26 kwietnia 2016

Zawieszam bloga!


Jestem zmęczona. Naprawdę. Od miesiąca nie przeczytałam książki. Zacięłam się na drugim rozdziale Wielkiego Gatsby’ego i nie mogę ruszyć dalej. Żadna lektura mnie nie cieszy. A skoro nie czytam książek, nie mam dla Was nowych recenzji, a nie chcę zapychać bloga tagami i innymi bezsensownymi postami. Dlatego zawieszam na jakiś czas mojego bloga – aby nie umarł śmiercią tragiczną i abym ja nie zaczęła go postrzegać jak obowiązek. Muszę odpocząć, pomyśleć, zebrać trochę pomysłów. Ogarnąć się w nowym miejscu. Bo nie jest łatwo.

Mimo iż na blogu nie będą się pojawiały wpisy, nie zawieszam mojego konta na instagramie i na facebooku – zachęcam do odwiedzania obu kanałów. Na bieżąco będę dawała Wam znać, co u mnie, jakie nowe miejsca zwiedziłam i jak sobie radzę z czytelniczym kryzysem. Mam nadzieję, że to szybko minie i ponownie odnajdę radość z czytania książek i opowiadania o książkach. A przede wszystkim znajdę czas na to, by pisać na blogu i odwiedzać inne blogi. Oczywiście nie zapominam o Was – obserwuję wielu blogerów i czytelników zarówno na fb, jak i na instagramie, i wciąż będę miała na Was oko ;) 

Mam nadzieję, że mimo mojej nieobecności nie zapomnicie o Tirindeth’s i będę miała do kogo wrócić z nową odsłoną bloga. Bo wrócę na pewno! Taką mam nadzieję. Zatem proszę, trzymajcie kciuki za mój szybki powrót i pamiętajcie – prowadzenie bloga to ma być przyjemność. Dlatego ja muszę ją ponownie odnaleźć, by móc dla Was pisać. Do przeczytania za jakiś czas!

16 kwietnia 2016

CYKL: Niezrecenzowane, odcinek 9

Zapraszam Was na kolejny, tym razem dziewiąty wpis w ramach mojego autorskiego cyklu. „Niezrecenzowane” to przemyślenia na temat książek lub filmów, których nie jestem w stanie zrecenzować w tradycyjny sposób. To luźne notki nie tylko o tych dziełach, na które szkoda strzępić języka (tudzież klawiatury), ale także o dziełach, które zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że nie umiem napisać na ich temat sensownej, pełnej recenzji. Mam nadzieję, że taka forma dzielenia się wrażeniami z lektury lub seansu filmowego przypadnie Wam do gustu ;)

Odcinek 9
Jeden dzień z panem Julesem
Diane Broeckhoven

Poranek zaczyna się niewinnie, od zapachu kawy, który jak zwykle towarzyszy Alice w drodze z sypialni do kuchni. Dopiero tam odkrywa, że nagle została wdową. Aby móc w spokoju pożegnać się z mężem, ukrywa fakt jego śmierci. Pragnie spędzić z nim jeszcze jeden dzień, by podzielić się wszystkimi niewypowiedzianymi myślami i uczuciami, które kryła w sobie przez długie lata. W tym niezwykłym dniu towarzyszy jej autystyczny chłopiec, dla którego śmierć Pana Julesa oznacza nagły koniec codziennych, nadających rytm jego dobie rozgrywek szachowych. Jeden dzień z Panem Julesem to ciepła, poetycka i poruszająca opowieść o stracie, przemijaniu, ale także o miłości i nadziei.


