Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Sonia Draga. Pokaż wszystkie posty

30 stycznia 2016

"Zjawa" Michael Punke & "The Revenant" reż. Alejandro G. Iñárritu

„W roku 1823 trzydziestosześcioletni Hugh Glass zaciąga się do oddziału formowanego przez Kompanię Futrzarską Gór Skalistych, który wyrusza na niebezpieczną wyprawę przez dziewicze, niezbadane terytoria. Pewnego dnia zostaje straszliwie poturbowany przez niedźwiedzia grizzly i oddany pod opiekę dwóch ludzi z oddziału – Johna Fitzgeralda, bezwzględnego najemnika oraz młodego Jima Bridgera. Gdy do ich obozowiska zbliżają się Indianie, Fitzgerald i Bridger pozostawiają Glassa na pastwę losu. Co gorsza, zabierają rannemu broń i całe wyposażenie – wszystko to, co dawałoby mu jakąś szansę na samodzielne przeżycie. Opuszczony, bezbronny i wściekły, Glass składa samemu sobie obietnicę, że przetrwa. I że dokona zemsty.”


Trudno nie zauważyć, że wzmożone w ostatnim czasie zainteresowanie powieścią Michaela Punke wiąże się z premierą zagrodzonego Złotymi Globami filmu Alejandro G. Iñárritu o tym samym tytule. I ja sięgnęłam po tę historię ze względu na planowany seans – chciałam móc porównać literacki pierwowzór z filmową adaptacją. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że filmowa wersja historii Hugh Glassa jest tak inna od powieści, a jednocześnie jak doskonałą przeciwwagę dla siebie stanowią oba te obrazy! 

Nie czytuję takich książek. Zjawa była więc moim pierwszym spotkaniem z chłodną, pozbawioną romantyzmu i nadmiernego wzruszenia prozą, w której dominuje typowa dla czasów i miejsca rozgrywającej się akcji precyzja opisów oraz realizm i potworność sytuacji, w jakiej znalazł się główny bohater. Kontrastem dla mocnej, sugestywnej historii jest malowniczość i lekkość, z jaką Michael Punke rysuje przez oczami czytelnika obraz dzikich ostępów nieznanych terenów dawnej Ameryki Północnej. Czające się na każdym kroku niebezpieczeństwo i strach o bohatera, którego nie sposób nie polubić i któremu nie sposób nie współczuć sprawiają, że książkę można pochłonąć w jeden wieczór. Autor nie oszczędza naszych nerwów – starając się z dostępnych materiałów historycznych odtworzyć historię żyjącego na początku XIX wieku Hugh Glassa, kreuje pasjonującą opowieść drogi – drogi ku życiu, zemście i odkupieniu. Hugh Glass, pozostawiony – umierający i bez broni – przez swoich kompanów w środku dziczy, poprzysięga zemstę i nie spocznie, nim nie ujrzy na swoich dłoniach krwi zdrajców. Lecz czy to tylko historia o zemście? Niezupełnie. To także historia o harcie ducha. O odwadze. O walce wbrew wszystkiemu. O woli życia ponad wszystko inne. 

Michael Punke opowiada o przetrwaniu w dziczy w taki sposób, jakby był jednym z XIX-wiecznych traperów. Jego bardzo przekonująca narracja, nierzadko szokujące, krwawe i wzbudzające nieprzyjemne odczucie opisy walki, umierania, polowań i poszukiwania bezpieczeństwa w miejscu, gdzie nie można czuć się bezpiecznym nawet przez chwilę, zdają się składać na niezwykły, oryginalny poradnik survivalowy. Nie ukrywam, że byłam przerażona i zafascynowana światem, który pokazał mi w swojej książce. Może dlatego więc tak bardzo mnie zachwyciła – surowość tej historii, a przy tym jej prawdziwość pochłonęła mnie totalnie i nie wypuściła aż do ostatniej strony. Wiem, że ta lektura nie każdemu przypadnie do gustu. Z drugiej strony nigdy w życiu nie posądziłabym siebie o to, że zafascynuje mnie historia pokroju Zjawy. Mogę więc powieść Michaela Punke polecić osobom głodnym nowych wrażeń oraz tym, którzy poszukują mocnej, wciągającej historii. Podczas podróży u boku Hugh Glassa nie ma mowy o nudzie!

