Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MAG. Pokaż wszystkie posty

17 lipca 2018

„Królestwo Kanciarzy” Leigh Bardugo


Takiego kaca książkowego, jak po Królestwie Kanciarzy, nie miałam chyba od czasów Kosogłosa. Czyli od kilku lat. Bo choć spotykałam na swojej drodze najróżniejsze lektury i wiele z nich trafiło na moją półkę z ulubieńcami, nic nie może się równać z miłością, jaką obdarzyłam bohaterów duologii od Leigh Bardugo. No może poza miłością do serii o Harrym Potterze ;)

Kaz Brekker musi odzyskać to, co utracił. I nie cofnie się przed niczym, by to osiągnąć. Wraz z wiernymi kompanami pracuje nad wielkim planem odbicia jednego z członków swojej załogi, a przy tym wciąż pamięta, że obiecano im wielkie pieniądze i obietnicy tej nie dotrzymano. 

Kreacja bohaterów to majstersztyk. O ile w Szóstce wron wiele kwestii było owianych tajemnicą, o tyle tutaj powoli wyłaniają się prawdziwe oblicza postaci, ich ukryte pragnienia i obawy, ich namiętności i lęki, wszelkie wady i zalety. I wszystko to sprawia, że każdego z bohaterów pokochałam jeszcze mocniej. Ponad to każda kolejna strona potęguje napięcie, zwłaszcza gdy na jaw wychodzą kolejne posunięcia Kaza i jego ekipy. Walka o władzę jest zażarta, w tej grze nie ma już żadnych zasad. I to jest niesamowite, bo tak naprawdę przewracając każdą kolejną stronę czytelnik nie ma zielonego pojęcia, co się za chwilę wydarzy. Nie brakuje zaskakujących zwrotów akcji, trzymających w napięciu sytuacji i chwytającego za serce finału, który rozkłada na łopatki. Nie ukrywam – nie spodziewałam się tak wielu rzeczy! 

Królestwo Kanciarzy zostało uznane przeze mnie za najlepszą premierę roku 2017. I choć od jej poznania minął już prawie rok, wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem talentu autorki i wykreowanej przez nią historii. Powieść napisana jest świetnym stylem, nie brakuje w niej charakternych, pełnokrwistych bohaterów, zachwycającej kreacji świata griszów, szalonej akcji i przede wszystkim całej gamy emocji, które nie pozwalają odbiorcy odłożyć książki nawet na chwilę. Mało jest takich książek, które pokochałam całym sercem od pierwszej do ostatniej strony. Królestwu Kanciarzy się to udało. Kazowi się to udało. Dlatego duologię Leigh Bardugo polecam dosłownie każdemu, bez względu na wiek, płeć i preferencje literackie. Po prostu warto ją znać.

Tytuł oryginalny: Crooked Kingdom
Seria: Six of Crows #2
Ilość stron: 608
Data wydania: 2017
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawca: Wydawnictwo MAG
Opis wydawcy: KLIK

Moja ocena:


Moja recenzja Szóstki wron TUTAJ

15 czerwca 2017

„Szóstka wron” Leigh Bardugo


Szóstka wron to pierwsza część dwutomowej serii autorstwa Leigh Bardugo. Z twórczością pisarki spotkałam się po raz pierwszy kilka lat temu, gdy w moje ręce wpadła powieść Cień i Kość, a później Szturm i Grom, czyli dwie pierwsze części trylogii Grisza. Obie książki zrobiły na mnie niemałe wrażenie, zwłaszcza pierwszy tom, którym autorka pokazała, iż posiada niesamowitą wyobraźnię, lekkie pióro i talent do tworzenia niesamowicie wciągających historii. I choć finał serii Grisza wciąż przede mną, nie wahałam się ani chwili, by sięgnąć po jej nową opowieść osadzoną w tym samym świecie. I wiecie co? ZAKOCHAŁAM SIĘ!

Akcja Szóstki wron dzieje się wiele lat po wydarzeniach z Griszy, choć w innej części wykreowanego przez Leigh świata. Główny bohater powieści, a przy tym głowa gangu z Ketterdamu, Kaz Brekker, dostaje propozycję wzbogacenia się ponad wszelką miarę, jeśli wykona niemożliwe zadanie. Perspektywa bogactwa skutecznie go do tego przekonuje, musi jednak obmyślić plan doskonały oraz zebrać ekipę, która nie zawaha się podjąć tej niebezpiecznej, może nawet samobójczej misji. 

źródło
Autorka ma talent do obrazowego ukazywania wydarzeń i miejsc, zatem Ketterdam można sobie bardzo łatwo wyobrazić, podobnie jak i jego mieszkańców oraz wszystkie ciemne zaułki. Narrator wszechwiedzący przedstawia wydarzenia z punktów widzenia różnych bohaterów – każdy rozdział opatrzony został imieniem jednej z postaci i pokazuje historię z jej perspektywy. Na początku akcja jest spokojna, by z każdym kolejnym rozdziałem i rozwojem wypadków nabierać tempa i nieubłaganie kierować czytelnika do zaskakującego i dramatycznego finału. Finału, który pozostawił mnie dosłownie z rozdziawioną gębą.