Dostałam tę króciutką książeczkę na targach książki – nie pamiętam nawet, których. Ktoś mi jakiś czas później powiedział, że to niezwykle wzruszająca historia, bardzo smutna i zmuszająca do refleksji. Pomyślałam więc, że chyba warto dać tej opowieści szansę – lektura przeleżała w moich zbiorach dobre dwa, może trzy lata, nim zdecydowałam się po nią sięgnąć. I wiecie co? Totalna klapa! Masakra! Męczyłam te 70 stron, jakby to była wielka cegła. Zastanawiałam się, czy sobie tej historii zwyczajnie nie odpuścić, ale cały czas liczyłam na to, że finał będzie zaskakujący, że w końcu doświadczę tych emocji, o których słyszałam. Nic z tego! Opowieść się skończyła, a ja miałam ochotę podrzeć tę książkę na drobne kawałeczki. Strata czasu. Czemu? Głównymi bohaterami jest starsze małżeństwo. Pewnego dnia Alice odkrywa, że jej mąż, tytułowy Jules, umarł nad ranem na kanapie. Kobieta postanawia jednak ukryć ten fakt przed światem, by móc spędzić ze swoim mężem jeszcze jeden normalny dzień. To ma być dzień jej oczyszczenia – powie mu o wszystkim, co ją gryzło przez te lata, a jednocześnie przygotuje się na zmiany, jakie teraz nastąpią w jej poukładanym życiu. W sumie fabuła naprawdę obiecywała morze łez i wzruszeń, ale otrzymałam tylko niekończącą się nudę. Bohaterka nie była autentyczna, zachowywała się naprawdę dziwnie, brakowało mi w jej chłodnej narracji głębszych uczuć, jakiejś iskry. Jako człowiek nie wywołała również we mnie żadnych ciepłych uczuć, co dodatkowo utrudniało wczucie się w opowieść. Historie takie jak ta muszą być bardzo wzruszające – o to przecież chodzi, o pożegnanie, oczyszczenie, przemyślenia. Niestety nie w tej książce. Poza poprawnym językiem nie odnajduję w Jednym dniu z panem Julesem niczego wartego uwagi. Odradzam.

13 kwietnia 2016

Wiosenny Tag Książkowy


Od czasu do czasu na blogu potrzebny jest przerywnik, więc dziś Waszej uwadze polecam ten oto Wiosenny Tag Książkowy. A więc:

Bocian – czyli książka, do której co rok wracasz:

Szczerze mówiąc nie ma takiej książki. Mogłabym napisać, że Harry Potter, ale nie wracam do tej serii równo co rok, lecz wtedy, gdy najdzie mnie chęć na wycieczkę do Hogwartu ;)

Przebiśnieg – czyli książka, którą przeczytasz jako pierwszą w wiosnę:

Wiosna już trwa i chyba pierwszą książką tej wiosny był Mamifest, który już zrecenzowałam (TUTAJ). Natomiast teraz czytam Wielkiego Gatsbiego.

Marzanna – czyli książka rozczarowanie, którą z chęcią byś utopiła:

Kilka takich książek się znajdzie, ale w tym momencie do głowy przychodzi mi Jestem Numerem Cztery – może dlatego, że kupiłam tę książkę ze względu na film, w którym zagrał Alex Pettyfer (kiedyś to była moja wielka miłość), a tu zarówno książka, jak i adaptacja okazały się totalną klapą.

Motyl – czyli nowoodkryty autor, którego pokochałaś:

Cecelia Ahern. Mam za sobą dopiero trzy jej powieści, a już wiem, że ją kocham. Ta kobieta pisze książki jakby stworzone dla mnie. Na pewno sięgnę po resztę jej dzieł!

Krokus – czyli niesamowicie piękna i wyjątkowa książka:

Oj takich lektur mogłabym wymienić kilka, ale zdecyduję się na jedną: Po Tamtej Stronie Ciebie I Mnie (recenzja TUTAJ) – książka, która była dla mnie objawieniem. Zupełnie nie spodziewałam się tak niesamowitej fabuły i tak pięknej opowieści. Do dziś jestem pod wielkim wrażeniem i wszystkim serdecznie ten tytuł polecam.

Zawilec – czyli książka, którą spotykasz wszędzie:

Dziewczyna z pociągu – wszyscy o niej mówią, chyba już każdy przeczytał, a ja wciąż mam ten tytuł w bardzo dalekich planach. No i książki Remigiusza Mroza – ostatnio każdy go czyta, tylko nie ja! 

Cudowne skowronki – czyli osoby które nominuję do wykonania tego tagu:

Nie chcę na kimś wymuszać wzięcia udziału w tej zabawie, więc nominuję każdego, komu się wiosenny tag podoba ;)

10 kwietnia 2016

"Mamifest" Linda Green

„Nawet grupka pracujących mam może zmienić świat, jeśli odpowiednio się do tego zabierze!

Bohaterkami powieści są Sam, Anny i Jackie. Każda z pań ma problem, którym, jej zdaniem, obecnie rządzący nie chcą bądź nie potrafią się zająć. Syn Sam cierpi na rdzeniowy zanik mięśni. Anna, pedagog szkolna, czuje się bezradna, gdy jej nastoletnia córka pada ofiarą prześladowań w szkole. Matka Jackie cierpi na chorobę Alzheimera, a sama Jackie od lat bezskutecznie próbuje zajść w ciążę. Kobiety postanawiają poprawić sytuację nie tylko swoją, lecz także innych kobiet borykających się z podobnymi problemami. Okazuje się, że aby to zrobić, nie trzeba być w parlamencie; wystarczy rozpocząć od zmian na własnym podwórku.”


Trzy mamy – Sam, Anna i Jackie – zrobią wszystko dla swoich pociech. Kiedy pewnego dnia dowiadują się, że kobieta przeprowadzająca dzieci przez ulicę przed szkołą ma zostać zwolniona, nie wahają się zawalczyć o bezpieczeństwo uczniów. We trójkę organizują kampanię, nagłaśniają sprawę i wkrótce odkrywają, jak wiele potrafią razem zdziałać. A to dopiero początek ich wspólnej przygody – przekonane do pewnego szalonego pomysłu postanawiają spróbować swoich sił w… polityce. 

Mamifest to moje drugie spotkanie z prozą Lindy Green. Po fenomenalnej powieści I wtedy to się stało nie miałam najmniejszym obaw przed sięgnięciem po kolejną książkę autorki. I się nie zawiodłam, choć nie ukrywam, że Mamifest nie poruszył mnie tak bardzo, jak wspomniana wyżej lektura. 

Mamifest ma przede wszystkim bardzo społeczny wydźwięk. Dotyczy problemów zwykłego człowieka i tego, z czym muszą się zmagać na co dzień zapracowane matki. Każda z bohaterek ma inną historię do opowiedzenia, każda z nich jest narratorką i obserwatorką rzeczywistości, w której żyje. I każda wnosi do historii coś ważnego. Niestety mimo tego, iż rozdziały naprzemiennie zostały przedstawione z punktów widzenia trzech kobiet, nie potrafiłam doszukać się w ich sposobie wypowiedzi indywidualnych cech charakteru. Owszem, każda z nich ma swoje życie i odrębne doświadczenia, niemniej uważam, że Lindzie Green nie udało się tak zróżnicować narracji, by oddawała charakter wykreowanych postaci. O wiele lepiej sytuacja wygląda przy postaciach dzieci – te otrzymały indywidualne cechy, stając się mocnymi punktami historii.

Powieść Lindy Green promowana jest m.in. hasłem „Jeśli potrafisz być dobrą mamą, będziesz umiała rządzić całym krajem”. I wiecie co? Jest w tym sporo prawdy! Bycie matką to nie tylko praca 24 na dobę i 7 dni w tygodniu, ale to całkowita, totalna zmiana życia i priorytetów. Dla oddanej matki całe życie kręci się wokół dzieci i nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. I to właśnie pokazała Linda – wykreowała postaci trzech kobiet, które zrobią naprawdę wszystko dla swoich pociech. Mamifest to dobra książka – momentami zabawna, momentami poważna, trochę refleksyjna, ale nie przytłaczająca problemami, z odrobiną radosnych chwil, a także dramatem, który chwyta za serce. Przy prozie Lindy Green odbiorca śmieje się przez łzy, a po skończonej lekturze ma ochotę na przygodę z kolejną książką autorki. Polecam!

