z błękitnym kamieniem zaprowadzi śmiertelną dziewczynę do duchów umarłych, które żywią się ludzkim szczęściem, i zwiąże z chłopakiem, który może obdarzyć ją miłością lub odebrać to, co najcenniejsze…
Siedemnastoletnia Alexa ma powody do radości: właśnie zdała egzaminy, a Rob, obiekt westchnień większości dziewczyn w szkole, jest zainteresowany właśnie nią.
Ale dziwna bransoletka znaleziona na brzegu Tamizy wszystko zmienia. Bo za sprawą tego niezwykłego przedmiotu Alexa spotyka Calluma - uwięzionego pomiędzy życiem a śmiercią pięknego chłopaka, w którym zakocha się bez pamięci. Lecz im głębsze uczucie ich łączy, tym częściej Alexa zaczyna wątpić, czy Callum mówi jej prawdę. Zwłaszcza gdy odkryje coś, co przeczy jego słowom i wzbudza w niej lęk. I każe zadać pytanie, czego naprawdę chce jej widmowy ukochany…”


Całując ducha…

Stojąc nad brzegiem morza zazwyczaj zwracasz uwagę na dwie kwestie – ciepłe promienie słońca, które liżą nagą skórę i lekką bryzę owiewającą twarz. To tak wspaniałe uczucie, że masz ochotę wyrzucić ręce w górę i cieszyć się tym spokojem, błogością i wolnością. Ale co, jeśli ten delikatny dotyk na ramionach, to ciepło rozlewające się jakby w Twoim wnętrzu, ten drobny dreszcz na skórze to nie efekt naturalnych czynników? A co, jeśli za Tobą, w cieniu niewidzialnym dla ludzkiego oka, czai się jakaś siła? A co, jeśli znajdziesz coś, na przykład przedmiot, który pozwoli Ci odkryć dziwne rzeczy, a te wywrócą racjonalny i poukładany świat, w jakim żyjesz? Czy jesteś gotowa na taką ewentualność?

Alexa i jej przyjaciółka Grace są świadkami walki uwięzionego na brzegu Tamizy łabędzia, którego obręcz na nóżce zahaczyła o wystający drut. Ponieważ Alexa kocha zwierzęta i marzy o karierze weterynarza, wie, że musi pomóc biednemu ptakowi. Kiedy więc łabędź w końcu uwalnia się z uwięzi i ucieka, dziewczyna wychodzi z założenia, że musi zneutralizować wystający z ziemi drut, by żadne inne zwierze nie spotkało się z podobnym epizodem, jaki właśnie widziała. Ale jej wzrok wówczas przyciąga dziwny, błyszczący kamień. Kiedy zaczyna kopać w mulistym podłożu, odkrywa kolejne elementy przedmiotu – to bransoletka, którą ktoś brutalnie przywiązał drutem do kamienia i wrzucił prawdopodobnie do rzeki.

Młoda dziewczyna wydobywa przedmiot i jest zachwycona pięknem, jakie czai się w błękitnym kamieniu, najpewniej opalu. Wraz z przyjaciółką starają się rozwikłać zagadkę, do kogo biżuteria mogła należeć i czemu ktoś zadał sobie tyle trudu, aby pozbyć się przedmiotu. Niestety, wskazówek brak, a czasu na zastanowienie się jest mało, bo już za chwilę muszą pędzić na umówione miejsce spotkania ich paczki przyjaciół. Wyczyściwszy pobieżnie znalezisko, bohaterka wsuwa go na nadgarstek i stara się zainteresować miłym wieczorem, jaki na nią czekał.


Cała recenzja na: 


Ocena dla książki 8,5/10 ;) Polecam!!!

23 kwietnia 2011

"Marzenia" Jill Barnett

„Zrzucenie ukochanego z drzewa z pewnością nie jest ani najlepszym początkiem znajomości, ani skutecznym sposobem na zdobycie jego serca, zwłaszcza dla Angielki, i to żyjącej w czasach, gdy narzeczonych poznaje się na balach czy w salonach.

Letitia Hornsby, niestety, od dziecka ma pecha, i nic nie wskazuje na to, by jej miłość do Richarda Lennoxa mogła zakończyć się szczęśliwie, zważywszy, że każde ich spotkanie kończy się katastrofą.

Czy pech przestanie prześladować Letitię, gdy na skutek dziwnego zbiegu okoliczności zostanie wraz z ukochanym uwięziona na statku przemytników?”


Będąc młodą panną na wydaniu należało mieć zawsze dobrze ułożone włosy, miłe usposobienie, słodką urodę, elegancki język i przede wszystkim wyczucie i wrodzony zmysł odnajdywania się w otoczeniu. Przydałyby się też dobre koneksje i wpływowa rodzina.

Ale u Letitii nie miałoby to i tak znaczenia, bo dziewczyna, jak na złość, nie dość, że do najpiękniejszych nie należała, to jeszcze przynosiła pecha. Prawdziwego pecha, o czym mógł się przekonać nie raz obiekt jej westchnień – Richard, hulaka i początkujący alkoholik. Idealny kandydat na męża? Wbrew pozorom, tak. Ale niestety zupełnie niezainteresowany.