Najmocniejszą stroną Szóstki wron są bohaterowie, choć nie ukrywam, że początkowo miałam obawy co do ich wieku. Niepotrzebnie! Niesamowicie wykreowane postaci zachwycają i przerażają jednocześnie – są żywi, pełni skrajności, zaskakujący. I choć to ledwie nastolatkowie – najstarszy z nich ukończył osiemnaście lat – czytelnik nie uświadczy ze strony Szumowin młodzieńczych zachowań, miłosnych rozterek czy dziecinnych zagrywek. Bohaterowie musieli bardzo szybko dorosnąć i nauczyć się żyć w świecie pełnym niebezpieczeństw. Najlepszym przykładem jest tutaj postać głównego bohatera, Kaza. Jego kreacja jest po prostu GENIALNA! Kaz zaskakiwał mnie dosłownie na każdym kroku! W zasadzie każdy z tytułowej szóstki niesie swój bagaż doświadczeń i przeszłości, która go ukształtowała. Wszystkich pokochałam całym sercem, bez wyjątków!

Powiem tak: Szóstka wron jest po prostu NIESAMOWITA. Dawno nie zżyłam się tak bardzo z bohaterami. Wszystkimi! Przerzucając kolejne strony powieści, mój podziw dla autorki rósł i rósł, a obawa o losy bohaterów była wręcz nie do zniesienia. Ja po prostu byłam tam – z Kazem, Inej i resztą Wron – na niewykonalnej i samobójczej misji! I przeżywałam ich przygody jakby byli moimi najlepszymi przyjaciółmi, dopingując im ze wszystkich sił. Finał okazał się oszałamiający. Po prostu MIAZGA. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, gdy dotarłam do ostatniego słowa. Byłam taka zła na autorkę! I choć walczę ze sobą, by nie sięgnąć od razu po Królestwo kanciarzy, wiem, że ta walka jest z góry przegrana. Kochani, czytanie takich książek to coś więcej niż przyjemność. Tego się nawet nie da opisać słowami. Jestem totalnie, definitywnie i absolutnie zakochana w Szóstce wron, nie odnajduję w tej opowieści ani jednego mankamentu! Jak dla mnie każdy powinien dać tej serii szansę – nawet jeśli nie znacie trylogii Grisza, śmiało sięgnijcie po Szóstkę wron. Jestem pewna, że się nie zawiedziecie! To GENIALNA historia, w której PEŁNOKRWIŚCI bohaterowie ROZKOCHUJĄ w sobie czytelnika bez pamięci i pozostają z nim już NA ZAWSZE. Takie książki po prostu kocham. I takie chcę czytać! POLECAM!

Tytuł oryginalny: Six of Crows
Seria: Six of Crows #1
Ilość stron: 496
Data wydania: 28 września 2016
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec i Wojciech Szypuła
Wydawca: MAG
Opis wydawcy: KLIK

Moja ocena:


12 grudnia 2012

"Miasto Zagubionych Dusz" Cassandra Clare

Dary Anioła #5 

 
Jace jest teraz sługą zła, związanym na wieczność z Sebastianem. Tylko mała grupka Nocnych Łowców wierzy, że można go uratować. Żeby to zrobić, muszą zbuntować się przeciwko Clave. I muszą działać bez Clary. Bo Clary rozgrywa niebezpieczną grę zupełnie sama. Ceną przegranej jest nie tylko jej własne życie, ale również dusza Jace’a. Clary jest gotowa zrobić dla niego wszystko, ale czy nadal może mu ufać? I czy on jest naprawdę stracony? Jaka cena jest zbyt wysoka, nawet za miłość?


Clary dla Jace'a zrobiłaby wszystko. Kiedy więc ukochany znika wraz z ciałem jej (teoretycznie) martwego brata, dziewczyna jest zdesperowana – musi go odnaleźć! Wie, że poruszy ziemię i niebo, by móc znowu być z Jace'em. Lecz kiedy Clave zmienia priorytety i poszukiwania młodego Nefilim schodzą na dalszy plan, nastoletnia Clary Fray postanawia działać na własną rękę...

Spaliłby cały świat, żeby móc wykopać cię z popiołów *

Kiedy pokochamy jakąś serię całym sercem, z niecierpliwością oczekujemy na kolejne jej odsłony. Nierzadko jednak zdarza się, że owe zauroczenie historią, która rozwija się przez wiele tomów, nie pozwala nam w pełni obiektywnie ocenić powieści, rozłożyć jej na czynniki pierwsze i spróbować pomyśleć nad problemami, które w książce zostały podjęte. Dlatego też przyznaję otwarcie, że z powodu mojej sympatii do poprzednich części Darów Anioła, ciężko jest mi ocenić piąty tom tej serii – Miasto Zagubionych Dusz. Dlaczego?

Dary Anioła pierwotnie miały być trylogią – trzy tomy: Miasto Kości, Miasto Popiołów i Miasto Szkła tworzyły zgrabną opowieść z intrygującym finiszem. I przyznam szczerze, że takie zakończenie byłoby stanowczo najbardziej odpowiednie, gdyż pozostawiało czytelnikowi pole manewru – pozwalało „dopowiedzieć” sobie kilka rzeczy. Autorka postanowiła jednak stworzyć nową opowieść – Diabelskie maszyny, które miały być połączone z istniejącą już trylogią DA. W ten sposób w jej planach pojawiły się kolejne trzy tomy serii o przygodach Jace'a i Clary, z których znane nam już tomy czwarty i piąty coraz bardziej odstają klimatem i wydźwiękiem od swoich poprzedników. Muszę też zauważyć, iż tom piąty absolutnie odmienia w oczach czytelnika wizerunki bohaterów, których dotychczas (wydawałoby się) dobrze znaliśmy – uwydatniają się cechy zupełnie niepodobne do charakterów poszczególnych postaci (chociażby w przypadku Isabelle, która stała się osobą całkowicie mi obcą, zupełnie nie przypominającą silnej, stanowczej wojowniczki, którą poznałam w Mieście Kości). Na domiar wszystkiego w tej części spotkamy także bohaterów, których obecność została podyktowana tak naprawdę koniecznością powiązania dwóch różnych opowieści w jedną całość, w wyniku czego wypadło to dość sztucznie.

