Menu

19 grudnia 2016

Bath Christmas Market

Święta Bożego Narodzenia to czas niezwykły i bardzo kolorowy. Uwielbiam te ostatnie dni przed Wigilią, kiedy człowiek nie myśli już o niczym innym, jak o gotowaniu, sprzątaniu i pakowaniu prezentów dla najbliższych. Przyznam jednak, że z wiekiem mniej we mnie tego „nastroju”, a więcej zmęczenia z powodu nawału spraw „do ogarnięcia” przed Gwiazdką. Też tak macie?

Dzisiejszy post będzie bardziej fotograficzny. Ze względu na fakt, iż mieszkam teraz w Bath, postanowiłam pokazać Wam coś fajnego – tutejszy jarmark świąteczny. Impreza zaczęła się z początkiem grudnia i trwała 2 tygodnie. Trochę zdziwiło mnie, że jarmark został zamknięty ponad 10 dni przed Świętami. Nie było to co prawda wielkie wydarzenie, przyciągnęło jednak od groma mieszkańców i turystów, w efekcie czego w godzinach szczytu nie było szans przejść spokojnie przez centrum miasta.

Bath Christmas Market nie był tak wielki i tak widowiskowy jak jarmarki w Berlinie czy Bratysławie, nie pachniał również cynamonem i mandarynkami, i w dodatku nie do końca czułam jego „klimat”, jednak był kolorowy i choć na chwilę pozwolił zapomnieć o milionie spraw, które trzeba ogarnąć na co dzień. Przechadzając się pomiędzy stoiskami, a w zasadzie przepychając między ludźmi, oglądałam najróżniejsze wyroby proponowane przez tutejszych sprzedawców i cykałam zdjęcia. Poniżej kilka z nich. Na koniec dorzucam także trochę zdjęć z miasta – przepiękne świąteczne ozdoby i iluminacje upiększają centrum Bath. Miłego oglądania ;) 















Przy okazji serdecznie wszystkich zapraszam do obserwowania mojego konta na INSTAGRAMIE – wrzucam tam najświeższe fotki z Bath ;)

12 grudnia 2016

„Jesienne zauroczenie” Lisa Kleypas


Druga część Paprotek Lisy Kleypas to jeden z najgorętszych romansów historycznych, jaki miałam okazję przeczytać (a przeczytałam ich sporą ilość!). Zawdzięczać to możemy niezwykle temperamentnej parze bohaterów – krnąbrnej, niepokornej Lillian oraz oschłemu, stanowczemu lordowi Westcliffowi. Ach, cóż to za wybuchowa kombinacja! 

Kiedy Annabelle w końcu pożegnała stan panieński, w drugiej kolejności do zamążpójścia znalazła się młoda Amerykanka, Lillian Bowman. Jednak jej szokujące zachowania i temperament nieodpowiedni dla eleganckiej, dobrze urodzonej panny, stanowią istotny problem w znalezieniu dla niej arystokratycznego konkurenta. Miłość jednak rządzi się własnymi prawami, a uczucia nigdy nie dadzą się zakuć w okowy konwenansów. 

Po raz kolejny Lisa Kleypas udowadnia, że jest mistrzynią pióra – w drugiej części Paprotek podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej, tworząc nie tylko wspaniałe kreacje bohaterów, ale także snując szaloną, pełną namiętności opowieść o czymś więcej, niż tylko o pożądaniu. Historia ma w sobie wspaniały humor i gorące, wywołujące szybsze bicie serca sceny, a także magię, która nie pozwala odłożyć lektury aż do ostatniej strony. Próżno szukać w tej opowieści minusów – może poza jednym: szkoda, że ta historia tak szybko się kończy!

Podsumowując – jestem zachwycona, rozkochana i absolutnie wierna twórczości Lisy Kleypas. Moim zdaniem nie ma drugiej tak dobrej autorki romansów historycznych, a jej seria Wallflowers pnie się na szczyt moich najukochańszych książek. Jesienne zauroczenie polecam wszystkim Paniom, które uwielbiają rumienić się podczas lektury – przy bohaterach tej opowieści szybsze bicie serca gwarantowane! 


Tytuł oryginalny: It Happened one Autumn 
Seria: Wallflowers #2
Ilość stron: 392
Data polskiego wydania: 21.07.2016
Tłumaczenie: Agnieszka Myśliwy
Wydawca: Prószyński i S-ka
Opis wydawcy: KLIK

Moja ocena:


09 grudnia 2016

Czytelniczy kryzys? Nie, dziękuję!


Kochani Czytelnicy, po ośmiu miesiącach nieobecności w końcu powracam do blogowania. Albo przynajmniej mam taki plan ;) Trudno mi powiedzieć, czy minione miesiące bez pisania o książkach były dla mnie dobre. Były na pewno inne niż ostatnie pięć lat, które tu spędziłam. Nagle przestałam śledzić zapowiedzi wydawnicze, nie zaglądałam na inne blogi i strony książkowe, całkowicie się wyłączyłam ze świata literackiego. Na początku było mi to trochę obojętne, lecz z czasem, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc odkryłam, że gdzieś zgubiłam kawałek siebie. I zrozumiałam, że nigdy nie będę w pełni kompletna, jeśli nie zacznę robić tego, co naprawdę lubię. Na nowo. 

Do powrotu na bloga przygotowywałam się od prawie dwóch miesięcy – będąc w październiku w Polsce spotkałam się z Dzosefinn i pracowałyśmy nad nowym wyglądem mojej strony (teraz możecie podziwiać efekty), zapakowałam także do walizki kolejną porcję książek, które zamierzam przeczytać w niedalekiej przyszłości – wiele z nich to bardzo zaległe egzemplarze recenzenckie, więc na pewno o nich coś napiszę ;) Ale wciąż zmagałam się z kryzysem czytelniczym, z którego nie wyrwał mnie nawet Harry Potter… I wiecie co? Zrozumiałam, że po prostu musi nadejść TEN dzień. Dzień, w którym naprawdę zatęsknię za książką. I stało się – dwa tygodnie temu sięgnęłam po powieść Lisy Kleypas. BUM! Zaskoczyło. Zaczęłam czytać – książka za książką, po kolei wszystkie części serii, a potem kolejne. Właśnie kończę piąty tytuł tej autorki. W ciągu dwóch tygodni przeczytałam więc pięć książek. Chyba mogę być z siebie dumna. Cieszę się, że odzyskałam ten utracony kawałek siebie. 

Moje blogowe plany na razie nie są w pełni sprecyzowane. Powroty są trudne. Zaczęłam na nowo przeglądać zaprzyjaźnione blogi, staram się ogarnąć w zapowiedziach i nowościach książkowych (mam 8 miesięcy do nadrobienia!), robię sobie powoli listę tego, co może mnie zainteresować. Ale przede wszystkim wrzucam na luz – czytam dla przyjemności, koniec z recenzowaniem na akord i opiniowaniem książek, do których nie jestem przekonana. Być może więc moje teksty będą się pojawiały rzadziej niż kiedyś, niemniej postaram się pisać w miarę regularnie i na pewno nie dam Wam o sobie zapomnieć ;)

W planach na grudzień mam na razie opinie o kolejnych książkach Lisy Kleypas. Obym Was nie zanudziła tym na śmierć! Poza tym w końcu przymierzam się do Elizabeth Gaskell – dwa jej tytuły czekają do zrecenzowania dla Świata Książki od dwóch lat, zgroza!

