Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brodi Ashton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brodi Ashton. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2017

„Moja Lady Jane” Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows


Historii nie można zmienić. A jednak po takich lekturach jak Moja Lady Jane bardzo żałuję, że jest to niemożliwe. Gdybym tylko miała pod ręką zmieniacz czasu, nie zawahałabym się go użyć. Bo pokochałam Jane Grey, Edwarda Tudora i G. Pokochałam każdą z postaci, którą wykreowały narratorki tej niesamowitej książki. Moja Lady Jane to nie tylko wspaniały przykład połączenia historii z fantastyką, ale także powieść stworzona nie przez jedną, a trzy autorki – Cynthię Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows. Zazwyczaj takie wspólne pisanie wychodzi fatalnie, ale nie tym razem. Panie stanęły na wysokości zadania i wiecie co? Rozkochały mnie w swojej historii na zabój!

Anglię (albo raczej jej alternatywną wersję) trawi konflikt pomiędzy Eðianami, czyli ludźmi, którzy potrafią zmieniać się w zwierzęta, a Nieskalanymi, czyli tymi, którzy takiej mocy nie posiadają i czują się z tego powodu pełnoprawnymi obywatelami świata. Tymczasem młody król Anglii, Edward Tudor, jest umierający i musi szybko wybrać następcę tronu. Wybór pada na młodziutką kuzynkę króla, ledwie szesnastoletnią Jane Grey, która nie tylko ma objąć władzę w kraju, ale także poślubić młodszego syna lorda Dudleya, doradcy królewskiego. Jane nie zamierza jednak łatwo się poddać i odebrać sobie prawa do stanowienia o sobie samej. Nie wie jednak, że oto została wplątana w niebezpieczną intrygę, która może położyć kres nie tylko jej życiu.

Narratorki spisały się na medal. Nie tylko przeniosły znane z historii postaci na karty swojej książki, ale i wykreowały je na świetnych bohaterów, których pokochałam całym sercem już od pierwszego spotkania z nimi. Historia o Jane i jej przyjaciołach snuta jest w narracji trzecioosobowej, choć rozdziały zostały podzielone tak, by naprzemiennie przedstawiać opowieść z perspektywy Jane, Gifforda i Edwarda. Autorki w zasadzie co rusz wtrącają kilka słów od siebie, zwracając się bezpośrednio do czytelnika, jakby rozmawiały z nim przy popołudniowej herbacie. Pokochałam ten sposób opowiadania od razu, gdyż dzięki niemu czułam się bliżej bohaterów i całej tej szalonej historii. Niestety jedna rzecz mnie nie przekonała – kreacja epoki. Miałam problem z wczuciem się w klimat czasów, w których rozgrywa się akcja. Choć autorki wielokrotnie podkreślały różne fakty z historii, ja wciąż miałam wrażenie, jakby ta opowieść mogła się równie dobrze rozgrywać pod koniec XVIII lub w XIX wieku. Brakowało mi czegoś, co przeniosłoby mnie do czasów Tudorów. 

Tak naprawdę pierwsze skrzypce w tej historii odgrywa humor. Niesamowity humor. W zasadzie nie było chwili, bym nie szczerzyła się głupkowato podczas lektury, a w trakcie wielu dyskusji pomiędzy bohaterami lub wtrąceń narratorek śmiałam się w głos. Cytując Tahereh Mafi – „Tudorowie spotykają Monty Pythona”. To w zasadzie najlepiej oddaje charakter tej książki. Jest przezabawna! Inteligentna. Zakręcona. Ciepła. Przemyślana. Romantyczna. Po prostu GENIALNA. I w dodatku otrzymałam zakończenie dokładnie takie, o jakim marzyłam podczas całej lektury. Co więc mogę rzec więcej? Moja Lady Jane spełniła wszelkie pokładane w niej nadzieje i oczekiwana, ba! Było nawet lepiej, niż się spodziewałam. Hand, Ashton i Meadows udało się z ponurych kart historii stworzyć opowieść pełną życia. Wplecenie w nią elementów fantastycznych i stworzenie alternatywnych losów znanej z historii lady Jane Grey wyszło im po prostu wyśmienicie. Oby więcej takich cudownych lektur!

Tytuł oryginalny: My Lady Jane
Ilość stron: 400
Data wydania: 19.07.2017
Tłumaczenie: Maciej Pawlak
Wydawca: SQN
Opis wydawcy: KLIK

Moja ocena:

23 czerwca 2017

FRAGMENT: „Wieczna Prawda” Brodi Ashton + KONKURS

Kochani, kilka dni temu do księgarń trafiła trzecia, finałowa część serii Podwieczność  Wieczna Prawda. Jako ambasadorka książki mam dla Was fragment powieści  prolog i pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że lektura zaostrzy Wasz apetyt na poznanie tej historii, bo wierzcie mi, takiego zakończenia serii chyba nikt się nie spodziewał! :) Dla ciekawych moja recenzja TUTAJ :)

Wieczna Prawda
Trylogia Podwieczność 
tom 3

Długo wyczekiwane zakończenie bestsellerowej trylogii autorstwa Brodi Ashton, która podbiła serca czytelników na całym świecie dwoma poprzednimi tomami – „Podwieczność” oraz „Podwieczność. Wieczna więź”.

Teraz, kiedy Nikki uratowała Jacka, jedyne czego chce, to być z nim i ukończyć szkołę. Lecz Cole podstępem nakłonił Nikki, by się nim pożywiła, przez co sama rozpoczęła proces przemiany w Wiecznie żywą... co oznacza, że sama niedługo musi pożywić się Dawcą… albo umrze.

Ogarnięta strachem o własne przetrwanie, Nikki i Jack podejmują rozpaczliwą próbę odwrócenia tego procesu za pomocą wszelkich możliwych środków. Nawet Cole, z którym na każdym kroku oczekiwali walki, stał się ich nieoczekiwanym sojusznikiem. Lecz jak długo może to trwać? Żeby przeżyć, Nikki potrzebuje żywić się Cole’em, Cole potrzebuje Nikki, by przejąć tron Podwieczności, a Jack potrzebuje Nikki, która jest dla niego wszystkim… Razem muszą powrócić do Podziemia, by zmienić przeznaczenie Nikki i ponownie uczynić ją śmiertelną. Lecz nie tylko Cole ma plan wobec Nikki: Królowa nie zapomniała o jej zdradzie i pragnie ją zabić. Czy Nikki będzie zmuszona spędzić wieczność w Podziemiu, czy ma w sobie to, czego potrzeba, by raz na zawsze zniszczyć Podwieczność?

W tym oszałamiającym finale trylogii, Brodi Ashton ukazuje wytrzymałość ludzkiej duszy i niezłomną potęgę prawdziwej miłości.

FRAGMENT:

PROLOG

DWA TYGODNIE TEMU
Powierzchnia. Moja sypialnia.

Jack potarł oczy i usiadł na łóżku.
– Czekaj. Co powiedziałaś?
– Podwieczność – odparłam. – Powiedziałam, że chcę ją zniszczyć. Rozwalmy ją. Zrzućmy bombę atomową albo coś. – Moje dłonie zaczęły się trząść.
Jack zerknął na zegarek, po czym wyciągnął do mnie rękę.
– Wróć do łóżka. Wszystko jest w porządku. Tunele nie wrócą po żadne z nas. Już po wszystkim.
Po wszystkim. Nigdy nie będzie po wszystkim. Już nie. Spojrzałam na otwarte okno – to, przez które Cole wyskoczył po tym, jak ukradł mi serce. Jack podążył za moim wzrokiem, zobaczył, że jest otwarte i popatrzył na mnie, jakby dopiero teraz wyczuwając, że coś jest nie w porządku.
– Co się stało, Becks?
– Cole tu był. – Mój głos drżał. – Powiedział, że trzykrotnie pożywiłam się nim w Podwieczności. Powiedział, że dlatego straciłam teraz serce. Zobaczył kompas na moim biurku, zabrał go i… i… – Gwałtownie nabrałam powietrza.
Jack w jednej chwili znalazł się przy mnie i otoczył masywnymi ramionami.
– Cii. Już dobrze. Powoli. Mówisz, że Cole ukradł kompas?
Zacisnęłam powieki.
– Leżał tutaj, na biurku. Powiedział, że to moje serce.
Jack na moment wstrzymał oddech.
– Twoje serce?
Skinęłam głową i odetchnęłam głęboko, po czym zrobiłam to, czego naprawdę się bałam. Chwyciłam jego dłoń i przyłożyłam do mojej piersi – tam, gdzie powinno znajdować się serce – dokładnie w ten sam sposób, w jaki kilka minut temu zrobił to Cole.
Nic. Żadnego bicia.
Mój oddech stał się urywany. Jack przycisnął dłoń mocniej do mojej skóry i przytrzymał ją przez długą chwilę. Krew odpłynęła mu z twarzy.
– Jak…? Dlaczego?
Jego głos zamarł, jakby nie był pewny, o co dokładnie chciał zapytać.
Powróciłam w myślach do ostatniego tygodnia i podróży, jaką odbyłam z Cole’em przez labirynt, żeby uratować Jacka. Następne słowa same spłynęły z moich ust:
– Kiedy szliśmy przez labirynt, by ciebie odnaleźć, bywały sytuacje, kiedy musiałam żywić się Cole’em, żeby przetrwać. – Potrząsnęłam głową. – Powiedział, że przez to, że zrobiłam to trzykrotnie, teraz stanę się Wieczną. A potem powiedział, że są pewne korzyści dla tego, kto posiada serce Wiecznie żywego. Wtedy właśnie… zniknął z kompasem. – Wpatrywałam się w Jacka. – Z moim sercem.
Jack popatrzył na otwarte okno.
– Dlaczego mnie nie obudziłaś?
– Byłeś taki zmęczony. Nie sądziłam też, że jest się czego bać. To był Cole. On… pomógł mi cię uratować. Był… – Moim przyjacielem. Zacisnęłam oczy i zganiłam samą siebie. Mój przyjaciel. Jak mogłam być tak głupia? Tak ślepa? – Oszukał mnie. Sprowadził mnie do Podwieczności tylko po to, żebym się nim pożywiła. Nigdy nie chciał ciebie ocalić. Był nawet zaskoczony, że tu jesteś. Powinnam była się tego spodziewać.
Poczułam, jak kolana uginają się pode mną, lecz zanim osunęłam się na podłogę, Jack mnie podtrzymał.
– Cii. Wszystko będzie dobrze, Becks.
– Musimy ją zniszczyć – powiedziałam. – Podwieczność. Musimy unicestwić ją całą. Boże, jak moja krew może pulsować tak szybko, skoro nie mam serca?
Jack skinął głową i pociągnął mnie w stronę łóżka, na którym usiedliśmy.
– Przemyślmy to. Pierwsze, co musimy zrobić, to odzyskać twoje serce.
Widząc mój oszalały wyraz twarzy, uniósł dłoń.
– Najpierw twoje serce – powtórzył. – Potem, kiedy już będziemy je mieli, pogadamy o rozwaleniu. Obiecuję.
– Dlaczego? – Pociągnęłam nosem. – Co nam da odzyskanie mojego serca?
– Cole najwyraźniej chce go dla jakiejś korzyści. Być może po to, by móc grozić ci, że je złamie.
Potrząsnęłam głową.
– Właśnie o to chodzi. Myliliśmy się co do jego serca. Jego kostki do gitary. Gdybyśmy ją złamali tamtej nocy, wcale by go to nie zabiło. – Wypuściłam powietrze z płuc. – Powiedział mi, że każdy Wieczny ma dwa serca. To z Powierzchni i drugie, z Podwieczności. Złam je oba, a ponownie staniesz się śmiertelny. Właśnie tak kobieta, która zmieniła Cole’a w Wiecznego, odzyskała swoją śmiertelność. Lecz złamanie tylko serca z Powierzchni? – Usilnie starałam się sobie przypomnieć, co to mogło oznaczać. Jedyne, co wiedziałam na pewno, to że Cole’a to nie zabije.
– W takim razie właśnie dlatego go chce. Złamanie tego serca to pierwszy krok do uczynienia cię z powrotem śmiertelną. Nie możesz stać się człowiekiem, skoro to on ma twoje serce. – Jack skrzywił się. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że o tym rozmawiamy. Jak on… – Urwał i potrząsnął głową. – Ale sukinsyn.
– To moja wina.
Popatrzył na mnie ostro.
– Becks, nie mów tak.
– To prawda. Zaufałam mu. Błagałam, żeby ze mną poszedł. Zapakowałam się dla niego w prezentowy papier i jeszcze ozdobiłam wielką, czerwoną kokardą.
Przycisnął usta do mojego czoła.
– Na szali było moje życie. Zrobiłbym to samo.
Podniosłam na niego wzrok, na co pochylił głowę i pocałował mnie. W tej jednej chwili jego spokój otulił mnie niczym koc, uciszając wszelkie moje lęki. Jeszcze niedawno nie mogliśmy się pocałować, żebym nie kradła od niego energii. Teraz był to… zwyczajny pocałunek.
Chwila. To był zwyczajny pocałunek.
Gdybym była prawdziwą Wieczną, czy nie byłoby transferu energii? Za każdym razem, kiedy Cole zbliżał do mnie swoje usta, następował między nami nagły przepływ emocji. Czy teraz nie powinno być ze mną podobnie?
Odsunęłam się.
– O co chodzi? – spytał Jack.
– Niczego nie poczułam. Niczego. Nic od ciebie nie wzięłam. Gdybym była Wiecznie żywą, pozbawiłabym cię energii.
Jack odetchnął przez nos.
– Widzisz? Nie możesz być jeszcze Wieczną. Nie może być za późno. Nie jest za późno. Odnajdziemy twoje serce i złamiemy je. Nie jest za późno.
Skinęłam głową, po czym przytuliłam się do niego i schowałam twarz w jego piersi. Może Jack miał rację. Nie czułam się ani trochę inaczej, poza małym faktem, że nie miałam serca. Jednak nawet bez niego wciąż miałam puls. Pocałowałam Jacka, nie kradnąc mu przy tym energii.
Czując ogarniającą mnie ulgę, ponownie uniosłam ku niemu twarz. Może rzeczywiście nie było za późno.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

TERAZ
Powierzchnia. Biblioteka. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat do następnego Karmienia.