Letitia więc jest w prawdziwym szoku, kiedy Richard na balu proponuje wpisać swoje imię w jej karnecik, a potem pragnie porwać ją do tańca. Dobre intencje? Niestety, lorda Downe ciężko jest rozgryźć, zwłaszcza, że wiele rzeczy traktował jak dobry żart. A Letitia, nazywana przez niego „Półdiable”, była nie do końca pożądaną osobą w jego otoczeniu. Ale uparta dziewczyna, wbrew rozsądkowi, lgnęła do tego niebezpiecznego i tajemniczego człowieka, którego życie zaczęło męczyć. Wciąż miała nadzieję, że będzie mogła go odmienić. Jednak niefortunne zdarzenie, jakie następuje po jej wyprawie śledczej kieruje oboje bohaterów w wir nie do końca szczęśliwych wydarzeń, rzucając ich na głęboką wodę. I to dosłownie.

Letitia jest jedną z tych postaci, których nie można nie lubić. Miła, słodka, ale niestety zagubiona w świecie, gdzie panują sztywne zasady dobrego wychowania i przede wszystkim ogłady. Jej ukochany Richard, niestety nie należy do tych mężczyzn, na widok których  matki panien na wydaniu kłaniają się po pas i nazywają dżentelmenem. Przytłoczony przez życie staczał się na dno własnych słabości i smutków, z piętnem podjętych nieudanych prób godnego życia. Nawet jego przyjaciele nie byli w stanie przekonać go, by zmienił swoje negatywne nastawienie. Czy słodkiej, niewinnej Letitii się to uda? Czy dziewczyna przynosząca pecha może rozkochać w sobie takiego nieczułego aroganta?

Powieść Jill Barnett  Marzenia jest sequelem historii p.t. Czary, choć w zasadzie obie książki mogłaby istnieć osobno. Powiązaniem między dwoma tomami są tylko postacie, główne wątki natomiast traktują o zupełnie innych problemach. Dlatego też spokojnie można sięgnąć po lekturę bez obawy, że nie odnajdziemy się w wydarzeniach.

Autorka sprawnie i z wyczuciem operuje językiem i oddaje klimat XIX-wiecznej Anglii, co z resztą doskonale pokazała w wielu innych swoich powieściach. Jej język, przystępny dla każdego czytelnika, w prosty sposób przybliża nas do uczuć bohaterów, maluje obrazy ich smutków, niepewności, czasem zagubienia. Lekkość, z jaką książka jest napisana sprawia, że pragniemy wrócić do różnych momentów, na nowo zatapiając się w fabułę i na nowo przeżywając problemy Letitii oraz nieliczne momenty uniesień. To niesamowite, jak łatwo Jill potrafi omamić czytelnika, jak łatwo nas wciąga w przedstawiony przez siebie świat. Z ręką na sercu chylę czoła nad jej warsztatem, choć wielu pokręci głową z dezaprobatą, gdy słyszą stwierdzenie „romans historyczny”. Ale nawet romans może być wybitnie napisany! 

Marzenia mogę śmiało polecić każdej kobiecie, która ma w sobie choć trochę z marzycielki. Doskonale dobrany tytuł oddaje ducha idei, z jaką do celu dąży nie tylko bohaterka, ale zapewne także każda z nas, spragniona prawdziwej i jedynej miłości. Miłości, która pokona każdą przeszkodę.

Daję 8/10 i wierzę, że i Was, drogie Panie, wciągną niezwykłe przygody oraz świat osoby tak romantycznej i niepowtarzalnej, jak Letitia. Ostatecznie nawet jestem pewna, że w Waszych sercach znajdzie się też trochę miejsca dla  jej nieposkromionego i uparcie uciekającego ukochanego!

21 kwietnia 2011

"Wschodzący księżyc" Keri Arthur

„Riley Jenson, na co dzień zatrudniona w biurze Departamentu Innych Ras w Melbourne, skrywa niezwykłą tajemnicę. Jest rzadko spotykanym połączeniem wilkołaka i wampira, ale jej wilcza natura dominuje.
Nie chce być Strażnikiem, jak jej brat bliźniak, Rhoan, który musi zabijać, aby ochraniać ludzi. Jednak nie zawsze okoliczności sprzyjają naszym planom, czasem życie decyduje za nas…
Zbliża się pełnia, która wilczą część Riley bierze w posiadanie i doprowadza do burzy zmysłów. Gdy Rhoan znika w trakcie misji, a tajemniczy, nagi i niezmiernie pociągający wampir staje na progu jej mieszkania, Riley wie, że zbliżają się kłopoty. Aby odszukać brata, angażuje się w sprawę tajemniczej śmierci Strażników Departamentu. Jakby tego było mało, okazuje się że pojawił się niebezpieczny szaleniec ogarnięty obsesyjną myślą stworzenia doskonałej istoty powstałej z połączenia kilku genów nieludzi…
Wschodzący księżyc jest pierwszą z serii dziewięciu książek o Riley Jenson.
Daj porwać się księżycowej gorączce i wejdź do świata, gdzie wilcza namiętność budzi do życia nawet nieumarłych…”


... Na łasce księżycowej gorączki.

