07 września 2012

"Wejście w zbrodnię" Jill Hathaway

WEJŚĆ NIEPOSTRZEŻENIE W PSYCHIKĘ MORDERCY. NIEMAL STAĆ SIĘ NIM.... A POTEM?

Nastoletnią Sylvię Bell od rówieśniczek odróżniają nie tylko ufarbowane na różowo włosy. Od jakiegoś czasu cierpi na dziwną przypadłość. Zdarza się jej nieoczekiwanie, w najróżniejszych okolicznościach, zapadać w głęboki sen. Otoczenie widzi w tym narkolepsję, jednak za krótkotrwałymi utratami przytomności kryje się coś więcej. W ich czasie dziewczyna wnika w umysły innych osób, na krótko stając się niewidzialnym świadkiem ich poczynań. Podczas bytności w cudzej skórze zdarza jej się odkrywać zupełnie nowe oblicza znajomych i ich ponure sekrety. Wreszcie nadchodzi najdramatyczniejsza z dotychczasowych wizji. Pewnej październikowej nocy Sylvia staje się niemym, bezsilnym świadkiem morderstwa. Oprócz samego mordercy, jedynie ona zna tajemnicę, ale czy może ją komuś powierzyć, czy może się nią z kimś podzielić?”


Sylvia, z pozoru zwyczajna nastolatka, cierpi na rzadką przypadłość – narkolepsję, w wyniku której zdarza jej się nieoczekiwanie stracić przytomność (wówczas ani miejsce ani czas nie grają roli). Nikt jednak nie wie, że w czasie tych omdleń dziewczyna potrafi wniknąć w ciało osoby, której rzecz dotknęła. Bohaterkę poznajemy w dniu, gdy zdarza się coś strasznego – jedna z przyjaciółek jej siostry zostaje zamordowana. Wszyscy są przekonani, że nastolatka popełniła samobójstwo, jednak Sylvia zna prawdę – całkowicie przypadkowo wniknęła tego wieczoru w umysł mordercy i widziała chwilę, w której umarła jej koleżanka. Czy teraz Sylvia jest w niebezpieczeństwie? Czy morderca odkryje, że dziewczyna zna prawdę o zbrodni? I najważniejsze kim jest człowiek, który z zimną krwią zabił niewinną uczennicę?

Po powieść Jill Hathaway sięgnęłam w zasadzie przypadkowo, bowiem nie jestem entuzjastką kryminałów. Coś jednak w opisie tej publikacji mnie zaintrygowało i postanowiłam zapoznać się bliżej z debiutancką książką Jill. Młoda dziewczyna posiadająca niezwykły dar wnikania w umysły innych ludzi? Morderstwo widziane oczami nastolatki? Wątek romansowy w tle? Tak, pomyślałam, to coś dla mnie!

Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównej bohaterki została napisana w czasie teraźniejszym, co znacznie dynamizuje utwór. Młoda dziewczyna przedstawia nam historię swojej dziwnej przypadłości, jaką jest narkolepsja (przyznaję – pierwszy raz zetknęłam się z tą chorobą!), prezentuje swoją rodzinę oraz przyjaciół ze szkoły, opowiada o swojej przeszłości, utracie bliskiej osoby i własnych słabościach, a jednocześnie bardzo zgrabnie nakreśla sylwetki innych bohaterów. Stosunkowo prosty i sugestywny język dostosowano do młodego odbiorcy, choć nie wykluczam, że powieść spodoba się osobom w różnym wieku – autorka ma niezwykły dar tworzenia bardzo realistycznych scen za pomocą stosunkowo niewielkiej ilości tekstu, dzięki czemu czytelnik z łatwością odnajduje się w wydarzeniach.