Uraza, jaką czułam do Cole’a, osiągnęła ekstremalny poziom. Musiało istnieć jakieś konkretne słowo, by opisać to, co do niego czułam, lecz jeszcze go nie znalazłam. Nienawiść to za mało. Nie wyrażała wiecznego aspektu moich uczuć. Nie wyjaśniała jej wykładniczego, rosnącego codziennie ogromu.
Cole kiedyś mi powiedział, że niektóre kary trwają po wsze czasy: Syzyf wtaczał głaz pod górę, żeby ten na koniec z powrotem się stoczył; Prometeusz, któremu orzeł zjadał wątrobę, by następnego dnia odrosła i ponownie została zjedzona... Moja nienawiść do niego była równie nieskończona. Podobnie jak nieśmiertelność.
Usłyszałam, jak Jack poruszył się na krześle.
– Znów wbijasz się w tę spiralę nienawiści? – zapytał.
Otworzyłam oczy i dostrzegłam, jak patrzy na mnie spod osłony lampki na biurku w kącie biblioteki. Odłożył pożółkłą stronę na sporą stertę podobnych kart, z których wszystkie były częścią dokumentów, jakie zabrałam z domu pani Jenkins po tym, jak umarła.
Potrząsnęłam głową, by pozbyć się wspomnienia tego, jak znalazłam ją martwą na kanapie. Cole powiedział mi, że zabił ją Max i pozostali członkowie Dead Elvises. Zbyt dużo o mnie wiedziała, a Cole nie chciał, by do królowej dotarło choć słowo o tym, że Dawca przeżył Karmienie. Nie miałam pojęcia, jak Cole zamierzał przejąć tron, lecz wiedziałam, że liczył na element zaskoczenia.
Dokumenty przed Jackiem to wszystko, co pozostało po pani Jenkins. A ponieważ dwa tygodnie temu Cole zabrał moje serce i zniknął z miasta – jak zawsze, kiedy go potrzebowaliśmy – były jedyną rzeczą, na której mogliśmy się skoncentrować.
– Skąd wiedziałeś, że zaczynam się wkręcać w tę całą spiralę? – spytałam.
Jack zmarszczył brwi.
– Bo mrużyłaś oczy. I trzymałaś dłoń na sercu. Poza tym masz taki wyraz twarzy, jakbyś chciała widzieć czyjąś głowę nabitą na pal.
Sięgnęłam przez szerokość biurka i odsunęłam mu z czoła pasmo brązowych włosów.
– Ty też go nienawidzisz.
Wzruszył ramionami.
– Absolutnie. Lecz staram się skupić moją nienawiść na znalezieniu lekarstwa na twój… stan.
– Właśnie tak mam to nazywać? Stan? Brakuje mi ważnego organu. Nie jestem pewna, czy stan wystarczająco to określa.
– Wciąż jeszcze nie wiemy, czy jesteś Wiecznie żywą. Nie byłaś w stanie się mną pożywić.
Jack miał rację. Od czasu tamtej pierwszej nocy próbowałam się nim karmić, lecz nic się nie wydarzyło. Czy możliwe było, żeby Cole ukradł moje serce, a ja wciąż pozostałam człowiekiem?
Gdyby Cole tutaj był, zapytałabym go, lecz zdążył już wyjechać z zespołem. I – najprawdopodobniej – z moim sercem.
Razem z Jackiem przez trzy noce czatowaliśmy przed jego mieszkaniem, dopóki w internecie nie natknęliśmy się na wpisy o koncercie Dead Elvises w Milwaukee. Od tamtej pory go nie było.
– Mogę mówić szczerze? – zapytałam.
– Masz na myśli, czy możesz powiedzieć coś pesymistycznego – poprawił mnie Jack.
– Prawda. Pesymizm. Ostatnio wydaje się, jakby były jednym i tym samym.
Jack westchnął.
– Mów.
– Przejrzeliśmy już wszystkie papiery. Tysiące razy. Niczego nie znaleźliśmy.
Jack wskazał na jeden z dokumentów, który czytał.
– Właściwie, to ten zawiera instrukcję, jak zostać Cieniem. Najwyraźniej, jeśli wystarczająco długo jesteś Wiecznym, lecz z jakiegoś powodu opuściłeś Karmienie, zmieniasz się w Cień.
Opuścić Karmienie. Znałam tylko jednego Wiecznego, który to zrobił. Myślami wróciłam do podróży przez Podwieczność.
– Przyjaciel Cole’a, Ashe, opuścił Karmienie. Wyglądał, jakby był stworzony z dymu. Być może właśnie stawał się Cieniem. – Potrząsnęłam głową. – To bez znaczenia. Instrukcja tego, jak zostać Cieniem, w niczym mi nie pomoże.
– Nigdy nie wiesz, co ci pomoże. Będziemy szukać dalej. – Przewrócił kilka kolejnych kartek, po czym podniósł jedną z nich. – Tutaj jest coś o lśniącym kamieniu. Może to będzie coś oznaczać. Coś, co będziemy mogli zanieść do profesora Spearsa.
Przewróciłam oczami i wyjrzałam przez okno. To również zrobiliśmy. Poszliśmy do profesora Spearsa. Kiedyś był już w stanie nam pomóc – gdy rozszyfrował antyczną bransoletkę i powiedział nam, że serce Cole’a to przedmiot.
W zeszłym tygodniu poszliśmy do jego biura i powiedzieliśmy mu prawdę o Cole’u, o mnie, moim brakującym sercu i fakcie, że teraz byłam Wieczną. Oskarżył nas, że robimy mu ogromny kawał. Jeszcze chwila, a kazałby nas wyrzucić z budynku. Mieliśmy z nami bransoletkę Meredith, lecz to niczego nie dowodziło. Nie sądziłam też, żeby dokumenty o lśniącym kamieniu zrobiły jakąkolwiek różnicę. Czułam frustrację, że nie mogłam sprawić, by zrozumiał.
– Profesor Spears nie może być jedynym, który coś o tym wie – powiedział Jack.
– Nie jest, ale ludzie, którzy naprawdę posiadają jakąś wiedzę – Córy Persefony, albo sami Wiecznie żywi – nie są zbyt rozmowni. – Przez okno wpatrywałam się w drugą stronę ulicy i miejski park. Matka i ojciec na zmianę huśtali swoje małe dziecko, jakiś mężczyzna rzucał frisbee swojemu psu, grupa dziewczynek bawiła się w berka, ciesząc się błękitnym niebem nadchodzącego lata. Ja jednak skupiałam się na matce i ojcu. Czy Jack i ja kiedykolwiek się razem zestarzejemy? Czy ja kiedykolwiek się w ogóle zestarzeję?
– Becks, popatrz na mnie – powiedział Jack.
Odwróciłam się do niego.
– Znajdziemy sposób, by cię uratować.
Uśmiechnęłam się.
– Spójrz na mnie. Nie potrzebuję ratunku. Po prostu nigdy się nie zestarzeję. A za dziewięćdziesiąt dziewięć lat, kiedy przyjdzie kolejne Karmienie, opuszczę je i umrę. Nie jestem Wieczną długo, więc nie zmienię się w Cień. Mamy więc dziewięćdziesiąt dziewięć lat.
Było jednak coś, o czym mu nie powiedziałam. Dzień po tym, jak Cole ukradł moje serce, zaczęłam słabnąć. Od tamtej pory uczucie to coraz bardziej rosło. Jednak nie chciałam straszyć Jacka.
Jack wyciągnął rękę przez szerokość biurka i dotknął mojego policzka. Zaskoczyło mnie, że dosięgnął tak daleko, lecz z drugiej strony wyszedł z Tuneli o wiele wyższy i generalnie większy niż wcześniej. To miało wpływ na zasięg jego ramion.
– Może to ciebie trzeba ratować – powiedziałam.
Jack uniósł brew.
– A niby dlaczego?
– Bo wróciłeś z Tuneli większy. I wyższy. A kto jeszcze rośnie w wieku osiemnastu lat?
Jack zacisnął usta i opuścił dłoń.
– Nikt jeszcze od tego nie umarł.
– Tak, lecz był jeden chłopak w Indianie, który umarł od robienia zbyt wielu brzuszków.
Jack wygiął usta w uśmiechu.
– Teraz po prostu zmyślasz.
– W Podwieczności nic nie jest takie, jakie się wydaje. Fakt, że tam stałeś się większy…
– Teraz nie będziemy się też martwić domysłami. Nie wiem, dlaczego wróciłem stamtąd większy, lecz przynajmniej mam wszystkie najważniejsze organy. – Ponownie sięgnął przez stół, lecz tym razem wskazał pod mój obojczyk. – Możesz powiedzieć, że jestem samolubny – a jestem kompletnie samolubny, jeśli chodzi o ciebie – ale chcę ciebie. Całej ciebie. Razem z twoim sercem.
– Masz moje serce.
– Tylko metaforycznie.
– Jeśli chcesz odpuścić sobie metafory, to możesz mieć moje ręce – powiedziałam.
Uśmiechnął się i objął palcami moje nadgarstki, po czym uniósł moje dłonie do ust i ucałował każdy z moich palców.
– A co jeszcze mogę mieć? – spytał.
– Hmm – mruknęłam, wciąż koncentrując się na tym, jak jego usta delikatnie dotykały mojej skóry. – Moje łokcie. Na dobrą sprawę je też mogę dorzucić.
Puścił moje nadgarstki i chwycił mnie za łokcie.
– Skoro mam twoje łokcie, muszę mieć też resztę twoich ramion.
– Sądzę, że możemy nad tym ponegocjować.
Z szerokim uśmiechem, wstał i pociągnął mnie do najbliższego kąta, za regał z książkami. Delikatnie prowadził mnie, dopóki plecami oparłam się o ścianę, po czym przeciągnął dłońmi po moich rękach, łokciach, aż w końcu objął nimi moją szyję. Zerknęłam za niego, by upewnić się, że nikt nas nie widzi, lecz wtedy odsunął kołnierzyk mojej koszuli i dotknął ustami mojego barku. Przestało mnie obchodzić czy ktokolwiek nas widzi. Zadrżałam.
– Uhm, nie było mowy o ramionach – powiedziałam dziwnie bez tchu.
– Przepraszam – odparł. – Trochę mnie ponosi, gdy rozmawiam o łokciach i tego typu rzeczach.
Przechyliłam głowę, żeby miał lepszy dostęp do mojej szyi.
– Tylko poczekaj, aż ci powiem o kolanach.
Przesunął wargi na moje usta i minęło trochę czasu, nim byłam w stanie ponownie o nich pomyśleć.
Cichy dźwięk wibracji oderwał nas od siebie i pozwolił nam złapać oddech. Jack wyciągnął swój telefon i zerknął na wyświetlacz.
– To wiadomość od Jules. Ona i Tara Bolton chcą wiedzieć, czy piszemy się na koncert. Najwyraźniej Martwi dają niezapowiedziany występ w Salt Lake.
Otworzyłam szeroko oczy.
– Cole z powrotem jest w mieście. A to znaczy…
– To znaczy, że mamy plany na wieczór. – Chwycił mnie za ręce i spojrzał mi w oczy. – Cole nigdy nie zostawiłby twojego serca w innym mieście. Nie ryzykowałby tak dużego dystansu. A nie sądzę, że odważy się zabrać je ze sobą na koncert. Założę się, że jest teraz w jego mieszkaniu. A to znaczy, że dzisiaj odnajdziemy twoje serce.