Original: The Mummyfesto
Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 23.09.2015
Ilość stron: 400
Przeł. Grażyna Woźniak
Moja ocena: 4+/6

Za możliwość poznania lektury dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

07 kwietnia 2016

"Bóg nigdy nie mruga" Regina Brett

„Pięćdziesiąt wskazówek. Pięćdziesiąt lekcji, w których autorka przeplata własne przeżycia z doświadczeniami ludzi spotkanych na swojej krętej drodze; przywołuje ważne dla siebie postaci, znaczące książki i filmy, inspirujące modlitwy i wypisy z lektur; przypomina o sile psalmów 
i prostych sentencji.

Felietony Reginy Brett docenili i pokochali czytelnicy na całym świecie. Przyklejano je na lodówkach, rozsyłano w e-mailach do bliskich. Tematy lekcji, których udzieliło autorce życie, cytowano na tysiącach blogów i przedrukowywano w gazetach. 

Książka, którą trzymasz w ręce, stanie się bliska każdemu, kto kiedykolwiek znalazł się na życiowym zakręcie oraz wszystkim szukającym inspiracji. Niech każda z pięćdziesięciu lekcji będzie manifestem – jak bohaterka jednego z esejów, pewna sportowa czapka z prostym hasłem: „Życie jest dobre”. Bo takie jest. Naprawdę.”


Przez długi czas opierałam się książkom Reginy Brett. To ciągłe odnoszenie się do Boga trochę mnie denerwowało i byłam przekonana, że autorka tworzy lektury tylko dla konkretnego odbiorcy – bardzo wierzących osób. Ale później przeczytałam na jednym z zaprzyjaźnionych blogów tak dobrą opinię o dziełach autorki, że od razu postanowiłam dać jej szansę. Bóg nigdy nie mruga to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Brett i już teraz mogę Wam obiecać, że na pewno nie ostatnie.

Regina Brett przeszła bardzo wiele w swoim życiu. W młodym wieku została matką, długo starała się o wymarzoną pracę, zmagała się z trudami codzienności i samotnym wychowaniem dziecka, aż w końcu z ciężką chorobą. O tym i wielu innych swoich problemach autorka napisała we wstępie do Bóg nigdy nie mruga – jej pierwszej książki będącej zbiorem felietonów, które publikowała w gazecie. Historia jej życia pozwala odbiorcy lepiej przygotować się do tego, co odnajdzie w lekturze. A będzie to kolejno 50 różnych lekcji niosących pocieszenie i dających dobre rady na trudny okres w naszym życiu. Niektóre z nich wydają się banalne, inne odrobinę zbyt wydumane, a jeszcze inne skierowane do bardzo religijnych czytelników. Okazuje się jednak, że w każdej z tych lekcji można odnaleźć coś dla siebie, bez względu na wiek, pozycję społeczną czy wiarę.

Pewnych książek się nie recenzuje. Mam wrażenie, że Bóg nigdy nie mruga to właśnie jedna z tych lektur. Bo jak ocenić felietony, które tworzą dosyć nietypowy poradnik? W jakiej skali należałoby rozpatrywać tak życiowe i osobiste przemyślenia, jakie serwuje nam autorka? Czy mam prawo ocenić jej wiarę i wpływ tego, co napisała, na innych ludzi? Nie da się. I szczerze mówiąc chyba nikt z nas nie ma prawa tego ocenić. Pod względem literackim nie mam żadnych zastrzeżeń – teksty Reginy są lekkie, przyjemne i czyta się je niezwykle szybko. Może momentami pojawia się zbyt wiele odniesień do Boga (autorka obiecuje we wstępie, że jej książki może czytać każdy, bez względu na wiarę i poglądy, a jednak wydaje mi się, że zatwardziałego ateistę niektóre lekcje mogłyby zirytować), to jednak doceniam przesłanie i nie ukrywam, że pani Brett zainspirowała mnie do zmiany pewnych rzeczy w moim życiu. I co więcej, przekonała mnie, bym sięgnęła po inne jej książki. Komu mogę polecić Bóg nigdy nie mruga? Każdemu, kto poszukuje inspiracji. 

Original: God Never Blinks
Wydawca: Insignis
Data wydania: 2012
Ilość stron: 320
Przeł. Olga Siara