Na koniec chciałabym serdecznie podziękować wszystkim osobom, które wytrwale obserwowały mojego facebooka i instagrama, i uparcie czekały na mój powrót – doceniam to! Wasze wsparcie dodaje skrzydeł, ogromnie Wam dziękuję! 

I już na samiuteńki koniec pragnę podziękować dwóm Paniom, dzięki którym mój blog wygląda tak pięknie – wspomnianej wcześniej Dzosefinn za stworzenie szablonu oraz Joannie Szmerdt, autorce przepięknego łapacza snów, który pojawił się w nagłówku. Zainteresowanych twórczością Joanny zapraszam na jej stronę oraz instagrama – Pani Szmerdt tworzy niesamowite obrazy!

Wasza Tirin


PS Jeśli chcecie mi pomóc odnaleźć się w blogowym światku, wrzucajcie w komentarzu linki do Waszych ulubionych blogów – chętnie je poznam ;)

05 grudnia 2016

„Sekrety letniej nocy” Lisa Kleypas


Lisa Kleypas nigdy mnie nie zawodzi, po jej książki mogę więc sięgać w ciemno. I tym razem autorka udowodniła, że jest mistrzynią pióra – stworzyła cykl romansów historycznych Wallflowers, które nie tylko mnie w sobie rozkochały, ale i wyrwały z trwającego ponad pół roku kryzysu czytelniczego! Sekrety letniej nocy to pierwsza część Paprotek.

Historia rozgrywa się w pierwszej połowie XIX wieku w Anglii. Piękna acz uboga Annabelle musi jak najszybciej znaleźć dobrze sytuowanego męża, aby uratować rodzinę przed nędzą. Jej wybranek musi być jednak nie tylko bogaty, ale i winien pochodzić z arystokracji. Dlaczego więc jej serce tak niebezpiecznie reaguje na przystojnego syna rzeźnika, który w nieprzystający dżentelmenowi sposób dorobił się wielkiej fortuny? Simon Hunt bowiem zupełnie nie odpowiada jej wyobrażeniom o wymarzonym ukochanym, lecz cóż począć – serce nie sługa!

Bohaterowie są kapitalni – po raz kolejny autorka pokazuje, z jaką łatwością przychodzi jej kreowanie pełnokrwistych, realistycznych postaci, które łatwo polubić. Akcja powieści rozwija się powoli, by stopniowo nabierać tempa i podgrzewać atmosferę. Dopiero przy ostatnich stu stronach opowieść odrobinę zwalnia, niestety pojawia się kilka nużących momentów, lecz historia nieubłaganie kieruje nas ku finałowi, który pozostawia czytelnika usatysfakcjonowanym. Oczekiwania wobec gorących scen także zostają spełnione – Lisa ma dar do tworzenia pikantnych i smakowitych momentów ociekających erotyzmem i romantycznością. 

Podsumowując – tom otwierający Paprotki oceniam jako bardzo dobry. Poza kilkoma nudniejszymi momentami, książkę czytałam z ogromną przyjemnością, nie mogąc się doczekać finału opowieści. Wykreowane postaci bardzo przypadły mi do gustu, gorące sceny pozostawiły rumieniec na twarzy, a humor dopisujący bohaterom udzielił się także mnie, przez co nieustannie chichotałam podczas lektury. Słowem: POLECAM!


Tytuł oryginalny: Secrets of a Summer Nights 
Seria: Wallflowers #1
Ilość stron: 384
Data polskiego wydania: 24.03.2016
Przełożyła: Agnieszka Myśliwy
Wydawca: Prószyński i S-ka
Opis wydawcy: KLIK

Moja ocena:

26 kwietnia 2016

Zawieszam bloga!


Jestem zmęczona. Naprawdę. Od miesiąca nie przeczytałam książki. Zacięłam się na drugim rozdziale Wielkiego Gatsby’ego i nie mogę ruszyć dalej. Żadna lektura mnie nie cieszy. A skoro nie czytam książek, nie mam dla Was nowych recenzji, a nie chcę zapychać bloga tagami i innymi bezsensownymi postami. Dlatego zawieszam na jakiś czas mojego bloga – aby nie umarł śmiercią tragiczną i abym ja nie zaczęła go postrzegać jak obowiązek. Muszę odpocząć, pomyśleć, zebrać trochę pomysłów. Ogarnąć się w nowym miejscu. Bo nie jest łatwo.

Mimo iż na blogu nie będą się pojawiały wpisy, nie zawieszam mojego konta na instagramie i na facebooku – zachęcam do odwiedzania obu kanałów. Na bieżąco będę dawała Wam znać, co u mnie, jakie nowe miejsca zwiedziłam i jak sobie radzę z czytelniczym kryzysem. Mam nadzieję, że to szybko minie i ponownie odnajdę radość z czytania książek i opowiadania o książkach. A przede wszystkim znajdę czas na to, by pisać na blogu i odwiedzać inne blogi. Oczywiście nie zapominam o Was – obserwuję wielu blogerów i czytelników zarówno na fb, jak i na instagramie, i wciąż będę miała na Was oko ;) 

Mam nadzieję, że mimo mojej nieobecności nie zapomnicie o Tirindeth’s i będę miała do kogo wrócić z nową odsłoną bloga. Bo wrócę na pewno! Taką mam nadzieję. Zatem proszę, trzymajcie kciuki za mój szybki powrót i pamiętajcie – prowadzenie bloga to ma być przyjemność. Dlatego ja muszę ją ponownie odnaleźć, by móc dla Was pisać. Do przeczytania za jakiś czas!

20 kwietnia 2016

Wymarzone prezenty książkowe na 29. urodziny!

Kojarzycie książkę Adeny Halpern pt. 29? No właśnie ja dziś kończę 29 lat. Jestem w szoku, że to już tyle, a jednocześnie dopiero tyle. Mam wrażenie, jakbym była o wiele starsza, choć wszyscy znajomi mi słodzą, że wyglądam najwyżej na 24 lata! W nowej pracy wciąż nie chcą uwierzyć, że za rok stuknie mi trzydziecha. Ja sama trochę w to nie wierzę. Wciąż sobie powtarzam, że to po prostu kolejna osiemnastka ;)

Urodziny do wspaniały moment, by zażyczyć sobie jakiś super fajny prezent. Bo kto powiedział, że post o wymarzonych prezentach można stworzyć tylko przed Wigilią? No i oczywiście jaki prezent mógłby być lepszy od książki?! Zwłaszcza takiej wymarzonej! Oto moja dycha książek, o których marzę i które na pewno kiedyś zdobędę :D


1. Whitney moja miłość

Znam już ten tytuł, ale bardzo chciałabym móc do niego wracać, gdy tylko najdzie mnie ochota. Niestety nakład tej książki już dawno się wyczerpał, wydawca nie planuje wznowienia, a w sieci ta książka „chodzi” za minimum stówkę. Może kiedyś sobie ją kupię...

2. Ilustrowana teoria wszystkiego

Mam Krótką historię czasu Hawkinga, którą na pewno przeczytam. Ostatnio jednak na jednym z blogów znalazłam recenzję tego pięknego wydania ilustrowanego i pomyślałam „MOM PLEASE!” Muszę to mieć!

3. Jesteś cudem & Bóg zawsze znajdzie Ci pracę

Regina Brett przekonała mnie do swojej twórczości książką Bóg nigdy nie mruga (moja recenzja TUTAJ), więc bardzo chętnie poznałabym inne jej dzieła.

4. Zjawa

Znam książkę i film, obie wersje tej historii szalenie mi się spodobały. Książkę mam jednak tylko na czytniku, a chętnie widziałabym tę pozycję u siebie w księgozbiorze. Na pewno kiedyś dorwę papierowe wydanie powieści Michaela Punke w swoje ręce :)

5. Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć

Może przy okazji nadchodzącego filmu pojawi się w Polsce wznowione wydanie Fantastycznych Zwierząt? A jeśli nie, kupię sobie wydanie angielskie. Chyba nawet wybiorę się po wypłacie do księgarni ;) 

6. Wichrowe Wzgórza

Bardzo chciałabym mieć tę książkę w twardej oprawie i wydaniu z serii Angielski ogród. Historia wciąż przede mną, ale jak już czytać to w porządnej wersji ;)

7. Piter Pan

Chciałabym mieć piękne, oryginalne wydanie Piotrusia Pana – nie jakąś wersję okrojoną dla najmłodszych, ale porządne wydanie. Może znajdę takie w Anglii!

8. Przeminęło z wiatrem

I kolejny klasyk, który chciałabym mieć. Dawno temu próbowałam obejrzeć słynną ekranizację, ale nie dałam rady. Moja mama jednak twierdzi, że książka jest wspaniała. A ostatnio Wydawnictwo MG wydało tę historię w przepięknej oprawie, więc jak się nie skusić? 

9. Z dala od zgiełku

Nie obejrzałam na razie adaptacji tej historii, bo najpierw chcę, wręcz MUSZĘ przeczytać książkę. Z resztą to dzieło Thomasa Hardy, kaman! Trzeba znać :D

10. Władca Pierścieni

Od dawna marzę o pięknym, ilustrowanym wydaniu Władcy Pierścieni – mam takie wydanie Silmarillionu, w twardej, zielonej okładce, ze złotymi literami. Myślę więc, że i WP wypadałoby mieć w takim pięknym wydaniu :)

* * *

Zapewne mogłabym jeszcze wymienić kolejne dziesięć upragnionych tytułów, ale na razie wystarczą te tutaj. Troszkę się ich nazbierało, teraz czas powoli spełniać swoje czytelnicze marzenia, prawda? :) 

16 kwietnia 2016

CYKL Niezrecenzowane: „Jeden dzień z panem Julesem”

Zapraszam Was na kolejny, tym razem dziewiąty wpis w ramach mojego autorskiego cyklu. „Niezrecenzowane” to przemyślenia na temat książek lub filmów, których nie jestem w stanie zrecenzować w tradycyjny sposób. To luźne notki nie tylko o tych dziełach, na które szkoda strzępić języka (tudzież klawiatury), ale także o dziełach, które zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że nie umiem napisać na ich temat sensownej, pełnej recenzji. Mam nadzieję, że taka forma dzielenia się wrażeniami z lektury lub seansu filmowego przypadnie Wam do gustu ;)

Odcinek 9
Jeden dzień z panem Julesem
Diane Broeckhoven

Poranek zaczyna się niewinnie, od zapachu kawy, który jak zwykle towarzyszy Alice w drodze z sypialni do kuchni. Dopiero tam odkrywa, że nagle została wdową. Aby móc w spokoju pożegnać się z mężem, ukrywa fakt jego śmierci. Pragnie spędzić z nim jeszcze jeden dzień, by podzielić się wszystkimi niewypowiedzianymi myślami i uczuciami, które kryła w sobie przez długie lata. W tym niezwykłym dniu towarzyszy jej autystyczny chłopiec, dla którego śmierć Pana Julesa oznacza nagły koniec codziennych, nadających rytm jego dobie rozgrywek szachowych. Jeden dzień z Panem Julesem to ciepła, poetycka i poruszająca opowieść o stracie, przemijaniu, ale także o miłości i nadziei.


Dostałam tę króciutką książeczkę na targach książki – nie pamiętam nawet, których. Ktoś mi jakiś czas później powiedział, że to niezwykle wzruszająca historia, bardzo smutna i zmuszająca do refleksji. Pomyślałam więc, że chyba warto dać tej opowieści szansę – lektura przeleżała w moich zbiorach dobre dwa, może trzy lata, nim zdecydowałam się po nią sięgnąć. I wiecie co? Totalna klapa! Masakra! Męczyłam te 70 stron, jakby to była wielka cegła. Zastanawiałam się, czy sobie tej historii zwyczajnie nie odpuścić, ale cały czas liczyłam na to, że finał będzie zaskakujący, że w końcu doświadczę tych emocji, o których słyszałam. Nic z tego! Opowieść się skończyła, a ja miałam ochotę podrzeć tę książkę na drobne kawałeczki. Strata czasu. Czemu? Głównymi bohaterami jest starsze małżeństwo. Pewnego dnia Alice odkrywa, że jej mąż, tytułowy Jules, umarł nad ranem na kanapie. Kobieta postanawia jednak ukryć ten fakt przed światem, by móc spędzić ze swoim mężem jeszcze jeden normalny dzień. To ma być dzień jej oczyszczenia – powie mu o wszystkim, co ją gryzło przez te lata, a jednocześnie przygotuje się na zmiany, jakie teraz nastąpią w jej poukładanym życiu. W sumie fabuła naprawdę obiecywała morze łez i wzruszeń, ale otrzymałam tylko niekończącą się nudę. Bohaterka nie była autentyczna, zachowywała się naprawdę dziwnie, brakowało mi w jej chłodnej narracji głębszych uczuć, jakiejś iskry. Jako człowiek nie wywołała również we mnie żadnych ciepłych uczuć, co dodatkowo utrudniało wczucie się w opowieść. Historie takie jak ta muszą być bardzo wzruszające – o to przecież chodzi, o pożegnanie, oczyszczenie, przemyślenia. Niestety nie w tej książce. Poza poprawnym językiem nie odnajduję w Jednym dniu z panem Julesem niczego wartego uwagi. Odradzam.

13 kwietnia 2016

Wiosenny Tag Książkowy


Od czasu do czasu na blogu potrzebny jest przerywnik, więc dziś Waszej uwadze polecam ten oto Wiosenny Tag Książkowy. A więc:

Bocian – czyli książka, do której co rok wracasz:

Szczerze mówiąc nie ma takiej książki. Mogłabym napisać, że Harry Potter, ale nie wracam do tej serii równo co rok, lecz wtedy, gdy najdzie mnie chęć na wycieczkę do Hogwartu ;)

Przebiśnieg – czyli książka, którą przeczytasz jako pierwszą w wiosnę:

Wiosna już trwa i chyba pierwszą książką tej wiosny był Mamifest, który już zrecenzowałam (TUTAJ). Natomiast teraz czytam Wielkiego Gatsbiego.

Marzanna – czyli książka rozczarowanie, którą z chęcią byś utopiła:

Kilka takich książek się znajdzie, ale w tym momencie do głowy przychodzi mi Jestem Numerem Cztery – może dlatego, że kupiłam tę książkę ze względu na film, w którym zagrał Alex Pettyfer (kiedyś to była moja wielka miłość), a tu zarówno książka, jak i adaptacja okazały się totalną klapą.

Motyl – czyli nowoodkryty autor, którego pokochałaś:

Cecelia Ahern. Mam za sobą dopiero trzy jej powieści, a już wiem, że ją kocham. Ta kobieta pisze książki jakby stworzone dla mnie. Na pewno sięgnę po resztę jej dzieł!

Krokus – czyli niesamowicie piękna i wyjątkowa książka:

Oj takich lektur mogłabym wymienić kilka, ale zdecyduję się na jedną: Po Tamtej Stronie Ciebie I Mnie (recenzja TUTAJ) – książka, która była dla mnie objawieniem. Zupełnie nie spodziewałam się tak niesamowitej fabuły i tak pięknej opowieści. Do dziś jestem pod wielkim wrażeniem i wszystkim serdecznie ten tytuł polecam.

Zawilec – czyli książka, którą spotykasz wszędzie:

Dziewczyna z pociągu – wszyscy o niej mówią, chyba już każdy przeczytał, a ja wciąż mam ten tytuł w bardzo dalekich planach. No i książki Remigiusza Mroza – ostatnio każdy go czyta, tylko nie ja! 

Cudowne skowronki – czyli osoby które nominuję do wykonania tego tagu:

Nie chcę na kimś wymuszać wzięcia udziału w tej zabawie, więc nominuję każdego, komu się wiosenny tag podoba ;)

10 kwietnia 2016

"Mamifest" Linda Green

„Nawet grupka pracujących mam może zmienić świat, jeśli odpowiednio się do tego zabierze!

Bohaterkami powieści są Sam, Anny i Jackie. Każda z pań ma problem, którym, jej zdaniem, obecnie rządzący nie chcą bądź nie potrafią się zająć. Syn Sam cierpi na rdzeniowy zanik mięśni. Anna, pedagog szkolna, czuje się bezradna, gdy jej nastoletnia córka pada ofiarą prześladowań w szkole. Matka Jackie cierpi na chorobę Alzheimera, a sama Jackie od lat bezskutecznie próbuje zajść w ciążę. Kobiety postanawiają poprawić sytuację nie tylko swoją, lecz także innych kobiet borykających się z podobnymi problemami. Okazuje się, że aby to zrobić, nie trzeba być w parlamencie; wystarczy rozpocząć od zmian na własnym podwórku.”


Trzy mamy – Sam, Anna i Jackie – zrobią wszystko dla swoich pociech. Kiedy pewnego dnia dowiadują się, że kobieta przeprowadzająca dzieci przez ulicę przed szkołą ma zostać zwolniona, nie wahają się zawalczyć o bezpieczeństwo uczniów. We trójkę organizują kampanię, nagłaśniają sprawę i wkrótce odkrywają, jak wiele potrafią razem zdziałać. A to dopiero początek ich wspólnej przygody – przekonane do pewnego szalonego pomysłu postanawiają spróbować swoich sił w… polityce. 

Mamifest to moje drugie spotkanie z prozą Lindy Green. Po fenomenalnej powieści I wtedy to się stało nie miałam najmniejszym obaw przed sięgnięciem po kolejną książkę autorki. I się nie zawiodłam, choć nie ukrywam, że Mamifest nie poruszył mnie tak bardzo, jak wspomniana wyżej lektura. 

Mamifest ma przede wszystkim bardzo społeczny wydźwięk. Dotyczy problemów zwykłego człowieka i tego, z czym muszą się zmagać na co dzień zapracowane matki. Każda z bohaterek ma inną historię do opowiedzenia, każda z nich jest narratorką i obserwatorką rzeczywistości, w której żyje. I każda wnosi do historii coś ważnego. Niestety mimo tego, iż rozdziały naprzemiennie zostały przedstawione z punktów widzenia trzech kobiet, nie potrafiłam doszukać się w ich sposobie wypowiedzi indywidualnych cech charakteru. Owszem, każda z nich ma swoje życie i odrębne doświadczenia, niemniej uważam, że Lindzie Green nie udało się tak zróżnicować narracji, by oddawała charakter wykreowanych postaci. O wiele lepiej sytuacja wygląda przy postaciach dzieci – te otrzymały indywidualne cechy, stając się mocnymi punktami historii.

Powieść Lindy Green promowana jest m.in. hasłem „Jeśli potrafisz być dobrą mamą, będziesz umiała rządzić całym krajem”. I wiecie co? Jest w tym sporo prawdy! Bycie matką to nie tylko praca 24 na dobę i 7 dni w tygodniu, ale to całkowita, totalna zmiana życia i priorytetów. Dla oddanej matki całe życie kręci się wokół dzieci i nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. I to właśnie pokazała Linda – wykreowała postaci trzech kobiet, które zrobią naprawdę wszystko dla swoich pociech. Mamifest to dobra książka – momentami zabawna, momentami poważna, trochę refleksyjna, ale nie przytłaczająca problemami, z odrobiną radosnych chwil, a także dramatem, który chwyta za serce. Przy prozie Lindy Green odbiorca śmieje się przez łzy, a po skończonej lekturze ma ochotę na przygodę z kolejną książką autorki. Polecam!

Original: The Mummyfesto
Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 23.09.2015
Ilość stron: 400
Przeł. Grażyna Woźniak
Moja ocena: 4+/6

Za możliwość poznania lektury dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

07 kwietnia 2016

"Bóg nigdy nie mruga" Regina Brett

„Pięćdziesiąt wskazówek. Pięćdziesiąt lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów 
i prostych sentencji.

Felietony Reginy Brett docenili i pokochali czytelnicy na całym świecie. Przyklejano je na lodówkach, rozsyłano w e-mailach do bliskich. Tematy lekcji, których udzieliło autorce życie, cytowano na tysiącach blogów i przedrukowywano w gazetach. 

Książka, którą trzymasz w ręce, stanie się bliska każdemu, kto kiedykolwiek znalazł się na życiowym zakręcie oraz wszystkim szukającym inspiracji. Niech każda z pięćdziesięciu lekcji będzie manifestem – jak bohaterka jednego z esejów, pewna sportowa czapka z prostym hasłem: „Życie jest dobre”. Bo takie jest. Naprawdę.”


Przez długi czas opierałam się książkom Reginy Brett. To ciągłe odnoszenie się do Boga trochę mnie denerwowało i byłam przekonana, że autorka tworzy lektury tylko dla konkretnego odbiorcy – bardzo wierzących osób. Ale później przeczytałam na jednym z zaprzyjaźnionych blogów tak dobrą opinię o dziełach autorki, że od razu postanowiłam dać jej szansę. Bóg nigdy nie mruga to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Brett i już teraz mogę Wam obiecać, że na pewno nie ostatnie.