* * * 

I czas na KONKURS! Tak, dawno nie było u mnie konkursów (w sumie ostatni zorganizowałam przed przeprowadzką do UK, zgroza!), Do wygrania dwa świeżutkie egzemplarze Wiecznej Prawdy! Co należy zrobić? Wejść na mojego FACEBOOKA i postępować według wskazówek w regulaminie konkursu. 

Powodzenia! <3

14 kwietnia 2017

„Wieczna Prawda” Brodi Ashton (Podwieczność #3)

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA / PATRONAT


Premiera: 14 CZERWCA 2017

Z niecierpliwością oczekiwałam ostatniego tomu trylogii Everneath. Kiedy więc książka trafiła do mnie przedpremierowo, porzuciłam wszystko, by móc ponownie spotkać się z Nikki i jej przyjaciółmi. I wiecie co? Po raz kolejny warto było! Co prawda trójka nie dorównuje drugiej części, ale finał historii okazał się w pełni satysfakcjonujący. Dokładnie takie zwieńczenia serii lubię – wciągające, dynamiczne, zaskakujące, chwytające za serce. Co prawda po Wiecznej Więzi nie miałam najmniejszych złudzeń, że MUSZĘ poznać kontynuację, nie spodziewałam się jednak TAKIEGO zamknięcia historii.

Nikki ma tylko jeden cel – zniszczyć Podwieczność. Bohaterka jest zdesperowana – jej czas dobiega końca i tylko odzyskanie skradzionego przez Cole kompasu pozwoli jej na życie u boku ukochanego Jacka. Jednak Cole nie zamierza zrezygnować z uczynienia z Nik swojej królowej. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Nie ukrywam, że byłam naprawdę zaskoczona zakończeniem poprzedniej części i deklaracją Nikki dotyczącą zniszczenia Podwieczności. Pomyślałam nawet: „Jak ona, do licha, chce to osiągnąć?! Przecież to Podziemie!” Później sprawa się jeszcze bardziej skomplikowała, akcja nabrała tempa, a zegar nieubłaganie odliczał godziny do punktu zero. I choć jedna rzecz wydała mi się tu nieco oklepanym rozwiązaniem, śledziłam fabułę z zapartym tchem. Bohaterowie byli coraz bardziej zdesperowani, działając nieco po omacku. I w końcu nadszedł moment kulminacyjny i… wydarzyły się dwie rzeczy. Pierwsza z nich to stanowczo zbyt przyspieszona akcja – jakby autorce bardzo się spieszyło zakończyć już książkę. Drugą zaś była decyzja jednego z bohaterów, która po prostu złamała mi serce. Nie spodziewałam się tego, miałam łzy w oczach! 

Podwieczność to seria wpasowująca się idealnie w nurt paranormal romance. Nie jest to jednak kolejna oklepana historyjka o nastoletnich romansach (choć oczywiście romans odgrywa tu znaczącą rolę). W powieści Brodi Ashton odnalazłam coś, co sprawiło, że tak chętnie sięgnęłam po kolejne jej części – w tej nieco magicznej, opartej na mitologii opowieści na pierwszy plan wysuwa się skrzywdzona i doświadczona przez los dziewczyna, która musi odnaleźć nie tylko swoje miejsce na świecie, ale i zrozumieć, czym naprawdę jest miłość i co ją ukształtowało. Myślę, że najwięcej tych przemyśleń i tej najbardziej naładowanej emocjonalnie treści znajdziemy w drugim tomie. Wieczna Prawda jest bardziej dynamiczna, bohaterowie mają konkretny cel, Nikki wie, o co walczy i nie podda się, nim tego nie osiągnie. Podobało mi się to! Podobnie jak i finał, który – choć może odrobinę nie fair – spektakularnie zakończył historię. Myślę, że warto poznać tę serię – to powieść nie tylko dla nastolatek, czego jestem najlepszym przykładem. Polecam!

Tytuł oryginalny: Evertrue
Seria: Everneath #3
Ilość stron: około 400
Data polskiej premiery: 14 czerwca 2017
Tłumaczenie: Gabriela Jakubowska
Wydawca: Papierowy Księżyc
Opis wydawcy: w przygotowaniu

Moja ocena:


Moja recenzja Podwieczności TUTAJ

Moja recenzja Wiecznej Więzi TUTAJ

PS Jestem bardzo ciekawa, do którego teamu należą czytelniczki Podwieczności! Ja cały czas byłam Team Jack, ale przy Wiecznej Prawdzie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniłam życiowego błędu! Ta świadomość jest ciut przerażająca ;)


Za możliwość poznania ostatniej części serii dziękuję wydawcy i serdecznie zapraszam wszystkich na facebooka Papierowego Księżyca, gdzie na bieżąco będziecie informowani o nowościach i zapowiedziach książkowych :)

23 listopada 2015

"Wieczna Więź" Brodi Ashton

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

„Nikki Beckett mogła jedynie patrzeć, jak jej ukochany Jack poświęca się, by ją uratować. Chłopak zajmuje miejsce w Tunelach Podwieczności, by spłacić jej dług. Teraz Nikki żyje pożyczonym życiem, walcząc z wyrzutami sumienia. Jack co noc wraca do niej w snach, lecz jego energia słabnie. On powoli umiera.

Nikki jest zdesperowana i wie, że nie cofnie się przed niczym, by uratować Jacka. Postanawia prosić o pomoc Cole’a. Wspólnie wyruszają do Podwieczności, jednak podróż okazuje się trudniejsza i bardziej niebezpieczna, niż się spodziewali. Ścigani przez niebezpieczeństwa świata Wiecznie żywych, starają się nie tylko odnaleźć Jacka, ale także nie zatracić samych siebie.

W tym zapierającym dech w piersiach sequelu Podwieczności, Brodi Ashton zadaje pytanie o to, czym jest przeznaczenie i jak wiele jesteśmy w stanie zrobić dla tych, których kochamy.”


Ponad dwa lata czekałam na kontynuację debiutanckiej powieści Brodi Ashton. Dwa lata niepewności i powracających pytań o to, co zrobi Nikki Beckett, by odzyskać ukochanego chłopaka, którego los wydaje się być przesądzony. I wiecie co? Warto było czekać! Wieczna Więź okazała się bowiem lepsza od  pierwszej części serii!

źródło
Tym, co odróżnia Wieczną Więź od Podwieczności, jest miejsce akcji. Bohaterowie zabierają nas w niezwykłą podróż do świata opartego na motywach z greckiej mitologii, w którym żyją Wiecznie żywi. Podwieczność nie jest miejscem przyjaznym i otwartym dla wędrowców. Bohaterowie zostają wystawieni na próbę i muszą walczyć nie tylko z czyhającym na każdym kroku niebezpieczeństwem, ale także z własnymi słabościami i uprzedzeniami. 

Przy lekturze Wiecznej Więzi bardzo zżyłam się z główną bohaterką (narratorką historii) i szczerze jej współczułam. Nikki swoim prostym, współczesnym językiem szybko wciąga czytelnika w wir wydarzeń, wywołując na zmianę smutek, współczucie, nadzieję i niedowierzanie. Jej opowieść dzieli się na wydarzenia rozgrywające się w czasie teraźniejszym oraz na retrospekcje, dzięki którym możemy poznać przeszłość dziewczyny i zrozumieć uczucia, jakie nią targają. Dzięki temu zabiegowi Nikki stała się w moich oczach bohaterką z krwi i kości, zaimponowała mi determinacją i odwagą. Pokazała, że dla miłości jest w stanie poświęcić naprawdę wiele. Brodi Ashton otwarcie pyta o to, co zrobilibyśmy dla tych, których kochamy. Autorka z łatwością kreuje sylwetki bohaterów, nadając im indywidualnych cech charakteru. Co więcej, zaskakuje podejmowanymi przez bohaterów decyzjami i finałem, który pozostawia odbiorcę w totalnym osłupieniu. Nie ukrywam, że zupełnie nie spodziewałam się takiego cliffhangera! 

Podsumujmy: Wieczna Więź jest lepsza od Podwieczności. Bardziej romantyczna. Bardziej wciągająca. Bardziej dynamiczna. Tu wszystko jest bardziej! Nie da się opisać słowami, jak mocno zaskoczyła mnie druga część serii. Nie sądziłam, że młodzieżówka z pogranicza paranormal romance może mnie tak wzruszyć i zachwycić. A jednak! Z niecierpliwością wypatruję trzeciego tomu i jestem pewna, że będzie to spektakularne zwieńczenie serii! Powiem tak: jeśli znacie Podwieczność, koniecznie sięgnijcie po Wieczną Więź, a jeśli nie znacie tej historii – szybko nadróbcie zaległości. Warto! :)

Original: Everbound (Everneath #2)
Wydawca: Papierowy Księżyc
Ilość stron: 400
Przeł. Gabriela Jakubowska
Moja ocena: 5+/6

Premiera: 25 listopada 2015!

Za książkę dziękuję wydawcy.

17 listopada 2015

Mój pierwszy patronat: "Wieczna Więź" Brodi Ashton + fragment

Bardzo miło mi poinformować, że mój blog Tirindeth's po raz pierwszy w swojej karierze objął książkę patronatem! I to nie byle jaką książkę, a drugą część Podwieczności od Brodi Ashton – Wieczną Więź. Osoby, które obserwują mojego facebooka wiedzą, że niedawno pracowałam nad korektą tego tekstu. Dziś przychodzę do Was z fragmentem pierwszego rozdziału :) Ale to nie koniec atrakcji – pod koniec tygodnia na blogu pojawi się przedpremierowa recenzja, a w dniu premiery książki ogłoszę konkurs, w którym będzie można wygrać dwa egzemplarze Wiecznej Więzi

Miłego czytania!


ROZDZIAŁ PIERWSZY

NOC
Moja sypialnia.

Każdej nocy widzę Jacka. W snach.
Leży obok mnie. Równoległe światy – Powierzchnia dla mnie, a dla niego Tunele Podwieczności – w tym jednym miejscu, zaledwie na moment, nakładają się na siebie. W mojej sypialni, gdy śpię.

Jego włosy wciąż zwijają się za uszami w idealne fale. Dzisiejszej nocy stalowy ćwiek w jego brwi lśni w mdłym, księżycowym świetle wpadającym przez moje okno. Wygląda tak realnie, że mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć go. Jednak muszę sobie przypominać, że ten blask nie jest prawdziwy, gdyż ćwiek jest jedynie bladą kopią prawdziwego przedmiotu. Podobnie jak Jack, który zaczyna już zapominać różne rzeczy. Rzeczy, o których wcześniej zawsze pamiętał.
O czym rozmawiamy, gdy tu jestem? – pyta.
– O wszystkim – odpowiadam.
Na przykład?
– Zawsze mówisz, że za mną tęsknisz.
Nakrywa ręką moją dłoń, lecz jego palce przenikają przez moją skórę. Zapomniał, że jest dla mnie tylko duchem. A może jestem nim ja?
– To oczywiste – mówi. – Co jeszcze?
– Opowiadasz o tym, jak Jules powiedziała ci, że cię lubię.
– I…?
Słowa płyną z moich ust, gdy wspomnienia owinęły moje serce niczym ciepły koc.
– Mówisz o domku swojego wuja. O Tańcu Bożonarodzeniowym. O tym, jak moje włosy ukrywają moje oczy. Jak moja dłoń doskonale pasuje do twojej. Że mnie kochasz. I że nigdy nie odejdziesz.
– A co ty odpowiadasz?
– Że przepraszam. I pytam cię, jak mam to robić. – Mój głos zaczyna drżeć. – Jak ja mam to robić, Jack?
– Co robić?
– Żyć tym pożyczonym życiem. Bez ciebie. Wiedząc, że jesteś tam przeze mnie.
Milczy. Przez okno wpadają pierwsze promienie słońca. Nadchodzi ranek (jak zawsze za szybko) i mimowolnie przewracam się przez sen.
Jack przygląda mi się. Wie, że zaraz się obudzę.
– Jak się żegnamy?
Staram się, by na mojej twarzy nie pokazał się ból, jaki poczułam w sercu na dźwięk tego słowa, gniew na Podwieczność za to, że w ogóle istnieje, albo moja niechęć do Cole’a za to, że nieco ponad rok temu zabrał mnie na Karmienie. Przede wszystkim jednak muszę ukrywać złość na samą siebie. Jack nie lubi patrzeć na mój gniew.
Kiedy zaczynam mówić pilnuję, by mój głos był spokojny.
– Mówimy: „Do zobaczenia jutro”.
– Do zobaczenia jutro, Becks. – Zaciska mocno oczy, jakby nie był w stanie patrzeć, jak znikam. Przykrywam dłońmi jego ręce, z desperacją chwytając powietrze.
Martwi mnie to zapominanie. Podczas większości naszych spotkań jest w pełni świadomy, a jego myśli są jasne. Czasami jednak miewa złe noce i zastanawiam się, czy w końcu całkowicie mnie zapomni i przestanie odwiedzać mnie w snach.
Jeśli tak się stanie, jak będę mogła utrzymać go przy życiu?
Wschodzi słońce i otwieram oczy. Jack zniknął. Moje łóżko jest puste, a mnie pozostało jedynie poczucie winy z powodu towarzysza. Przyciskam do siebie poduszkę i zastanawiam się, jak długo jeszcze będę w stanie żyć z pęknięciem w sercu.
Być może stanie się ono wystarczająco duże, by mnie pochłonąć.
Jeśli tak się stanie, jak odnajdę Jacka w następnym życiu?

TERAZ
Powierzchnia. Moja sypialnia.