Zagadka kryminalna niespodziewanie okazała się bardzo ożywczym przeżyciem. Jak już wspomniałam, nie czytuję kryminałów, dlatego też Wejście w zbrodnię było dla mnie tak naprawdę eksperymentem czy przekonam się do tego rodzaju literatury? Czy powieść wywoła we mnie emocje? Okazało się, że książka Jill nie tylko mnie zaintrygowała, ale i wciągnęła! Nim się obejrzałam, czytałam ostatnią stronę powieści, zdumiona finałem i rozwiązaniem tajemnic, jakie spiętrzyły się przed główną bohaterką. Co więcej, miałam na oku całkowicie innego podejrzanego, dlatego też odkrycie tożsamości mordercy wywołało we mnie ogromne zaskoczenie! Ów emocje najpewniej są wynikiem gry, jaką prowadzi autorka z czytelnikiem,  gdy subtelnie podsuwa widzowi różne poszlaki, jednocześnie zmuszając go do wzięcia udziału w śledztwie i odkrywaniu wszystkich tajemnic związanych ze zbrodniarzem. 

„Ale śmierć wcale nie jest stratą. To jest coś, co zyskujesz. Śmierć zawsze jest tuż obok, szepcze ci do ucha. Mieszka między twoimi palcami. We wspomnieniach. We wszystkim, co myślisz, mówisz, czujesz i o czym marzysz. Jest ciągle obecna. Żadne słowa nie sprawią, że śmierć stanie się znośna. Jest tym, czym jest.” *

Wejście w zbrodnię mnie zaskoczyło – to kawał porządnej lektury z dreszczykiem. Zaskakujące zwroty akcji, zagadki do rozwiązania i nietypowa przypadłość głównej bohaterki to silne atuty tej powieści. Ale to nie koniec – jest także wątek romantyczny, który czai się w pobliżu, co jakiś czas dając o sobie znać, a jego subtelność wzmaga w czytelniku głód historii. Przyznaję, że początkowo powieść Jill Hathaway porównywałam trochę  z dziełem Ukryte Kimberly Derting – obie książki mają nieco podobny klimat. W Wejściu w zbrodnię jednak wątek paranormalny, objawiający się „wchodzeniem” bohaterki w umysły innych ludzi, nie jest motywem dominującym, jak w przypadku bohaterki Ukrytych. Zatem czy polecam debiut Jill? Z całą odpowiedzialnością tak – to idealna powieść dla osób spragnionych tajemnic, dreszczyku emocji i delikatnie zarysowanej, nastoletniej miłości. Względnie niewielka objętościowo książka zawiera w sobie wiele treści, które zaskakują i przyciągają czytelnika, wywołując najróżniejsze emocje. A to zawsze uznaję za istotną cechę dobrej lektury, dlatego Wejście w zbrodnię otrzymuje w pełni zasłużoną ocenę 5+/6. Czekam niecierpliwie na kontynuację w sequelu zatytułowanym Impostor!**
 
Original: Slide
Wydawnictwo: Bellona
Data wydania: 19.07.2012
Stron:  294
* cytat z książki
** informacje na temat Impostor - KLIK


Za książkę serdecznie dziękuje Patrykowi i Wydawnictwu Bellona :)


  Interesująca zapowiedź: 

04 września 2012

"Przebiegła i niewinna" Shirlee Busbee

"KOLEJNA, DOSKONAŁA POWIEŚĆ BESTSELLEROWEJ AUTORKI AMERYKAŃSKIEJ!

NAKŁAD JEJ KSIĄŻEK PRZEKROCZYŁ JUŻ 9 MILIONÓW EGZEMPLARZY!

Bardzo zręcznie napisana powieść sensacyjna, o wartkiej akcji, pełnej nieoczekiwanych zwrotów, jedno zdarzenie goni drugie. Silnie zaznaczony jest też wątek romansowy, ze śmiałymi scenami erotycznymi. Godne odnotowania jest również poczucie humoru autorki, przejawiające się w dowcipnych dialogach, stosunku autorki do jej bohaterów i opisywanych zdarzeń."


Asher Cordell wciąż sobie powtarza, że to będzie jego ostatni skok. Później osiądzie w swoim majątku i porzuci niebezpieczne, jakże pociągające życie hazardzisty oraz złodzieja, by stać się spokojnym właścicielem ziemskim. Nim jednak wcieli swój plan w życie, musi zrobić coś jeszcze – ukraść pewną błyskotkę znienawidzonemu markizowi Ormsby, który niegdyś wyrządził krzywdę babce Ashera. Wszystko jest doskonale zaplanowane i mężczyzna wierzy, że akcja się powiedzie. Kiedy jednak zakrada się do majątku markiza, ktoś go zaskakuje – a tą osobą jest nie kto inny, jak jego przyjaciółka z lat młodości, Juliana. Czyżby i ona szukała czegoś w domu Ormsby'ego? To niespodziewane spotkanie nie tylko zmieni plany mężczyzny, ale także wywróci jego życie do góry nogami...