Powiem wprost – nie lubię autorki. Tak po prostu. Cassandra „sprzedała” swoją powieść, dostosowując ją do wymogów fanów i ich oczekiwań. Seria o Nefilim walczących z demonami zamieniła się nagle w opowieść o miłosnych problemach nastolatków, gdzie w dodatku nierzadko dorośli ludzie zachowują się jak dzieci. Poza tym zabieg, który dotychczas wyróżniał dzieła Cassandry, czyli finiszowanie każdej sceny w momencie maksymalnego napięcia, przy piątej odsłonie przygód nowojorskich Nefilim stał się szalenie uciążliwy – osobiście podczas czytania drugiej połowy Miasta Zagubionych Dusz stwierdziłam w pewnej chwili, że nie ma sensu tracić nerwów i wciąż dawać się „zaskakiwać” rozwiązaniami poszczególnych wątków, gdyż i tak autorka zagmatwa historię jeszcze piętnaście tysięcy razy. Cassandra lubi dowalić do pieca i robi to tak ostentacyjnie, że aż bolą od tego oczy. I serce. 

No właśnie. A teraz druga strona medalu – książkę czyta się wyśmienicie! Po prostu doskonale! Pierwsza połowa – cud! Nie mogłam się oderwać od lektury, chłonęłam każde słowo, w głębi ducha martwiąc się o losy moich ulubieńców, a w zasadzie jednego – Jace'a. Jego historia okazała się tak dramatyczna, że każda kolejna sytuacja z jego udziałem była dla mnie nie do zniesienia. I choć emocje w połowie lektury nieco opadły, a ja zaczęłam wówczas rozmyślać nad minusami książki, to końcówka skutecznie odciągnęła mnie od ponurych rozważań, ponowie wciągając w wir wydarzeń. Bo tak właśnie jest z powieściami Cassandry – zawsze szalone, zawsze spektakularne, zawsze dramatyczne i grające na emocjach widza. To jej się udaje, a w połączeniu ze znakomitym piórem przyznaję, że Clare umie pisać i robi to diabelnie dobrze.

Miasto Zagubionych Dusz jest świetne warsztatowo i w dodatku okraszone pięknymi cytatami, ale nie ukrywam, że i tak mnie zawiodło. Po prostu nie ma już we mnie tego głodu historii, który kazałby mi wyczekiwać na finał serii, jak to było w przypadku przeczytania pierwszych trzech tomów, kiedy to nie spałam po nocach, bo po prostu MUSIAŁAM poznać ciąg dalszy przygód Jace'a i Clary. Teraz tego nie odczuwam. Myślę, że winę za to ponosi rozciąganie historii w nieskończoność oraz występujące w tej części perfidne powiązania pomiędzy Darami Anioła a Diabelskimi maszynami – wcześniej ta więź nie była tak wyczuwalna, a tu co rusz pojawiały się odwołania do DM! Od razu czytelnik uświadamia sobie, że autorka w pierwotnym zamierzeniu wcale nie tak wyobrażała sobie tę historię (choć uparcie twierdzi inaczej!). Do takiego działania zmusiła ją najpewniej popularność serii. I głód dolarów. A ja nie lubię, gdy ktoś pisze dla pieniędzy i tłumu rozchichotanych fanek, które „chcą więcej”. I nie lubię, gdy się przedobrza a tu wyraźnie odczuwam wręcz namacalną chęć stworzenia jak najbardziej szalonej, zagmatwanej i totalnie nieprzewidywalnej opowieści. Tak się nie da! Mimo wszystko jednak i tak serię polecam – z sentymentu do Jace'a i Clary. Daję 4+/6 i podkreślam, że to najniższa ocena dla Darów Anioła, jaką dotąd wystawiłam...

Original: City of Lost Souls
Wydawca: MAG
Data wydania: 28.11.2012
* cytat str. 26.

I trailer do ekranizacji pierwszego tomu powieści, który na pewno już wszyscy (albo znaczna większość) widzieli:


Dotychczas z serii Dary Anioła wydano: 



Oraz trylogia Diabelskich maszyn:
 

Mechaniczny Anioł | Mechaniczny Książę | Clockwork Princess

PS Przyznam szczerze, że ciężko mi szło napisanie tego tekstu, gdyż naprawdę nie wiedziałam, jak ubrać w słowa swoje odczucia. Jest więc trochę chaotycznie :P

18 października 2012

"Mechaniczny Książę" Cassandra Clare

„W magicznym podziemnym świecie wiktoriańskiego Londynu Tessa znalazła bezpieczne schronienie u Nocnych Łowców. Niestety bezpieczeństwo okazuje się nietrwałe, kiedy grupa podstępnych członków Clave zaczyna spiskować, żeby odsunąć jej protektorkę Charlotte od kierowania Instytutem.
Z pomocą przystojnego i autodestrukcyjnego Willa oraz zakochanego w niej Jema Tessa odkrywa, że wojna Mistrza z Nocnymi Łowcami wynika z osobistych pobudek. Mistrz obwinia ich o spowodowanie tragedii, która zniszczyła mu życie. 
Z czasem Tessa uświadamia sobie, że jej serce bije coraz mocniej dla Jema, choć nadal dręczy ją tęsknota za Willem, mimo jego mrocznych nastrojów. Czy odnalezienie Mistrza uwolni Willa od sekretów i da Tessie odpowiedzi na pytania, kim jest i dlaczego się urodziła?