Original: The Revenant: A Novel of Revenge
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 2014
Ilość stron: 476
Przeł. Przemysław Hejmej
Moja ocena: 5+/6


The Revenant – reż. Alejandro G. Iñárritu

źródło

Z obrazem Alejandro G. Iñárritu chciałam zapoznać się od chwili, gdy w sieci pojawił się pierwszy zwiastun filmu. I to nie tylko ze względu na Leonarda DiCaprio, który wcielił się w rolę legendarnego trapera. Coś w tym filmie powiedziało mi – wbrew wszystkiemu, co wiem o samej sobie i o swoim guście – że będzie to seans tak inny, że wręcz dla mnie zaskakujący. I był. W filmowej wersji Zjawy postawiono na pewien romantyzm – liryczny wydźwięk historii Glassa oraz powód, dla którego postanowił zemścić się na zdrajcach ze swojej grupy, jest nieco bardziej złożony od tego w książce. Filmowcy postawili na emocje, podczas gdy Punke w swojej historii skupił się na surowej, męskiej opowieści o przetrwaniu i zemście. Historia z filmu jest bardziej… uduchowiona. Iñárritu stawia na symbole, na uczucia. A jakież uczucie mogłoby być silniejsze od uczucia rodzica do swego dziecka? Zjawa według meksykańskiego reżysera to opowieść o poszukiwaniu ukojenia, o ogromnym bólu i stracie. Filmowa historia Glassa mimowolnie chwyta odbiorcę za serce i sprawia, że z niepokojem obserwujemy jego drogę ku sprawiedliwości, tak pełną niebezpieczeństw i bólu. A jednocześnie nasłuchujemy i obserwujemy. Bo historia – jak wspomniałam – pełna jest symboli. To historia człowieka, który każdym swoim oddechem zaprzecza temu, co wydawało się być tak nieuniknione. Ten oddech właśnie – tak doskonale zaakcentowany w zwiastunach, a później także w filmie – ma ogromne znaczenie. Leniwe, dla niektórych być może nudne kadry, chwile spokoju, jakby zmuszające nas do zadumy, także nie są przypadkowe. Można odnieść wrażenie, jakby Iñárritu chciał nam coś powiedzieć, ale nie robi tego, licząc na naszą refleksję. Podoba mi się to, że – jak na hollywoodzkie kino – w Zjawie nie dostajemy prostych odpowiedzi. Nikt nie wali nas po twarzy oczywistościami, nikt nie mówi nam, jak mamy myśleć i w którą stronę kierować wzrok. Być może dlatego wyszłam z kina tak zachwycona – ten seans mnie nie zmęczył, nie znudził, a wręcz pobudził każdą moją komórkę do odczuwania. I choć film jest tak diametralnie różny od książki, to jednak odnajduję w kinowym obrazie wiele bardzo luźnych odniesień i przekształceń wątków z powieści Punke. I uważam, że warto poznać książkę przed obejrzeniem filmu – choćby dla satysfakcji, że wiemy, jak „było naprawdę”.

źródło

Na koniec jeszcze dwie kwestie – filmowa kreacja Glassa i muzyka. W internetach aż roi się od memów i życzeń fanów, by Leonardo DiCaprio w końcu dostał Oscara. Czy za postać Hugh Glassa należy mu się takie wyróżnienie? Owszem. Wielu złośliwców powie, że Leonardo nie namęczył się przy swojej roli – nic bardziej mylnego. Choć w grze aktora próżno szukać hollywoodzkiego patosu i przesadnych wzruszeń, potrafił on doskonale wczuć się w rolę człowieka, któremu odebrano wszystko, człowieka, który żyje tylko dla zemsty. Może to kwestia mojej wrażliwości, nie wiem, lecz muszę przyznać, że tak bardzo współczułam bohaterowi, że nie widziałam już Leonarda – widziałam Glassa, człowieka, który naprawdę cierpi. DiCaprio dzięki wykreowanej przez siebie postaci potwierdził, że jest artystą zasługującym na ogromne wyróżnienie, bowiem umiał całym sobą wcielić się w bohatera Zjawy, a wręcz stać się nim. 

Oczywiście kilku panów także zasłużyło na wyróżnienie – Tom Hardy doskonale wczuł się w rolę sukinsyna, a Will Poulter – jak na swój młody wiek – naprawdę poruszył mnie swoją kreacją. Brawo! 