Przebiegła i niewinna to kontynuacja serii Shirlee Busbee, w polskim wydaniu zapoczątkowana Uległą i posłuszną. Poprzedni tom bardzo mi się spodobał, bowiem Shirlee nie tylko zgrabnie przedstawia realia XIX-wiecznego życia angielskiej arystokracji, ubierając powieść w elegancki, wyważony język, ale przede wszystkim tworzy wspaniałe sylwetki pełnowymiarowych bohaterów. Zatem gdy tylko otrzymałam drugą część jej powieści, natychmiast zatopiłam się w lekturze!

Tym razem głównym bohaterem powieści jest Asher Cordell, natomiast piękna Juliana odgrywa bardziej rolę dodatku, dzięki któremu otrzymujemy zgrabny wątek miłosny wpleciony w wielką, szaloną intrygę. Autorka przede wszystkim skupia się na tajemnicy, która otacza Ashera i jego bliskich oraz na cichej walce pomiędzy nim a niebezpiecznym markizem Ormsby'm, którego działania są motorem napędowym wszelkich wydarzeń. Narracja z punktu widzenia obserwatora wszechwiedzącego ukazuje emocje i myśli każdego bohatera – nie tylko Ashera i Juliany, ale także postaci pobocznych. Pojawiają się także bohaterowie z poprzedniej części, bowiem oba tomy są ze sobą powiązane osobą Ashera, który w Uległej i posłusznej odegrał, można rzec, dosyć znaczącą rolę.

Muszę przyznać, że wątek kryminalny jest interesujący i na pewno pomysłowy, ale niestety nie na tyle tajemniczy, by czytelnik nie domyślił się wszystkiego na długo przed finałem. Autorka zręcznie operuje słowem, podrzucając nam co rusz jakąś podpowiedź, a przy tym wciąga coraz głębiej w historię. W zasadzie Przebiegła i niewinna to przede wszystkim powieść kryminalna, osadzona w XIX wieku. Wątek romansowy oczywiście się pojawia, ale w odróżnieniu od Uległej i posłusznej, tu sytuacja pomiędzy bohaterami bardzo szybko się klaruje, przez co czytelnik ma wrażenie, jakby napięcie uleciało gdzieś w połowie książki. W dodatku, o ile Asher może uchodzić za bohatera niezwykle intrygującego i zagadkowego, o tyle Juliana nie wzbudza głębszych uczuć – jak wspomniałam, wydaje się być tylko uzupełnieniem.

Tak naprawdę Przebiegła i niewinna jest czwartą częścią serii Becomes her – dwa pierwsze tomy nie zostały jeszcze wydane w Polsce. Stwierdzam jednak śmiało, iż powieści Shirlee można czytać niezależnie – każda z jej książek jest tak skonstruowana, że nieznajomość poprzedniego tomu w żadnym wypadku nie utrudnia zrozumienia rozgrywających się wydarzeń. Niestety osoby, które pragną sięgnąć po tę serię, przestrzegam przed zaznajomieniem się z opisami wydawcy, gdyż – co tu dużo ukrywać – zdradzają prawie całą fabułę. Oprawa powieści przykuwa spojrzenie, choć nie wiąże się z epoką, w której rzecz się dzieje. Czy polecam powieść pani Busbee? Oczywiście! Jeśli szukacie lekkiej historii rozgrywającej się 200 lat temu w eleganckim świecie angielskiej arystokracji, okraszonej kryminalnymi zagadkami i szczyptą erotycznych doznań, to Przebiegła i niewinna będzie idealną na tę okazję lekturą! Osobiście muszę przyznać, że poprzednia część podobała mi się nieco bardziej, niemniej sequel dostaje ode mnie ocenę 4/6, a ja niecierpliwie czekam na trzecią część – Waleczną i kruchą

Original: Passion Becomes Her
Wydawnictwo: Bellona
Data wydania: 9.08.2012

Za książkę dziękuję Patrykowi i Wydawnictwu Bellona :)

Cała seria Becomes Her:

Becomes Her #1: Scandal Becomes Her 
Becomes Her #2: Seduction Becomes Her 
Becomes Her #3: Surrender Becomes Her - Uległa i posłuszna (RECENZJA)
Becomes Her #4: Passion Becomes Her - Przebiegła i niewinna
Becomes Her #5: Rapture Becomes Her 
Becomes Her #6: Desire Becomes Her 

02 września 2012

"Burza" Julie Cross

Rok 2009. Dziewiętnastoletni Jackson Meyer jest zwyczajnym nastolatkiem, studiuje, ma dziewczynę… i potrafi podróżować w czasie. Lecz ta umiejętność nie ma nic wspólnego z tym, co ogląda się w filmach – jego skoki nie zmieniają teraźniejszości ani nie powodują żadnych zakłóceń w Kosmosie.
Nadchodzi jednak dzień, gdy nieznajomi mężczyźni napadają na Jacksona i jego ukochaną Holly, a podczas brutalnej szarpaniny dziewczyna zostaje poważnie ranna. Przerażony i spanikowany Jackson cofa się do roku 2007, lecz ten skok okazuje się inny niż wszystkie. Chłopak zostaje uwięziony w przeszłości.
Jackson, chcąc uratować Holly, nie ustaje w rozpaczliwych próbach odnalezienia drogi powrotnej do swojego czasu, lecz po serii niepowodzeń godzi się z losem i postanawia dowiedzieć się więcej o swoich umiejętnościach. Jednak ludzie, którzy strzelali do Holly w roku 2009, depczą mu po piętach. Wrogowie Czasu nie cofną się przed niczym, aby wcielić młodego podróżnika w swoje szeregi. Przystąpi do nich albo zginie.”



Mamy rok 2009. Jackson Meyer na pierwszy rzut oka jest zwyczajnym nastolatkiem z bogatego domu, jednak pod pozorem normalności ukrywa swoje zaskakujące umiejętności – potrafi podróżować w czasie. Jego tzw. „skoki” nie zmieniają przeszłości, niemniej Jackson nie ustaje w poszukiwaniu odpowiedzi na wiele nurtujących go pytań, a pomaga mu w tym przyjaciel – Adam. Niespodziewanie nadchodzi najgorszy dzień w życiu nastolatka – jego dziewczyna zostaje postrzelona przez dwóch obcych mężczyzn, którzy najwyraźniej znają tajemnicę Meyera. Chłopak, spanikowany widokiem umierającej dziewczyny, mimowolnie przenosi się w czasie. I odkrywa, że utknął w roku 2007. Czy jest szansa, że wróci do swojej „bazy” i uda mu się uratować Holly? Próbując odnaleźć drogę „z powrotem”, Jackson powoli odkrywa tajemnice z przeszłości i swojej tożsamości. I już wie, że został wciągnięty w poważne tarapaty...

Dzisiaj: Jackson i Holly są w sobie zakochani
Jutro: ona będzie umierać w jego ramionach
Wczoraj: on musi temu zapobiec” *

Przyznaję, że powyższy fragment opisu z okładki wystarczył, bym zechciała sięgnąć po debiutancką powieść Julie Cross – Burza. Poza tym podróże w czasie stały się ostatnio bardzo modne i coraz więcej powieści traktuje o ludziach obdarzonych mocą wędrowania poprzez historię – o ludziach posiadających cudowny gen przenoszenia się w dowolny moment i miejsce na świecie. Przyznaję – nie pogardziłabym takim darem. Któż z nas nie chciałby zmienić czegoś w swoim życiu? Kto z nas nie marzył na przykład o naprawieniu błędów młodości? Historia Jacksona pokazuje jednak, że zmienianie historii nie jest takie łatwe. I na pewno nie jest też bezbolesne.

Pierwsza rzecz, o której muszę wspomnieć, to język powieści – prosty i dostosowany do odbiorców (którymi z założenia mają być nastolatkowie), a także wiarygodny dla narracji pierwszoosobowej prowadzonej przez głównego bohatera. Jackson przejrzyście i otwarcie opowiada o tym, co go spotkało, jakie są jego obawy oraz przeczucia, a czytelnik dzięki temu zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i razem z dziewiętnastolatkiem stara się odkryć tajemnicę jego przeszłości. Akcja powieści w zasadzie od pierwszej strony nie pozwala nam nawet na chwilę odpoczynku – zostajemy wciągnięci w szaloną pogoń poprzez miejsce i czas, w której ważą się losy nie tylko umierającej Holly, ale także – co nas chyba nie zaskoczy – całego świata. Otrzymujemy solidną dawkę adrenaliny, gdy nasz bohater wpada w kolejne tarapaty, a jednocześnie niecierpliwie wypatrujemy finału i rozwiązania wszystkich zagadek, jakie piętrzą się przed nami i Jacksonem.

Wydaje się, jakbyś miał jakieś inne życie, a ja nie mogłabym być jego częścią.” **
 
Kreacja bohaterów jest interesująca, ale nie sprawia, że wykreowane przez Julię postaci zapadają w pamięć. Jackson nie był mi co prawda obojętny i z zaciekawieniem obserwowałam jego przygody, lecz na pewno nie jest to osoba, o której będę myślała w przyszłości i zastanawiała się nad jego kolejnymi perypetiami. Niemniej przyznaję to dobra postać posiadająca zarówno wady jak i zalety, bardzo ludzka i bardzo podobna do nas samych: targające nim niepewności oraz strach niewątpliwie mogą udzielić się także nam, jego towarzyszom podróży. Co do Holly – początkowo miałam wrażenie, że to jedna z tych pustych blond ślicznotek, których nie da się lubić (naprawdę innego imienia nie mogła otrzymać?!), ale później poczułam się mile zaskoczona, gdy moje przypuszczenia okazały się błędne. Oboje to typowi nastolatkowie z nastoletnimi problemami.

Ciekawa jest nasza polska oprawa – dynamiczna i ściśle związana z fabułą, choć nie tak trafna, jak zagraniczna (amerykańska?) okładka, która mnie po prostu oczarowała – postać dwójki młodych ludzi, którzy próbują dosięgnąć swoich dłoni w locie to kwintesencja tej powieści – pragnienie Jacksona, by Holly była bezpieczna jest tu tak namacalne... I myślę, że właśnie to uczucie głównego bohatera (które swoją drogą początkowo wydawało mi się trochę płaskie), nabiera nowego znaczenia i niewątpliwie podnosi poziom historii. Nie ma bowiem nic piękniejszego, niż poświęcenie w imię prawdziwej miłości, czyż nie?

Przyznaję otwarcie – byłam przygotowana na coś innego, lecz ciężko jest mi skonkretyzować, czego konkretnie oczekiwałam od tej książki. Do połowy lektury czułam coś pomiędzy ciekawością a znudzeniem – Jackson niczym mnie nie ujął w pierwszych rozdziałach powieści, a jego działania wydawały mi się pustymi gestami. Nie wiem, w którym momencie historia mnie wciągnęła, a ja powoli zaczęła zmieniać zdanie o bohaterze i sytuacji, w której się znalazł. Choć spodziewałam się czegoś zgoła odmiennego, nie mogłabym powiedzieć, że książka jest zła – to byłoby niewybaczalne kłamstwo! Dzieło Julie Cross to powieść sensacyjna z elementami fantastycznymi i szaloną, młodzieńczą miłością, która – wbrew wszystkiemu – staje się motorem napędowym działań głównego bohatera. To mocna, pełna zaskakujących zwrotów akcji historia o chłopaku, który dla swojej dziewczyny zrobi naprawdę wiele (a może nawet wszystko). I choć zakończenie zupełnie mi się nie podobało (było do bólu przewidywalne), to cieszę się, że poznałam debiut Julie Cross i z zaciekawieniem oczekuję na kontynuację – Vortex. Daję książce ocenę 4+/6 i polecam ją nie tylko romantycznym duszyczkom, ale także fanom podróży w czasie oraz szalonych pogoni w iście hollywoodzkim stylu!

Recenzję dedykuję najdroższej Sol – z całego serca dziękuję Ci za tę powieść!

Original: Tempest
Wydawnictwo: Bukowy Las
Data wydania: 13.06.2012
*,** cytaty z okładki / książki

I trailery :)

Oraz zagraniczna okładka do drugiej części:

01 września 2012

"Pocałunki wampira. Miłość po grób" Ellen Schreiber

Dwóch tajemniczych chłopaków. Poważne podejrzenia. I pierwsza, niebezpieczna miłość. 
 
Raven nie potrafi się pogodzić z odejściem Alexandra. Pragnie go odnaleźć za wszelką cenę. Niespodziewanie na jej drodze staje Jagger – dziwny, mroczny i bardzo pociągający. Czyżby tym razem spotkała prawdziwego wampira? I gdzie się podziewa jej ukochany?
Miłość bywa pokrętna – zwłaszcza taka, która ożywa dopiero po zmierzchu…”


Raven, szaleńczo zakochana w tajemniczym Alexandrze gotka, jest zdesperowana, gdy nagle jej ukochany znika z miasteczka, nie pozostawiając po sobie żadnych wiadomości. Nastolatka okłamuje rodzinę, nie chcąc przyznać się do tego, że chłopak ją zostawił, a jednocześnie zdaje sobie sprawę, iż nie zrezygnuje z niego – będzie musiała go odnaleźć i sprowadzić z powrotem do domu! Kiedy więc niespodziewanie natrafia na ślad obecności Alexandra w mieście, gdzie mieszka jej ciocia, dziewczyna od razu postanawia tam pojechać i – jeśli będzie taka potrzeba – przeszukać każde możliwe miejsce, by odzyskać ukochanego. Nie wie jednak, że spotka kogoś, kto może zmienić całe jej życie. Na zawsze.

Po drugą część Pocałunków wampira autorstwa Ellen Schreiber sięgnęłam z ociąganiem, ale i ciekawością – poprzedni tom bardzo mi się spodobał, choć nie nazwałabym go arcydziełem. Z drugiej jednak strony utwory Ellen ciężko nazwać nawet "powieściami" – to w zasadzie bardziej opowiadania, dosyć zwięzłe i lekkie, pozbawione nadmiernych opisów, głębi i wielowątkowości. Myślę, że niejedna osoba mogłaby nawet powiedzieć, iż to płytkie opowiastki z przereklamowanym motywem wampirycznym. Dla mnie jednak Pocałunki wampira. Początek były miłą niespodzianką. Niestety okazało się, że sequel nie wywarł już na mnie tak dobrego wrażenia.

Pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia Raven pozwala nam zobaczyć wydarzenia oczami nastoletniej gotki, w stu procentach przekonanej o tym, że jej zaginiony chłopak to prawdziwy wampir. Jej opowieść jest nieco chaotyczna, bardzo ogólnikowa i najeżona emocjami – obserwujemy dziewczynę u progu dorosłości, która mentalnie jeszcze długo będzie dzieckiem zakochanym w opowieściach o wampirach, uwielbiającym sztuczną krew, czarną szminkę i kabaretki. Być może dlatego moje ciepłe uczucia wobec bohaterki, które narodziły się przy lekturze Początku, teraz zamieniły się w chłodną uprzejmość, a czasem nawet niebezpiecznie ocierały się o irytację i znudzenie. Monotematyczność Raven potrafi denerwować, choć z drugiej strony jej poczucie humoru i zabawne scenki, które przytacza, rekompensują niedociągnięcia charakteru dziewczyny. Fabuła kręci się wokół jej gorących uczuć do wampirzego ukochanego, który (a teraz będziecie zaskoczeni!)  jest doskonały, boski i jedyny w swoim rodzaju (a nie mówiłam?). Słowem – typowe nastoletnie „ochy” i „achy”. A potem jeszcze pojawia się ten drugi...

" Poproszę Egzekucję, ale bez alkoholu odparłam stanowczo. Prowadzę samochód. Albo raczej miotłę." *

Pocałunki wampira. Miłość po grób to w zasadzie sympatyczna i pełna humoru lektura na jeden raz, ubrana w piękną okładkę (znowu zdjęcie autorstwa Elizabeth May!) i stanowczo skierowana do młodego odbiorcy zakochanego w ćwiekach, glanach oraz wampirach. Lekka i pozbawiona grozy fabuła (choć nie wątpię, że wiele scen miało z założenia wyglądać niebezpiecznie, wywołując w czytelniku trwogę) będzie dobrym lekarstwem na nudę w samotny wieczór. Nie należy spodziewać się fajerwerków i szalonej akcji, natomiast będzie dużo westchnień, okrzyków niedowierzania, a przede wszystkim zachwytów nad pięknym i tajemniczym Alexandrem. Czy polecam? Myślę, że tak – przede wszystkim tym osobom, które miały już styczność z powieściami Ellen i lubią jej niezobowiązujący, nieco prosty i pozbawiony zawiłości styl pisania, a także tym czytelnikom, którzy uwielbiają historie o wampirach. Choć opowieść z Pocałunków wampira nie jest  wymagająca i szalenie udana, to nie ukrywam, iż czas spędzony w towarzystwie Raven nie był całkowicie stracony. Dlatego daję ocenę 3+/6.

Original: Vampire Kisses #2. Kissing Coffins
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 15.06.2011
*cytat str. 47 

Moja recenzja Pocałunki wampira. Początek -> TU
***

Wczoraj był Dzień Bloga i Bloggera, dlatego (z lekkim poślizgiem) składam Wam wszystkim najserdeczniejsze życzenia samych najwspanialszych lektur! Nie dajcie się hejterom i róbcie to, co lubicie najbardziej :) Najlepszego! <3

28 sierpnia 2012

"Uprowadzona" Lucy Christopher

"Ta historia mogła się przydarzyć każdej dziewczynie. 
Tak, tobie też.
 Lotnisko. Oczekiwanie na przygodę. 
Przystojniak, który proponuje ci kawę. 
A po chwili jesteś na końcu świata, zdana na łaskę i niełaskę porywacza.
Czy przetrwasz?
Czy wrócisz do swojego życia?
A co będzie, jeżeli się zakochasz?"


Lotnisko, ostatnia godzina do odlotu, gwar i setki ludzi przemierzających zatłoczoną halę, ryk silników samolotów w oddali. Gemma właśnie stoi w kolejce po kawę, gdy poznaje tajemniczego, młodego mężczyznę. Nieznajomy proponuje jej kawę, siadają razem przy jednym stoliku. Rozmawiają chwilę, trochę nieporadnie, jak to podczas pierwszego spotkania. On się denerwuje, ona także jest onieśmielona. Przedstawiają się sobie. Tyler, takie proste imię, prawda? Ona ukradkiem wypatruje rodziców, chociaż wie, że czekają na nią całkiem niedaleko. A potem coś się dzieje. Z nią. I nim się spostrzega, zostaje uprowadzona...

Zobaczyłeś mnie, zanim ja zauważyłam ciebie.” *

Powieść Lucy Christopher to jedna z tych książek, po które za żadne skarby bym nie sięgnęła, gdyż z okładki i opisu nie spodziewałabym się niczego więcej poza lekką opowiastką dla nastoletnich panien. Ale zaryzykowałam, wszak tyle pozytywnych opinii poznałam w ostatnim czasie. I pierwsze, co mnie uderzyło, to nota od wydawcy, który przyznaje, że jest zaskoczony zdumiewającym wydźwiękiem tej powieści. Może bym się nawet zaśmiała i powiedziała, że kręci – każdy wydawca będzie promował swoją powieść najlepiej, jak potrafi. Ale to nazwisko wydawcy powstrzymało mnie przed wykrzywieniem ust w pobłażliwym uśmieszku. Autorem słów jest bowiem nie kto inny, jak odkrywca Harry'ego Pottera. Nie pozostało mi więc nic innego, jak mu zaufać.