Londyn pod koniec XIX wieku. Nocni Łowcy otrzymują zadanie nie do wykonania – mają tylko dwa tygodnie na odnalezienie Mistrza Mortmaina, który pragnie zniszczyć Nefilim. Dodatkowo nad londyńskim Instytutem zawisła groźba przejęcia dowodzenia przez Benedicta Lightwooda, zaciętego wroga Charlotte Branwell, obecnej opiekunki Instytutu. Młodzi wojownicy postanawiają więc czym prędzej wyśledzić miejsce pobytu Mistrza, lecz muszą poznać najpierw pobudki, jakie obudziły w nim nienawiść do Nefilim. I tak rozpoczyna się śledztwo, w którym czynny udział biorą przede wszystkim Tessa, William i James… Dokąd zaprowadzi ich droga, którą obrali? Czy Tessa w końcu pozna prawdę o swoim pochodzeniu? Jaką tajemnicę skrywa Will Herondale? I jaką rolę w tej historii odegra czarownik Magnus Bane? 

„Mówią, że czas leczy rany, ale to nie oznacza, że znika przyczyna smutku.”

Mechaniczny Książę to druga część serii The Infernal Devices (Diabelskie Maszyny), powieści autorstwa znanej amerykańskiej pisarki, Cassandry Clare. Fanom Cassandry nie muszę przedstawiać ani autorki, ani tym bardziej charakteru dzieł przez nią tworzonych; jednakże tym osobom, które pierwszy raz spotykają się z Mechanicznym Księciem zdradzę, iż Clare jest autorką bestsellerowej serii The Mortal Instruments (Dary Anioła). Zachwytów nad dziełami Cassie nie ma końca, a liczba jej fanów stale rośnie i szczerze mówiąc zupełnie mnie to nie dziwi – choć momentami mam wrażenie, iż mogłabym autorkę udusić gołymi rękoma za to, co zgotowała i co jeszcze planuje zgotować swoim bohaterom... Przyznaję jednak, że każdą jej powieść czytam z zapartym tchem, ściśniętym gardłem i bólem serca. Czy to możliwe, by książki rodziły aż tyle emocji? 

„Jesteśmy prochem i cieniami.”

Mechaniczny Książę obfituje w zaskakujące zwroty akcji, a dynamika fabuły nie pozostawia złudzeń – przy tej lekturze nie ma mowy o nudzie. Doskonała, wnikliwa narracja pozwala odbiorcy wejść do świata Nocnych Łowców i razem z nimi przeżywać niesamowite przygody, a także wczuć się w ich rozterki, niepewności i radości, zaś humor wpleciony w dialogi bohaterów niejednokrotnie wywołuje uśmiech na ustach czytelnika. Opowieść, pomimo rozbudowanej fabuły i wielowątkowości, łączy się w spójną całość i zaskakuje dopracowaniem – nic nie jest przypadkowe, wszystkie działania prowadzą w konkretnym kierunku, a każdy, nawet najmniejszy gest ma znaczenie. Otrzymujemy klarowny obraz rzeczywistości, w której żyją Nocni Łowcy – możemy zobaczyć m.in. szalone sceny walk czy mechaniczne automaty stworzone przez Mistrza, a także poczuć emocje targające bohaterami. Kreacja postaci wydaje się wyjątkowo niepokojąca, ale i zaskakująca – Cassandra powoli odkrywa karty, przedstawiając nam przeszłość Willa i pobudki, jakie kierują jego zachowaniem. Ponadto skupia się na Jemie i wyraźnie oferuje nam wybór pomiędzy jednym a drugim chłopcem, kreując nowe spojrzenie na „trójkąt miłosny” i dając możliwość zastanowienia się nad położeniem Tessy, Willa i Jema. Tessa Gray natomiast znajduje się w centrum wydarzeń, a jej wybory i zachowania nie zawsze wydają się słuszne, choć podkreślają niewygodną, wręcz dramatyczną sytuację, w której dziewczyna się znajduje.

„- A jakiego koloru jest twoja dusza, Willu Herondale? 
- Fioletoworóżowa.” 

Cassandra Clare ma niepokojącą manię uprzykrzania życia swoim bohaterom, co zauważymy nie tylko przy lekturze serii Diabelskie Maszyny, ale także przy Darach Anioła. W Mechanicznym Księciu autorka nie przestaje nas zadziwiać, choć muszę zaznaczyć, że kilka kwestii wyjaśnia i pozwala odbiorcy uporządkować dotychczas zdobyte wiadomości. Wiemy jednak, że to dopiero cisza przed burzą – są rzeczy, które nadal pozostały zagadką i nadal czekają na odkrycie. Niestety Cassandra poddaje bohaterów takim sytuacjom, które niejednokrotnie będą ponad nasze siły – nie zabraknie więc łez (dużej ilości łez!) i nerwów. Nie zabraknie wyrzutów i niedowierzania,  złości oraz bezsilności. I nie zabraknie miłości, obezwładniającej  i szalonej, która nie pozwoli na złapanie oddechu na długo po skończonej lekturze… 

„Pragnąłem to zrobić w każdym momencie każdej godziny każdego dnia,  
odkąd cię poznałem.”

Mechaniczny Książę to niezwykle udana kontynuacja, która wyraźnie podnosi poziom Diabelskich Maszyn. Przyznaję otwarcie – sequel totalnie mnie w sobie rozkochał. Ponadto o ile w tomie pierwszym w ogóle nie czułam klimatu XIX wieku, a kreacja świata przedstawionego pozostawiała wiele do życzenia, o tyle w tomie drugim moje nieprzychylne spojrzenie zostało całkowicie zepchnięte na dalszy plan – liczyły się jedynie emocje, które wywołała we mnie opowieść. Autorka zmusza widza do przemyśleń, do postawienia się w nierzadko dramatycznej sytuacji bohaterów i do zastanowienia się nad tym, jak my byśmy postąpili, będąc w ich położeniu. Znakiem rozpoznawczym jej dzieł jest przede wszystkim maksymalna komplikacja życia postaciom, które wykreowała – w Mechanicznym Księciu otrzymamy tego absolutny popis. Jaki będzie finał? Co nas czeka w Mechanicznej Księżniczce, ostatnim tomie serii? Szczerze mówiąc boję się już samego tytułu kontynuacji! I boję się tego, co będę czuła, gdy sięgnę po finałową część trylogii... Mechaniczny Książę mnie zachwycił i wzruszył, wywołał uśmiech i rozpacz, niejednokrotnie doprowadził do łez. Dreszcz podniecenia i zachwytu nieustannie towarzyszyły mi w trakcie podróży do wiktoriańskiego Londynu i Instytutu Nocnych Łowców, a była to przygoda niezwykła, wzruszająca i zapadająca głęboko w pamięć. Dlatego też nie mogę dać Mechanicznemu Księciu innej oceny jak 6/6! Jestem całkowicie, bezsprzecznie i dokumentnie zakochana w tej historii  oraz… w Williamie Herondale! Komu polecam serię Diabelskie Maszyny? Każdemu! Bez wyjątków! Tak po prostu.

Original:
The Infernal Devices Book Two: The Clockwork Prince

Wydawca: MAG
Data wydania:  9.05.2012

Will or James? The choice is yours!


A oto i cała seria The Infernal Devices:


Moja recenzja Mechanicznego Anioła -> TU

Trailery: ten pierwszy naprawdę zdradza wiele z fabuły, ale jest świetnie zrobiony, więc w sumie polecam ;) Natomiast ten drugi strasznie przeżywam (przy scenie książkowej niejedną łzę się uroniło, oj niejedną...) ;]

14 maja 2012

"Zakochani" Lauren Kate

Co sprawia, że serce bije wam trochę szybciej?
Oto „Zakochani”, cztery nigdy wcześniej nieopublikowane opowiadania, złożone przez Lauren Kate w jedną opowieść i osadzone w średniowieczu.
„Zakochani” przedstawiają czytelnikom szeroko dyskutowane, ale nigdy dotąd nieopisane szczegółowo historie bohaterów „Upadłych”, przeplatające się z epickim romansem Luce i Daniela. Te opowiadania to „Miłość w najmniej spodziewanej chwili: walentynki Shelby i Milesa”, „Lekcje miłości: walentynki Rolanda”, „Płomienna miłość: walentynki Arriane” oraz „Niekończąca się miłość: walentynki Daniela i Lucindy”.


Walentynki w średniowiecznym  wydaniu

Miłość Daniela i Lucindy jest piękna i inspiruje innych do uwierzenia w potęgę tego uczucia. Tak właśnie stanie się z najbliższym otoczeniem śmiertelniczki i anioła: Shelby, Miles, Arriane, Roland – to oni staną się głównymi bohaterami historii, której akcja rozgrywa się w średniowieczu. Shelby właśnie powraca z Milesem do szkoły w Shoreline, kiedy odkrywają, że zamiast do czasów sobie współczesnych, trafili do wieków średnich. Aby wrócić do domu, muszą odnaleźć innego anioła, który pomoże im uformować odpowiedniego do podróży Głosiciela. Tymczasem Roland zjawia się w tym samym miejscu, co dwójka Nefilim i postanawia im pomóc, jednocześnie walcząc z własnymi wspomnieniami z tej epoki. Kolejne perypetie poprowadzą na drogę upadłego Arriane, która ma za zadanie chronić średniowieczne wcielenie Lucindy – przynajmniej dopóki nie wypełni się przeznaczenie śmiertelniczki. A gdzieś tam przebywa Daniel…

Po Zakochanych sięgnęłam w zasadzie dlatego, że lubię powieści Lauren Kate i jestem szczerze oddana serii Upadli. I choć Zakochani to tylko dodatek do historii miłości Luce i Daniela, swoisty tom 3,5 (choć fabuła rozgrywa się jakby w trakcie trwania akcji z Namiętności), składający się z czterech opowiadań połączonych ze sobą w spójną całość, byłam bardzo ciekawa wydarzeń, jakie zgotowała swoim fanom autorka na kartach tej książki. Muszę jednak przyznać, że po zakupie poczułam się niemiło zaskoczona – to wyjątkowo cieniutka książeczka z niewyobrażalnie dużą czcionką. I w dodatku,€“ po bliższym zapoznaniu się z lekturą, jest też niezwykle… prosta.