Kiedy jest się wilkołakiem, na pierwszym miejscu stawia się swoją naturę. Ale jeśli jest się bardzo rzadkim okazem naturalnego połączenia wilkołaka i wampira, mieszanka może być naprawdę zabójcza!

Rudowłosa Riley Jenson jest właśnie przykładem całkiem ciekawej krzyżówki dwóch gatunków, a jej nieposkromiona osobowość i dzika pasja sprawiają, że jest wampirowilkołakiem przez duże W. Co więcej, jej brat bliźniak również posiada ten niesamowity genotyp, lecz o ile w Riley dominuje wilkołacza krew, o tyle u Rhoana bardziej ta wampirza.

Oboje pracują dla organizacji zwanej Departamentem ds. Innych Ras, co w praktyce oznacza kontrolowanie istot paranormalnych i dbanie o dobry byt zarówno ich jak i ludzi na jednej planecie. Rhoan, jako urodzony zabójca, działa w Departamencie jako Strażnik, Riley jednak jest troszkę za słaba, by dołączyć do zespołu brata. Kto bowiem z własnej woli chciałby się taplać we krwi?

Bohaterkę poznajemy na chwilę przed tym, jak jej życie wywraca się do góry nogami – brat znika, a przed drzwiami jej mieszkania pojawia się upaprany w błocie i oszałamiająco przystojny nagi wampir. Jak więc miała zachować się kobieta, która nie do końca panuje nad swoim ciałem?

Bo choć z jednej strony zmuszona jest poddawać się swojej naturze, nie można nie zauważyć, że Riley to uwielbia. Bowiem na tydzień przed pełnią księżyca w wilkołakach budzi się żądza, która nie pozwala im myśleć o niczym innym, jak o poszukiwaniu partnera i zaspokajaniu swoich seksualnych potrzeb. Dlatego też nasza śliczna bohaterka nie może odmówić sobie cielesnych przyjemności z chętnymi przedstawicielami jej gatunku. I tak poznajemy później dwóch jej stałych kochanków – Talona i Mishę.

Ale ich umiejętności są niczym w porównaniu z niewiadomą, jaką roztacza wokół siebie tajemniczy nagi wampir. Nawet wówczas, kiedy facet okazuje się przyjacielem zaginionego brata Riley i do tego całkiem wpływowym obywatelem, nie umniejsza to niepewności, jaką nieumarły wzbudza w rudowłosej pannie.

Ale namiętność musi zejść na dalszy plan, jeśli Riley chce odnaleźć zaginionego brata i dowiedzieć się, kto albo co nastaje na jej życie. I tu zaczyna się przygoda...

Powieść Keri Arthur „Wschodzący księżyc” to pierwszy tom dziewięciotomowej serii o Riley Jenson. Szczerze mówiąc nie sięgnęłabym po nią, gdyby nie pozytywne opinie innych czytelników. Czy podjęłam słuszną decyzję?

Język powieści jest całkowicie i niepodważalnie nastawiony na odbiór starszego czytelnika i muszę tu podkreślić, że to nie jest lektura dla nastolatek. Nie brakuje wulgaryzmów i odniesień do płciowości. Bohaterowie nie wstydzą się swojej chuci i eksponują rozpalone ciała i seksualną gotowość do stosunku jak ekshibicjoniści.

Fabuła powiązana jest z tajemniczym zniknięciem Rhoana oraz napadem na bohaterkę i jej przyjaciół. Wydaje się, że czeka ich walka z nieznanym, do tej pory doskonale ukrytym wrogiem. Ale w miarę, jak poznajemy dalsze losy Riley, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że owe problemy i śledztwo to tylko tło, przykrywka. Najważniejszy wątek to oczywiście nic innego jak doznania erotyczne. Książka ma ponad czterysta trzydzieści stron, a jakieś osiemdziesiąt procent to opisy aktów seksualnych albo odniesienia do marzeń bohaterki o jednym, niezwykle pociągającym mężczyźnie. Czy mnie to zaskoczyło? W zasadzie nie.

Powieść może się wydawać ciekawa i nie odbieram tu wiarygodności fanom, którym książka mogła się spodobać. Niestety dla mnie samej nie była zbytnio interesująca. Pomysł owszem, całkiem  dobry, wykonanie – przykro mi, ale nie w moim typie, bowiem ekranizacja takiej fabuły podchodziła by pod pornografię. Dlatego ocenę, jaką mogę dać to 4/10 i ostrzec, że gdy ktoś sięgnie po „Wschodzący księżyc”, musi mieć świadomość, iż to całkowicie lekka, niewymagająca myślenia lektura w sam raz na raz.


Książkę otrzymałam od portalu ParanormalBooks, za co dziękuję!

18 kwietnia 2011

"Żelazny Król" Julie Kagawa

Żelazo i lód.
I zgubna miłość żądająca niemożliwego wyboru... 

"Nazywam się Meghan Chase.
Za niecałe dwadzieścia cztery godziny skończę szesnaście lat.
Słodka szesnastka. Napisano mnóstwo opowieści, piosenek i wierszy o tym wspaniałym wieku, kiedy dziewczyna znajduje prawdziwą miłość, cały świat ma u stóp, a przystojny książę porywa ją w stronę zachodzącego słońca.
Nie sądzę, żeby ze mną miało tak być tak samo...

