Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Illuminatio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Illuminatio. Pokaż wszystkie posty

06 listopada 2011

"Ballada. Taniec mrocznych elfów" Maggie Stiefvater

"James Morgan został obdarzony niemal nieziemskim talentem muzycznym, który przyciąga Naulę - tajemniczą dziewczynę należącą do krainy Faerii.
Naula to muza, która zabiera śmiertelnikom duszę, najpierw się nimi opiekując, a następnie żerując na twórczej energii zdolnych ludzi
do końca ich dni.
Dzięki wcześniejszym przygodom
James ma mnóstwo powodów, aby obawiać się Faerii, ale kiedy on i Naula zaczynają współpracować nad niezwykłą muzyczną kompozycją, James odkrywa, że jego uczucia do Nauli się pogłębiają.
Inni mieszkańcy Faerii nie patrzą jednak na to zbyt przychylnym okiem. Wkrótce nadchodzi Halloween - dzień zmarłych - a James
, aby ocalić Naulę i własną duszę, musi zmierzyć się z Królową Elfów oraz rogatym królem umarłych."



Małe wróżki z delikatnymi skrzydełkami sypiącymi złoty pyłek? Może dawniej. Dziś już nikt nie wierzy w takie wydanie fejów. I słusznie – przynajmniej według Meggie Stiefvater. Wszak w jej wykonaniu elfy/fejowie/zielony ludek nie są przyjemnymi stworzeniami, które kryją się wśród zieleni. To przerażające, owładnięte żądzą i namiętnością istoty wielbiące muzykę i taniec. Takie, z którymi my, zwykli śmiertelnicy, nie powinniśmy zadzierać...

I właśnie o tym przekonali się Dee i James minionego lata. Teraz, zapisując się do muzycznej szkoły dla wybitnie uzdolnionych, marzą jedynie o spokoju i wyleczeniu własnych ran – złamanych serc. Dee tęskni za Lukiem, James tęskni za Dee i wydaje się, że spirala tęsknoty nie ma końca. Aż nagle na drodze młodego dudziarza pojawia się tajemnicza piękność imieniem Naula. I wszystko zaczyna się komplikować.

Naula jest jednym z fejów – muzą, która dając inspirację uzdolnionemu muzykowi, żywi się odbieranymi mu latami życia. Teraz jej kolejną ofiarą ma być James. Lecz chłopak nie jest głupi – poprzednia przygoda z elfami nauczyła go ostrożności i także tym razem nie zamierza bratać się ze znienawidzonymi istotami. Ale Naula nie zamierza odpuścić... Tymczasem zbliża się Halloween - czas, w którym wszystko może ulec zmianie, gdy na horyzoncie zamajaczy sylwetka rogatego króla, władcy umarłych...

Autorka postanowiła urozmaicić swoją serię, tym razem przedstawiając wydarzenia z punktu widzenia Jamesa Morgana. Mamy więc przeplatającą się narrację pierwszoosobową głównego bohatera z narracją Nauli, która odgrywa w historii niezwykle znaczącą rolę, a pomiędzy tymi rozdziałami - króciutkie wiadomości od Deirdre. Ich sposób patrzenia na rzeczywistość i słownictwo zgotowało czytelnikowi nie lada gratkę – współczesna, często potoczna mowa urzeczywistnia wydarzenia i sprawia, że są realistyczne.

James przyciągnął moją uwagę już w pierwszej części – Lamencie, lecz dopiero w Balladzie możemy go naprawdę poznać. To niesamowicie intrygująca i tajemnicza osobowość, jedyna w swoim rodzaju. Jego humor, cynizm, a także brak poszanowania dla społecznych norm sprawiają, że jest ciekawym i świeżym przykładem na to, iż czasem wystarczy odrobina wyobraźni, by stworzyć bohaterów naturalnych –  z krwi i kości.  I choć pojawia się także dosyć niecodzienna postać Sullivana i irytująca Naula - nikt nie potrafił wzbudzić we mnie takich emocji, jak James. Dee natomiast... oj z Dee dzieją się tym razem dziwne rzeczy. O ile w tomie pierwszym była znośna, w kolejnym jest denerwująca ponad normę! Ale może to i dobrze – dzięki temu przy lekturze Ballady nie ma mowy o nudzie.

Wydawałoby się, że wszystko kręci się wokół trójkącika: Dee – James – Naula, lecz nie jest to jedyny i najważniejszy motyw fabuły. Muszę jednak przyznać, że momenty poświęcone uczuciom postaci niezmiernie mnie wzruszyły i wydawały się takie... realne. Momentami czułam w sobie wszystko to, o czym mówił James – jakby były to także moje emocje, moje problemy. Myślę, że tu wracamy do punktu wyjścia – czyli świetnie wykreowanej sylwetki głównego bohatera. To właśnie dzięki cesze prawdopodobieństwa czytelnikowi łatwiej jest wczuć się w sytuację  i wyciągać z  jego przygód to, co najcenniejsze.

Jest też minus – mianowicie ogólnikowe potraktowanie wydarzeń: niedopowiedzenia, brak wyraźnego zarysowania finisażu książki. Po lekturze ma się wrażenie, że coś pominęliśmy, że czegoś brakuje – może autorka zechce kontynuować historię? Może wyjaśni nam kilka istotnych kwestii, które zostały jedynie zarysowane? Z jednej strony byłoby to wskazane, z drugiej – może czasem sami musimy sobie dopowiedzieć własne, alternatywne zakończenie, które nas wszystkich usatysfakcjonuje. Tu już wybór należy do Was.

Czy książkę polecam? Jak najbardziej! Ta część jest dużo lepsza od pierwszej – przede wszystkim ze względu na niesamowitą, barwną postać Jamesa i jego narrację nie stroniącą od uszczypliwych, kąśliwych uwag i niezwykle trafnego nakreślenia sytuacji, w jakiej się znalazł. Daję więc 4,5/6 i liczę na to, że i Was oczaruje ten szalenie intrygujący młodzieniec! 

Original: Ballad: A gathering of Faerie
Wydawnictwo: Illuminatio
Data wydania: 10.2011
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Illuminatio! 

A dla zainteresowanych - recenzja Lamentu :)


***

A teraz słów kilka z innej beczki - skala ocen. Postanowiłam zrobić mały eksperyment i przy poprzedniej recenzji nie podałam żadnej liczbowej oceny. Efekt? O połowe mniejszy ruch na blogu, mniej komentarzy. Z czego to wynika? Być może z tego, że ocena liczbowa przykuwa uwagę i pozwala potencjalnemu czytelnikowi na wysunięcie wniosków bez czytania recenzji. No cóż, co poradzić. Idąc za wygodą - zmieniam skalę z 10-cio punktowej na 6-cio punktową. Zobaczymy, czy ta "szkolna" forma oceniania (ocena książki prawie równa ocenie na kartkówce) przyniesie lepsze efekty :)

27 maja 2011

"Wampiry - same o sobie" Michelle Belanger

„Żadna książka poświęcona współczesnej kulturze wampirów nie może swoim zasięgiem, głębią i różnorodnością równać się z Wampiry – same o sobie autorstwa Michelle Belanger”. – Katherine Ramsland, autorka Piercing the Darkness oraz The Science of Vampires
„Belanger z ogromnym wyczuciem wprowadza do rodzącej się, nowej magicznej społeczności... Ważne źródło wiedzy dla badaczy i wnikliwych czytelników”. – J. Gordon Melton, dyrektor Institute for the Study of American Religion, autor The Vampire Book: The Encyclopedia of the Undead

ZMOWA MILCZENIA ZOSTAŁA PRZERWANA

Michelle Belanger nakłoniła ponad dwadzieścia osób zajmujących się wampiryzmem, aby na potrzeby tej antologii przełamały zmowę milczenia zasnuwającą tę fascynującą subkulturę mgłą tajemnicy.
Zawarte tu szczere, niekiedy prowokacyjne, niekiedy zaskakująco bezpretensjonalne, relacje z pierwszej ręki zostały napisane zarówno przez wampiry psychiczne, które posilają się energią, jak i wampiry sangwiniczne – osoby spożywające krew. Poszczególne rozdziały rzucają nieco światła na takie zagadnienia, jak przebudzenie do wampiryzmu, pragnienie żerowania i związane z tym techniki, etyczne aspekty współpracy z dawcami oraz różne tradycje wampiryzmu i respektowane w ich ramach kodeksy postępowania.
Michelle Belanger – jest autorką bestsellerów, słynie z prac dotyczących współczesnej subkultury wampirów. Pojawiła się w takich produkcjach, jak American Vampires, Coast to Coast, The ‘X’ Zone, a także w programach realizowanych na zlecenie History Channel, WE! oraz A&E. Obecnie mieszka w Ohio.