Najdziwniejsza w tej powieści jest narracja – pierwszoosobowa, z punktu widzenia bohaterki, pisana w czasie przeszłym w formie... listu do porywacza. Gemma (mam do tego imienia sentyment, bo lata temu przyjęłam je na bierzmowaniu) zwraca się bezpośrednio do swojego oprawcy i opowiada o tym, co czuła od pierwszej chwili, gdy go zobaczyła, przeklinając jednocześnie siebie za naiwność i łatwowierność. Po kolei opisuje wszystkie wydarzenia od momentu spotkania i porwania, nie szczędząc szczegółów, nawet tych najbardziej szokujących. Czytelnik obserwuje, jak młoda, ledwie szesnastoletnia dziewczyna zostaje wywieziona przez młodego mężczyznę z kraju, a następnie ukryta w miejscu – można by rzec – zapomnianym przez Boga. Strach Gemmy, ale i pewna rozwaga w doborze słów oraz w języku, którym się posługuje sprawiają, że jej historię czytamy z zapartym tchem, całkowicie niezdolni wybiec myślami w poszukiwaniu możliwej drogi ucieczki. Nawet nie jesteśmy w stanie pomyśleć o tym, co może się za chwilę wydarzyć...

Te niebieskie oczy, tak bardzo niebieskie, lodowato błękitne, patrzyły na mnie, jakbym to ja mogła je rozgrzać. Wiesz, te twoje oczy są piękne, a ich spojrzenie ma dużą siłę.” **

Akcja mknie od pierwszej strony – zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń, by razem z nastolatką znaleźć się w rękach porywacza i razem z nią próbować wydostać się z pułapki. Im jednak dłużej obserwujemy jej próby ucieczki, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że finał nie będzie łatwy. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach jednak nie spodziewałam się tego, co otrzymałam. Zakończenie wycisnęło ze mnie łzy, odarło z wszelkiej radości i nadziei oraz siły, by walczyć z odrętwieniem po skończonej lekturze. Byłam wypruta z emocji, przerażona i zaskoczona jednocześnie, choć podświadomie wiedziałam, co mnie czeka. Autorka z niesamowitą wprawą bawi się emocjami czytelnika, prowadząc go nad krawędź przepaści, a potem zadaje jedno proste pytanie – jak ty byś postąpił?

Najbardziej wkurza mnie infantylność naszej polskiej okładki. Tak, dobrze przeczytaliście – wkurza. Jest całkowicie niekompatybilna z treścią powieści – wprowadza w błąd potencjalnego odbiorcę, który – widząc te słodkie odcienie różu i klucz z oczkiem w kształcie serca – będzie spodziewał się cukierkowej historii o nastoletniej miłości. A potem sięga po powieść, zaczyna czytać i... jest zaskoczony! Bo przecież to nie jest cukierkowa opowiastka, nie ma w niej beztroski i szaleństwa, nie ma motyli w brzuchu, nie ma szkolnych korytarzy i przystojniaków na balu absolwentów. Jest tylko on, porywacz. I jego ofiara. Oraz trudne, pełne sprzeczności uczucia.

Uprowadzona Lucy Christopher to powieść niezwykła, kontrowersyjna i naprawdę przerażająca w swojej prostocie i wyważonej narracji młodej dziewczyny. To historia o poszukiwaniu ocalenia za wszelką cenę, o sile strachu, niepewności, ale także o próbie odkupienia win, chęci zrozumienia otaczającego nas świata i zespolenia się z nim. Może nawet o nadziei? Świetnie wykreowane sylwetki głównej dwójki bohaterów pozwalają wtopić się w fabułę i poczuć wszystkie te emocje, które targały postaciami – ona, młoda dziewczyna, która desperacko szuka wyjścia z sytuacji oraz on – doświadczony przez los i niełatwe życie porywacz, który wcale nie przypomina gangsterów z hollywoodzkich filmów. To właśnie ta dwójka sprawiła, że o książce nie sposób zapomnieć! Uprowadzoną oceniam na 5+/6 i polecam szczerze dosłownie każdemu – nie dajcie się zwieść infantylnej okładce, ta powieść ma w sobie coś więcej, niż tylko imiona i obrazy. Ma w sobie dojmującą, chwytającą za serce historię, która zwala z nóg!

Original: Stolen, A letter to my captor
Wydawnictwo: Wilga
Data wydania:  21.05.2010
* cytat str.  7
**cytat str. 7