Bo Meghan Chase jest pisane pójść za głosem przeznaczenia i głosem serca na dwór króla elfów – pięknych i przerażających…
Megan zawsze czuła się obca: w domu, odkąd zaginął jej ojciec, i w szkole, gdzie nie ma żadnych przyjaciół poza Robem. Zna go od zawsze, ale nie wie, że jej wesoły kumpel nie jest zwykłym chłopakiem...
W dniu jej szesnastych urodzin – w dniu, w którym stanie się coś strasznego - Rob wyjawi jej prawdę, która odkryje przed nią świat, którego istnienia nie przeczuwała, i miłość, o jakiej nie śniła. Bo przeznaczeniem Megan jest odegrać rolę w wojnie magicznych królestw, powstrzymać zło, jakiemu nie odważy się sprzeciwić żaden elf, i dokonać wyboru pomiędzy dwoma śmiertelnymi wrogami: swoim najlepszym przyjacielem a mrocznym księciem, który może wolałby widzieć ją martwą niż pozwolić jej dotknąć swego lodowatego serca…"

Z metalicznym posmakiem pasji…
Co wyjdzie, kiedy połączymy steampunkowe marzenia o technice i pędzie maszyny z szekspirowskim „Snem nocy letniej”, zabarwiając to dodatkowo baśniowymi opowieściami jak w „Alicji w Krainie Czarów”, szczyptą okrutnej namiętności i dekorując całość fragmentami zwykłego życia nastolatki?

Meghan Chase jest zwykłą, szesnastoletnią dziewczyną z ubogiej rodziny. Jej wieloletni przyjaciel Rob wydaje się być jedyną osobą, która ją rozumie i jedyną, której zależy na Meghan. Rodzice – zapracowana matka i wiecznie zapominalski ojczym – mają tysiące innych spraw na głowie i potrzeby nastoletniej córki nie stanowią w ich życiu priorytetów, natomiast czteroletni braciszek Ethan zdaje się mieć swój własny świat, w którym widzi potwory w szafie i rozmawia z pluszowym królikiem Kłapciem.

Meg, jako typowa nastolatka z nastoletnimi problemami, w dniu swoich szesnastych urodzin stara się wywrzeć wrażenie na  najprzystojniejszym chłopaku w szkole. Niestety jej próby kończą się fatalnie, ale nie spodziewa się, że to dopiero początek wydarzeń tego strasznego dnia. W domu okazuje się, że matka miała wypadek, a mały braciszek zaginął, zaś jego miejsce zajął sobowtór. Co gorsze, w całym tym kłębowisku wydarzeń pojawia się Robbin i twierdzi, że tak naprawdę baśniowy świat jednak istnieje i to tam zaginął Ethan, a Meg dziwnym trafem umie patrzeć „poprzez mgłę i urok”, ale jeszcze się o tym nie dowiedziała. Czy to nie dziwne, wręcz niedorzeczne stwierdzenie? Czy wszyscy wokoło powariowali?
Cała recenzja na: 


Ocena blogowa 10/10.


Książkę otrzymałam od ParanormalBooks, za co serdecznie dziękuję!


Pozwolę sobie jeszcze od sobie dodać link do trailera fanmade - jak dla mnie boski! 

16 kwietnia 2011

"Pocałunek Demona" Lynn Raven

"Dawn po tragicznej śmierci rodziców wychowuje się u bogatego wujka. Ma wszystko oprócz miłości. Ta zaś zaczyna kiełkować w jej sercu od pierwszego spojrzenia, jakim obdarzył ją Julien. Młoda dziewczyna nigdy w życiu nie sądziłaby, że jej uczucie mogłoby być odwzajemnione. On jest nowym uczniem w liceum, niesamowicie pięknym ale i niestety nieosiągalnym. W Julienie tkwi mroczna tajemnica, która prowadzi Dawn do świata wampirów, a jej upragniony sen o miłości staje się..." 


Jak zawsze w takich sytuacjach dochodzi do niekontrolowanego porównywania powieści, które już zostały wydane z tymi, które dopiero się pojawiają. I tym razem, kiedy sięgnęłam po „Pocałunek Demona”, słyszałam przeróżne opinie. Podobny do Zmierzchu? Nieoryginalny? Irracjonalnie przewidywalny?

Dziś mam zamiar zabrać Was w podróż. Podróż do świata Dawn i Juliena…

Dawn Warden jest sierotą. Jej zmarli tragicznie rodzice pozostawiają ją samą, kiedy była jeszcze niemowlęciem, a zatem opiekę przejmuje wuj, brat przyrodni matki. Dawn wychowuje się w bogactwie i przepychu, ma dla siebie wszystko, czego tylko dusza zapragnie, z wyjątkiem rodzicielskiego uczucia. Te nie są najwyraźniej znane jej wujowi Samuelowi, choć mężczyzna zdaje się przejmować losem Dawn tłumacząc, że nie chciałby stracić jej, tak jak swej zmarłej siostry. Dziewczynie jednak brakuje czegoś do szczęścia, ale nie potrafi określić, czego.

Od kilku tygodni w szkole, do której uczęszcza nasza bohaterka, przebywa tajemniczy chłopak, który wydaje się być nie tylko wrednym dupkiem i zadufanym arogantem, ale także typem, który za główne zajęcie obiera sobie łamanie kobiecych serc. Jego „dziewczyny” są z nim w związku nie dłużej, niż kilka dni, a później, porzucane, muszą ratować swoje zszargane nerwy i złamane serca. Dawn przygląda się temu jakby nieco z boku i ani jej w głowie, żeby spojrzeć na tajemniczego chłopaka o nieciekawej reputacji.

Cała recenzja na:


Dla mnie ocena dla książki to 8/10.


Książkę otrzymałam od ParanormalBooks oraz Oficyny Wydawniczej Foka, za co serdecznie dziękuję!

14 kwietnia 2011

"Wołanie z mroku" Marjorie M. Liu

"Strażniczka ludzkości z Pocałunku łowcy dla śmiertelnika rzuca na szalę swoją demoniczną moc
Chronię śmiertelników przed demonami. Czy zdołam ochronić jedynego mężczyznę, który może mnie uszczęśliwić… lub zniszczyć?

Moją skórę okrywają tatuaże obdarzone umysłem, sercem i duszą. W dzień mnie chronią, lecz gdy usłyszą wołanie z mroku, porzucają moje ciało i przybierają swoją prawdziwą postać – postać demonów…

Maxine Kiss to ostatnia tropicielka demonów i ostatnia nadzieja współczesnego świata, któremu zagrażają istoty przybywające z ciemności. Zawsze bez reszty oddawała się walce, lecz odkąd w jej samotność wkroczył niezwykły śmiertelnik, odkryła smak namiętności. Teraz przyjdzie jej zaznać strachu o życie mężczyzny, którego pokochała z całej swojej demonicznej duszy. Żeby go ocalić, Maxine musi zrobić to, co przeraża ją najbardziej: uwolnić swoją potężną mroczną moc…"


Nie sądziłam, że skuszę się i druga część serii o Maxine Kiss trafi w moje ręce. Prequel - Pocałunek Łowcy - był ciekawy ze względu na nowatorski pomysł, ale wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Być może teraz, nauczona doświadczeniem, byłam już bardziej przygotowana na dziwną, chaotyczną często narrację bohaterki, na jej rozterki i niepewności. Co z tego wyniknęło?

Maxine wie, że Zasłona się wali, a demony uwięzione w mitycznych celach wyjdą na wolność, niszcząc świat. A więc ostatnia Tropicielka musi odnaleźć sposób, jak zapobiec nieszczęściu.Oczywiście może liczyć na swoich demonicznych towarzyszy, którzy po zmroku odrywają się od jej ciała, by stanowić osobny byt jako małe demony pomagające zabijać zło i chronić śmiertelników. 

Lecz Maxine ma swoje zmartwienia. Gdzies zniknał Stary Wilk, wciąż można się spodziewać Oturu, a jeszcze na dokładkę pojawia się tajemniczy klecha - ojciec Cribari, który nagle okazuje się starym znajomym Granta i twierdzi, że potrzebna mu jego pomoc. Ale dlaczego demony Tropicielki tak nerwowo reagują na tego podstarzałego księżulka? Jakie tajemnice skrywa przeszłość Granta, ukochanego Maxine? Jaką moc posiada Tropicielka?

Grant jest postacią nie tyle zagadkową, co wręcz intrygująco niemożliwą. Wydawać by się mogło, że wszyscy w około znają jego tożsamość, lecz on sam nic o sobie nie wie. Podobnie jak i jego ukochana, która w zasadzie mogłaby być przysłowiową blondynką, bo nie za dobrze jej wychodzi myślenie. Jednak o ile taka postać mogłaby irytować, o tyle Maxine nawet polubiłam. Zaś Grant - jej ukochany - nie wyobraża sobie jej odejścia i stara się dziewczynie udowodnić, że będzie o nią walczył do końca.A to oczywiście wywołuje we mnie ciepłe uczucia, bo jakżeby inaczej...

Język powieści pani Liu jest standardowo denerwujący - krótkie, urywane zdania, które teoretycznie mają wprowadzić dynamizm. Zdawkowe rozważania. Mówienie zagadkami. Gdyby nie fakt, że opowieść jest snuta przez niezorientowaną bohaterkę, mogłoby to naprawdę wkurzać czytelnika. Ale wiedziałam, czego się spodziewać, więc już nie robiło to na mnie takiego wrażenia, jak w przypadku czytania pierwszej części serii.

O dziwo spodobała mi się okładka, choć ciało przedstawionej kobiety jest stanowczo za mało wytatuowane. Ale kompozycja, kolorystyka, opis - wszystko to tworzy ciekawą oprawę dla tej pozycji. Choć raz Amber się postarał, alleluja! Niestety już  okładka kolejnej części będzie beznadziejnie nieciekawa, ale czego bym się miała spodziewać?

Miałam nadzieję, że połknę te książkę szybko i bezboleśnie. Niestety. Męczyłam się ponad tydzień czasu, dwukrotnie przerywając czytanie na rzecz innych powieści. Ostatecznie się udało, ale czy to mnie zdziwiło? Ani trochę. Spodziewałam się takiej sytuacji, w końcu Pocałunek Łowcy był wyjątkowo ciężki do przebrnięcia. Niemniej, i tu sama siebie zadziwiam, sięgnę po kolejny tom historii o Maxine. Czemu? Bo chcę wiedzieć, jak sobie poradziła z narastającym w niej samej konflliktem, jak wiele była w stanie poświęcic dla miłości Granta i ostatecznie, co ukrywają przed nią jej demoniczni towarzysze.

Książce daję 7/10. Wysoka ocena, ale jeśli Pocałunek dostał 6/10, Wołanie powinno otrzymać jedną ocenę wyżej. Czy polecam? Fanom nietuzinkowej powieści fantasy owszem. Postronnemu czytelnikowi? Mogę jedynie zapytać: Czy jesteś gotowy na tę trudną, zagadkową podróż...?

08 kwietnia 2011

"Intruz" Stephenie Meyer

„Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie - jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć.”


Czy wyobrażacie sobie przyszłość? Tę za sto, dwieście lat? Ludzie wierzą, że we wszechświecie to oni będą rasą panującą i zdobędą inne światy, poznając inne cywilizacje. Jakże więc wielkim to będzie szokiem, kiedy sytuacja obróci się o 180 stopni, a najczarniejsze scenariusze z filmów s-f o najeździe obcych na planetę Ziemia nagle okażą się prawdą.

Melanie nie miała wyboru. Musiała się przystosować do nowego świata, w którym bycie człowiekiem oznaczało wyrok śmierci. Albo czegoś gorszego niż śmierci – wegetacji we własnym ciele sterowanym przez intruza. Nikt by nie chciał takiego życia. A jednak...

Dusze opanowują Ziemię. Melanie, schwytana prze Łowców, zostaje poddana zabiegowi wszczepiania, a jej ciało odtąd zamieszkać ma Wagabunda. Zadaniem obcej, jako silnej i doświadczonej duszy, jest dowiedzieć się wszystkiego o rebeliantach, ostatnich niedobitkach ludzi, z którymi Mel miała styczność przed śmiercią. Wagabunda jest pewna swojego zadania, chce je wykonać jak najlepiej. Dlatego obecność Mel w ciele ją trochę denerwuje – to zupełnie tak, jakbyście mieli w sobie sumienie, które potrafi na Was wrzeszczeć wbrew Waszej woli. Nieposłuszne i krnąbrne i wcale nie stanowiące o lepszej stronie Waszej osoby. Czy to nie frustrujące?

W istocie tak było z Wagabundą, dopóki Mel nie zaczęła śnić. O miłości. O mężczyźnie, któremu oddała swoje serce. Jared był dla niej ucieleśnieniem ideału, troskliwym, kochanym i opiekuńczym. Wkrótce więc, bezwiednie i Wagabunda zaczyna odczuwać coraz to silniejszą więź z mężczyzną, którego ukochała jej żywicielka. Ile w tym było jej własnych uczuć, a ile podsycanych przez Melanie wizji? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że Wagabunda, choćby naprawdę chciała, nie może przeciwstawić się sile ludzkich uczuć. Dlatego poddaje się Mel i postanawia spełnić jej marzenie – odnaleźć Jareda i ukrywającego się z nim braciszka Melanie – Jamiego.

Podróż może być tylko jedna – w głąb pustyni, w poszukiwaniu, troszkę po omacku, rozwiązania zagadki ukrytej w albumie rodzinnym. To trudna trasa – pustynia bywa zdradliwa i niestety może przynieść tylko śmierć. Dlatego też, kiedy w końcu dziewczyny uwięzione w jednym ciele są pewne, że nigdy nie odnajdą człowieka, którego kochają, coś się zmienia. I tu zaczyna się właściwa część powieści. Część, od której nie można się wręcz oderwać, hipnotyzująca, zniewalająca i także przerażająca.

Bohaterowie powieści pani Meyer są niesamowici. Potrzeba nie lada talentu, aby tak sprawnie wyczarować na kartach papieru ludzi żywych, z krwi i kości, posiadających własne zdanie, uczucia, tożsamość. Dosyć łatwo przychodzi więc czytelnikowi odnalezienie się w tym świecie, wczucie w położenie ulubionych bohaterów, choć sama nie ukrywam, że pewne osoby mnie zaskakiwały. Świat, choć groźny i pełen zasadzek, wśród niektórych mógłby wydawać się znośny,  może nawet do zaakceptowania.

Narracja powieści dostarcza nam prawdziwej dawki zaskoczenia i zadowolenia w jednym. Prolog opowiedziany jest z punktu widzenia narratora wszechwiedzącego, natomiast od pierwszego rozdziału mamy narrację Wagabundy przeplatającą się ze snami i myślami Melanie. To sprawia, że początkowo trudno jest się odnaleźć – czy ktoś bowiem słyszał o tym, aby „czarny charakter” był narratorem? Czy w ten sposób poznamy naprawdę historię od jak najlepszej strony? Wierzcie mi, ten niezwykły zabieg był tu całkowicie niezbędny! A wykwintny język, jakim posługuje się bohaterka, dostarcza nam prawdziwej przygody.