Regina Brett przeszła bardzo wiele w swoim życiu. W młodym wieku została matką, długo starała się o wymarzoną pracę, zmagała się z trudami codzienności i samotnym wychowaniem dziecka, aż w końcu z ciężką chorobą. O tym i wielu innych swoich problemach autorka napisała we wstępie do Bóg nigdy nie mruga – jej pierwszej książki będącej zbiorem felietonów, które publikowała w gazecie. Historia jej życia pozwala odbiorcy lepiej przygotować się do tego, co odnajdzie w lekturze. A będzie to kolejno 50 różnych lekcji niosących pocieszenie i dających dobre rady na trudny okres w naszym życiu. Niektóre z nich wydają się banalne, inne odrobinę zbyt wydumane, a jeszcze inne skierowane do bardzo religijnych czytelników. Okazuje się jednak, że w każdej z tych lekcji można odnaleźć coś dla siebie, bez względu na wiek, pozycję społeczną czy wiarę.

Pewnych książek się nie recenzuje. Mam wrażenie, że Bóg nigdy nie mruga to właśnie jedna z tych lektur. Bo jak ocenić felietony, które tworzą dosyć nietypowy poradnik? W jakiej skali należałoby rozpatrywać tak życiowe i osobiste przemyślenia, jakie serwuje nam autorka? Czy mam prawo ocenić jej wiarę i wpływ tego, co napisała, na innych ludzi? Nie da się. I szczerze mówiąc chyba nikt z nas nie ma prawa tego ocenić. Pod względem literackim nie mam żadnych zastrzeżeń – teksty Reginy są lekkie, przyjemne i czyta się je niezwykle szybko. Może momentami pojawia się zbyt wiele odniesień do Boga (autorka obiecuje we wstępie, że jej książki może czytać każdy, bez względu na wiarę i poglądy, a jednak wydaje mi się, że zatwardziałego ateistę niektóre lekcje mogłyby zirytować), to jednak doceniam przesłanie i nie ukrywam, że pani Brett zainspirowała mnie do zmiany pewnych rzeczy w moim życiu. I co więcej, przekonała mnie, bym sięgnęła po inne jej książki. Komu mogę polecić Bóg nigdy nie mruga? Każdemu, kto poszukuje inspiracji. 

Original: God Never Blinks
Wydawca: Insignis
Data wydania: 2012
Ilość stron: 320
Przeł. Olga Siara

21 marca 2016

Piąte urodziny bloga! WOW! :)

Tak, moi Kochani, Tirindeth's istnieje od pięciu (5!!!) lat! Jejku, tyle czasu! Pierwszą notkę na tym blogu opublikowałam 10 marca 2011. Dopiero wczoraj zorientowałam się, że jedenaście dni temu powinnam była świętować urodziny mojej strony. Skleroza nie boli! :)

źródło

Kurcze, w sumie nie wiem, co z tej okazji mogłabym napisać. To było dobre pięć lat - razem z Wami i dla Was tworzyłam to miejsce, zmieniałam wygląd bloga, nazwę, raz nawet adres, ale jedno było niezmienne - miłość do książek. Nie wyobrażam sobie, bym mogła nie mieć tej strony. Blog jest moim azylem, miejscem, gdzie mogę się podzielić z innymi tym, co naprawdę lubię. A lubię opowiadać o książkach, nie da się tego ukryć ;) I lubię poznawać opinie innych osób, dlatego chętnie czytam blogi książkowe - dzięki wielu osobom poznałam naprawdę wspaniałe lektury, za co serdecznie im dziękuję! 

Na początku Tirindeth's było blogiem tylko książkowym - publikowałam recenzje przeczytanych powieści oraz informacje ze świata literatury. Z czasem blog troszkę ewoluował - zaczęłam pisać o filmach, o muzyce, przygotowywałam różnego rodzaju rankingi. Ale książki wciąż są na pierwszym miejscu i to się na pewno nie zmieni :)

Dzięki prowadzeniu bloga poznałam wiele cudownych osób, nawiązałam przyjaźnie, które dziś stanowią ważną część mojego życia. W sumie większość moich znajomych na fejsie to inni blogerzy lub czytelnicy mojego bloga, a także kumpelki z forów książkowych. Oto najlepszy dowód a to, że książki łączą ludzi! :D

Poza blogiem prowadzę także fanpejdża na FB oraz konto na Instagramie. Co prawda zaczęłam w zeszłym roku, ale oba miejsca w sieci stały się nieodłącznym dodatkiem do Tirindeth's. To tam dzielę się z Wami najświeższymi informacjami, publikuję zdjęcia i zapraszam do odwiedzania bloga, gdy pojawi się nowy wpis. Dziękuję Wam za wszystkie lajki i serduszka, Wasza obecność dodaje skrzydeł, naprawdę! Dziękuję także za komentarze pod moimi postami na blogu - każde słowo jest dla mnie bardzo cenne i sprawia, że z zapałem pracuję nad kolejnymi notkami. Jesteście WSPANIALI! Dlatego też z okazji piątych urodzin bloga składam sobie życzenia, by nadal chciało mi się pisać o książkach, a Wam życzę, by nadal chciało Wam się te wpisy czytać. Dzięki! <3

19 marca 2016

"Szczęście do wzięcia" Jason F. Wright

„Drobny gest wystarczy, aby zmienić świat i nas samych na lepsze.

Hope jest młodą, ambitną dziennikarką, prawdziwą dumą swojej adopcyjnej mamy. Marzy o napisaniu reportażu, który przyniesie jej wielką sławę. Zafascynowana fenomenem tajemniczych podarunków, które otrzymują ludzie w potrzebie, rozpoczyna prywatne śledztwo.
Rozwiązując zagadkę, Hope przekona się, że uczynione dobro zawsze do nas wraca w najbardziej niespodziewanym momencie. Przeżyje wspaniałą przygodę - spotka cudownych ludzi i zrozumie, że dla osiągnięcia własnych celów nigdy nie można wykorzystywać zaufania drugiej osoby.

Przepiękna, wzruszająca książka, która zainspirowała miliony Amerykanów do dzielenia z bardziej potrzebującymi. Przeczytaj i przyłącz się do wielkiej wspólnoty pomagania. Tak, aby kiedyś ktoś pomógł również Tobie…”


Istnieją książki, które motywują czytelnika do czegoś wielkiego. Dla jednych poznanie takiej lektury jest objawieniem, dla innych to tylko utwierdzenie w przekonaniu, jak należy postępować. Szczęście do wzięcia to jedna z tych historii, która zmusza do zastanowienia się nad swoim życiem i sprawia, że człowiek chce coś zmienić, chce pomagać. Bo każdy z nas może kiedyś potrzebować pomocy.

Historia Hope promowana była jako lektura idealna na święta Bożego Narodzenia. Ja poznałam tę opowieść już po świętach, ale nie uważam, by był to błąd – książki pokroju Szczęścia do wzięcia można czytać przez cały rok, bo aby zainspirować się i pomagać innym, nie potrzeba ku temu specjalnej okazji. Niewielka objętościowo lektura opowiada o młodej kobiecie, która pragnie zostać wziętą dziennikarką i poszukuje dobrego tematu do swojego reportażu. Wkrótce odkrywa, że ktoś – nieznany darczyńca – przekazuje poszkodowanym przez los słoiki z drobniakami. Bohaterka postanawia więc dowiedzieć się, skąd taki pomysł i kto za tym stoi. To 'śledztwo' odmieni nie tylko jej życie.

