Martyna z bloga Partyzantka zapytała mnie kilka dni temu, czy chciałabym podzielić się swoją historią o początkach przygody z czytaniem. Pomyślałam, że to całkiem fajny pomysł i tak oto powstał ten wpis. Zapraszam Was do poznania mojej historii :)
Jak to się zaczęło? Próżno szukać w moich dziecięcych latach miłości do książek. Od małego wolałam rysować albo bawić się lalkami, książki nigdy nie były mi po drodze. Kiedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej nauczycielka zadała nam pracę domową polegającą na streszczeniu ulubionej baśni, byłam w totalnej kropce. Wybrałam Dziewczynkę z zapałkami Andersena (bo to najkrótsza baśń), ale nie byłam w stanie jej streścić, choć tak naprawdę historia mieści się na dwóch stronach książki. Moi rodzice – w ramach szkolenia – zarządzili więc, abym czytała tę baśń wciąż od nowa tak długo, aż w końcu będę ją znała na pamięć i wtedy napiszę streszczenie. I wiecie co? Udało się! Nie zmieniło to jednak mojego nastawienia do czytania. Przez podstawówkę jedynymi "książkami", po jakie sięgałam, były mangi. Nie przeczytałam żadnej lektury (poza Anarukiem, chłopcem z Grenlandii i wspomnianą Dziewczynką z zapałkami), nie wypożyczałam książek z biblioteki. Wolałam oglądać Czarodziejkę z księżyca ;)
Nadeszły czasy gimnazjum, dostałam się do plastyka i... to był przełom w moim życiu. Trafiłam do klasy, w której poznałam grupę maniaków fantastyki (wśród nowych znajomych znalazł się kumpel, który uwielbia Tolkiena i wciąż na nowo czytał jego trylogię Władcy Pierścieni). A poza tym moja koleżanka z ławki była fanką Sagi o Ludziach Lodu.
Początków mojej przygody z czytaniem mogę więc upatrywać w 29. tomie Sagi o Ludziach Lodu. Książka trafiła w moje ręce, kiedy byłam chora i musiałam leżeć w łóżku przez kilka dni. Wspomniana wyżej koleżanka przyszła do mnie w odwiedziny, przynosząc mi jedną ze swoich ulubionych lektur. Powiedziała, że ta część powinna mi się spodobać. Nie myliła się. ZAKOCHAŁAM SIĘ w SoLL i zaraz po tym, jak wyzdrowiałam, zaczęłam pożyczać inne części serii – w niedługim czasie połknęłam wszystkie 47 tomów sagi autorstwa Margit Sandemo i wciąż chciałam więcej. Nagle okazało się, że czytanie to wspaniała zabawa – zaczęłam częściej bywać w bibliotece w dziale książek fantasy i młodzieżowych. Tak poznałam Kristen Britain, Andre Norton, C.J. Cherryh, J.R.R. Tolkiena, Stephena R. Lawheada, Particię A. McKillip… Zachwyciłam się! A kiedy uzbierałam trochę pieniędzy, pobiegłam do antykwariatu i kupiłam prawie wszystkie części Sagi o Ludziach Lodu. Tak więc zaczęłam kolekcjonować książki, kompletować serie, wypożyczać coraz więcej fantastyki od znajomych, spotykać się z kolegami na sesje RPG. Później przyszedł czas na romanse historyczne i klasykę, niemniej fantastyka zawsze była mi najbliższa.
Mimo mojej miłości do czytania, przeczytałam zaledwie kilka lektur szkolnych – poza wspomnianym wcześniej Anarukiem i baśniami Andersena, poznałam Romea i Julię, Dzieje Tristana i Izoldy oraz Konrada Wallenroda. Nie przeszkodziło mi to jednak zdać maturę z języka polskiego na 100%, mówiąc o książkach, których nigdy nie przeczytałam :) Wystarczyło, że słuchałam uważnie wszystkiego, co mówi nauczyciel na lekcjach. Zawsze łatwo zapamiętywałam to, co usłyszę – z historii ciągle leciałam na piątkach tylko dlatego, że byłam na wszystkich zajęciach i po prostu słuchałam. Wkuwanie dat? Phi! Uczyłam się ich jak rymowanek. Być może dlatego ostatecznie wylądowałam na wydziale historycznym i skończyłam historię sztuki. To mi chyba było po prostu pisane ;)
Uff. Dotrwaliście do końca? Mnie by się chyba nie chciało tego czytać :P Jak widzicie, początek mojej przygody z książkami nie jest szczególny, jednak niesie ze sobą morał, z którego jestem dumna. Mianowicie czasem naprawdę niepozorna lektura (tutaj Saga o Ludziach Lodu) może obudzić w odbiorcy głód historii. Nie potrzeba do tego wielkich mistrzów, wiekopomnych dzieł czy wychwalanych przez krytyków powieści, aby zachęcić kogoś do czytania. Jestem tego najlepszym przykładem :)
Na koniec moja ulubiona piosenka o... czytaniu! ;)