To będzie moja pierwsza taka recenzja. Pierwsza, w której podejmę się dyskusji na temat bardziej naukowy niż fabularny. Na temat tak przedziwny, tak... nierzeczywisty, że sama do tej pory zastanawiam się, czy jestem gotowa uwierzyć we wszystko, co przeczytałam. Ale zacznijmy od początku. 

Kim jest Michelle Belanger? Poza tym, że jest autorką bestsellerowych prac poświęconych subkulturze wampiryzmu, uważa się także za wampira energetycznego. Czy jesteśmy skłonni w to wierzyć? Owszem, jeśli brać pod uwagę dosyć wyczerpujące wprowadzenie, w którym autorka opowiada o początkach swoich problemów zdrowotnych i o tym, jak przekonała się na własnej skórze, iż czuje się lepiej, kiedy ma w pobliżu siebie innych ludzi. Opowiada przy tym o kilku interesujących grupach, które wierzą w to, co ona, przez co założyły stowarzyszenia zrzeszające społeczność wampirów. Wspomina także o tzw. Kodeksie wampira, w stworzeniu którego sama miała spory udział. Założyła także Dom Kheperu, czyli jedną z najważniejszych wspólnot zrzeszających wampiry.

Później autorka oddaje głos poszczególnym osobom uważającym się za istoty nadprzyrodzone i dzięki temu poznajemy historie, które nie tylko mogą zadziwić, ale także przerazić postronnego czytelnika. Pojawiają się dziesiątki definicji, od pojęcia wampir psychiczny, wampyr, odmiany religijnych praktyk i innych wierzeń, a także wyjaśnienia problemów związanych z chorobami takimi jak chociażby porfilia. Nie wszystkie definicje są konieczne, albo wymagają wyjaśnienia, jak np. wniebowstąpienie czy empatia. Niemniej widać, że autorka stara się ze wszech stron dokładnie opowiedzieć o problemie, wciągnąć nas w historię, wyjaśnić trudne zagadnienia. I skłonić do tego, abyśmy zrozumieli.

Opowieści o swoich doświadczeniach i przemyśleniach udziela wielu wampirycznych przedstawicieli, między innymi takie postaci, jak wielebny Vicutus, który zajmuje się okultyzmem i wyznaje lucyferianizm. Mówi on m.in. o tym, jak to niegdyś wampir był istotą szanowaną, a ich egzystencję nazywa pozostawionym dla potomnych Dziełem; wierzy też, że jego obecne wcielenie jest jednym z wielu. Inna interesująca postać -  Ravena Lee – opowiada o problemie dawcy i o tym, jak współpracować z taką osobą. Określa zasady, jakie powinny mieć wpływ przy doborze osoby godnej zaufania. Khan, autor dwóch interesujących rozdziałów, mówi o potrzebie żerowania, oraz o sposobach pozyskiwania energii. Takich osób, jak wymienione przeze mnie sylwetki jest jednak dużo więcej.

Antologia pani Belanger to dosyć obszerne dzieło poświęcone nie tylko problemowi wampiryzmu, ale także jego objawom, jego egzystencji i moralnym potrzebom. Książka dzieli się na siedem części, w których kolejno opowiada o historii wampirów i odkryciu go w sobie, o sposobie żerowania, o społecznościach wampirycznych, a także o zasadach postępowania, etyce i tradycji. Każda z tych części opisywana jest przez różne osobowości z najróżniejszych środowisk, domów wampirycznych i wspólnot magicznych. Pewne wskazówki, zwierzenia bądź samo podejście opowiadających może jednak zaszokować czytelnika, dlatego do lektury proponuję podejść ze spokojem.

Wampiry – same o sobie to niewątpliwie książka nietuzinkowa i nastawiona na edukację odbiorcy. Pewne fakty, wyjaśnienia mitów, naukowy ton podejmowanych dyskusji sprawia, że jesteśmy skłonni uwierzyć w każde słowo. Niemniej nie mnie jest ocenić, na ile lektura jest wiarygodna. Osoby zajmujące się okultyzmem i problemami istot nadprzyrodzonych mogłyby więcej wywnioskować z tej tajemniczej opowieści, jaką zaserwowała nam Michelle. Cokolwiek jednak nie stwierdzimy, musimy rozumieć następujące fakty:

a)    wampir  to nie jest już postać fikcyjna, czy literacka
b)    społeczności wampiryczne były, są i będą, zrzeszone w Domach swoich twórców
c)    wampiry dzielą się na te, które żyją pod pewnymi normami moralnymi oraz na te,     które uważają się za arystokrację i za nic mają ustalone odgórnie zasady
d)  dzieło Michelle Bellanger nie jest ani pierwszym ani nie ostatnim, jakie mówi o wampirach

Książka jest interesująca, ponieważ podejmuje tematykę, jakiej w zasadzie bałoby się wielu naukowców. Do dziś bowiem niewiele wiemy na tematy magiczne, a świat nadprzyrodzony jest nam zupełnie nieznany. Czy więc mamy prawo oceniać kogoś tylko dlatego, że różni się od innych? Bo chce wierzyć w to, co sobie zaplanował? Aby jednak nie zdradzić Wam zbyt wiele z treści antologii, powiem tak -  lekturę polecam nie tylko tym, którzy wierzą w dzieła Anne Rice! To bogaty zbiór wiedzy, którą nie uraczyłby nas nikt poza samymi zainteresowanymi. Poza wampirami. I podkreślam - to nie jest ani paranormal, ani  powieść fantasy. To fakty!

Aby więc zrozumieć wampiry i ich społeczność, sięgnij po dzieło Michelle i przekonaj się, czy jesteś gotowy uwierzyć. I jeśli tak, to co zrobisz z tą wiedzą...?


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Illuminatio! 

22 maja 2011

"Lament. Intryga Królowej Elfów" Maggie Stiefvater

”Utalentowana szesnastoletnia harfistka Deirdre Monghan doznaje regularnie strachu przed publicznymi występami, który uniemożliwia jej pełny rozwój kariery. Wszystko się jednak zmienia, kiedy na jednym z konkursów nieoczekiwanie i całkiem znikąd pojawia się tajemniczy chłopak – Luke Dillon.
Od tej chwili w życiu Deirdre dzieją się rzeczy, które nie maja racjonalnego wytłumaczenia. Pojawiają się u niej zdolności, o które wcześniej nawet by się nie podejrzewała, zaczynają ją otaczać dziwne istoty, a na ulicy, w domu i w pracy znajduje wszędzie czterolistną koniczynę.
Nieśmiała Deirdre odkryje też w końcu, że jako jedna z niewielu ma dar widzenia mieszkańców Faerii.
Jednak największą zagadką dla Deirdre jest Luke – nic o nim nie wie, a on interesuje się nią coraz bardziej. Czy Deirdre odkryje mroczny sekret przeszłości Luke’a? Czy pozna prawdę o tym, dlaczego Luke pojawił się w jej życiu?
Wkrótce jej najlepszy przyjaciel James, ukochana babcia i mama znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, które przyjdzie ze strony Królowej Elfów. Ta okrutna władczyni pojawi się ze swoją złowieszczą świtą na ziemi i uczyni wszystko, aby Deirdre i Luke nigdy nie mogli być razem.
To walka na śmierć i życie, a stawką jest miłość oraz zaklęta dusza Luke’a.
Ta piękna i niebanalna opowieść, będąca debiutem pisarskim autorki, oddaje wiernie obraz celtyckiej baśni, którą przedstawiono w uwspółcześnionej wersji.”


Czym jest muzyka? Czy tylko sekwencją pojedynczych dźwięków łączących się w pełen utwór, plejadą nut, które mają nas oczarować, wabić, przyciągać niczym magnes? Niewątpliwie tak. Ale muzyka to także emocje. To zaklęte w dźwiękach najskrytsze uczucia i marzenia. Najprawdziwsza magia dusz.

Deirdre jest szesnastoletnią harfistką, która poza talentem muzycznym ma także talent do stresowania się ponad miarę. Każdy jej występ, odpowiednio zaaranżowany przez despotyczną matkę, zaczyna się mdłościami i ucieczką do toalety. Deirdre jest wrażliwa i delikatna, a przy tym niezwykle interesująca. Ale czy ma pojęcie, kim jest tak naprawdę?

Przed występem konkursowym nasza bohaterka, pchana przez mdłości w kierunku ustronnego miejsca, zostaje odnaleziona przez chłopaka, jakiego widziała w swoich snach. Czy to nie dziwne, że nagle wytwór wyobraźni pojawia się tuż obok? Owszem, zwłaszcza, gdy ten wytwór jest niesamowicie przystojnym, tajemniczym młodzieńcem, który przybywa damie „na ratunek”. W toalecie, chciałoby się zauważyć! I od tego momentu chłopak przejmuje niepisane zadanie opiekowania się Deirdre, między innymi proponując jej wspólny występ w konkursie muzycznym. Bohaterka pozwala się poprowadzić przez nieznajomego flecistę, uwierzyć w swoje zdolności i... zakochać się w nim.

Ale czy miłość do tajemniczego chłopca, który nie ma zamiaru zdradzić jej swej przeszłości może być bezpieczna? Dlaczego wraz z pojawieniem się Luke’a Dillona, nagle ułożony świat Dee wywraca się do góry nogami? I w końcu, co oznacza czterolistna koniczynka, spotykana przez bohaterkę na każdym kroku, oraz zapach tymianku unoszący się w powietrzu w najmniej oczekiwanym momencie? Myślę, że aby poznać odpowiedzi na te pytania, należy sięgnąć po Lament!

Z tytułu i opisu powieści wiemy, co się ma wydarzyć – podstępna Królowa elfów z jakiegoś bliżej nieznanego powodu chce zniszczyć Deirdre, a w tę rozgrywkę zostają zamieszani jej bliscy oraz najlepszy przyjaciel James. Na domiar tego sama bohaterka odkrywa w sobie przedziwne moce, a jedną z nich jest możliwość widzenia elfiego ludu. Lecz czy to jej pomoże poznać sekrety Luke’a oraz uratować siebie i rodzinę od gniewu Królowej?

Pisarski debiut Maggie Stiefvater jest intrygujący i wciągający zarazem. Pełna magii i niepewności historia przyciąga i wabi swoją pieśnią. Połączenie mitów o fejach i elfach z obrazem współczesnej rzeczywistości tworzy interesującą fabułę godną miana dobrej, pełnej smaku opowieści paranormalnej.

Akcja rozwija się powoli, nabierając tempa w drugiej połowie książki. Struktura dzieła opiera się na podziale treści w sześć części, każdą opatrzoną fragmentami różnych pieśni. Narracja dzieła jest pierwszoosobowa, z perspektywy głównej postaci. To typowy zabieg w powieściach dla młodzieży, mający najpewniej na celu przyciągnąć czytelnika, zespolić go z uczuciami bohatera. Jedynie prolog został stworzony w typie narratora wszechwiedzącego. Bardzo ważna dla powieści jest także muzyka. Nie przypadkowo Dee jest harfistką, a Luke flecistą. Ich muzyka łączy dwoje obcych sobie ludzi. Staje się wizytówką powieści, a słowa pięknych ballad przytoczone w tekście pozwalają nam wyobrazić sobie, jak mogłaby brzmieć miłosna pieśń tych dwojga.

Myślę, że także nie można pominąć pięknej oprawy – okładka w żywym, soczystym kolorze zieleni przyciąga wzrok czytelnika, podobnie jak dziewczęca twarz o tajemniczym spojrzeniu. Dodatkowo każda część historii opatrzona jest rysunkiem, podobnie jak karta tytułowa. Całość tworzy baśniową oprawą dla baśniowej historii, co odkrywamy z każdą kolejną stroną książki.

Jeśli miałabym określić bohaterów, mogę z całą mocą podkreślić, że przyjaciel Dee mnie oczarował. James to typ wyluzowanego chłopaka z ciętym językiem i niesamowitym humorem. Umiał rozśmieszyć mnie do łez, a przy tym wzruszał swoją niezłomną postawą najlepszego przyjaciela. Tacy ludzie to niewątpliwie rzadkość. Deirdre zaś to interesująca osóbka, sprawiająca wrażenie zagubionej, dzięki czemu Luke stał się idealnym kandydatem do roli jej towarzysza w przygodach, jakie przeżywali na kartach powieści. Jedyne, co mnie zadziwiło to fakt, jak szybko dziewczyna pogodziła się z nową rzeczywistością – jakby była przygotowana na ewentualność, w której istnieją magiczne stworzenia. Niemniej cała trójka młodych postaci to silnie zarysowane sylwetki pełne wdzięku. A to niezwykle silny atut dzieła pani Stiefvater. 

Lament. Intryga Królowej Elfów mogę ocenić jako książkę bardzo dobrą, dając ocenę 8/10. Dlaczego? Minusem może być fakt, że powieść jest krótka, zmieściła się na niecałych trzystu dwudziestu stronach. Ponadto zakończenie mnie nieco... zasmuciło? Mimo to szczerze polecam lekturę wszystkim fanom powieści fantasy i paranormal, a także tym, którzy uwielbiają elfy i podobne im istoty. Przy tej lekturze nie można mówić o nudzie! I oczywiście z niecierpliwością czekam na drugi tom przygód bohaterów – Balladę. Taniec Mrocznych Elfów, poświęconą postaci mojego ulubieńca – Jamesa. Mam nadzieję, że sequel mnie powali na kolana!


Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję!