30 stycznia 2016

"Zjawa" Michael Punke & "The Revenant" reż. Alejandro G. Iñárritu

„W roku 1823 trzydziestosześcioletni Hugh Glass zaciąga się do oddziału formowanego przez Kompanię Futrzarską Gór Skalistych, który wyrusza na niebezpieczną wyprawę przez dziewicze, niezbadane terytoria. Pewnego dnia zostaje straszliwie poturbowany przez niedźwiedzia grizzly i oddany pod opiekę dwóch ludzi z oddziału – Johna Fitzgeralda, bezwzględnego najemnika oraz młodego Jima Bridgera. Gdy do ich obozowiska zbliżają się Indianie, Fitzgerald i Bridger pozostawiają Glassa na pastwę losu. Co gorsza, zabierają rannemu broń i całe wyposażenie – wszystko to, co dawałoby mu jakąś szansę na samodzielne przeżycie. Opuszczony, bezbronny i wściekły, Glass składa samemu sobie obietnicę, że przetrwa. I że dokona zemsty.”


Trudno nie zauważyć, że wzmożone w ostatnim czasie zainteresowanie powieścią Michaela Punke wiąże się z premierą zagrodzonego Złotymi Globami filmu Alejandro G. Iñárritu o tym samym tytule. I ja sięgnęłam po tę historię ze względu na planowany seans – chciałam móc porównać literacki pierwowzór z filmową adaptacją. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że filmowa wersja historii Hugh Glassa jest tak inna od powieści, a jednocześnie jak doskonałą przeciwwagę dla siebie stanowią oba te obrazy! 

Nie czytuję takich książek. Zjawa była więc moim pierwszym spotkaniem z chłodną, pozbawioną romantyzmu i nadmiernego wzruszenia prozą, w której dominuje typowa dla czasów i miejsca rozgrywającej się akcji precyzja opisów oraz realizm i potworność sytuacji, w jakiej znalazł się główny bohater. Kontrastem dla mocnej, sugestywnej historii jest malowniczość i lekkość, z jaką Michael Punke rysuje przez oczami czytelnika obraz dzikich ostępów nieznanych terenów dawnej Ameryki Północnej. Czające się na każdym kroku niebezpieczeństwo i strach o bohatera, którego nie sposób nie polubić i któremu nie sposób nie współczuć sprawiają, że książkę można pochłonąć w jeden wieczór. Autor nie oszczędza naszych nerwów – starając się z dostępnych materiałów historycznych odtworzyć historię żyjącego na początku XIX wieku Hugh Glassa, kreuje pasjonującą opowieść drogi – drogi ku życiu, zemście i odkupieniu. Hugh Glass, pozostawiony – umierający i bez broni – przez swoich kompanów w środku dziczy, poprzysięga zemstę i nie spocznie, nim nie ujrzy na swoich dłoniach krwi zdrajców. Lecz czy to tylko historia o zemście? Niezupełnie. To także historia o harcie ducha. O odwadze. O walce wbrew wszystkiemu. O woli życia ponad wszystko inne. 

Michael Punke opowiada o przetrwaniu w dziczy w taki sposób, jakby był jednym z XIX-wiecznych traperów. Jego bardzo przekonująca narracja, nierzadko szokujące, krwawe i wzbudzające nieprzyjemne odczucie opisy walki, umierania, polowań i poszukiwania bezpieczeństwa w miejscu, gdzie nie można czuć się bezpiecznym nawet przez chwilę, zdają się składać na niezwykły, oryginalny poradnik survivalowy. Nie ukrywam, że byłam przerażona i zafascynowana światem, który pokazał mi w swojej książce. Może dlatego więc tak bardzo mnie zachwyciła – surowość tej historii, a przy tym jej prawdziwość pochłonęła mnie totalnie i nie wypuściła aż do ostatniej strony. Wiem, że ta lektura nie każdemu przypadnie do gustu. Z drugiej strony nigdy w życiu nie posądziłabym siebie o to, że zafascynuje mnie historia pokroju Zjawy. Mogę więc powieść Michaela Punke polecić osobom głodnym nowych wrażeń oraz tym, którzy poszukują mocnej, wciągającej historii. Podczas podróży u boku Hugh Glassa nie ma mowy o nudzie!

Original: The Revenant: A Novel of Revenge
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 2014
Ilość stron: 476
Przeł. Przemysław Hejmej
Moja ocena: 5+/6


The Revenant – reż. Alejandro G. Iñárritu

źródło

Z obrazem Alejandro G. Iñárritu chciałam zapoznać się od chwili, gdy w sieci pojawił się pierwszy zwiastun filmu. I to nie tylko ze względu na Leonarda DiCaprio, który wcielił się w rolę legendarnego trapera. Coś w tym filmie powiedziało mi – wbrew wszystkiemu, co wiem o samej sobie i o swoim guście – że będzie to seans tak inny, że wręcz dla mnie zaskakujący. I był. W filmowej wersji Zjawy postawiono na pewien romantyzm – liryczny wydźwięk historii Glassa oraz powód, dla którego postanowił zemścić się na zdrajcach ze swojej grupy, jest nieco bardziej złożony od tego w książce. Filmowcy postawili na emocje, podczas gdy Punke w swojej historii skupił się na surowej, męskiej opowieści o przetrwaniu i zemście. Historia z filmu jest bardziej… uduchowiona. Iñárritu stawia na symbole, na uczucia. A jakież uczucie mogłoby być silniejsze od uczucia rodzica do swego dziecka? Zjawa według meksykańskiego reżysera to opowieść o poszukiwaniu ukojenia, o ogromnym bólu i stracie. Filmowa historia Glassa mimowolnie chwyta odbiorcę za serce i sprawia, że z niepokojem obserwujemy jego drogę ku sprawiedliwości, tak pełną niebezpieczeństw i bólu. A jednocześnie nasłuchujemy i obserwujemy. Bo historia – jak wspomniałam – pełna jest symboli. To historia człowieka, który każdym swoim oddechem zaprzecza temu, co wydawało się być tak nieuniknione. Ten oddech właśnie – tak doskonale zaakcentowany w zwiastunach, a później także w filmie – ma ogromne znaczenie. Leniwe, dla niektórych być może nudne kadry, chwile spokoju, jakby zmuszające nas do zadumy, także nie są przypadkowe. Można odnieść wrażenie, jakby Iñárritu chciał nam coś powiedzieć, ale nie robi tego, licząc na naszą refleksję. Podoba mi się to, że – jak na hollywoodzkie kino – w Zjawie nie dostajemy prostych odpowiedzi. Nikt nie wali nas po twarzy oczywistościami, nikt nie mówi nam, jak mamy myśleć i w którą stronę kierować wzrok. Być może dlatego wyszłam z kina tak zachwycona – ten seans mnie nie zmęczył, nie znudził, a wręcz pobudził każdą moją komórkę do odczuwania. I choć film jest tak diametralnie różny od książki, to jednak odnajduję w kinowym obrazie wiele bardzo luźnych odniesień i przekształceń wątków z powieści Punke. I uważam, że warto poznać książkę przed obejrzeniem filmu – choćby dla satysfakcji, że wiemy, jak „było naprawdę”.

źródło

Na koniec jeszcze dwie kwestie – filmowa kreacja Glassa i muzyka. W internetach aż roi się od memów i życzeń fanów, by Leonardo DiCaprio w końcu dostał Oscara. Czy za postać Hugh Glassa należy mu się takie wyróżnienie? Owszem. Wielu złośliwców powie, że Leonardo nie namęczył się przy swojej roli – nic bardziej mylnego. Choć w grze aktora próżno szukać hollywoodzkiego patosu i przesadnych wzruszeń, potrafił on doskonale wczuć się w rolę człowieka, któremu odebrano wszystko, człowieka, który żyje tylko dla zemsty. Może to kwestia mojej wrażliwości, nie wiem, lecz muszę przyznać, że tak bardzo współczułam bohaterowi, że nie widziałam już Leonarda – widziałam Glassa, człowieka, który naprawdę cierpi. DiCaprio dzięki wykreowanej przez siebie postaci potwierdził, że jest artystą zasługującym na ogromne wyróżnienie, bowiem umiał całym sobą wcielić się w bohatera Zjawy, a wręcz stać się nim. 

Oczywiście kilku panów także zasłużyło na wyróżnienie – Tom Hardy doskonale wczuł się w rolę sukinsyna, a Will Poulter – jak na swój młody wiek – naprawdę poruszył mnie swoją kreacją. Brawo! 

No i muzyka – tak sprytnie wpleciona w dźwięki natury, w bezkres dziczy, że momentami niezauważalna, a jednak tak inna od „typowych” ścieżek dźwiękowych. Nic w tym dziwnego – twórca OSTa, Ryūichi Sakamoto (ten sam, który skomponował ścieżkę do sławnych Wichrowych wzgórz z 1992 roku) to mistrz niejednoznaczności, tajemnicy ukrytej w dźwiękach i emocji, które potrafią uderzyć w odbiorcę w najmniej oczekiwanym momencie. Zamiłowanie do eksperymentów, muzyki elektronicznej i ambientu, widoczne w twórczości kompozytora, tutaj dają o sobie znać z niezwykłą mocą. Oj tak, muzyka do Zjawy to czysty majstersztyk!

Film dostaje ode mnie maksymalną ilość gwiazdek w serwisie Filmweb.pl
A Leonardo otrzymuje serduszko ;) 



PS Jestem bardzo ciekawa, czy wyjdzie reżyserska wersja filmu – kilka scen zostało usuniętych z kinowego hitu, a ja bardzo chciałabym je poznać ;) 

23 stycznia 2016

"Komedia świąteczna" Victoria Alexander

„Pierwsze miejsce na liście autorów najlepiej sprzedających się książek według New York Timesa.

Lady Camilla wie, jaki prezent chciałaby dostać na święta - oświadczyny przystojnego księcia. Wymarzony kandydat na męża chciałby zaś spędzić Boże Narodzenie w gronie tradycyjnej angielskiej rodziny. Camilla nie zamierza przedstawiać księciu swoich wyjątkowo dziwacznych krewnych i przyjaciół domu. Decyduje się wynająć aktorów, którzy perfekcyjnie odegrają role członków idealnej rodziny. Kiedy niespodziewanie pojawia się dawno niewidziany stary narzeczony, sytuacja wymyka się spod kontroli.”


Jestem zagorzałą fanką romansów historycznych – przeczytałam ich tak wiele, że trudno mi je wszystkie zliczyć. Kiedy więc usłyszałam o romansie, którego akcja rozgrywa się w czasie świąt Bożego Narodzenia, od razu wiedziałam, iż będzie to lektura dla mnie idealna. Nie myliłam się!

źródło
Pomysł głównej bohaterki, Camilli, wydaje się totalną głupotą. Młoda wdowa pragnie usidlić księcia z dalekiego, nieznanego państewka, lecz aby to osiągnąć, musi zorganizować dla niego tradycyjne, angielskie święta. W tym celu wynajmuje grupę aktorów, która ma wcielić się w role jej krewnych i służby. O całym przedsięwzięciu wie siostra bliźniaczka i jej mąż. Nie ukrywam, że na początku byłam naprawdę porażona głupotą i naiwnością Camilli, i nie mogłam się nadziwić, że autorka naprawdę chce oprzeć swoją historię na tak niedorzecznym pomyśle. Ale okazuje się, że nawet najbardziej dziwne historie mogą być ciekawe i wciągające. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia się dawno niewidziany przystojniak, którego niegdyś coś łączyło z główną bohaterką. 

Grayson jest niesamowity! Ostatnio nieczęsto zdarza mi się zachwycać męskim bohaterem, ale tutaj muszę przyznać, że to naprawdę zabawna i intrygująca postać. Autorka pozwoliła sobie na stworzenie bohatera bardzo autentycznego, nie tylko zachwycającego, ale i posiadającego wady, jak każdy człowiek. Gray nie jest mężczyzną doskonałym, ma świadomość popełnionych błędów i chyba dlatego tak go polubiłam. Trudno było mi natomiast polubić Camillę, która momentami zachowywała się jak skończona idiotka. Autorka dobrze poradziła sobie także z kreacją innych bohaterów – każdy otrzymał indywidualne cechy charakteru, co znacznie ułatwiło mi wyobrażenie sobie każdego z nich. 

Victoria Alexander stworzyła bardzo zabawną historię w typie komedii omyłek Shakespeare’a. Każdy w tej opowieści ma ważną rolę do odegrania, a efekt ich aktorskich popisów potrafi wprawić w zdumienie. Od początku bowiem wiadomo, że nikt nie jest tym, za kogo się podaje. I choć wyjaśnienie tej historii oraz jej zakończenie mnie nie zaskoczyło (trudno tu bowiem o oryginalność), to jednak z uśmiechem na ustach śledziłam opowieść do ostatniej strony, chichrając się momentami jak podlotek. Ze względu na fakt, iż lektura nie niesie z sobą istotnych informacji na temat sposobów spędzania Bożego Narodzenia w XIX wieku, a świąteczną atmosferę czuć dopiero pod koniec historii, można tę książkę czytać nie tylko w grudniu. Żałuję jedynie, że język powieści nie był ani trochę stylizowany na dawny – w romansach historycznych jest to element co najmniej mile widziany. Niemniej bawiłam się przy tej lekturze wyśmienicie. Pani Alexander ma lekkie pióro, a jej powieść jest zabawna i na pewno spełnia swoje zadanie – pozwala na chwilę zapomnieć o całym świecie. Komedię świąteczną polecam wszystkim romantyczkom!

Original: What Happens at Christmas
Wydawca: Ole
Data wydania: 5.11.2014
Ilość stron: 488
Przeł.Anna Szczepańska
Moja ocena: 5/6

20 stycznia 2016

CYKL: Najpiękniejsze ścieżki dźwiękowe według Tirin, odcinek 4 – Najnowsze muzyczne odkrycia

To już czwarty odcinek mojego cyklu poświęconego muzyce filmowej, której od lat słucham wręcz nałogowo. Do tej pory opowiedziałam Wam o zeszłorocznych odkryciach muzycznych, o tragicznie zmarłym Hornerze oraz o tym, za co uwielbiam muzykę Hansa Zimmera. Bardzo mi miło, że moje poprzednie odcinki cyklu przypadły Wam do gustu i zechcieliście podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami na temat muzyki filmowej, niestety tak często traktowanej jedynie jako dodatek do kinowego dzieła. Ja w muzyce filmowej odnajduję wszystko to, czego nie są w stanie zobaczyć oczy – ogromne pokłady emocji i piękna, ukrytych znaczeń i niewypowiedzianych słów. W moim odczuciu muzyka nierzadko "robi film". Kiedy oglądam jakąś produkcję po raz pierwszy, wsłuchuję się przede wszystkim w muzykę – może to dziwne, ale często właśnie ścieżka dźwiękowa jest dla mnie punktem odniesienia przy ocenianiu filmu. Dziś więc opowiem Wam o moich najnowszych odkryciach muzycznych – o muzyce do naprawdę dobrych i wartych obejrzenia produkcji. A więc:

Only Lovers Left Alive
reż. Jim Jarmusch
kompozytor: Jozef van Wissem

Nie potrafię opisać słowami, co czułam po obejrzeniu tego filmu. Strasznie się go obawiałam, a tu taka niespodzianka... Majstersztyk! Wszystko w tej opowieści ma znaczenie, każdy kadr jest przemyślany, każdy gest, słowo, czy oddech aktorów wcielających się w główne role nie jest przypadkowy, lecz stanowi część historii niezwykłej miłości – historii z ogromnym przesłaniem. Jarmusch to geniusz! A muzyka autorstwa Jozefa van Wissema jest po prostu obłędna – totalna magia! Kto nie wydział filmu, szybko musi nadrobić zaległości – naprawdę warto! <3



Crimson Peak
reż.  Guillermo del Toro
kompozytor: Fernando Velázquez 

Kolejne filmowo-muzyczne odkrycie. Na nowym filmie Guillermo del Toro byłam w kinie i przyznaję, że jestem seansem w pełni usatysfakcjonowana. Crimson Peak nie jest horrorem, jak obiecywano, ale całkiem zgrabnym romansem gotyckim o niezwykłym, baśniowym klimacie. Kreacje bohaterów okazały się bardzo udane, scenografia i kostiumy boskie, a ta muzyka… czysta poezja! Autorem ścieżki dźwiękowej jest Fernando Velázquez – autor m.in. muzyki do filmu Niemożliwe, którą uwielbiam! Ach, cóż za wspaniały talent!



The Theory of Everything
reż. James Marsh
kompozytor: Jóhann Jóhannsson

Moje najnowsze odkrycie, totalna, absolutna miłość, mistrzostwo świata! Autorem muzyki do Teorii jest Jóhann Jóhannsson, który za tę ścieżkę otrzymał Złotego Globa! Serdecznie panu Jóhannssonowi gratuluję i przyznaję, że zasłużył nawet na muzycznego Oscara, bo tych nut nic nie przebije. Muzyka do Teorii wszystkiego rozkochała mnie w sobie obłędnie i trafiła na listę moich ulubieńców! Co za dźwięki, cóż za emocje! Mam łzy w oczach, kiedy słucham „A Game of Croquet”. Bardzo, BARDZO Wam polecam tę muzykę, a przede wszystkim ten niezwykły, wzruszający film! <3



I jak wrażenia? :)

18 stycznia 2016

"Podróżniczka" Diana Gabaldon

„Jest rok 1746. Szesnastego kwietnia armia króla Jerzego II rozgromiła wojska Karola Edwarda Stuarta w bitwie pod Culloden w Szkocji. Po walce Anglicy przeczesali pole bitwy, dobijając rannych. Większość tych, którzy przeżyli, stracono w Anglii, a tysiąc jeńców sprzedano jako niewolników do pracy na amerykańskich plantacjach bawełny.

Rok 1968. Claire, zagłębiając się w dokumenty z epoki i drżąc o Jamiego, usiłuje odgadnąć koleje jego losu. Czy „Czerwony Jamie” przeżył masakrę pod Culloden? Tak właśnie przypuszcza i powraca w wiek XVIII. Razem z Jamiem okrętują się na statek płynący z ładunkiem na Karaiby. Po niezwykle niebezpiecznej podróży morskiej, licznych przygodach i ucieczkach, docierają do brzegu nieznanego lądu. Okazuje się, że przybyli do Nowego Świata…”


Ach, cóż to była za przygoda! Niezwykła, zaskakująca i pełna emocji! Podróżniczka, trzecia odsłona serii Diany Gabaldon, okazała się być najlepszą z dotychczas przeczytanych przeze mnie części Obcej. Nie mogłam się oderwać od tej powieści, absolutnie mnie w sobie rozkochała! 