No i muzyka – tak sprytnie wpleciona w dźwięki natury, w bezkres dziczy, że momentami niezauważalna, a jednak tak inna od „typowych” ścieżek dźwiękowych. Nic w tym dziwnego – twórca OSTa, Ryūichi Sakamoto (ten sam, który skomponował ścieżkę do sławnych Wichrowych wzgórz z 1992 roku) to mistrz niejednoznaczności, tajemnicy ukrytej w dźwiękach i emocji, które potrafią uderzyć w odbiorcę w najmniej oczekiwanym momencie. Zamiłowanie do eksperymentów, muzyki elektronicznej i ambientu, widoczne w twórczości kompozytora, tutaj dają o sobie znać z niezwykłą mocą. Oj tak, muzyka do Zjawy to czysty majstersztyk!

Film dostaje ode mnie maksymalną ilość gwiazdek w serwisie Filmweb.pl
A Leonardo otrzymuje serduszko ;) 



PS Jestem bardzo ciekawa, czy wyjdzie reżyserska wersja filmu – kilka scen zostało usuniętych z kinowego hitu, a ja bardzo chciałabym je poznać ;) 

03 listopada 2015

"Kiedy odszedłeś" Maggie O'Farrell

„Niezapomniana historia o miłości, stracie i rodzinie.

Zrozpaczona Alice Raikes wsiada do pociągu na stacji King’s Cross, by odwiedzić rodzinę w Szkocji. Gdy po sześciu godzinach dociera na miejsce, staje się świadkiem czegoś tak wstrząsającego, że niezwłocznie postanawia wrócić do Londynu. Kilka godzin później ulega wypadkowi, po którym zapada w śpiączkę. Niewykluczone, że mogła to być próba samobójcza.

Rodzina Alice czuwa przy jej szpitalnym łóżku. Po jakimś jednak czasie emocje biorą górę. Dochodzi do kłótni i rozdrapywania starych ran. Im więcej ze sobą rozmawiają, tym więcej ukrywają. W tym samym czasie Alice przeżywa różne stany świadomości, podczas których wraca do przeszłości i ostatnio zakończonego romansu.”


Ostatnio w moje ręce coraz częściej wpadają książki, po których nie mogę się pozbierać. Trudne, smutne, często zmuszające do przemyśleń lektury, które coraz dobitniej uświadamiają mi, że wszystko w naszym życiu jest tak kruche, tak ulotne. Sięgając po debiutancką powieść Maggie O’Farrell pt. Kiedy odszedłeś wiedziałam, że to jedna z tych książek, o której będę myślała bardzo długo. Nie pomyliłam się!

Tamtego dnia, w którym próbowała się zabić, zrozumiała,
że znowu zbliża się zima.

Opowieść stworzona przez O’Farrell przypomina rozsypane puzzle. Historia składa się z fragmentów tego co „teraz” i tego co „było” przedstawionych niechronologicznie, w dodatku widzianych z punktu widzenia wielu osób. To może na początku zaskoczyć czytelnika i wywołać pewien chaos w odbiorze lektury. Dopiero z czasem historia nabiera sensu, wydarzenia zaczynają się składać w logiczną całość, a wielogłosowa narracja staje się czytelna. Wówczas, trochę niespodziewanie, odkrywamy historię nie tylko głównej bohaterki, ale także całej jej rodziny, i zaczynamy rozumieć, jak duży wpływ na życie Alice miały wydarzenia z przeszłości. Pierwsze skrzypce gra jednak historia miłości głównej bohaterki i jej ukochanego. Miłości, która wywoływała we mnie zarówno smutek, jak i radość. To ona była motorem napędowym wielu wydarzeń i decyzji podejmowanych przez bohaterów. Poznawanie ich historii zadecydowało o kształcie nurtujących mnie pytań: Skąd taki tytuł powieści? Co się stało w Edynburgu? Czy Alice naprawdę chciała popełnić samobójstwo? A jeśli tak, dlaczego?