Lauren Kate powieścią Namiętność postawiła wysoko poprzeczkę swojemu ostatniemu dziełu z serii Upadli – Uniesieniu, które już wkrótce pojawi się na rynku wydawniczym. Po drodze jednak możemy poznać historię przyjaciół Daniela i Lucindy i ich osobiste historie miłosne. Niestety z przykrością stwierdzam, że o ile Namiętność szalenie mi się spodobała, o tyle Zakochani szalenie mnie rozczarowali. Co więcej – miałam wrażenie, że autorka tak po prostu usiadła do pisania i w jeden wieczór stworzyła cztery króciutkie historyjki walentynkowe, które jej wydawca zaakceptował bez porządnej korekty. Nie odnajduję potencjału w mdłej opowiastce o kilku spojrzeniach i paru pocałunkach, które zamieniają się w wielką miłość. Nie porywają mnie dzieje upadłego anioła Rolanda, stojącego po stronie Lucyfera, który nagle okazuje się być uczuciowym facetem, o jakim marzy prawie każda dziewczyna. Nawet opowieść dwójki głównych bohaterów serii Upadli w tym wydaniu brzmiała jałowo i bez polotu, choć im Lauren poświęciła najwięcej uwagi!  

Narracja trzecioosobowa pokazuje nam średniowieczną rzeczywistość, która przeplata się ze wspomnieniami bohaterów. Język jest prosty, żeby nie powiedzieć prostacki, i zupełnie nie pasuje do wyszukanego i pełnego wdzięku stylu pani Kate, który autorka zaprezentowała w poprzednich częściach serii. Akcja płynie w bliżej nieokreślonym tempie, a jest to trudne do ocenienia z prostego powodu – opisy wydarzeń są mało konkretne, w zasadzie niedopracowane, krótkie i nie wnoszące nic do fabuły – czytelnik może mieć wrażenie, że czyta fanfika nastoletniej amatorki pisarstwa. Dialogów jest naprawdę dużo i to one stanowią jedyną ruchomą część fabuły, która określa nam kolejne wydarzenia i wprowadza kolor niestety trochę blady.

Zakochani mnie zawiedli i przyznaję to z ogromnym bólem, ponieważ uwielbiam powieści Lauren Kate i z niecierpliwością oczekuję na ostatni, czwarty tom. Niemniej powyższy krótki utwór literacki wydaje mi się zbędny, nastawiony na zysk (wszak kosztuje 29 zł za trochę ponad 200 stron!) i całkowicie niedopracowany. Z całym szacunkiem dla Lauren i jej warsztatu – ta książka jest po prostu kiepska. Powiedziałabym, że nawet dramatycznie beznadziejna i jedyne, jaką ocenę mogę jej wystawić, to 3- /6, i to tylko ze względu na sentyment do Daniela. Bo tak naprawdę nawet ta ocena jest zbyt wysoka dla wypocin, które zaserwowała nam pani Kate. Jedyny plus to okładka – piękna, idealnie pasująca do wszystkich poprzednich opraw Upadłych. Szkoda tylko, że tym razem okładka nie zgrała się z treścią – jeszcze długo nie będę mogła dojść do siebie po tym okropnym rozczarowaniu!

Original: Fallen in Love
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 21.03.2012
(A chyba logicznie powinno być wydane na Walentynki!)


Na koniec dodaję moje recenzje do poprzednich części:
# 1 Upadli
# 2 Udręka 

15 listopada 2011

"Objęcia nocy" Sherrilyn Kenyon

„Talon był celtyckim wojownikiem, którego przeklęli starożytni bogowie. Po tym, jak zamordowano jego siostrę, Talon, umierając, zawarł pakt z boginią Artemidą. W zamian za możliwość dokonania zemsty na klanie, który go zdradził, oddał duszę i rozpoczął wieczną służbę jako Mroczny Łowca. Przysiągł walczyć z Daimonami i ratować pochwycone przez nie ludzkie dusze. Nigdy nie miał powodu, żeby żałować dokonanego wyboru – dopóki nie spotkał Sunshine Runningwolf. Niekonwencjonalna Sunshine powinna być dla niego idealną kobietą. Była piękna, seksowna i nie szukała stałego związku. Jednakże, im więcej czasu Talon spędzał w jej towarzystwie, tym bardziej tęsknił za marzeniami o miłości i rodzinie – marzeniami, które pochował wieki temu. A miłość do Sunshine okaże się niebezpieczna dla nich obojga – Talon ma nigdy nie zaznać spokoju i szczęścia, ponieważ jego wrogowie nieustannie szukają sposobu, żeby zniszczyć jego i wszystkich mu bliskich…”


Miłość i nienawiść oddziela naprawdę cienka granica – na pewno nie raz się o tym przekonaliście. To tak samo obezwładniające, przerażające uczucia, które pochłaniają ludzką duszę bez reszty. Lecz czy można kogoś kochać bądź nienawidzić nie posiadając duszy…?

Talon był celtyckim wojownikiem. Był, dopóki nie umarł i nie odrodził się jako Mroczny Łowca. Teraz ma za zadanie zabijać wampiry polujące na ludzkie dusze i nigdy nie okazywać emocji. W zasadzie więc jest nieznającym litości mordercą, który ukrywa się przed słońcem i mieszka w samotności głęboko na bagnach. Aż pewnego dnia poznaje tajemniczą i niezwykłą pannę.

Sunshine, jak wskazywałoby jej imię, jest pogodną młodą kobietą dobiegającą trzydziestki, zajmującą się malowaniem. Ciągle zapominalska, ciągle zamyślona i ciągle niespełniona w miłości. Kiedy spotyka Talona, sama nie może uwierzyć, że tak przystojny mężczyzna mógł zwrócić na nią uwagę. Talon też jest zaskoczony tym, jak wielkie emocje wywołuje w nim ta niepozorna panna. Ale jego życie należy do Artemidy, przysięgał jej bowiem wieczne posłuszeństwo. Czy więc zapomni o emocjach, pragnieniach i ciepłych oczach Sunshine? Czy będzie w stanie walczyć z nieznanym wrogiem, który chce nie tylko zniszczyć Mrocznych Łowców, ale także obrócić świat w perzynę…?

Drugi tom serii o Mrocznych Łowcach przyciągnął mnie nie tylko ze względu na okładkę (która wbrew pozorom podoba mi się bardzo i w końcu oddaje rzeczywisty obraz wykreowanych przez autorkę postaci), lecz także dlatego, iż tom pierwszy urzekł mnie swoim pięknem, niesamowitą namiętnością rodzącą się miedzy bohaterami i subtelnym językiem. Czy Objęcia Nocy sprostały więc moim wymaganiom? Niestety muszę ze smutkiem przyznać, że nie.

Kwestia najważniejsza - w tej opowieści nie odnalazłam żadnego bohatera, który by mnie zachwycił, choć nie mogę nie przyznać, że każda z nich to osoby pełne pasji i namiętności. Niestety Talon wydawał mi się przy tym monotematyczny i nudny, jak flaki z olejem, a Sunshine nie do końca wiarygodna. Ich historia wyglądała w miarę interesująco, przynajmniej dopóki nie wyszła na jaw tajemnica osobowości głównej bohaterki. Autorka starała się podsycać emocje między wykreowanymi postaciami, lecz co tu podsycać, kiedy wszystko, co wciągające, wydarzyło się na łamach pierwszych stu stron?

Inne postaci wydawały mi się zupełnie niedopracowane – oczywiście poza Mrocznymi Łowcami, takimi jak powracający w historii Kyrian, czy Acheron. „Złe” charaktery nie wydawały mi się złe, ba! momentami bawiły mnie dialogi pomiędzy niektórymi z nich – niby niebezpieczni, niby okrutni, a jednak zachowujący się infantylnie -  zupełnie jak dzieci.

Akcja obfitowała w przeróżne, dynamiczne wydarzenia, lecz i tu muszę przyznać, że autorka kulawo radziła sobie z kreacją tej części fabuły – w momentach szczególnego napięcia skupiała się na pojedynczych postaciach, bądź grupach osób, przez co w scenach walk miałam wrażenie, jakby reszta obecnych bohaterów po prostu stała jak kołki, podczas gdy „oko narratora” skupione jest na rozgrywce między konkretnymi osobami. Kenyon umie tworzyć sceny erotyczne, ale sceny walk tudzież batalistyczne – koszmar!

Osobiście uważam, że wszystko jest dobre jeśli ma smak. Powyższa książka została utrzymana w konwencji tomu pierwszego, lecz zbyt mocno przekoloryzowana narracja (zwłaszcza ukazująca punkt widzenia bohaterów w momencie napięcia erotycznego) sprawiła, że momentami miałam dosyć ich ciągłych „oh i ah”. Poza tym niesamowicie przewidywalna fabuła, brak zaskoczenia i całkowicie schematyczne zakończenie ostatecznie nie przekonało mnie do polubienia historii celtyckiego wojownika i młodej malarki.

Jak ocenić tę książkę? Jest to dla mnie problem, bo wciąż mam przed oczami obrazy z Rozkoszy Nocy, które po prostu uwielbiam. Przykro mi więc stwierdzić, że opowieść o Talonie zasłużyła na jedynie 3,5/6. Mam bowiem wrażenie, że pani Kenyon po prostu musiała napisać coś gorszego, by podsycić nasze oczekiwania w związku z trzecim, wydanym już w Polsce, tomem – Tańcem z diabłem. Osobiście na pewno po opowieść o Zareku sięgnę lecz… obawiam się narracji. Jak już wspominałam, kreacja „złych chłopców” wychodzi tej autorce niewystarczająco wiarygodnie…

Original: Night Embrace
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 9.02.2011

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Shadow! A dla zainteresowanych - 
RECENZJA Rozkoszy Nocy :)

26 sierpnia 2011

"Mechaniczny Anioł" Cassandra Clare

"Magia jest niebezpieczna, ale miłość jeszcze bardziej. 

Kiedy szesnastoletnia Tessa Gray pokonuje ocean, żeby odnaleźć brata, celem jej podróży jest Anglia za czasów panowania królowej Wiktorii. W londyńskim Podziemnym Świecie, w którym po ulicach przemykają wampiry, czarownicy i inne nadnaturalne istoty, czeka na nią coś strasznego. Tylko Nocni Łowcy, wojownicy ratujący świat przed demonami, mogą jej pomóc…"


W mroku przemyka cień, ledwo widoczny, silny, zwinny i szybki. Błyska ostrze. Słychać zduszony jęk, czasem okrzyk bólu, bulgoczące słowa w nieznanym języku. I pada truchło demona. Ale to nie koniec walki. Cień przemyka dalej, tropi, węszy, poszukuje. Bo takie jest jego zadanie. Nawet w eleganckich, skrojonych na miarę spodniach i eleganckiej koszuli to wciąż jest ta sama osoba. To wciąż Nocny Łowca, pogromca demonów.

Opowieść rozpoczyna się od poznania głównej bohaterki. Tessa Gray jest na pozór zwykłą dziewczyną z uboższej rodziny, która wyrusza za ocean, by odnaleźć zaginionego brata. Nie wie, że w Londynie czeka ją największy koszmar życia. Zostaje pojmana i torturowana, by w ostatecznym rozrachunku dowiedzieć się, iż jej tożsamość skrywa tajemnice. Dlatego też przetrzymywana w domu Mrocznych Sióstr, działających dla niejakiego Mistrza, ma poznać swoje możliwości. Lecz wkrótce, ku jej zaskoczeniu, na ratunek przybywa młody Nocny Łowca - William Herondale. I tak zaczyna się jej przygoda.