źródło
W Podróżniczce dzieje się bardzo dużo, wątki splatają się ze sobą tworząc wielobarwną, tętniącą życiem opowieść o wielkiej miłości, tęsknocie, walce z czasem, podróży w nieznane i próbie odnalezienia swojego miejsca na świecie. Akcja powieści na początku biegnie dwutorowo – z punktu widzenia głównej bohaterki, Claire oraz z punktu widzenia Jamesa Frasera. Co będzie później, tego Wam nie zdradzę, ale daję słowo – będzie się działo! Bohaterowie przeżywają niezwykłe przygody, zachwycając i wzruszając odbiorcę. Książka wciąga w sumie od pierwszych zdań i trzyma w napięciu do samego końca. Podróżniczka to ponad 950 stron wypełnionych szalonymi przygodami, emocjami i dobrym humorem. To spotkanie z postaciami, które wprowadzają czytelnika w cudowny nastrój, a przy tym wzbudzają coraz większą sympatię. Przyznaję, że przy Podróżniczce naprawdę polubiłam Claire i Jamesa oraz ich kompanów. Miałam wrażenie, jakbym czytała o dawno niewidzianych przyjaciołach, o ludziach z krwi i kości, którzy – tak jak każdy z nas – mają swoje słabości. Współczułam im i dopingowałam ze wszystkich sił. 

Podróżniczkę czyta się lekko i – jak na jej objętość – naprawdę szybko. Wciąż jednak uważam, że autorka mogła tę serię nieco okroić i stworzyć zgrabniejsze, około 400-stronicowe części. Momentami można odnieść wrażenie, że historia jest trochę przegadana. Nie zmienia to jednak faktu, że powieść niesamowicie wciąga i nie pozwala nawet na chwilę odpoczynku. Podróżniczka to wspaniała kontynuacja, w moim odczuciu to jedna z lepszych książek tego gatunku. Aby jednak poznać tę historię, koniecznie trzeba sięgnąć po dwa wcześniejsze tomy – Obcą i Uwięzioną w bursztynie. Szczerze polecam, naprawdę warto! Wspaniała przygoda u boku przystojnego Szkota gwarantowana! ;)

Original: Voyager
Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 2010 / wznowienie: maj 2015
Ilość stron: 952
Przeł. Kotlicka Justyna, Pankiewicz Ewa i in.
Moja ocena: 5+/6


Za tę wspaniałą lekturę serdecznie dziękuję wydawcy!

Wszystkie części serii:

#1 Obca | #2 Uwięziona w bursztynie | #3 Podróżniczka
#4 Jesienne werble | #5 Ognisty krzyż | #6 Tchnienie śniegu i popiołu
#7 Kość z kości | #8 Spisane własną krwią

14 stycznia 2016

After all this time? Always.


Mój ulubiony, najlepszy z najlepszych, jedyny w swoim rodzaju. Zawsze mnie zachwycał, w każdej roli sprawdzał się doskonale, udowadniał, że aktorstwo jest prawdziwą sztuką. Kochani, smutną wiadomość nam zgotował ten dzień – zmarł Alan Rickman. Kiedy otrzymałam tę wiadomość, usiadłam i zapłakałam. Płakałam tak, jakbym straciła przyjaciela, kogoś bardzo bliskiego, choć nigdy przecież nie poznałam tego niezwykłego człowieka. Podziwiam jego filmową karierę i chętnie wracam do wielu produkcji, w których wziął udział. Ale najbardziej pokochałam go za rolę Severusa Snape'a. Dziś, kiedy świat usłyszał o jego śmierci, o przegranej walce z rakiem, ciężko mi zebrać myśli. Przecież tak niedawno, ledwo kilka dni temu, przygotowałam dla Was ranking najpiękniejszych filmowych głosów męskich – Alan otrzymał pierwsze miejsce. Zawsze był na pierwszym miejscu. ZAWSZE. I nadal będzie.

Przykro mi, że nie będzie mi dane go poznać, że nie zdobędę jego autografu, nigdy go nie uściskam i nie podziękuję za tak piękną kreację Profesora Snape'a i za wiele innych wspaniałych ról. 

Alan, byłeś i zawsze będziesz najlepszy!

Alan, you were the best! Thank you for everything!

Alan Rickman, brytyjski aktor, reżyser i scenarzysta, zmarł w wieku 69 lat.