Kiedy odszedłeś to piękna, choć niełatwa opowieść o trudnych wyborach, bolesnej stracie, wielkiej miłości i tajemnicach skrywanych przez lata. To świetnie napisana historia, która wzrusza, zachwyca i pozostawia czytelnika w całkowitym oszołomieniu, bowiem kończy się w naprawdę zaskakujący sposób. Przyznam szczerze, że w pierwszej chwili po skończonej lekturze podejrzewałam, iż brakuje kilku ostatnich stron w moim egzemplarzu książki. O to właśnie chodziło – autorka pozostawiła czytelnikowi dużą dowolność, pozwoliła mu samodzielnie „dopisać” zakończenie. I choć O’Farrell nie rozwiązała wszystkich wątków, wywołując w odbiorcy uczucie niedosytu, to jednak jestem pewna, że właśnie poznałam jedną z najpiękniejszych książek o wielkiej miłości. To historia, do której na pewno będę wracała. Bardzo, bardzo polecam!

Original: After You'd Gone
Wydawca: Sonia Draga (w 2005 roku książkę wydał Rebis)
Data wydania: 8.07.2015
Ilość stron: 408
Przeł. Katarzyna Karłowska
Moja ocena: 5+/6

15 września 2012

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" E.L. James

"Hipnotyczna, uzależniająca, iskrząca seksem i erotyką powieść, której nie sposób odłożyć.

Studentka literatury Anastasia Steele przeprowadza wywiad z młodym przedsiębiorcą Christianem Greyem. Niezwykle przystojny i błyskotliwy mężczyzna budzi w młodej dziewczynie szereg sprzecznych emocji. Fascynuje ją, onieśmiela, a nawet budzi strach. Przekonana, że ich spotkania nie należało do udanych, próbuje o nim zapomnieć – tyle że on zjawia się w sklepie, w którym Ana pracuje, i prosi o drugie spotkanie.
Młoda, niewinna dziewczyna wkrótce ze zdumieniem odkrywa, że pragnie tego mężczyzny. Że po raz pierwszy zaczyna rozumieć, czym jest pożądanie w swej najczystszej, pierwotnej postaci. Instynktownie czuje też, że nie jest w swej fascynacji osamotniona. Nie wie tylko, że Christian to człowiek opętany potrzebą sprawowania nad wszystkim kontroli i że pragnie jej na własnych warunkach…
Czy wiszący w powietrzu, pełen namiętności romans będzie początkiem końca czy obietnicą czegoś niezwykłego? Jaką tajemnicę skrywa przeszłość Christiana i jak wielką władzę mają drzemiące w nim demony?"


Najbardziej oczekiwana książka roku? Pięćdziesiąt twarzy Greya autorstwa Eriki Mitchell (E.L. James) już dawno okrzyknięto hitem, a to za sprawą głośnej promocji i najróżniejszych, często całkowicie sprzecznych opinii na zagranicznych portalach literackich. Początkowo powieść była fanfikiem napisanym na podstawie Zmierzchu, jednak – z wiadomych przyczyn – taka książka nie mogłaby zostać wydana, więc autorka przerobiła swoją seksualną trylogię w nową, „oryginalną” historię (choć można znaleźć podobieństwa do meyerowskiej sagi). Jedni są zachwyceni dziełem E.L. James, określając powieść terminem „porno dla mamusiek”, inni natomiast nie tylko otwarcie wyrażają swoje zaskoczenie słysząc, że książka stała się bestsellerem, ale także chętnie wytykają wszelkie błędy. Tak więc i ja, zaintrygowana zapowiedzią wydawniczą, postanowiłam sięgnąć po ów hit ostatnich tygodni i... obawiam się, że będę dziś bardzo wredna!

Na początek kilka słów o kreacji bohaterów. Anastasia „znowu-przygryzam-wargę” Steele i Christian „dojdź-dla-mnie-mała” Grey to główni bohaterowie powieści. Młoda, nierozgarnięta studentka z rozdwojeniem jaźni (uważa, że w jej ciele mieszka tzw. „wewnętrzna bogini”) poznaje super przystojnego i zabójczo seksownego młodego mężczyznę, w dodatku chorobliwie bogatego i jakże utalentowanego (licencja pilota, wirtuoz gry na fortepianie etc.), który od razu zaczyna jej się podobać. Christian natomiast to facet z rodzaju „nie ufaj mi mała, jestem złym chłopcem”, który później okazuje się jeszcze fanem ostrej jazdy bez trzymanki, ze skłonnościami sado-maso. Zaszufladkowanie Greya jest jednak ciężkie, bo to mężczyzna w zasadzie niepoczytalny, zmienny, owładnięty manią posiadania i rządzenia, a w dodatku całkowicie nieprzewidywalny.

Język powieści to kolejny gwóźdź przybity do trumny naszego hiciora. Masakra stylowa! Ilość powtórzeń doprowadza do szału, a narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Any jest jak zarzynanie świni w upalny poranek. Bohaterka i jej okrzyki w stylu „o święty Barnabo” albo „rany Julek” sprawiają, że nie tylko pryska erotyczny czar, ale też czytelnik w zasadzie nie ma pojęcia, czy się śmiać, czy płakać. Ja proponuję poker face, bo później będzie i tak tylko gorzej. Ilość opisów niewielka, natomiast dialogów pod dostatkiem – prostych (żeby nie powiedzieć prostackich) i płaskich. Powieść nie niesie ze sobą żadnych głębszych emocji. Monotonna akcja, która kręci się wokół kolejnych scen erotycznych, w pewnym momencie zaczyna nudzić odbiorcę – dlaczego? Bo sceny te nie pobudzają wyobraźni tak, jakbyśmy się tego spodziewali, natomiast obfitują w dużo obietnic bez pokrycia. Historia romansu jest mdła, o ile w ogóle można mówić o romansie – ot zwykłe rżnięcie. Pojawiają się natomiast cytaty, które stały się hasłami promującymi powieść, jak chociażby słynne „przygryzam wargę”, czy „świerzbi mnie ręka”. Jeśli mam być szczera, to gdybym usłyszała od faceta stwierdzenie „świerzbi mnie ręka”, niechybnie odparłabym „mnie też i zaraz dostaniesz nią po ryju”!

Nie jestem feministką, ale przyznaję, że książka E.L. James w pewien zawoalowany sposób uwłacza kobietom. Choć w zasadzie sado-maso mamy tu jak na lekarstwo, a autorka nie popisała się wyobraźnią, kreując sceny seksu, to jednak przyznaję, że traktowanie Any przez Greya było... niesmaczne. Podobne zachowania np. w stosunku do mnie skutkowałoby mocnym kopniakiem w krocze delikwenta i uważam, że każda normalna dziewczyna postąpiłaby dokładnie tak samo. Dlatego też wydaje mi się, że żadna kobieta nie mogłaby marzyć o kimś takim, jak Christian Grey – chyba, że byłaby (równie jak on) niezrównoważona. Pojawia się jednak mały plusik, który pozwala tej powieści nieco odbić się od dna – to humor, który uwidacznia się przy mejlach wymienianych pomiędzy Aną i Greyem. W zasadzie to jedyne fragmenty książki, które bawią i sprawiają, że bohaterowie w jakiś nieznany sposób stają się czytelnikowi bliżsi. Chociaż na chwilę...

Co takiego jest w Pięćdziesięciu twarzach Greya, że powieść została okrzyknięta bestsellerem? Powiem Wam – niepewność. Bo choć książka prezentuje sobą obraz nędzy i rozpaczy, a język, jakim posługuje się Ana, woła o pomstę do nieba, to elementem przyciągającym czytelnika będzie historia naiwnej dziewczyny zakochanej w całkowicie nieodpowiednim facecie. Przyznaję otwarcie – w pewnej chwili szczerze współczułam Anastasii (nawet, jeśli sama była sobie winna). Obserwowałam młodą kobietę, która dopiero odkrywa swoje możliwości (także te łóżkowe) i faceta, który w dziwny sposób uświadamia jej ów potencjał erotyczny, jaki w niej drzemie. I chciałam – mimowolnie – wiedzieć, jak się ta historia zakończy. Czy Ana podda się Greyowi całkowicie? A może odnajdzie sposób, by wydostać się z tego toksycznego układu? Nie odpowiem Wam na to pytanie, jak również nie stwierdzę, czy powieść jest godna polecenia. Dla mnie debiut James okazał się warty maksymalnej oceny 2/6 – książka mnie bowiem nie poruszyła, a ponieważ w romansach i erotykach zaczytuję się od dwunastu lat, lekturę tę potraktowałam jak ciekawe doświadczenie. Pięćdziesiąt twarzy Greya nie jest ani szokujące, ani podniecające – ot powieść pensjonarki ubrana w odpowiednio przyciągające uwagę hasła, w której schemat goni schemat. Dla mnie jedynym terminem idealnie pasującym do promocji tej publikacji byłoby „porno dla ubogich wyobraźni”. Dlatego też sami zadecydujcie, czy chcecie poświęcić czas na tę „literaturę”...

Original: Fifty Shades of Grey
Wydawnictwo:
Sonia Draga
Data wydania:
5.09.2012
Cała seria:


PS Szczerze mówiąc bardzo się starałam być delikatna, gdy pisałam powyższą opinię, bowiem zdaję sobie sprawę, że E.L. James ma też swoich fanów w Polsce. Dlatego podkreślam, że moim zamiarem nie było oczernianie fanów autorki, lecz wytknięcie prostactwa językowego i błędów, które aż wylewają się z powieści Pięćdziesiąt twarzy Greya. Z całą odpowiedzialnością dodam, że wolę czytać Zmierzch do końca świata niż dzieła E.L. James. Jeśli naprawdę chcecie przeczytać perwersyjne porno, sięgnijcie po klasykę mistrza De Sade – dla początkujących Justyna będzie idealna, natomiast entuzjastkom romantycznej erotyki polecam niedawno zrecenzowane przeze mnie powieści Robin Schone :)

I takie tam, z humorem ;)

16 czerwca 2012

"Heretycka Królowa" Michelle Moran

"Starożytny Egipt. Pożar zniszczył właśnie pałac królewski, a ostatnią przedstawicielką XVIII dynastii staje się mała księżniczka Nefertari. Na jej przeszłości ciąży cień krewnych, osławionych heretyków, Nefertiti i Echnatona. Kiedy Nefertari zakochuje się w Ramzesie II, najpotężniejszym faraonie w historii, ciotka pomaga jej zostać jego żoną. Jednak nawet po ślubie Nefertari czuje, że lud jej nienawidzi, i boi się nowego życia. Czy mimo jej odwagi, uporu i miłości męża Egipt kiedykolwiek zapomni o jej przeszłości?
Heretycka królowa, książka pełna historycznych szczegółów, politycznych intryg i dramatycznych szczegółów dworskiego życia, to porywająca opowieść, od której trudno się oderwać."


Nefertari od najmłodszych lat kochała Ramzesa, lecz była zbyt młoda, by go poślubić, gdy zasiadł na tronie Górnego Egiptu. Będąc świadkiem jego zaślubin z pustą, lecz niezwykle piękną Iset, miała zaledwie trzynaście lat. Nefertari zapragnęła zostać żoną faraona, lecz ciążyło nad nią widmo przeszłości jej rodziny – ciotki Nefertiti i jej męża Echnatona – faraona-heretyka, który obalił bogów, wprowadzając monoteizm i nakaz czczenia Atona. Teraz Nefer będzie musiała zrobić wszystko, by lud zapomniał o jej heretyckich przodkach – tylko wówczas byłaby godna zostania żoną Ramzesa i królową Egiptu jako Pierwsza Żona. Ciotka młodego władcy postanawia pomóc w tym młodziutkiej księżniczce – tak zaczyna się niełatwa droga Nefertari ku władzy i ku sercu faraona...

Moja miłość jest wyjątkowa i nikt jej nie przyćmi... Odchodząc, skradła mi serce”

Te słowa znajdują się na grobowcu Nefertari, a zostały wyryte przez Ramzesa II Wielkiego, jednego z najpotężniejszych władców Starożytnego Egiptu. I właśnie te dwa zdania z okładki powieści Michelle Moran sprawiły, że zapragnęłam poznać Heretycką Królową, zatopić się w zupełnie mi nieznany, egzotyczny świat faraonów i odkryć tajemnice życia dworskiego za czasów starożytności. I jestem oczarowana historią, którą przedstawiła autorka!

Zgrabna narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia Nefertari to doskonały zabieg, który pozwolił czytelnikom poznać wszystkie emocje, jakie targają tą niezwykłą postacią. Śliczna, młoda dziewczyna staje się naszymi oczami i skrupulatnie, szczegółowo opisuje nam rzeczywistość za panowania XIX dynastii. Mamy rok 1283 przed naszą erą, ale dzięki inteligentnej Nefer i jej barwnym opisom nie czujemy, że jest to zamierzchły czas, o którym każdy już zapomniał. Egipcjanie, wbrew pozorom, prowadzili niezwykłe życie, a wiele przedmiotów, które wydają się być wynalazkami naszej ery, tak naprawdę były znane wieki przed Chrystusem. Czy to nie jest niezwykłe?

Michelle zgrabnie przeplata fakty historyczne z fikcją literacką, a wiele elementów, które wydawały by się wymyślone, okazują się prawdą. I to sprawia, że powieść jest jeszcze bardziej wartościowa. Autorka w „nocie historycznej” (umieszczonej na końcu książki) opowiada o swojej pracy nad powieścią, przytacza interesujące fakty z życia Ramzesa II Wielkiego, uzmysławiając tym samym, o jak niezwykłym świecie przyszło jej pisać. Znajdziemy także słowniczek, który wyjaśnia nieznane pojęcia oraz imiona bóstw, jakich czcili Egipcjanie. Nie zabrakło również kalendarza, który objaśnia nam nazwy miesięcy i okres ich trwania.

Przyznam szczerze, że ciężko było mi zrozumieć świat, w którym mężczyzna może mieć dwie małżonki i gdzie właśnie kobiety walczą o władzę, bo bycie Pierwszą Żoną oznacza władzę absolutną – nie tylko nad mężem. Od samego początku powieść wywoływała we mnie skrajnie różne emocje – od zachwytu po niedowierzanie. Pierwsze kilka rozdziałów niesamowicie mnie poruszyło! I choć znamy historię, która już dawno odpowiedziała na pytanie, co stało się z Nefertari, i tak bardzo emocjonalnie podeszłam do wydarzeń, które rozegrały się w powieści. Autorka pokazała, jak piękna kobieta może omamić mężczyznę. Momentami ma się wrażenie, że to właśnie ciało jest towarem przetargowym, podobnie jak płodność – jeśli kobieta nie urodzi syna, staje się mniej wartościowa. W tamtych czasach zaloty były doprawdy... egzotyczne. Ale nie umniejsza to faktu, że poza pięknem ciała istotna była też inteligencja jest to cecha, która potrafi zachwycić mężczyznę w równym stopniu, jak piękne ciało i śliczna buzia. Pocieszające, prawda?

Heretycka Królowa to niezwykła, błyskotliwa powieść osadzona w realiach Starożytnego Egiptu, od której trudno się oderwać i która potrafi wzbudzić ogromne emocje. Pokazuje bezwzględność życia na dworze, sieć intryg i kłamstw, z którymi musiał walczyć władca oraz wyrafinowane sposoby kobiet na zawładnięcie sercem i umysłem mężczyzny. To barwna i pełnowymiarowa opowieść o wielkim uczuciu, które pomimo przeciwności losu kwitło, by ostatecznie zapisać się na kartach historii. Wzruszająca miłość Nefertari do młodego faraona podbiła moje serce i sprawiła, że pomimo różnic kulturowych, które kładły się cieniem na moim odbiorze powieści (chociażby haremy, poślubianie własnych córek itd.), długo jeszcze będę wspominała niezwykłość tej historii i wzdychała, gdy przyjdzie mi przeczytać jakąkolwiek książkę o faraonie Ramzesie II. Jednocześnie przyznaję, że ta powieść nauczyła mnie więcej o Starożytnym Egipcie, niż pół roku wykładów z historii tego okresu. Dlatego powieść Michelle Moran otrzymuje ode mnie 5+/6, a dzieło gorąco polecam wszystkim bez wyjątków! 

Original: The Heretic Queen
Wydawnictwo: Sonia Draga
Data wydania: 28.07.2010
 

I trailer do książki - nic nadzwyczajnego, ale jest ;)
A poniżej znalezione w sieci przedstawienie Nefertari. Prawda, że piękna? (TU źródło) Przynajmniej według mnie piękniejsza, niż ją przedstawiono na starożytnych malowidłach choć dla Egipcjan ówczesne malowidła uchodziły za oszałamiająco piękne.
Zabawne, że na niektórych zagranicznych stronach znalazłam informację, że żoną Ramzesa II była Nefertiti, choć ta żyła ciutkę wcześniej i wsławiła się jako żona Amenhotepa IV (Echnatona) ;) Mam nadzieję, że wkrótce będę miała okazję przeczytać też dwie inne powieści Michelle, które pojawiły się na polskim rynku Nefertiti oraz Córkę Kleopatry.