Przyznam szczerze, że liczyłam na coś więcej. Po tylu tak pozytywnych opiniach na temat książki Jasona F. Wrighta, liczyłam na objawienie – na opowieść, która zwali mnie z nóg, wzruszy, zachwyci i zmotywuje do natychmiastowej zmiany swojego życia. Owszem, książka jest dobra – podejmuje ważny temat, jakim jest pomaganie bardziej potrzebującym, bez splendoru, oklasków i podziękowań. Ponadto motywuje do tego, by samemu zacząć pomagać – każdy według własnych możliwości. Ale mimo to nie poruszyła mnie na tyle, bym miała rzucić wszystko dla idei, jaką przedstawił autor. Bohaterka powieści nie obudziła we mnie sympatii, nie kibicowałam jej działaniom, może nawet byłam jej zachowaniem zdegustowana i zastanawiałam się, czy ta postać będzie w stanie mnie do siebie przekonać. Niestety nie.

Szczęście do wzięcia, pomimo nieco suchej narracji i niezbyt sympatycznej bohaterki, niesie z sobą ważne przesłanie. Mówi, że aby pomagać innym, nie trzeba być bogatym. Każdy z nas może dać od siebie coś drugiemu człowiekowi.  I każdy zasługuje na drugą szansę. Nie odwracajmy oczu od tego, co dla nas niemiłe i spróbujmy – na własną rękę, na ile potrafimy – zmienić choć kawałek świata wokół nas. Może się okazać, że właśnie odmieniliśmy czyjeś życie. Jason F. Wright napisał książkę, która może zainspirować niejednego z Was – oczywiście jeśli pozwolicie sobie na to, by zostać zainspirowanym. I zechcecie pomagać :)

Origial: The Christmas Jars
Wydawca: WAM
Data wydania: 21.10.2015
Ilość stron: 168
Przeł. Zbigniew Kasprzyk
Moja ocena: 3+/6

14 marca 2016

"Szczurynki" Olga Gromyko

„Czasami pisarze muszą robić dziwne rzeczy. Na przykład łazić po piwnicy z zapalniczką (sprawdzając, na ile wystarczy i co za jej pomocą można zobaczyć), studiować grzyby jadalne z atlasem w ręku lub czytać śmiertelnie nudne podręczniki do fizyki. Albo hodować szczura, żeby jak najbardziej prawdopodobnie opisać jego zwyczaje”. 

W taki to sposób do domu Olgi Gromyko trafił szczur, ochrzczony imieniem Falk. Miał to być tylko jeden, jedyny, malutki szczurek, kupiony jako materiał badawczy do tworzonej właśnie powieści. A potem… Zaszczurzyło się w domu pani Olgi błyskawicznie, kiedy jedna po drugiej zaczęły w rodzinie pojawiać się ogoniaste damy. Ryska, Vesta, Fudżi… Każda z własnym, indywidualnym charakterem, obyczajami i gustami. 

Na podstawie obserwacji szczurzego towarzystwa powstała następnie książeczka pt. „Szczurynki” zawierająca przezabawne anegdoty z życia zwierzątek, dramatyczne opowieści o ich przygodach w domu, na wystawach i nawet na planie filmowym(!), jak również konkretne porady praktyczne dla początkujących hodowców (aczkolwiek bez moralizatorstwa). Szczur to nie zabawka i nie mebel – szczur to osoba!


Wciągająca opowieść o szczurach? Czy to w ogóle możliwe? Owszem – dla Olgi Gromyko to pestka! Ukraińska autorka powieści fantasy napisała niesamowity niby-poradnik dla każdego, kto chciałby mieć w domu szczura. „Niby”, ponieważ nie jest to typowa książka ze wskazówkami dotyczącymi hodowli i pielęgnacji tych ogoniastych zwierząt, a składająca się z różnych przeżyć, anegdotek i obserwacji opowieść o przyjaźni pomiędzy autorką a jej niezwykłymi przyjaciółmi.

źródło
Szczurynki to niewielka objętościowo książeczka okraszona pięknymi, nieco zabawnymi ilustracjami przedstawiającymi szczurzych bohaterów opowieści. Każdy rozdział to inna przygoda i inny problem, z którym musiała się zmierzyć autorka. Na końcu każdego rozdziału Gromyko dzieli się z czytelnikami kilkoma ważnymi wskazówkami na temat zachowań szczurów lub ich potrzeb – te części najbardziej przypominają poradnik dla obecnych lub przyszłych właścicieli gryzoni. Anegdotki z udziałem szczurzych przyjaciół pisarki są pełne dobrego humoru, mają lekki i przyjemny wydźwięk, a to sprawia, że lekturę można pochłonąć w jeden wieczór. 

Książka Olgi Gromyko była dla mnie miłym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się bowiem, że historia o szczurach może być wciągająca, zabawna i tak pozytywnie nastrajająca do tych gryzoni. Ba! Po lekturze Szczurynek zapragnęłam mieć takie zwierzątka w domu. Myślę więc, że lektura spełniła swoje zadanie – „ociepliła” wizerunek szczurów, wprawiła mnie w dobry nastrój i wzbudziła apetyt na dalsze dzieła ukraińskiej autorki. Szczurynki będą odpowiednie nie tylko dla fanów ogoniastych stworzeń, ale także dla każdego, kto ma ochotę poznać nietuzinkową opowieść o niezwykłej przyjaźni pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Polecam gorąco!

Original: Крысявки. Крысиное житие в байках и картинках
Wydawca: Papierowy Księżyc
Data wydania: 1.07.2015
Ilość stron: 224
Przeł. Ewa Białołęcka
Moja ocena: 5/6

10 marca 2016

Kwietniowe zapowiedzi książkowe

Kwiecień to poniekąd mój miesiąc – obchodzę wtedy urodziny :) Postanowiłam więc zrobić mały przegląd nadchodzących premier i zastanowić się nad moim urodzinowym prezentem. Może Wy też coś tu dla siebie znajdziecie? :)

Premiera: 7 kwietnia 2016
Subtelny urok samobójstwa
Judith Claire Mitchell
Prószyński i S-ka

Hipnotyzujący i oryginalny literacki majstersztyk, od którego nie sposób się oderwać. Trzy niezwykłe siostry, jedna rodowa klątwa, jeden list pożegnalny obejmujący historię czterech pokoleń. 

Poznajcie Lady, Vee i Delph – trzy zachwycająco skomplikowane, dowcipne i błyskotliwe kobiety o nieokiełznanych fryzurach, mrocznym poczuciu humoru i odziedziczonych w genach skłonnościach samobójczych. Zbliża się koniec XX wieku, a ostatnie potomkinie długiej linii pechowego rodu Alterów postanawiają położyć kres również własnemu życiu. Żegnając się ze światem, spisują losy własne i swoich przodków, począwszy od pradziadka, nagrodzonego Noblem genialnego chemika, który opracował pierwszy gaz bojowy, a następnie środek owadobójczy, później wykorzystany w komorach gazowych obozów zagłady... Jego upiorna spuścizna kładzie się cieniem na całej rodzinie, bowiem Bóg zsyła kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i czwartego pokolenia... Klątwa latami zbiera swoje żniwo, doprowadzając do samobójstwa kolejnych członków rodu. Główne bohaterki: Lady – najstarsza, zdruzgotana nieudanym małżeństwem, Vee – zmagająca się z nawracającą chorobą nowotworową i żałobą po ukochanym mężu, oraz Delph – najmłodsza, nieprzystosowana do życia stara panna, należą do ostatniej generacji dotkniętej jej niszczycielskim działaniem...

To słodko-gorzka epicka opowieść o potędze krwi i przeznaczenia, o grzechu i rozgrzeszeniu; po części memuar sióstr zjednoczonych przez to samo brzemię, po części bezlitosna mowa pogrzebowa dla tych, którzy dawno już odeszli, a przede wszystkim głęboki i wnikliwy portret XX wieku.

Premiera: 13 kwietnia 2016
Pustelnia parmeńska
Stendhal
MG

Dzieje Fabrycego del Dongo – młodszego syna mediolańskiego arystokraty i bogacza, który odrzuca syna, ponieważ ten przejawia fascynację Napoleonem. Brak miłości ojcowskiej z nawiązką rekompensują Fabrycemu kobiety, od ukochanej ciotki, przez markietanki, aktorki i właściwie wszystkie, które spotyka na swej drodze. Stendhal cudownie plecie burzliwą historię miłości między Fabrycym, hrabiną Sanseverina i córką strażnika więzienia.

Znajdziemy w tej opowieści mistrzowskie opisy uczuć, zawiłe intrygi i znakomite portrety psychologiczne. A także opis uroczego świata, którego dawno już nie ma.

Premiera: 16 kwietnia 2016
Bramy Rutherford Park
Elizabeth Cooke
Marginesy

Ostatni tom trylogii dziejącej się w południowej Anglii.

Charlotte Cavendish marzyła o swoim starym domu w Rutherford Park. Jest kwiecień 1917 roku. Ma dziewiętnaście lat. I wszystko powoli się zmienia. Na kontynencie wciąż szaleje wojna, na której walczy jej brat. Małżeństwo rodziców chwieje się w posadach, ponieważ jej matka uległa uroczemu Amerykaninowi, który cudem uniknął śmierci, gdy zatonął liniowiec „Lusitania”. William Cavendish powoli dochodzi do siebie po zwale serca i choć jego życie stało się pasmem udręk, wciąż zakłada tę samą maskę chłodnego arystokraty. Pocieszenie znajduje w swojej córce Louise.

Nie wszystko jednak jest ponure. Charlotte wychodzi za mąż za Prestona, niewidomego żołnierza, któremu pomagała wrócić do zdrowia. Jej rodzice nie mogą być bardziej szczęśliwi z tego powodu. Młody człowiek pochodzi z szanowanej i bogatej rodziny z hrabstwa Kent. Jest solidny i godny szacunku. Cavendishowie mają nadzieję, że będzie w stanie okiełznać ich upartą córkę.

Ale w miarę upływu czasu Charlotte dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie jest szczęśliwa. I dopiero zaczyna rozumieć powód, przez który tak czuje. Powód, którego nie śmie wyjawić rodzinie – a tym bardziej światu…

Premiera: 19 kwietnia 2016
Nowy rozdział
Elisabeth Egan
Prószyński i S-ka

Alice Pearse myślała, że będzie żyła długo i szczęśliwie… Później uświadomiła sobie, że trafiła do niewłaściwej opowieści.

Pełni wiele funkcji (nigdy nie nazywa tego „noszeniem wielu masek” i wolałaby, żebyście wy także tego nie robili). Jest: przez większość czasu szczęśliwą żoną i matką, troskliwą córką, właścicielką psa, co do którego ma mieszane uczucia, redaktorką na pół etatu, lojalną sąsiadką, dojeżdżającą do pracy bez niepotrzebnych napięć. Nie jest: kucharką, dekoratorką, aktywną członkinią Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli, urodzoną opiekunką, główną żywicielką rodziny. Kiedy sytuacja zawodowa jej męża ulega radykalnej zmianie i Alice zatrudnia się w nowoczesnej, młodej firmie, która obiecuje, że stanie się przyszłością świata książek, myśli, że chwyciła Pana Boga za nogi – będzie miała ważną, sensowną pracę, harmonijnie łączącą się ze szczęśliwym życiem rodzinnym. Oczywiście wtedy wszystko idzie nie tak i Alice musi się zmagać z chorobą ojca, opieką nad dziećmi, wymagającymi szefami oraz zdrowiem psychicznym swoim i męża.

Wielbicielki „Gdzie jesteś, Bernadette” będą kibicować Alice, kiedy uświadomi sobie ona, że problem nie polega na tym, czy można mieć wszystko, ale na tym, czego ona – Alice Pearse – pragnie najbardziej.

Premiera: 27 kwietnia 2016
Miejsce dla dwojga
Richard Paul Evans
Znak

Alan stracił wszystko, co było dla niego drogie. Nie chciał żyć, nie chciał pamiętać. Rozwiązaniem miała być wędrówka. Przez całą Ameryką. Pieszo, z małym plecakiem. Bez planu.

W sytuacjach, które wydają się bez wyjścia, z bezinteresowną pomocą przychodzą mu zupełnie obcy ludzie. Ich proste gesty wsparcia pozwalają Alanowi przetrwać samotność. Przypominają, że nie jest sam. Że jest ktoś, kto czuwa nad nim w chwilach największego zwątpienia.

Alan zostaje poddany kolejnej ciężkiej próbie. Choroba niespodziewanie przerywa jego podróż i mężczyzna wraca do domu, do ojca, który nie do końca rozumie wybór syna. Ten przymusowy przystanek przynosi moment zastanowienia, a także ujawnia niespodziewaną prawdę. Że czasem to, czego szukamy, jest tuż pod naszym nosem. Tylko czy Alan zdąży na czas ją odkryć? Zanim Ci, którzy są naprawdę ważni odejdą na zawsze.

Miejsce dla dwojga to kolejna powieść wchodząca w skład bestsellerowych Dzienników pisanych w drodze Richarda Paula Evansa. Autor Kolorów tamtego lata i Stokrotek w śniegu zabiera nas w podróż, która odmienia życie i pozwala odzyskać nadzieję.

Premiera: 27 kwietnia 2016
Cześć, co słychać?
Magdalena Witkiewicz
Filia

Dziś wiem i widzę już nieco więcej. Nauczyłam się patrzeć, ale umiem też przymykać oczy. Ze strachu, że popełnię błąd.
Jestem taka jak inne, to wiem na pewno. Matki, żony i kochanki. Kobiety w połowie życia. Mądrzejsze niż 20 lat temu, ale za to z bagażem doświadczeń.
Pełne głęboko skrywanych tajemnic, o które nikt nas nie podejrzewa.

Czasem tęsknię za czymś, czego nie potrafię nazwać, uśmiecham się do ludzi, chociaż w sercu mam bałagan. Może coś tracę, zyskując spokój.
Bardzo dbam, by nie padły słowa, których nie można wymazać.
Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, jak niebezpieczne może być: „Cześć, co słychać”…

I jak? Znaleźliście coś wartego uwagi?

04 marca 2016

Space Book Tag

źródło

Autorka Kulturalnej Szafy zaprosiła mnie do Space Book Tag. Jak wiecie, baaardzo rzadko biorę udział w takich zabawach, jednak tym razem dałam się przekonać – pomysł jest bardzo fajny, no i (o dziwo) udało mi się zebrać odpowiedzi do wszystkich dziewięciu punktów. To jak, zaczynamy?

1. Słońce czyli książka z gorącym bohaterem/bohaterką.


Ojej, ciężko wybrać. Bo tych gorących bohaterów trochę jest! Choć ostatnio mało która postać jest w stanie mnie totalnie oczarować – chyba mam pecha do fajnych, męskich postaci. Na pewno z takich wieloletnich moich miłostek książkowych na wyróżnienie zasługuje Christopher Garron z The Moorehawke Trilogy – facet jest obłędny! Dorzuciłabym także Archanioła Rafaela z Angelfall. No i Royce'a Westmorelanda z Królestwa marzeń – co za ciacho!

2. Merkury czyli mała, ale duża książka.


Stanowczo Mały Książę! Nie spotkałam drugiej tak bogatej w treść opowieści zamkniętej na ledwie kilkunastu stronach. Totalny majstersztyk!

3. Wenus czyli książka z dobrą główną bohaterką.


Z bohaterek, które naprawdę mi imponowały, mogę wymienić Katniss z Igrzysk Śmierci oraz Hermionę z Harry’ego Pottera. Katniss – za odwagę i determinację oraz za to, że nie wahała się poświęcić wszystkiego dla najbliższych. Hermiona – za mądrość, odwagę i za to, że Harry i Ron zawsze mogli na nią liczyć. To się nazywa „prawdziwa przyjaźń” ;)

4. Ziemia czyli dość duża, ale przyjazna książka.


Podróżniczka od Diany Gabaldon – moja ulubiona część z serii Obca, może nie najlepsza książka, jaką znam, ale stanowczo bardzo przyjemna i warta uwagi.

5. Mars czyli książka bliska Twojemu sercu.


Stanowczo cała seria o Harrym Potterze, najbardziej chyba ukochałam szóstą część, Księcia Półkrwi.

6. Jowisz czyli największa cegła w Twojej bibliotece.


Oryginał Laury Nabokova. Co prawda treści w tej książce jest niewiele, ale wydana została na grubym papierze, z piękną, twarda oprawą, słowem prawdziwe cudo!

7. Saturn czyli po prostu książka nie z tej Ziemi.


Nie czytuję sci-fi, ale z takich najbardziej odjechanych lektury był chyba Czas żniw – niesamowity świat i dziwne stworzenia z kosmosu, trochę przypominające mi predatorów, to ewidentnie książka nie z tej Ziemi.

8. Uran czyli książka z niebieską okładką.


O kurcze, jak w tym kawale: „nie pamiętam tytułu, ale okładka była niebieska” :D No cóż, do głowy przychodzi mi Bóg nigdy nie umiera od Reginy Brett.

9. Neptun czyli najdłuższa seria z całej kolekcji.


Oooo, Saga o Ludziach Lodu – 47 tomów jak w mordę strzelił :D I w dodatku jedna z moich najukochańszych serii ever :) Bardzo polecam  – niby tasiemiec, ale wciąga jak diabli!

A jakie byłyby Wasze typy? 
Jeśli macie ochotę wziąć udział w tym tagu, serdecznie zapraszam! :)

02 marca 2016

"Na imię jej Rose" Christine Breen

„Ciepła, wzruszająca opowieść o tym, co może się zdarzyć, gdy życie przestaje się toczyć zgodnie z naszymi oczekiwaniami.

Ludzie uważali Iris Bowen za piękność. Miała burzę rudych włosów, wysokie kości policzkowe, poruszała się jak tancerka. Ale to było dawno.

Teraz Iris, ogrodniczka i matka adoptowanej Rose, w wiejskim domu na zachodzie Irlandii stara się prowadzić w miarę normalne życie po śmierci męża. Uwiera ją jednak obietnica dana mężowi przed jego śmiercią; obietnica, której nie zamierza spełnić. Tak jest do dnia, w którym odbiera telefon od swojej lekarki.

Po tej rozmowie niespełnione przyrzeczenie Iris, że odnajdzie biologiczną matkę Rose, żeby dziewczyna miała rodzinę, gdyby z nią stało się coś złego, zaczyna ją wręcz prześladować. Wiedziona impulsem, z jedynym dowodem – kopertą sprzed dwudziestu lat – udaje się w podróż śladami przeszłości, która zawiedzie ją do Bostonu i przyniesie zaskakujący rozwój sytuacji nie tylko jej, ale i Rose, przyjaciołom, a nawet zupełnie nieznanym ludziom.”


Na imię jej Rose to debiutancka powieść Christine Breen. Książka trafiła do mnie troszkę przypadkowo, ale nie ukrywam, że byłam jej ogromnie ciekawa – piękna oprawa oraz intrygujący opis obiecywały dobrą opowieść. Poza tym dotychczas wszystkie książki z serii Leniwa Niedziela mi się spodobały, więc podeszłam do lektury kolejnej publikacji bardzo optymistycznie.

Iris podejrzewa, że może być poważnie chora. Świadomość, że mogłaby zostawić swoją adoptowaną córkę samą na świecie, nie daje jej spokoju. Podobnie jak obietnica, którą wymusił na niej jej umierający mąż – że Iris odnajdzie biologiczną matkę Rose, aby dziewczyna miała kogoś bliskiego. Iris, pomimo niechęci do tego pomysłu, postanawia odnaleźć rodzinę córki. Niestety jedyny trop stanowi koperta z adresem sprzed dwudziestu lat... 

Przyznaję otwarcie – na początku historia Iris bardzo mnie wzruszyła i od razu polubiłam tę bohaterkę. Jej przeżycia, historia jej małżeństwa, relacja z córką – wszystko to sprawiło, że bohaterka stała się dla mnie nie tylko bliska, ale przede wszystkim była prawdziwa. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że siła zawarta w tej postaci, jak i jej opowieść, zostały zmarnowane przez niezbyt porywające wykonanie. Styl Christine Breen jest przyjemny i dopracowany, niemniej w jej narrację często wkrada się nuda. Być może winni temu są inni bohaterowie opowieści – nie do końca przyciągający uwagę, odrobinę bladzi, trochę zwyczajni. 

Na imię jej Rose, pomimo nużących momentów, to w gruncie rzeczy udany debiut – historia przedstawiona przez Christine Breen opowiada o miłości rodzicielskiej, o poszukiwaniu swojego miejsca i swojej drogi w życiu. Jest trochę o stracie, trochę o miłości, sporo o rodzinie i przyjaźni, o spełnianiu swoich marzeń. To jedna z tych książek, przy których można się wzruszyć i odprężyć. Jest to jednak bardzo… leniwa historia. I nie zachwyciła mnie na tyle, by polecać ją każdemu. Zatem Na imię jej Rose proponowałabym przede wszystkim sympatykom serii Leniwa Niedziela oraz tym osobom, które lubią niezobowiązujące książki, idealne na samotne popołudnie przy dobrej kawie.

Original: Her name is Rose
Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 20.01.2016
Ilość stron: 320
Przeł. Anna Zielińska
Moja ocena: 3+/6


Za książkę dziękuję wydawcy :)