Nagłówek krzyczał: MARTWI WPADNĄ DO AUSTIN.
Przewróciłam oczami. Brzmiało to jak zapowiedź apokalipsy zombie, a nie prawdziwego wydarzenia, jakim był niezapowiedziany koncert zespołu Dead Elvises w Austin.
Kilka miesięcy temu pewien dziennikarz z magazynu Rolling Stone nazwał ich „następnymi Wdzięcznymi Martwymi”. Od tamtej pory przezwisko „Martwi” przylgnęło do nich. Miałam ochotę pobić tego pismaka.
Ostatnio jednak miałam ochotę pobić każdego.
Wydrukowałam artykuł, wycięłam nagłówek i zaniosłam na biurko. Większość ludzi prawdopodobnie zachowałaby taką rzecz na komputerze, lecz kiedy chodziło o odnalezienie Cole’a – i reszty zespołu – wolałam namacalne wskazówki. Mapę, którą mogłam rozłożyć. Nagłówki, które mogłam składać i na powrót rozkładać.
Skoro zajmowało to moje ręce, zajmowało też umysł. A jeśli zajmowało mój umysł, było niemal możliwe, że ukryję wspomnienia o moim ostatnim spotkaniu z Jackiem.
Niemal.
Kogo chciałam oszukać? W większość poranków czułam się, jakbym musiała posklejać fragmenty siebie, by w ogóle zacząć dzień. Bo to, co zrobił dla mnie Jack – kiedy wskoczył do Tuneli i zajął moje miejsce w piekle – doszczętnie rozbiło moją duszę.
Ukradkiem zerknęłam na półkę nad moim biurkiem, gdzie obok karteczki z nabazgranymi jego niestarannym pismem słowami Twój na wieczność, leżało kilka naszych zdjęć. Ślady jego niedawnej obecności były wszędzie – w talii kart na biurku, kołdrze na łóżku, książce, którą pożyczył mi wieki temu – jednak największe było na tej półce. Sama już nie wiedziałam, ile razy chciałam zabrać stamtąd te zdjęcia. Schować je w szufladzie pod łóżkiem tak, by zniknęły mi z oczu. Jednak nie mogłam się do tego zmusić.
Sięgnęłam po jedną z fotografii w rogu, na której widniała połowa mojej twarzy i cała Jacka. Było to jedno z selfie. Na szczycie Alpine Slide Jack odwrócił kamerę, lecz jedynym, co można było dostrzec, były nasze twarze i rozmyta roślinność w tle.
Na to wspomnienie moje serce ścisnęło się niczym w imadle, lecz ledwo moje palce dotknęły ramki, gwałtownie cofnęłam rękę. Zdjęcie spadło z półki, a szkło w oprawie roztrzaskało się na drewnianej podłodze. Dźwięk, jaki się przy tym rozległ nie był jedynie odgłosem rozpryskujących się odłamków. Był to dźwięk otwierającej się na nowo rany, rozbrzmiewający z głębi mojej duszy. Objęłam głowę rękami i ścisnęłam. Czasami był to jedyny sposób, by utrzymać wszystkie fragmenty wewnątrz.
Właśnie takie myśli uświadamiały mi, że żadna ilość ćwiczeń na wizualizację od doktor Hill – terapeutki zatrudnionej przez mojego ojca – mi nie pomoże.
Z korytarza dobiegły mnie czyjeś kroki i wstrzymałam oddech. Może ojciec usłyszał trzask rozbijanego szkła? Czekałam na pukanie do drzwi, lecz to się nie rozległo. Przeciągnęłam dłońmi po włosach, po czym starałam się uporządkować biurko i skupić na mapie. Nie mogłam pozwolić, by mój ojciec zobaczył, jak bardzo byłam załamana. Nie tylko załamana nagłym zniknięciem chłopaka, którego kochałam. Załamana tym, że to była moja wina.
Ojciec wystarczająco już przeszedł.
Górna szuflada mojego biurka była szeroka i płaska – idealna na mapę Stanów Zjednoczonych. Zdjęłam zatyczkę z czerwonego flamastra i drżącą ręką postawiłam kropkę na Austin, po czym dodałam wycinek do sterty przy mapie.
DEAD ELVISES NIEZAPOWIEDZIANYM KONCERTEM DZIĘKUJĄ FANOM CHICAGO.
DEAD ELVISES GRAJĄ IMPROWIZOWANY, DARMOWY KONCERT W NOWYM JORKU.
NASTĘPNY PRZYSTANEK NA TAJEMNICZEJ TRASIE: MARTWI W DURHAM
W POSZUKIWANIU MARTWYCH: VLOG.
Ja również szukałam Martwych, lecz nie dlatego, że byłam ich fanką. Trzy tygodnie temu Cole Stockton, ich główny gitarzysta, przepadł bez śladu, zabierając mi jedyną szansę na dotarcie do Podwieczności.
Moją jedyną szansę na odnalezienie Jacka.
Zamknęłam oczy.
Zostań ze mną, Becks. Śnij o mnie. Jestem twój na wieczność.
Właśnie to usłyszałam od Jacka dwa miesiące temu. Były to jego ostatnie słowa, zanim wessały go Tunele Podwieczności. Prześladowały mnie i wiedziałam, że nie będę w stanie żyć jakimkolwiek życiem, dopóki on do mnie nie wróci. Problem w tym, jak go wydostać.
Do Podwieczności nie może wejść każdy. W badaniach, jakie przeprowadzałam od dwóch miesięcy, nie znalazłam żadnej informacji o kimś, kto przeniknąłby do Podwieczności bez pomocy któregoś z Wiecznych. Nie było nikogo, kto dostałby się tam – i wrócił – sam.
Wszystko więc sprowadzało się do Cole’a. On i jego zespół byli jedynymi Wiecznymi, jakich znałam.
Cole odwiedził mnie raz, jakiś miesiąc po tej okropnej nocy. Stał na podwórzu przed moim domem, już nie tak zuchwały. Chciał, bym była nieśmiertelna, tak jak on.
Mam dziewięćdziesiąt dziewięć lat do następnego Karmienia – powiedział. – Czemu myślisz, że się poddam?
Wydawał się taki z siebie zadowolony. Położyłam dłoń na jego piersi.
Jeśli cokolwiek do mnie czujesz, zostaw mnie w spokoju – powiedziałam.
Nie sądziłam, że to zrobi, a jednak. Odszedł. Moje jedyne połączenie z Podwiecznością zniknęło. Teraz żałowałam, że go o to poprosiłam.
Obok Austin dopisałam datę: 1 czerwca.
Przesuwając palcem na wschód odczytałam poprzednie przystanki na trasie zespołu: Houston, 29 maja. Nowy Orlean, 27 maja. Tampa, 24 maja.
Dead Elvises zmierzali na zachód. Przez chwilę próbowałam odgadnąć, które miasto wybiorą jako następne, by móc zapakować samochód i wyjechać. Lecz dla mojego ojca jedno zniknięcie córki było aż nadto, a ja miałam już wystarczająco dużo terapii.
Poza tym spontaniczne wycieczki nigdy nie pomagały mi w badaniach, bo zawsze zgadywałam źle. Kończyło się na bezsensownych poszukiwaniach. Mimo iż sądziłam, że znam Cole’a, byłam naprawdę kiepska w przewidywaniu jego ruchów.
Przeciągnęłam palcem na zachód od Austin, w kierunku następnych miast na ich niezapowiedzianej trasie. Fort Worth? Albuquerque? Phoenix? Zagięłam ścieżkę nieco na północ, aż natrafiłam na moje miasto. Czy mogłam pozwolić sobie na nadzieję, że Dead Elvises powrócą do Park City? Że w końcu uda mi się zdobyć kosmyk włosów Cole’a i dostać się do Podwieczności? Odchyliłam się na krześle i przyjrzałam czerwonym kropkom. Z pewnej odległości tworzyły kształt odwróconego C, zaczynając się w Chicago i skręcając na południe, a potem na zachód. Tak. Mogłam żywić nadzieję, że wrócą do domu, do Park City.
Jeżeli zmieniłam się w ciągu ostatnich kilku miesięcy, to tylko w jeden sposób: zawsze miałam nadzieję.
Prawda jednak była taka, że dopóki nie znajdę Cole’a, albo kosmyka jego włosów, utknęłam na Powierzchni. Widziałam już, jak ludzka ofiara połknęła włos Wiecznego. Kobieta w źle dopasowanych ubraniach i z twarzą, która widziała już zbyt wiele, siedziała na tyłach Shop-n-Go, w miejscu stanowiącym słaby punkt między Powierzchnią a Podwiecznością. Maxwell Bones, drugi gitarzysta zespołu, podał jej pigułkę. Kobieta połknęła ją i prześlizgnęła się w dół, pod podłogę.
Wtedy ta scena przyprawiła mnie o mdłości. Teraz zrobiłabym to co ona, jeśli oznaczałoby to, że dostanę się do Jacka. Nie żebym miała jakikolwiek plan co zrobię, jeśli dotrę do Podwieczności. Cole kiedyś powiedział mi, że nie wiedziałabym, gdzie szukać Tuneli, które więziły Jacka. Jednak być może sędziowie energii – Cienie – odnajdą mnie pierwsze. Odpowiadały za maksymalizowanie energii skradzionej ludziom, by nasycić Podwieczność. To one zabierały ludzi do Tuneli. Dwa miesiące temu sama od nich uciekałam. Teraz jednak może Cienie same mnie odnajdą, może zabiorą mnie do Tuneli i może wymyślę jakiś sposób, by dostać się do Jacka…
Zapędzałam się jednak myśląc o tych wszystkich rzeczach, o których nie miałam pojęcia. Musiałam skupić się na tej jednej, o której wiedziałam na pewno, a mianowicie na fakcie, że nie mogę uratować Jacka bez dostania się do Podwieczności. Do tego zaś potrzebny był mi Cole.
A przynajmniej fragment jego DNA.
Ponieważ tak długo, jak ja tkwiłam na Powierzchni, Jack był uwięziony w Tunelach. Dopóki te nie osuszą go z ostatniej kropli energii.
Dopóki nie umrze.

Original: Everbound
Wydawca: Papierowy Księżyc
Trylogia: Podwieczność, tom 2
Przeł. Gabriela Jakubowska
Ilość stron: 400

Premiera: 25 listopada 2015!


22 kwietnia 2013

"Podwieczność" Brodi Ashton

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA! 

"Podwieczność to pierwszy tom otwierający niezwykle piękną i romantyczną trylogię o miłości, stracie i nieśmiertelności, opartą na motywach zaczerpniętych z mitologii.