Wagabunda i Melanie, tworzące nierozłączny organizm, są postaciami na wskroś odmiennymi od siebie. Wagabunda, jako dusza, jest nastawiona optymistycznie do otoczenia, bowiem dusze nie znają pojęcia zła i nienawiści. Melanie zaś, sfrustrowana swoim położeniem, pokazuje ludzką naturę – targające umysłem emocje pełne lepszych i gorszych myśli.  Nie do końca więc można powiedzieć, która z nich jest lepsza.

Powieść pełna jest metafor, ukrytych znaczeń o człowieczeństwie, przesłaniem w stronę ludzkości. Co czyni z nas ludzi? – Zdaje się pytać autorka. Co sprawia, że jesteśmy lepsi od innych? Co daje nam władzę nad życiem i śmiercią? Na te pytania należałoby już odpowiedzieć sobie samemu, bowiem są to kwestie wciąż żywe, sporne i wzbudzające ogromne emocje.

Jeśli miałabym mówić o własnych uczuciach, ze wstydem muszę przyznać, że byłam niezwykle negatywnie nastawiona do tej powieści. Nauczona po rozczarowaniu, jaki przyniósł mi ostatni tom Sagi Zmierzch, byłam wręcz przekonana, że pani Meyer już nic ciekawego dla mnie nie stworzy. Rzeczywiście można mieć takie wrażenie przy pierwszych pięćdziesięciu stronach Intruza. Ale niech Was to nie zmyli – to tylko pozory. Już wkrótce potem dałam się porwać akcji, chłonąc stronę po stronie, zatrwożona i zachwycona jednocześnie tym, co rozgrywało się na kartach tej niemałej książki. Bowiem kogoś mógłby odstraszyć format i ilość stron – całe pięćset pięćdziesiąt kart czystego tekstu. Nie dajcie się zwieść – sama powieść pochłaniałam w tempie tornada, nie mogąc oderwać się nawet na chwilę. Silne emocje, wtopione w strukturę fabuły, zawładnęły mną do reszty sprawiając, że nie tylko się bałam, ale i radowałam tym, co spotykało bohaterki. Nie obyło się też bez łez rozpaczy i wzruszenia. I zakończenie - tak zupełnie nieprzewidywalne, powali Was z nóg!

Intruz to powieść ponadczasowa, mówiąca o miłości, strachu i o człowieczeństwie. Została stworzona dla dojrzałego czytelnika, więc nie można jej porównywać z młodzieżową serią Zmierzch, o czym sama jeszcze niedawno byłam przekonana. To mylne i zwodnicze podejście, które nie pozwoli Wam bez uprzedzeń sięgnąć po lekturę. A wierzcie mi, wiele wówczas stracicie! 

Daję najwyższą możliwą ocenę 10/10 i naprawdę nie żałuję! Z całą pewnością jeszcze nie raz wrócę do tej powieści, na nowo przeżywając prawdziwą podróż w głąb siebie.

Książkę otrzymałam od Grupy Wydawniczej Publicat, za co naprawdę bardzo dziękuję!

05 kwietnia 2011

"Wszystko, co wiem o miłości" Kate Le Vann

"Livia, jak dotąd, miała niewiele szczęścia w miłości. Niebawem jednak może to się zmienić.
Po kilkuletniej chorobie wyjeżdża na wakacje do swojego brata, który studiuje w Ameryce. Dziewczyna nadrabia stracony czas i swoje życie opisuje w internetowym blogu. Ameryka spełnia jej wszystkie oczekiwania. Pewnego dnia Livia poznaje Adama.
Czy będzie potrafiła zostawić swoją przeszłość za sobą i znowu się zakochać?
A może życie szykuje dla niej inne niespodziewane zakończenie?"


Oczarowana inną książką autorki - "Zakochana Tessa" - postanowiłam za namową koleżanki przeczytać "Wszystko, co wiem o miłości". Czy spodziewałam się lekkiej lektury z happy endem? No może przez chwilę tak. Ale bycie naiwnym nie popłaca.

Główna bohaterka powieści - Livia, jest osobą z trudną, wstydliwą dla niej samej przeszłością. Kiedy była młodsza, chorowała w  zasadzie na jedną z naprawdę ciężko uleczalnych chorób. Ale miłość matki i brata – Jeffa, pomogły jej przezwyciężyć chorobę i wygrała walkę o życie. Teraz, kiedy skończyła osiemnaście lat, chciała spróbować wszystkiego, chciała poczuć to życie, które jej ofiarowano.

Postanawia pojechać do Ameryki, gdzie jej brat kontynuował studia. I wpada przy tym na pomysł, by pisać bloga, w którym opowiadałaby o swoich uczuciach. Nie chce niczego ukrywać, nie chce niczego zataić. Ale ponieważ boi się, że ktoś mógłby ja oceniać albo mieć pretensje, tak więc blog zostaje ukryty w ten sposób, by nikt nie mógł się z nim zapoznać. To bardziej forma pamiętnika, zapisków z myśli bohaterki.

Livia jest zachwycona Ameryką i tym, że w końcu może przebywać z ukochanym bratem. I wtedy poznaje Adama – kolegę Jeffa. Okazuje się, że już kiedyś się spotkali, ale Livia nie zwróciła wtedy na niego uwagi. Teraz jednak nie mogła być głucha na uczucia, jakie chłopak w niej wywoływał. Był starszy o trzy lata, przystojny, inteligentny i zabawny. Idealny. I wtedy… Przekonajcie się sami :)

Dzięki wstawkom w formie wycinków z bloga Adama dowiadujemy się o uczuciach chłopaka. O tym, co przeżywał oraz o jego obawach. Jak na dwudziestojednoletniego chłopaka przyznam szczerze, że Adam wydawał się wrażliwym i uczuciowym facetem. I to mi się naprawdę podobało.

Niestety wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Kiedy więc ukończyłam czytać tą w zasadzie króciutką opowieść, poza łzami w oczach miałam też dziwne uczucie, że autorka posługuje się wytyczonym schematem – od niepewności, przez radość aż do upadku. Ale mimo to zakończenie nas zaskakuje!

Nie muszę chyba mówić, jak się czułam? Książki pani Le Vann zawsze wyciskają ze mnie łzy a ja za każdym razem jestem na siebie wściekła za ową słabość. Czasem bowiem wolałabym mniej przeżywać historie bohaterów. Postać Livii jest ciekawa, podobnie jak i sylwetka Adama. Wydają się być ludźmi takimi, jak my, a jednak czegoś mi brakowało i nie do końca jestem pewna, czego. Może po prostu byli za dobrzy?

Pani Kate swoje książki pisze miłym, swobodnym językiem, z częstymi nawiązaniami do potocznej, młodzieżowej mowy. To nadaje powieściom autorki prawdziwości i lekkości, której często brakuje u innych autorów. I przede wszystkim niesamowita ilość ponadczasowych złotych myśli, które dają naprawdę do myślenia trafnym ujęciem problemów.  Poza tym warto podkreślić, że cała powieść jest jakby zapiskiem z bloga Livii, jakby tak naprawdę czytelnik tylko w ten sposób mógł ją poznać. Pierwszoosobowa narracja to przecież jedna z najbardziej typowych cech książek młodzieżowych, czyż nie? 

Dla mnie „Wszystko, co wiem o miłości” jest uniwersalną opowieścią o poszukiwaniu szczęścia, o walce o swoje miejsce i przede wszystkim o zaufaniu. I, choć nadal bardziej lubię „Zakochaną Tessę”, tej książce mogę dać 8/10. I szczerze polecam!

04 kwietnia 2011

"Otchłań. W potrzasku" Alexander Gordon Smith

"Siedemnastoletni Alex Sawyer zostaje wrobiony w morderstwo i skazany na dożywocie w Otchłani. To więzienie dla młodocianych przestępców, prawdziwa podziemna twierdza, w której czai się czyste zło. Alex ma tylko dwie opcje: ulegnie okrutnym regułom więziennego życia, nieludzkim strażnikom i bezlitosnym gangom skazańców albo spróbuje uciec, choć nikomu to się jeszcze nie udało. Chłopak wraz z grupą przyjaciół decyduje się na niemożliwe."
„Otchłań. W potrzasku” to pierwsza część bestsellerowej serii o więzieniu dla nastolatków, w którym śmierć jest najmniejszą z trosk. Opowieść o przyjaźni i odwadze trzymająca w napięciu jak „Prison Break". 

Jeśli naprawdę istnieje Piekło, to musi być tysiąc razy lepsze niż Otchłań.

Alex Sawyer nie był złym dzieckiem. Był nawet całkiem dobrym, wrażliwym chłopakiem, ale złe towarzystwo i wpływy innych sprawiły, że zaczął się zmieniać. Chciwość odebrała mu zdrowy rozsądek i to niestety doprowadziło do tragicznych wydarzeń, o jakich dowiadujemy się z opisu. Wrobiony w morderstwo, zostaje skazany na dożywocie w więzieniu o zaostrzonym rygorze, więzieniu zwanym Otchłanią.

Może nawet byłby w stanie pogodzić się ze swoim losem, gdyby się nie okazało, że Otchłań to najgorsze z możliwych miejsc na ziemi. Dziwni strażnicy, mroczny Naczelnik, jego mordercze zwierzęta, a także gangi młodych zabójców skutecznie spędzają sen z powiek ledwie piętnastoletniego chłopaka (Czyżby błąd na okładce? Według mnie Alex miał jakieś piętnaście lat, kiedy trafił do Otchłani). Dlatego jedynym ratunkiem dla Alexa była nadzieja – nadzieja, że uda mu się uciec, chociaż z logicznego punktu widzenia było to całkowicie i niepodważalnie niemożliwe.

Nasz młody bohater poznaje kilku więźniów i zaprzyjaźnia się z nimi, choć przyjaźń w takim miejscu jest równoznaczna z wyrokiem śmierci. Ale czy ktoś by się obawiał śmierci, kiedy może Cię spotkać w Otchłani coś o wiele, wiele gorszego? Musicie przekonać się o tym sami, a zakończenie na pewno Was nie zawiedzie!


Cała recenzja na:

Ocena blogowa to 10/10 :)