Tessa nie wie, kim jest William oraz jego kompani, ale postanawia im zaufać, wszak jakie ma wyjście dama w opałach? Oni zaś, pracujący nad pewnym śledztwem, zupełnie przypadkowo natrafiają na pannę Gray. I tutaj należałoby zauważyć, że od samego początku Tessę zadziwia i intryguje wspominany wcześniej chłopak. Jest tajemniczy, arogancki i oczywiście niewyobrażalnie przystojny. Ot, taka XIX-wieczna alternatywna wersja znanego nam z Darów Anioła Jace’a Waylanda. Chociaż nie… On jest gorszy od Jace’a. O wiele, wiele gorszy i do końca nie wiadomo, dlaczego.

Natomiast parabatai Willa, czyli przybrany brat i partner w walce – James (Jem), jest jego całkowitym przeciwieństwem – poczciwy, miły, lecz  cierpiący na nieznaną chorobę młodzieniec o azjatyckich korzeniach, od razu zdobywa sympatię Tessy. Lecz, choć Jem jest świetnym Nocnym Łowcą, wywołuje swą powierzchownością pewne dziwne poczucie niestabilności, którego prawdopodobnie powodem są niewyobrażalnie białe włosy okalające jego młodzieńczą twarz nastolatka.

Tak wiec wraz z pojawieniem się Nocnych Łowców, rozpoczyna się akcja książki, akcja, która trwa do samego końca i niemożliwie trzyma w napięciu. Bohaterowie stoczą nie tylko bitwy z demonami i czarownikami, ale także z własnymi słabościami i umysłami spętanymi  obawami, oraz z tajemniczym osobnikiem, którego nazywa się Mistrzem. Nie będzie łatwo, wszak to dopiero początek walki z nieznanym wrogiem.

Cassandra Clare w magiczny sposób opowiada kolejną historię – pokazuje nowy świat, a wszystko łączy ze sobą tak silnie, iż nie da się nie poczuć ducha Darów Anioła. To bowiem zwrot ku przeszłości - historia przodków bohaterów znanych nam z Nowego Jorku - Jace'a i Clary. Autorka zręcznie wplata intrygę, której się czytelnik całkowicie nie spodziewa,  a także wprowadza niepewność i zaskoczenie przy ujawnieniu tożsamości Mistrza. No i jakby nie było – tworzy postać Willa, która, jak się domyślam, jest niemałą konkurencją dla Jace'a Waylanda. I nie da się ukryć – spory o pobudki zachowania panicza Herondale’a są wciąż żywym tematem na forach internetowych i portalach społecznościowych. To całkowicie mnie nie dziwi mimo, iż czasem ma się wrażenie, jakby pani Clare na siłę chciała stworzyć postać "niegrzecznego i zarazem przystojnego chłopca". Natomiast Tessa od samego początku przypadła mi do gustu o wiele bardziej niż  znana z Darów Anioła Clary Fray.

Język utrzymany na poziomie typowym autorce, niestety niespecjalnie stylizowany na czasy wiktoriańskie. I to mi się właśnie nie spodobało. Podobnie z resztą, jak niezbyt trafne i niepełne wczucie w XIX-wieczne realia londyńskiego świata. Możliwe, że to odczucia jedynie przypadające w udziale osobom interesującym się dawnymi epokami, lecz mimo to bardzo wyraźnie dały się we znaki i zadecydowały też o ostatecznej ocenie dzieła. Myślę więc, że pani Clare dużo lepiej wychodzi pisanie o czasach współczesnych – aby pisać książki osadzone w historii, należy trochę znać tamtejszy „rejon”. Tutaj widzimy niemałe potknięcia.

Książkę oceniam na 8/10 i polecam, choć mam świadomość, że Diabelskie Maszyny nigdy nie prześcigną Darów. Niestety ogromny minus polega nie tylko na nietrafionej w realia atmosferze, lecz także na doborze okładki, która – nie ukrywajmy – zawsze staje się wizytówką dzieła. Fani na pewno wiedzą,  jakie kontrowersje wzbudzała pierwsza wersja graficzna, wszak ostatecznie oburzona była sama autorka i wydawnictwo MAG zostało zmuszone do zmiany. Czy lepiej im to wyszło? Może trochę, ale nie ukrywam, że stanowczo bardziej podoba mi się oryginalna – tam naprawdę William wygląda niesamowicie i czuć klimat – mroczny, tajemniczy, wabiący. Tutaj na siłę chciano upodobnić okładki Diabelskich Maszyn do Darów Anioła. Niestety na niekorzyść.

Na koniec tylko dodam, iż nie można się nie zgodzić, że każda kolejna powieść Cassandry to wielki przełom i fenomen w literaturze młodzieżowej. Sam okres oczekiwania na premierę nowej serii był najlepszym przykładem tego, jak wielkie odczucia towarzyszą każdej książce spod pióra Cassandry. Już wkrótce będziemy mogli podziwiać kolejną część trylogii – Mechanicznego Księcia.  Mam nadzieję, że sequel będzie równie dobry albo i lepszy od Mechanicznego Anioła. Polecam!

Na koniec polecam TRAILER Mechanicznego Anioła! A po prawo okładka drugiego tomu: The Clockwork Prince z Jamesem w roli głównej! :)

Original: The Clockwork Angel
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 20.10.2010