Zeszłej wiosny Nikki Beckett zniknęła w podziemiu zwanym Podwiecznością.
Teraz wróciła do swojego dawnego życia, do rodziny i chłopaka. Ma tylko sześć miesięcy na to, by pożegnać się, nim Podwieczność upomni się o nią – tym razem już na zawsze. Sześć miesięcy na to, aby znaleźć odkupienie, jeśli ono w ogóle istnieje.

 Nikki pragnie spędzić te cenne miesiące, zapominając o podziemiu, a jednocześnie próbuje ponownie zbliżyć się do swojego chłopaka, Jacka, którego kocha najbardziej na świecie. Istnieje tylko jeden problem: Cole, który śledzi Nikki z Podwieczności aż na Powierzchnię. Cole chce przejąć tron w podziemiach i jest przekonany, że to Nikki jest kluczem do jego sukcesu. I zrobi wszystko, aby ją ściągnąć do podziemi, jako swoją królową.
Czas Nikki na powierzchni zbliża się ku końcowi, a jej sytuacja wymyka się spod kontroli. Dziewczyna pragnie znaleźć sposób na oszukanie losu i uniknięcie powrotu do Podwieczności, gdzie czeka ją nieśmiertelność u boku Cole’a…

'Podwieczność' jest rekomendowana przez najpopularniejsze autorki powieści dla młodzieży, takie jak Becca Fitzpatrick czy Ally Condie i idealnie trafi w upodobania tych czytelników, którzy szukają niezapomnianej i pełnej emocji historii o miłości, która przekracza granice tego świata."


Nikki podjęła złą decyzję i doskonale o tym wie. Zgodziła się wyruszyć do Podwieczności – do miejsca pomiędzy światami, zwanym potocznie podziemiem. Nikki nie chce o tym myśleć – teraz najważniejsze jest to, iż dostała pół roku, by wrócić na powierzchnię i odkupić swoje winy, by pożegnać się z bliskimi oraz ukochanym chłopakiem, którego zostawiła bez pożegnania. Pół roku do chwili, gdy świat Wiecznych upomni się o nią – tym razem już na zawsze. Lecz czy można się tak po prostu pożegnać z tymi, których się kocha? Czy można odejść od ukochanej osoby, nie wyjaśniając przyczyny rozstania? Nikki oddałaby wiele, by móc cofnąć czas...

Podwieczność to debiutancka powieść Brodi Ashton, pierwsza część trylogii, w której autorka łączy współczesność z greckimi mitami. Tym razem mamy do czynienia z opowieścią o Persefonie, którą autorka w zgrabny i obrazowy sposób przekształca w historię dziewczyny rozdartej pomiędzy miłością a zobowiązaniem.

Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównej bohaterki – Nikki – wciąga nas w niezwykły świat Podwieczności – miejsca pomiędzy światem żywych a umarłych. Czytelnik zostaje od razu wrzucony na głęboką wodę – prolog zaczyna się bardzo tajemniczo, przez co od pierwszych stron nie do końca wiemy, co się stało z główną bohaterką. Aż wraz z jej "powrotem", przychodzi także wiedza i powoli zaczynamy składać fakty w całość. Stosunkowo prosty, współczesny język pozwala odnaleźć się w sytuacji. Historia została przedstawiona w formie odliczania – bohaterka prezentuje wydarzenia, poprzedzając je ilością dni do punktu zero, czyli do chwili powrotu do Podwieczności. To niewątpliwie nadaje akcji pewnej dynamiki – z każdą kolejną stroną zbliżamy się do finału, a Nikki nieubłaganie przybliża się ku własnemu końcowi. Swoją opowieść dziewczyna przeplata także retrospekcjami, w których pokazuje swoje życie sprzed wyruszenia do podziemi. Dzięki temu poznajemy nie tylko wydarzenia "tu" i "teraz",ale także powody, dla których Nikki dokonała fatalnego w skutkach wyboru.

Istotnym wątkiem powieści jest trójkąt miłosny – Nikki, jej ukochany Jack oraz Cole, który należy do Wiecznych i który zabrał dziewczynę do Podwieczności. Przyznam, że na początku nie byłam pewna, co myśleć o poszczególnych postaciach, ale w miarę rozwoju sytuacji potrafiłam wybrać pomiędzy amantami – z zaznaczeniem, że to "zwyczajny" Jack okazał się godnym uwagi. Dodam nawet, że Cole doprowadzał mnie momentami do szewskiej pasji i miałam ochotę go po prostu udusić.

Co do kreacji bohaterki, to muszę przyznać, że Nikki jest dokładnie taka, jaka być powinna – momentami żałosna, by z czasem nabrać odwagi i rozsądku. Nie wymagałam od niej zbyt wiele – po wydarzeniach, które stały się jej udziałem, doskonale rozumiałam jej rozpacz i niepewność oraz zagubienie. Dzięki temu nastolatka staje się bardziej realna, bardziej rzeczywista – nie zgrywa odważnej bohaterki, wręcz przeciwnie – potrzebuje czasu, by odnaleźć się w sytuacji. Do kreacji postaci męskich także nie mam żadnych zastrzeżeń – przekonali mnie swoimi charakterami: Jack jest zwyczajnym chłopakiem o niezwykłym uroku osobistym, natomiast Cole to typowy facet spod ciemnej gwiazdy – "bad boy", w którym pewnie niejedna czytelniczka będzie się szaleńczo podkochiwała.

Dużym plusem dla tej publikacji jest także cudowna oprawa – zarówno zagraniczna jak i polska okładka. Postać pięknej dziewczyny, która wyłania się z mgły, stała się dla mnie tak naprawdę kwintesencją tej historii. I warto zauważyć, że to pierwsza taka książka w dorobku wydawnictwa Papierowy Księżyc – romantyczna, nastrojowa lektura dla młodych duchem czytelniczek – powieść, która rozbudza wyobraźnię, a jednocześnie pozbawiona jest modnej w ostatnim czasie wulgarności.

Podwieczność to bardzo dobry debiut, który wzrusza i rozkochuje w sobie w miarę, jak zagłębiamy się w lekturę. To – jak wspomniałam – książka wyjątkowo romantyczna, delikatna, lekka, odpowiednia zwłaszcza dla romantyczek i fanek paranormal romance oraz osób, które lubią współczesne powieści z elementami mitologicznymi. Przyznam, że to dotychczas jedna z najlepszych powieści tego gatunku, jaką przyszło mi poznać – autorka wyśmienicie poradziła sobie z wykorzystaniem i przearanżowaniem mitu o Persefonie. Przez tę powieść się po prostu płynie – przyjemnie i szybko, by na końcu zostać zaskoczonym niezwykłym finałem i by otrzymać zapowiedź pasjonującej kontynuacji. Osobiście nie mogę się doczekać Everbound – jestem bardzo ciekawa wyborów, jakich dokona Nikki w dalszej części historii. Książkę serdecznie polecam tym osobom, które lubią melancholijne opowieści o wielkiej, ale niełatwej miłości, o poświęceniu oraz tęsknocie. Daję ocenę 5/6!  
 
Original: Everneath
Wydawca: Papierowy Księżyc
Premiera: 22 maja 2013!
Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawcy.