Menu

27 sierpnia 2014

"Zanim się pojawiłaś" Judith McNaught

„Piękna, pełna temperamentu, ognistowłosa młoda Amerykanka przypływa statkiem do Londynu. W porcie czeka wytworny arystokrata Stephen Westmoreland. Dziewczyna ulega jednak nieszczęśliwemu wypadkowi, a kiedy odzyskuje przytomność w domu Stephena, okazuje się, że straciła pamięć i własna tożsamość stanowi dla niej zagadkę. Między obojgiem rodzi się namiętne uczucie, lecz na skutek niefortunnego splotu okoliczności każde z nich bierze to drugie za kogo innego. Gdy wreszcie pomyłka się wyjaśnia, wygląda na to, że wspólna, szczęśliwa przyszłość jest nierealna.”


Stephen Westmoreland znany jest ze swojego zamiłowania do pięknych, obeznanych w sztuce miłosnej kobiet. Kiedy więc w jego domu pojawia się młoda niewiasta, która w dodatku w wyniku nieszczęśliwego wypadku straciła pamięć, skandal wisi w powietrzu. Nie to jednak jest dla Stephena najgorsze – obca kobieta wzbudza w nim uczucia, o które nigdy by siebie nie podejrzewał. Mężczyzna broni się jednak przed tym ze wszystkich sił, gdyż doskonale wie, że to on jest przyczyną wszelkich nieszczęść, które spadły na piękną nieznajomą.

Nie ukrywam, że jeszcze do niedawna postawiłabym wszystkie pieniądze na książki Judith McNaught – moje dotychczasowe spotkania z jej twórczością zawsze kończyły się wzruszeniami i okrzykami zachwytu. Przeczytanie więc Zanim się pojawiłaś było tylko kwestią czasu – tytuł ten wieńczy serię o rodzie Westmoreland, a dwa pierwsze tomy – Królestwo Marzeń i Whitney, moja miłość mogę śmiało nazwać najlepszymi romansami historycznymi wszech czasów. Jakże więc zaskoczona byłam, gdy po lekturze Zanim się pojawiłaś zamiast zachwytu było… gorzkie rozczarowanie. 

źródło
W sumie od pierwszej strony historia niesamowicie mnie wciągnęła – wypadek głównej bohaterki i związane z nim nieporozumienia niewątpliwie okazały się atutem powieści. Z niesłabnącym zainteresowaniem i zapartym tchem obserwowałam poczynania bohaterów, szczerze ubawiona i jednocześnie ciekawa, jak rozwinie się ta historia i do czego doprowadzą kłamstwa oraz niedopowiedzenia pomiędzy Sherry i Stephenem. Klimat powieści, podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich tomów trylogii, jest wyjątkowy, a język, jakim posługuje się narrator, elegancki i na swój sposób prosty. Dzięki temu przez powieść się po prostu płynie. 

Kreacja bohaterów udała się Judith wyśmienicie, choć z perspektywy znajomości całej trylogii nie mogę pozbyć się wrażenia, że postacie kreowane są nieco tendencyjnie. O ile na podobieństwo u mężczyzn z rodu Westmoreland można przymknąć oko, o tyle momentami irytował mnie fakt, że Sherry okazała się kopią Whitney, bohaterki drugiego tomu serii. Obie kobiety są uparte, nieokiełznane, piękne i inteligentne. I obie posiadają bardzo oryginalne osobowości. Zdaję sobie sprawę z faktu, że romans z nijaką bohaterką byłby nie do zaakceptowania, niemniej nie mogę się pozbyć wrażenia, że te postaci są momentami identyczne.

Tym, co w szczególności nie spodobało mi się w Zanim się pojawiłaś, okazał się wyjątkowo tandetny finał. Jakieś 3/4 książki czytałam z prawdziwym zainteresowaniem, by nagle zupełnie stracić ochotę na kontynuację lektury. Ostatnie kilkadziesiąt stron powieści bowiem było napisanych jakby „na kolanie” – w sposób całkowicie nieprzemyślany, jakby niedokończony. Akcja nagle bardzo przyspieszyła, zabrakło magii i romantyzmu, a bohaterowie zbyt szybko i zbyt łatwo podejmowali decyzje, od których zależało całe ich życie. Nie ukrywam również, że sceny erotyczne także były wyjątkowo niedopracowane, co bardzo gryzło się z moimi wrażeniami po lekturach innych książek pani McNaught. 

Zanim się pojawiłaś to przyzwoity romans historyczny, który pomimo niedopracowania i mało satysfakcjonującego finału, czytało się całkiem przyjemnie. Niestety na tle poprzednich dwóch części serii, ta część wypada wyjątkowo słabo, dlatego mogę ją polecić przede wszystkim fankom Judith, które już znają jej pióro i których nie zniechęci ta słabsza powieść. Zaś tym osobom, które dopiero planują rozpocząć znajomość z dziełami amerykańskiej autorki, polecam najpierw sięgnąć po Królestwo marzeńZanim się pojawiłaś dostaje ode mnie nieco naciąganą ocenę 4-/6.

Original: Until you (Westmoreland #3)
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 12.01.1998
Ilość stron: 475

Saga Westmoreland:
#3 Zanim się pojawiłaś 4-/6

Książka bierze udział w akcji Sierpień miesiącem romansów :)

11 komentarzy:

  1. Szczerze mówiąc niewiele już pamiętam z tej książki, bo czytałam ją pięć lat temu i ponownie już do niej nie wracałam, w przeciwieństwie do dwóch pierwszych części. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A zatem to najlepszy wyznacznik wartości tej książki - gdyby była dobra, pamiętałabyś o tym :)

      Usuń
  2. A ja nie znam tej pani i jakoś ostatnio nie czytuję romansów wcale. Nie wiem z czego to wynika. Ale bardzo podoba mi się, że opisałaś szczerze co było tak a co nie w tej historii, bo możliwe, że kiedyś rozpocznę przygodę z tą autorką :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciężko patrzeć, gdy dwie pierwsze części są takie dobre, a tutaj od razu taki przeskok.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykro mi, że się zawiodłaś, zwłaszcza jeśli wcześniej byłaś pełna wiary w pióro pisarki. :) Niestety, ja z nią jeszcze styczności nie miałam, ale postaram się poszukać "Królestwa marzeń", bo romanse historyczne uwielbiam, a zwłaszcza te, które są dobrze napisane. :)
    Pozdrawiam!
    Sherry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Królestwo marzeń" to najlepszy romans, jaki w życiu przeczytałam, zatem szczerze Ci go polecam :)

      Usuń
  5. Kiedy przeczytałam opis książki poczułam, że to coś dla mnie. Nie czytałam jeszcze żadnej powieści autorki, ale nawet mimo kilku wad, które znalazłaś w "Zanim się pojawiłaś" chętnie poznam całą sagę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Najpierw jednak sięgnę do wcześniejszej książki. Wolę zaczynać w odpowiedniej kolejności.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam ostatnio ochotę na dobry romans. Zastanawiałam się nad tą książką, całe szczęście, że przeczytałam Twoją recenzję. Nie miałam pojęcia, że to kontynuacja serii. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Niesamowite, że ostatni tom jest najgorszy. Przeważnie to "dwójka" najbardziej zawodzi :/ Może zapoznam się z tą trylogią ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tu akurat jedynka i dwójka to majstersztyki :D

      Usuń

Ten blog tworzę dla Was i każdy Wasz komentarz to dla mnie motywacja do dalszego pisania. Dziękuję, że jesteście tu ze mną! :)