30 czerwca 2014

Przepiśnik, czyli gdzie i jak gromadzić przepisy kulinarne


Od kilku dni w sklepach sieci Biedronka można kupić przepiśniki w różnych odsłonach – fit, dla młodej miłośniczki gotowania, lubię jeść oraz dla podróżników, w sumie 7 wzorów do wyboru. Pomyślałam, że może kupię sobie taki, skoro chcę rozpocząć naukę gotowania. Przepiśnik to nic innego, jak zeszyt na przepisy, w którym specjalnie przygotowane strony pozwalają użytkownikowi na wygodne i czytelne zapisywanie składników potrzebnych do sporządzenia danej potrawy oraz sposobu jej przygotowania. Koszt takiego zeszytu w tej edycji wynosi 19,99 zł. Pomyślałam, że cena jest znośna, więc kilka dni temu nabyłam taki przepiśnik.


Mój przepiśnik pochodzi z serii "lubię jeść", choć na początku zastanawiałam się nad wersją dla młodej miłośniczki gotowania, bo okładka była z Minnie Mouse :) Ale zawarte w niej przepisy zupełnie mi się nie podobały, więc ostatecznie wybrałam wersję z soczystymi pomidorkami :) Co zawiera w sobie taki przepiśnik?  Otóż zawiera 5 przekładek tematycznych: pierwsza posiada kieszonkę na luźne kartki, naklejki na słoiki, przelicznik miar oraz ściągę dotyczącą poprawnego nakrywania do stołu. Później mamy zakładki dotyczące gotowania – mamy podział na przystawki, dania główne, słodkości i przetwory domowe. W tych czterech działach znajdują się po 4 przepisy – u mnie są to m.in. tortille z łososiem i twarożkiem (zakładka dot. przekąsek), zupa pomidorowa (zakładka dot. obiadu), pavlova z truskawkami (zakładka dot. słodkości) czy np. dżem brzoskwiniowy (zakładka dot. przetworów). Do tego mamy 240 stron na własne przepisy. Wszystkie przepisy zawarte w mojej wersji przepiśnika pochodzą z jednego kulinarnego bloga, co osobiście uważam za duży minus. Dlaczego? Bo zapłaciłam za coś, co równie dobrze mogłam ściągnąć z internetu! Oczywiście sama oprawa przepiśnika jest bardzo ładna i dlatego zdecydowałam się na zakup. To na pewno będzie taka moja prywatna "książeczka kucharska", w której będę zapisywała tajemne przepisy na ulubione potrawy :) Ale ogólne wrażenie po przejrzeniu tych zeszytów jest takie, że cena okazała się odrobinę zbyt wygórowana. Tym bardziej, że znalazłam gazetki z innych edycji, w których poprzednie przepiśniki kosztowały 2 zł więcej, a miały dużo bogatsze wnętrze. Szkoda, że trafiłam akurat na tę okrojoną wersję. Niemniej osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z gotowaniem, polecam taki zeszyt – wygląda ładnie i jest wygodny :)


A pod TYM linkiem możecie rzucić okiem na aktualną gazetkę, w której są pokazane wszystkie wzory przepiśników dostępnych w sprzedaży od 23 czerwca do 6 lipca 2014.

A czy Wy korzystacie z takich przepiśników, czy może wolicie profesjonalne książki kucharskie albo macie inne pomysły na gromadzenie przepisów z różnych źródeł? :) 

26 czerwca 2014

"The Fault in Our Stars" reż. Josh Boone


Szczerze mówiąc nie planowałam wyjścia do kina na ekranizację książki Greena. Wyszłam z założenia, że mam swoje wyobrażenie tej historii, a poza tym swoje już wypłakałam przy lekturze i mi to wystarczy. Ale potem Dzosefinn namówiła mnie, bym jednak wybrała się na seans – żeby zobaczyć „jak wyszło”. No i wyszło… doskonale. Ale nim przejdziecie do czytania mojej opinii, proszę włączyć sobie tę piosenkę. Jest piękna.

Nie będę Wam przybliżała historii Hazel i Augustusa – odsyłam tutaj do powieści Johna Greena, którą warto poznać przed obejrzeniem filmu. Jednak te osoby, które książki nie znają a mimo to chcą iść do kina zapewniam, że bez problemu odnajdą się w historii Hazel – film jest wiernym odtworzeniem literackiego pierwowzoru (co widzimy i słyszymy nawet w dialogach), za co jestem bardzo wdzięczna ekipie filmowej, bo nie znoszę nadinterpretacji i przeinaczeń (tak często spotykanych w ekranizacjach bestsellerów).


Kiedy pojawiły się pierwsze słuchy o planach nakręcenia ekranizacji i ogłoszono, kto zagra główne role, byłam zawiedziona – Shailene w ogóle mi nie pasowała do roli Hazel. Jakże się pomyliłam! Od pierwszych minut seansu wiedziałam już, że jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Także Ansel w roli Augustusa okazał się strzałem w dziesiątkę – jego mimika, zachowanie, poczucie humoru, pogoda ducha i zabawne teksty na przemian wywoływały we mnie śmiech i wzruszenie. Jednak tym, co podobało mi się w tej dwójce najbardziej, okazały się emocje, które potrafili oddać swoją grą. Ich miłość była wręcz namacalna – uwierzyłam w tę historię tak, jakby była prawdziwa, jakbym znała Hazel i Augustusa, jakby żyli i kochali się naprawdę… Rozłożyli mnie tym na łopatki!

Na uwagę zasługuje także Laura Dern, która zagrała matkę Hazel. Jej gra wywołała we mnie wiele uczuć – w końcu to ona jest matką nieuleczalnie chorej dziewczyny. I chyba nie będę jedyną osobą, która pomyślała a co by było, gdyby to moje dziecko...?

Nie jestem pewna, w którym dokładnie momencie na moim policzku pojawiła się pierwsza łza. Ale później łzy towarzyszyły mi do końca seansu. Co więcej – wszystkie panie na sali kinowej w pewnym momencie wyciągnęły chusteczki i wyraźnie dało się słyszeć pochlipywania i pociąganie nosem. Tak moi Drodzy, Gwiazd naszych wina potrafi rozczłonkować emocjonalnie każdego i w każdym wieku! I nawet fakt, że znam fabułę, nie uchronił mnie przed tymi uczuciami – wzruszeniem, rozpaczą, a w ostateczności bezbrzeżną pustką.

Czasem myślę sobie, że takie filmy powinny być zabronione. Bo człowiek idzie do kina i wychodzi z niego w kawałkach. Po co z rozmysłem chodzić na seanse, na których wszyscy płaczą? Po co robić sobie taką krzywdę? Och powiem Wam! Aby czuć. Aby czuć, że żyjemy – że nie jesteśmy nieczuli i źli, i aby przekonać się, że czyjeś nieszczęście nas dotyka i zmusza do przemyśleń, a w konsekwencji pozwala poznać tę drugą stronę – ludzi, którzy walczą z nieuleczalną chorobą, dla których każdy kolejny dzień jest cudem, bo przecież za chwilę mogą umrzeć, pozostawiając po sobie pustkę i smutek w sercach najbliższych im osób. Takie historie pokazują również, że ludzie chorzy nie chcą litości – chcą żyć normalnie, chcą być traktowani poważnie, a nie jak jajka, które w każdej chwili mogą ulec rozbiciu. W takich chwilach zadajemy sobie pytanie o to, jak my zachowujemy się wobec ludzi chorych. Albo jak my byśmy się czuli, będąc chorymi.

Gwiazd naszych wina to film, który okazał się doskonałym dopełnieniem powieści Johna Greena – piękna historia spisana na kartach papieru otrzymała wspaniałą, filmową oprawę, doskonałą obsadę i została ubrana w całą paletę emocji, które trudno nawet opowiedzieć słowami. Nie da się tego opisać inaczej – ekranizacja powieści Greena okazała się idealna. Po prostu. Spełniła wszystkie moje oczekiwania, ba! dała nawet więcej. I co najważniejsze – zostanie ze mną na długo. Bardzo długo.

Reżyseria: Josh Boone
Produkcja: USA
Premiera: 6 czerwca 2014 (Polska) 16 maja 2014 (świat)
Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
Muzyka: Mike Mogis, Nate Walcott

Trailer z polskimi napisami:


I przepiękna piosenka Eda Sheerana napisana specjalnie do tego filmu:


Wszystkie piosenki ze ścieżki dźwiękowej do przesłuchania TUTAJ :)
Moja recenzja książki Johna Greena do przeczytania TUTAJ :)
Wszystkie zdjęcia zawarte w tym tekście pochodzą ze strony filmweb.pl

Na koniec jeszcze raz dziękuję Dzosefinn za wspólny seans i za wspólnie uronione łzy :)

23 czerwca 2014

"Pora na życie" Cecelia Ahern

„Poruszająca, ciepła i zabawna powieść o tym, co się dzieje, gdy przestajesz zwracać uwagę na własne życie. Lucy Silchester mieszka ze swoim kotem w wynajętej kawalerce, wykonuje niesatysfakcjonującą pracę, coraz bardziej oddala się od swoich bliskich i nieustannie kłamie, wstydząc się nagłych i niekorzystnych zmian w swoim życiu. Życie Lucy nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie jak niektóre z dokonanych przez nią wyborów i opowiedzianych historii. Od chwili, kiedy poznaje mężczyznę, który przedstawia się jako jej Życie, uparcie powtarzanym półprawdom grozi kompromitacja – chyba że Lucy nauczy się mówić całą prawdę o tym, co dla niej naprawdę istotne.”


Lucy jest nałogową kłamczuchą. Okłamuje wszystkich, bo wydaje jej się, że tak będzie lepiej. Jedno kłamstwo pociąga za sobą kolejne, aż w końcu jest już tak zaplątana w sieci nieprawdy, że jedynym wyjściem staje się unikanie ludzi i wegetowanie u boku kota w ciasnej kawalerce. W dodatku Lucy wykonuje niezadowalającą, nudną pracę, z wyraźną niechęcią odwiedza swoich rodziców w ich pięknym domu, a ponadto od trzech lat jest singielką i nic nie zapowiada jakiejkolwiek zmiany. Aż pewnego dnia młoda kobieta dostaje list – od Życia. Swojego... 

Cecelia Ahern to irlandzka pisarka, która sławę zdobyła dzięki debiutanckiej powieści PS Kocham Cię. Pora na życie natomiast to dzieło wydane w 2011 roku i jednocześnie pierwsza książka Cecelii, po którą sięgnęłam (choć w mojej domowej biblioteczce mam jeszcze kilka innych tytułów tej autorki). I przyznam, że było to wyjątkowo udane pierwsze spotkanie! 

Cecelia Ahern doskonale poprowadziła historię, ubierając ją w słowa i przemyślenia Lucy dzięki pierwszoosobowej narracji. Język, jakim posługuje się główna bohaterka, charakteryzuje się niebywałą lekkością, ale to nie oznacza, że jej opowieść jest błaha i niewymagająca. Wręcz przeciwnie – pomimo lekkości i pewnego specyficznego klimatu (trochę przypominającego mi komedie romantyczne), opowieść Lucy podejmuje naprawdę ważny temat, jakim jest nasz stosunek do własnego życia. Życia, które mamy tylko jedno, gdyby ktoś o tym zapomniał. Cecelia dzięki historii Lucy pokazuje, jak łatwo jest zagubić się w codzienności, że kilka z pozoru niewinnych kłamstewek nagle może zamienić się w plątaninę nieprawdy, z której trudno będzie się wyrwać. A przecież każdy z nas czasami kłamie…

Tym, co mi się szczególnie spodobało w powieści okazało się… Życie. Jest nim tajemniczy mężczyzna, który pojawia się nagle w życiu głównej bohaterki i sprawia, że wszystko staje na głowie. Nie da się ukryć, że autorka dobrze poradziła sobie z kreacją bohaterów – nie tylko wspomnianego przeze mnie mężczyzny, ale także ludzi otaczających Lucy (przyjaciół, rodziny, znajomych), którzy dzięki dobremu nakreśleniu, stali się wyraziści i realistyczni. Na największą uwagę zasługuje jednak postać głównej bohaterki – Lucy okazała się dokładnie taka, jaka powinna być – irytująca, momentami wzbudzająca niechęć, a jednocześnie tak zwyczajnie normalna, ludzka, po prostu taka, jak my. Na początku naprawdę jej nie lubiłam, by w końcu, z każdym kolejnym rozdziałem, zmienić zdanie. Może to zabrzmi dziwnie, ale razem z Lucy, zmieniałam się także ja. Historia tej trzydziestoletniej, młodej kobiety zmusiła mnie do refleksji nad własnym życiem i do zastanowienia się nad wyborami, których dokonuję na co dzień. Muszę przyznać, że nawet przeszła mi przez głowę myśl, że sama chciałabym się spotkać ze swoim Życiem – chętnie przedyskutowałabym z nim kilka spraw.

Pora na życie to powieść zabawna, mądra, momentami wzruszająca, ale przede wszystkim pełna życiowej mądrości. Kobiecej mądrości. To lektura, od której trudno się oderwać – czytałam ją z zapartym tchem, ciekawa, jak Lucy poradzi sobie ze swoim Życiem. Przyznam, że po skończonej lekturze poczułam nawet pewnego rodzaju zawód, że to opowieść jednotomowa i nie spotkam już więcej bohaterów, których tak polubiłam i z którymi spędziłam kilka wspaniałych godzin. Daję tej powieści ocenę 5+/6 i polecam ją nie tylko fanom autorki, ale każdemu, kto czasem czuje się odrobinę zagubiony. Historia Lucy uczy czytelnika czegoś naprawdę ważnego – aby doceniać swoje życie. 

Original: The Time of my Life
Wydawca: Świat Książki
Data wydania: 19.03.2014
Ilość stron: 424



Za tę wspaniałą powieść serdecznie dziękuję Patrykowi i wydawnictwu Świat Książki :)


PS Już wkrótce zabiorę się także za inne dzieła Cecelii Ahern – czuję, że będą to dla mnie lektury idealne! Oczywiście wrażeniami podzielę się z Wami na moim blogu :)

17 czerwca 2014

"Bransoletka z kości" Kevin Crossley-Holland

„Poznajcie Solveig, niespełna piętnastoletnią dziewczynę z rodu Wikingów, której hartu ducha i wiary w siebie pozazdrościć mógłby niejeden wojownik. Wyruszcie wraz z nią w pełną niezwykłych przygód i niebezpieczeństw podróż, podczas której Solveig będzie musiała zmierzyć się z własnymi słabościami i przeciwnościami losu. Wraz z nią odkryjecie drzemiące w ludziach życzliwość i okrucieństwo, spotkacie niespodziewanych przyjaciół i wrogów. Odkryjecie Europę na początku II tysiąclecia, w której ideały ścierają się z interesami, a wiara z powątpiewaniem. Kupieckimi szlakami wschodniej Europy przemierzycie lądy, morza i rzeki ku Bizancjum – jednej z najwspanialszych metropolii ówczesnego świata. Czy Solveig uda się osiągnąć upragniony cel podróży? Czy poszukiwanie szczęścia nie okaże się jedynie pogonią za mrzonkami? Czas wyruszać!”


Kevin Crossley-Holland to angielski autor książek dla dzieci, tłumacz i poeta. Popularność przyniosły mu powieści fantasy, w tym Arthur trilogy wydana w latach 2000-2003. W Polsce niedawno ukazała się Bransoletka z kości, pierwsza część sagi opowiadającej o przygodach nastoletniej Solveig, córki Wikingów. Dziewczyna wyrusza w samotną, daleką i niewątpliwie niebezpieczną podróż w ślad za swoim ojcem, który opuścił ją bez pożegnania. Celem podróży Solveig jest Miklagard. Nim jednak bohaterka dotrze do celu, będzie musiała uciec z rodzinnego domu, zaciągnąć się na okręt i wyruszyć w daleką drogę u boku ludzi, których nie zna i którym być może nie powinna ufać. Czy uda jej się pokonać tysiące kilometrów i odnaleźć rodzica? Czy tam, dokąd zmierza, odnajdzie szczęście?

Bransoletka z kości to tak naprawdę opowieść drogi – drogi prowadzącej przez morza i lądy ku dalekiemu Bizancjum, gdzie bohaterka ma nadzieję odnaleźć swojego ojca. Nie ukrywam – sięgając po książkę Kevina Crossley-Hollanda miałam ogromną nadzieję, że będzie to niezapomniana lektura. Niegdyś zaczytywałam się w powieściach o Wikingach, a Skandynawia do dziś mnie fascynuje i zachwyca. Niestety historia Solveig mnie nie przekonała. Dlaczego?


Cała recenzja do przeczytania na stronie:





Original: Bracelet of Bones (The Viking Sagas)
Wydawca: Bellona
Data wydania: 14.02.2014
Ilość stron: 336

Za książkę dziękuję ParanormalBookS.

16 czerwca 2014

"Silos" trafia do... Czyli ogłaszam wyniki konkursu!

Kochani, dzisiaj chwila prawdy – czas na ogłoszenie wyników konkursu, w którym można było wygrać powieść Silos Hugh Howey'a. Pytanie konkursowe było – wbrew pozorom – szalenie łatwe: należało podać tytuły dwóch powieści napisanych przez amerykańskiego autora i twórcę serii Wool. Pytanie było łatwe dlatego, że wszystkie odpowiedzi znajdziecie na... Wikipedii! :) A dokładnie pod TYM linkiem. Tak więc w konkursie udział mógł wziąć każdy, także osoby, które nigdy o autorze Silosa nie słyszały :)

Na moją skrzynkę wpłynęło 21 zgłoszeń, za co Wam bardzo dziękuję. Niestety książka jest tylko jedna, więc mogę wybrać tylko jedną osobę spośród Uczestników zabawy. I tak oto Zwycięzca został wytypowany! A raczej Zwyciężczyni, którą jest….

Marcelina (marcysia304@)!


Serdecznie gratuluję :) I informuję, że wysłałam właśnie do Laureatki maila dotyczącego przesyłki nagrody. 

Jeszcze raz bardzo dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w konkursie! :)

11 czerwca 2014

Czerwcowy stosik książkowy & zapowiedzi!


Dzisiaj mój kumpel Sid postanowił zaprezentować Wam skromny stosik książkowy z nabytków, które zgromadziłam w ostatnim czasie. Nie ma tego dużo, ale przyznam szczerze, że jestem z nich bardzo zadowolona - to były przemyślane wybory. A więc: Teraz ją widzisz Joy Fielding to nabytek własny (a w zasadzie to prezent od przyjaciółki, który sama sobie wybrałam). Najnowszą powieść Lisy Kleypas Bez pamięci zdobyłam z wymiany, podobnie  jak powieść Musso - Ponieważ cię kocham. Natomiast powieść Cecelii Ahern Pora na życie to egzemplarz recenzyjny od Świata Książki (dziękuję za niego Patrykowi), a Miecz Radogosta Juraja Červenáka to egzemplarz do recenzji od Instytutu Erica. I zapewne właśnie te dwa ostatnie tytuły zostaną przeze mnie zrecenzowane w pierwszej kolejności :)

Chciałam także pochwalić się moim dziełem, jakim jest maskotka dla mojego chłopaka sprezentowana mu na Dzień Dziecka - niektórzy mówią, że to męska wersja Hello Kitty :D Gdyby ktoś był ciekawy kwestii technicznych - kotka uszyłam z filcu (niebieski plus kawałeczek różowego na języczek), czarnej muliny (wyszyta buźka plus zaszycie krawędzi maskotki) oraz kokardki dla ozdoby. W środku oczywiście znajduje się wata :) Obok maskotki zaś leży wisiorek, który kupiłam przy okazji wizyty w Fundacji Ochrony Mebli Zabytkowych w Zgierzu (zwanym Miastem Tkaczy) :) Prawda, że śliczny?


Na koniec proponuję króciutki przegląd kilku interesujących mnie nowości i zapowiedzi - na pewno rozejrzę się za tymi tytułami :)

DZISIEJSZA PREMIERA:

11 czerwca 2014
Poszukiwany Colin Firth
Mia March
Świat Książki

Kolejna powieść autorki bestsellerowego „Klubu filmowego Meryl Streep” opowiada o mieszkańcach małej nadmorskiej miejscowości w Maine, których elektryzuje wiadomość o planach nakręcenia w ich okolicy filmu z Colinem Firthem w roli głównej.

Dziennikarka Gemma Hendricks, która straciła pracę i rozstała się z mężem, jest święcie przekonana, że przeprowadzenie wywiadu z aktorem uratuje jej karierę i małżeństwo. Jednak to chwytająca za serce historia dwóch miejscowych kobiet pochłonie ją bez reszty. Bea Crane przybywa do miasteczka po tym, jak dowiedziała się, że była adoptowanym dzieckiem. Z ukrycia obserwuje swoją biologiczną matkę, Veronicę Russo, z którą nie jest jeszcze gotowa się spotkać. Veronica, trafiając w końcu na plan filmowy jako statystka, zmuszona zostaje do przeanalizowania całego swojego życia…

ZAPOWIEDZI:

18 czerwca 2014
Drogie maleństwo
Julie Cohen
Filia

Claire i Ben, z pozoru idealne małżeństwo, od wielu lat bezskutecznie starają się o dziecko. Kolejne porażki kładą się cieniem na ich związku. Claire jest gotowa zrezygnować z marzenia o założeniu rodziny i żyć dalej, Ben nie chce dać za wygraną. I wtedy jego najlepsza przyjaciółka proponuje, że podda się sztucznemu zapłodnieniu i urodzi im dziecko. 
Romily jest przekonana, że poradzi sobie w roli matki zastępczej, skoro samotnie wychowuje córkę i nie chce mieć więcej dzieci. Jednak ciąża z Benem wyzwala w niej burzę emocji, tym większą, że jest on jedynym mężczyzną, na którym kiedykolwiek jej zależało.
Romily i Claire stają przed dylematem: która z nich powinna zatrzymać przy sobie ukochane maleństwo… i ukochanego mężczyznę.

20 czerwca 2014
Maria Antonina. Z pałacu na szafot
Juliet Grey
Bukowy Las

Porywający obraz pierwszych lat rewolucji francuskiej i ostatnich dni osławionej władczyni Francji.
Wersal 1789 rok. Kiedy wzbierająca rebelia dociera do bram pałacu, w spokojnie płynące, dostatnie życie Marii Antoniny wdziera się gwałt i przemoc. Jej dawniej lojalni poddani dążą do obalenia monarchii, więc dziedzicom korony francuskiej grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. 
Po wymuszonej przeprowadzce do pałacu Tuileries rodzina królewska żyją w oku rewolucyjnego cyklonu. Zewsząd otaczają ją wrogowie, a sojuszników pozostała zaledwie garstka. Choć większość gróźb politycznych wymierzona jest bezpośrednio w królową, Maria Antonina nie przestaje być lojalną żoną i matką, wiernie stojącą u boku swojego męża, Ludwika XVI, ze wszystkich sił chroniącą dzieci. W tajemnicy przed nieprzyjaciółmi szuka sposobów wydostania rodziny ze szponów rebeliantów, wkrótce przekonuje się jednak, że przed niebezpieczeństwem nie ma ucieczki i że żadne z nich nie uniknie straszliwego losu.
O to, czy Maria Antonina była przyjacielem czy wrogiem francuskiego ludu, historycy będą spierać się nadal. Grey ukazała kontrowersyjną królową jako osobę pełną wdzięku i ludzkich uczuć.

* * *

Nie mogę się doczekać ostatniej części trylogii o Marii Antoninie - jeśli ktoś z Was jeszcze nie zna tej opowieści, to szczerze polecam. Książkę z serii Leniwa niedziela - Poszukiwany Colin Firth - mogę brać w ciemno (to wyjątkowo udana seria pełna wspaniałych historii), natomiast Drogie maleństwo wydaje się być wyjątkowo wzruszającą książką, dlatego mam w planie po nią sięgnąć. A Wy? Coś Was z tego zestawienia zaciekawiło? :)

PS Sesja chyli się powoli ku końcowi, więc pomału wracam do życia i do blogowania :) Nareszcie <3

07 czerwca 2014

FRAGMENT: "19 razy Katherine" John Green

W środę, 4 czerwca 2014, premierę miała kolejna powieść Johna Greena wydana w Polsce nakładem Bukowego Lasu. Specjalnie dla fanów autora prezentuję dziś fragment 19 razy Katherine :)

19 RAZY KATHERINE
John Green

Katherine V uważała, że chłopcy są odrażający.
Katherine X chciała się tylko przyjaźnić.
Katherine XVIII rzuciła go drogą mailową.
K-19 złamała mu serce.
Colin Singleton gustuje wyłącznie w dziewczętach o imieniu Katherine. A te zawsze go rzucają. Gwoli ścisłości, stało się tak już dziewiętnaście razy.
Ten uwielbiający anagramy, zmęczony życiem cudowny dzieciak wyrusza w podróż po Ameryce ze swoim najlepszym przyjacielem Hassanem, wielbicielem reality show Sędzia Judy. Chłopcy mają w kieszeni dziesięć tysięcy dolarów, goni ich krwiożercza dzika świnia, ale za to nie towarzyszy im ani jedna Katherine. Colin rozpoczyna pracę nad Teorematem o Zasadzie Przewidywalności Katherine, za pomocą którego ma nadzieję przepowiedzieć przyszłość każdego związku, pomścić Porzuconych tego świata i w końcu zdobyć tę jedyną.
Miłość, przyjaźń oraz martwy austro-węgierski arcyksiążę składają się na prawdziwie wybuchową mieszankę w tej przezabawnej, wielowarstwowej powieści o poszukiwaniu samego siebie.


FRAGMENT:

(drugi)
(...)
– Chcę wpełznąć w jakąś dziurę i umrzeć – beznamiętnie wyznał Colin wprost w kremowy dywan.
– O kurde! – skomentował Hassan, powoli wypuszczając powietrze.
– Pragnąłem w życiu tylko tego, by Katherine mnie kochała i bym mógł osiągnąć coś znaczącego. No i popatrz.
No popatrz tylko...
– Patrzę. I zapewniam cię, kafir, że nie podoba mi się ten widok. I zapach też, jeśli mogę dodać. – Hassan położył się na łóżku, pozwalając przyjacielowi jeszcze przez chwilę rozpaczać.
– Zupełna porażka. A jeżeli już nic się nie zmieni? Jeżeli za dziesięć lat będę ślęczał w jakiejś pierdzielonej klitce nad księgą przychodów i uczył się na pamięć wyników baseballu, łudząc się, że „moja” drużyna skopie innym tyłki, i nie będę miał Katherine ani nigdy nie zrobię nic znaczącego, i zostanę kompletnym zerem?
Hassan usiadł, kładąc dłonie na kolanach.
– Widzisz, dlatego musisz uwierzyć w Boga. Ponieważ ja nawet nie liczę na to, że będę miał własną klitkę, a jestem szczęśliwy jak świnia w kupie gnoju.
Colin westchnął, bo choć Hassan nie był wcale tak bardzo religijny, często w żartach usiłował go nawracać.
– Jasne. Wiara w Boga. Super pomysł! Chciałbym też wierzyć, że polecę w przestrzeń kosmiczną na grzbiecie gigantycznego pingwina i bzyknę Katherine XIX w stanie nieważkości.
– Singleton, nie spotkałem jeszcze człowieka, któremu wiara w Boga byłaby bardziej potrzebna niż tobie.
– A tobie potrzebne są studia – odparował Colin. Hassan mruknął coś pod nosem. Skończył liceum wcześniej niż kumpel, ale wziął sobie rok wolnego, mimo że przyjęto go na Uniwersytet Loyola w Chicago. Ponieważ znów nie zapisał się na zajęcia w semestrze jesiennym, zanosiło się, że rok wolnego wkrótce przejdzie w dwa lata.
– Nie zmieniaj tematu – zaprotestował. – To nie ja jestem tak zdołowany, że nie mogę dźwignąć się z podłogi ani spłukać własnych rzygów, koleś. A wiesz dlaczego? Bo Bóg jest ze mną.
– Przestań mnie dręczyć. – Wysiłki kolegi nadal nie rozbawiły Colina.
Hassan zerwał się z łóżka, usiadł okrakiem na plecach przyjaciela i przytrzymał go za ramiona.
– Nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem! – zawołał. – Powtarzaj za mną, sitzpinkler! La ilaha illa-llah!
– Colin zaczął się w końcu śmiać, z trudem łapiąc oddech pod ciężarem Hassana, który też wybuchnął śmiechem. – Próbuję ocalić twój chudy tyłek przed piekłem!
– Złaź ze mnie, bo inaczej znajdę się tam dość prędko – wysapał Colin.
Hassan wstał i nagle zapytał poważnie:
– No więc na czym dokładnie polega problem?
– Problem polega dokładnie na tym, że mnie rzuciła.
Że jestem samotny. O Boże, znów jestem samotny! A poza tym przegrałem życie, gdyby śnie zauważył. Jestem skończony. Jestem tylko „byłym”! Byłym chłopakiem Katherine XIX. Byłym cudownym dzieckiem. Byłym potencjalnym geniuszem. Aktualnym bezwartościowym zerem. – Jak wiele razy wyjaśniał Hassanowi, istnieje ogromna różnica między określeniami „cudowne dziecko” i „geniusz”.
Cudowne dzieci bardzo szybko uczą się tego, co inni już wiedzą, geniusze zaś odkrywają to, czego nikt inny jeszcze nie wie. Cudowne dzieci kują, geniusze tworzą. Znakomita większość cudownych dzieci wcale nie wyrasta na cudownych dorosłych. Niestety Colin miał niemalże absolutną pewność, że on sam należy do tej nieszczęsnej większości.
Hassan usiadł na łóżku i pogładził się po zarośniętym szczeciną drugim podbródku.
– Czy prawdziwym problemem jest Katherine, czy twój geniusz?
– Tak bardzo ją kocham – odrzekł Colin. Ale tak naprawdę w jego umyśle oba problemy były ze sobą ściśle powiązane. Chodziło o to, że ten wyjątkowy, wspaniały, bystry chłopak... Cóż, wcale taki nie był. Czuł, że nie ma żadnego znaczenia jako człowiek. Colin Singleton, słynny cudowny dzieciak, słynny weteran związków z Katherine’ami, słynny nerd i sitzpinkler, nie miał znaczenia ani dla Katherine XIX, ani dla świata. Zupełnie nagle nie był niczyim chłopakiem i niczyim geniuszem. A to – by użyć trudnego słowa, którego można się spodziewać po nieprzeciętnie inteligentnej osobie – było naprawdę słabe.
– Ponieważ kwestia geniuszu – kontynuował Hassan, jakby Colin wcale nie wyznał miłości – się nie liczy. Chodzi ci tylko o sławę.
– Wcale nie. Chcę mieć jakieś znaczenie – podkreślił Colin.
– Jasne. Jak powiedziałem, pragniesz sławy. Sława równa się dzisiaj popularności. A nie będziesz następną amerykańską top model, na sto procent. Chcesz więc być następnym amerykańskim top geniuszem, a teraz po prostu – nie odbieraj tego zbyt osobiście – biadolisz, że to się jeszcze nie stało.
– Nie pomagasz – mruknął Colin w dywan. Po chwili uniósł twarz i spojrzał na przyjaciela.
– Wstawaj – zarządził Hassan, wyciągając do niego rękę. Colin chwycił ją, podciągnął się, a potem próbował puścić, ale przyjaciel tylko wzmocnił uścisk. – Kafir, masz bardzo skomplikowany problem, który można bardzo łatwo rozwiązać.

(trzeci)

– Wyruszamy w podróż samochodem – oznajmił Colin. U jego stóp stała wypchana torba i leżał plecak wypakowany książkami. Chłopcy i rodzice Colina siedzieli naprzeciwko siebie na dwóch identycznych czarnych skórzanych sofach.
Mama rytmicznie kręciła głową niczym zdegustowany metronom.
– Ale d o k ą d? – zapytała. – I dlaczego?
– Bez urazy, proszę pani – odrzekł Hassan, kładąc stopy na stoliku do kawy (czego nie wolno było robić) – ale umyka pani sedno. Nie istnieje żadne „dokąd” ani „dlaczego”.
– Pomyśl o tym wszystkim, co mógłbyś robić w wakacje, Colinie. Mógłbyś pouczyć się sanskrytu – odezwał się tato. – Wiem, że bardzo ci na tym zależało*. Naprawdę będziesz szczęśliwy, jeżdżąc samochodem bez celu? To do ciebie niepodobne. Zachowujesz się, jakbyś skapitulował.
– Przed czym, tato?
Tato się zastanowił. Zawsze się zastanawiał po usłyszeniu pytania, a następnie formułował wypowiedź pełnymi zdaniami bez żadnych zająknięć czy powtórzeń – jakby nauczył się jej na pamięć.
– Z przykrością to mówię, Colinie, ale jeśli chcesz się dalej rozwijać intelektualnie, musisz pracować znacznie ciężej niż do tej pory. Inaczej możesz zmarnować swój potencjał.
– W zasadzie – odparł Colin – wydaje mi się, że już go zmarnowałem

Być może to dlatego, że Colin nigdy w życiu nie rozczarował swoich rodziców: nie pił, nie brał narkotyków, nie palił papierosów, nie malował oczu czarną kredką, nie przesiadywał po nocach, nie dostawał złych ocen, nie przekłuł sobie języka ani nie wytatuował na plecach: „KATHERINE FOREVER”. Może czuli się winni, że go w jakimś sensie zawiedli i to przez nich znalazł się w opłakanym położeniu? A może chcieli spędzić kilka tygodni sami, żeby na nowo rozniecić ogień miłości? W każdym razie pięć minut po przyznaniu się do zmarnowania potencjału Colin Singleton siedział za kierownicą swojego długaśnego szarego oldsmobile’a znanego jako Katafalk Szatana.
– Dobra, teraz tylko musimy podjechać do mnie – oznajmił Hassan – wziąć trochę ciuchów i jakimś cudem przekonać moich rodziców, żeby puścili mnie w podróż po Ameryce.
– Możesz powiedzieć, że znalazłeś pracę, na przykład na jakimś obozie czy coś w tym rodzaju – podpowiedział Colin.
– Jasne, tylko że nie zamierzam okłamywać mamy, bo tylko skończone bydlę łże własnej matce.
– Hm.
– No, ale ktoś inny mógłby ją okłamać. Jakoś bym to przeżył.
– Dobra – zgodził się Colin.
Kilka minut później zaparkowali na drugiego w dzielnicy Ravenswood w Chicago i wyskoczyli z auta. Colin wpadł do domu tuż za przyjacielem. Mama Hassana drzemała w fotelu w starannie urządzonym salonie.
– Hej, mamo! – zawołał chłopak. – Pobudka!
Przebudziła się i z uśmiechem przywitała chłopców po arabsku. Colin zaczął mówić w tym samym języku:
– Rzuciła mnie dziewczyna, jestem bardzo przygnębiony, więc razem z Hassanem wybieramy się na... hm... takie wakacje, kiedy zwiedza się świat samochodem. Nie znam tego słowa po arabsku.
Pani Harbish pokręciła głową i wydęła usta.
– A nie mówiłam, żebyś nie zadawał się z dziewczynami? – powiedziała po angielsku z wyraźnym obcym akcentem. – Hassan jest grzecznym chłopcem, nie zajmuje się „randkowaniem”. I popatrz, jaki jest szczęśliwy. Powinieneś brać z niego przykład.
– Tego właśnie będzie mnie uczył podczas wyjazdu – zapewnił ją Colin, choć trudno byłoby bardziej minąć się z prawdą. Hassan wtoczył się z powrotem do pokoju, taszcząc częściowo zapiętą torbę, z której wysypywały się ubrania.
– Ohiboke*, mamo – powiedział, schylając się, żeby pocałować ją w policzek.
Wtem do salonu wszedł ubrany w piżamę pan Harbish.
– Nigdzie nie pojedziesz! – oświadczył po angielsku.
– Tato! Muszę. Spójrz na niego. Jest zupełnie zdołowany. – Colin zerknął na pana Harbisha, starając się wyglądać na możliwie najbardziej zdołowanego. – Pojedzie ze mną albo beze mnie, a tak przynajmniej będzie miał kogoś, kto się nim zaopiekuje.
– Colin to dobry chłopak – zapewniła męża pani Harbish.
– Będę dzwonił codziennie – dodał Hassan. – Nie wyjedziemy wcale na długo. Wrócimy, gdy tylko mu się poprawi.
Colin, improwizując, wpadł na pomysł.
– Chcę załatwić Hassanowi pracę – zwrócił się do pana Harbisha. – Obaj musimy się nauczyć, że naprawdę warto ciężko pracować.
Pan Harbish przyjął jego słowa pomrukiem aprobaty, po czym zwrócił się do syna:
– Przede wszystkim musisz się nauczyć, że nie warto oglądać tej okropnej Sędzi Judy. Jeżeli przed upływem tygodnia zadzwonisz z informacją, że masz robotę, to możesz sobie zostać, jak długo zechcesz i gdzie zechcesz.
Hassan jakby nie zauważył przytyku.
– Dziękuję, tato – wymamrotał potulnie.
Ucałował mamę w oba policzki i pospieszył do drzwi.
– Co za drań! – wybuchnął, gdy już znalazł się bezpiecznie w Katafalku. – Może oskarżać mnie o lenistwo, ale ubliżać najlepszej w Ameryce telewizyjnej sędzi, to już totalne przegięcie!

Hassan zapadł w sen koło pierwszej w nocy, a Colin, rozbudzony dzięki kupionej na stacji kawie z dużą ilością śmietanki oraz upojony poczuciem samotności na autostradzie nocą, pędził na południe przez Indianapolis drogą I-65. Noc była ciepła jak na początek czerwca, a ponieważ w Katafalku Szatana w tym tysiącleciu nie działała klimatyzacja, Colin uchylił okna. Cudowne w prowadzeniu samochodu było to, że na tyle pochłaniało uwagę – auto zaparkowane na poboczu, może to gliny; zwolnij; trzeba wyprzedzić tego tira; włącz migacz; spójrz w tylne lusterko; sprawdź martwe pole i, dobrze, na lewy pas – że nie czuł palącej dziury w brzuchu.
By zająć czymś myśli, przypominał sobie inne dziury w innych wnętrznościach. Pomyślało arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie zamordowanym w roku 1914. Spoglądając na krwawiącą ranę w swojej piersi, arcyksiążę powiedział:
– To drobiazg.
Mylił się. Bez wątpienia arcyksiążę Franciszek Ferdynand miał znaczenie dla świata, choć nie był ani cudownym dzieckiem, ani geniuszem: zamach na niego dał początek pierwszej wojnie światowej, więc następstwem jego śmierci było 8 528 831 kolejnych.
Colin tęsknił za Katherine. Tęsknota rozbudzała go bardziej niż kawa, więc kiedy Hassan godzinę wcześniej zaproponował, że go zmieni za kierownicą, Colin się nie zgodził. Prowadzenie samochodu pomagało mu – zwolnić do stu dziesięciu; Boże, ależ mi wali serce, nie znoszę smaku kawy; ale jestem nakręcony; wyprzedzić ciężarówkę; dobrze; na prawy pas; a teraz tylko moje reflektory przeciwko ciemności. Dzięki temu samotność nie rozdzierała go na strzępy. Prowadzenie auta było czymś w rodzaju myślenia – jedynym, jaki mógł znieść. Ale mimo to tuż poza zasięgiem przednich świateł ciągle majaczyła myśl: zostałem porzucony. Przez dziewczynę o imieniu Katherine. Po raz dziewiętnasty.
Jeśli chodzi o dziewczyny (a w wypadku Colina często o nie chodziło), każdy ma swój typ. Jego typu nie określały cechy fizyczne, lecz lingwistyczne: lubił imię Katherine. Nie Katy, Kat, Kitty czy Cathy, Rynn, Trina, Kay, Kate lub, Boże broń, Catherine. K-A-T-H-E-R-I-N-E. Do tej pory chodził z dziewiętnastoma dziewczynami. Wszystkie miały na imię Katherine. I wszystkie – co do jednej – go porzuciły.
Colin wierzył, że na świecie istnieją dwa rodzaje ludzi: Porzucający i Porzucani. Wiele osób uważa się za reprezentantów obu kategorii naraz, ale mylą się: człowiek ma predyspozycje albo do jednego losu, albo do drugiego. Porzucający nie zawsze muszą łamać serca, a Porzucani nie zawsze muszą mieć serca złamane, lecz wszystkich charakteryzuje inklinacja w tę lub w tamtą stronę*.
Może Colin powinien był już przywyknąć do rytmu uczuciowych wzlotów i upadków? Przecież umawianie się z kimś kończy się zawsze tak samo, czyli kiepsko. Jeśli się nad tym zastanowić, co Colin robił często, wszystkie związki kończą się (1) zerwaniem, (2) rozwodem albo (3) śmiercią. Lecz Katherine XIX była inna – czy może inna się wydawała. Kochała go, a on żarliwie odwzajemniał jej miłość. I nadal tak było – odkrył, że jadąc teraz samochodem, cały czas powtarza w myślach: „Kocham cię, Katherine”. To imię brzmiało inaczej, gdy odnosiło się do niej. Przestawało być tylko imieniem, na punkcie którego od dawna miał obsesję, a stawało się słowem opisującym wyłącznie tę jedyną, słowem pachnącym bzem, określającym błękit jej oczu i długość rzęs.
Na tylnym siedzeniu Hassan sapał i powarkiwał, jakby śnił, że jest owczarkiem niemieckim. Wiatr wpadał przez uchylone okna, a Colin wciąż dumało Porzucających, Porzucanych i o arcyksięciu. Czuł nieustające palenie w brzuchu. To jest dziecinne i żałosne, myślał. Jesteś żenujący. Daj sobie spokój, daj sobie spokój, daj sobie spokój.
Ale w sumie nie do końca wiedział, co oznacza „to”.

KATHERINE I: POCZĄTEK (POCZĄTKU)

Rodzice uważali go za zupełnie zwykłe dziecko aż do pewnego czerwcowego poranka. Colin, który miał wówczas dwadzieścia pięć miesięcy, siedział w wysokim krzesełku, jedząc śniadanie nieokreślonego warzywnego pochodzenia, a jego ojciec po drugiej stronie małego kuchennego stołu czytał „Chicago Tribune”. Malec był chudy jak na swój wiek, ale wysoki, i miał wielką szopę brązowych loków, które otaczały jego głowę z iście einsteinowską nieprzewidywalnością.
– „Wydrapana grahama” – powiedział, przełknąwszy kęs. – Nie chcę zielonego – dodał, mając na myśli swój posiłek.
– Co mówisz, kolego?
– „Wydrapana grahama”. Poproszę frytki, dziękuję*.
Tato odwrócił gazetę i spojrzał na nagłówek na frontowej stronie. To było pierwsze wspomnienie Colina: ojciec powoli opuszczający gazetę i uśmiechający się do niego. Oczy miał okrągłe ze zdumienia i radości, a uśmiech promienny.
– CINDY! NASZ SYN CZYTA GAZETĘ! – zawołał.
Rodzice Colina należeli do tych ludzi, którzy naprawdę, ale to naprawdę lubią czytać. Mama uczyła francuskiego w prestiżowej i drogiej szkole Kalman w centrum, a tata był profesorem socjologii na Uniwersytecie Northwestern, na pół noc od miasta. Zatem po „Wydrze pana Grahama” rodzice zaczęli z Colinem czytać wszędzie i zawsze – głównie po angielsku, ale czasami też z francuskich książeczek z obrazkami.
Cztery miesiące później zapisali go do przedszkola dla wybitnie uzdolnionych dzieci. Niestety przedszkole oznajmiło, że chłopiec reprezentuje zbyt wysoki poziom, a poza tym nie przyjmują maluchów nieprzyuczonych do nocnika. Skierowali Colina do psychologa na Uniwersytecie Chicagowskim.
I tak cudowne dziecko, nie zawsze powstrzymujące mocz, wylądowało w małym, pozbawionym okien gabinecie na South Side na rozmowie z panią profesor w rogowych okularach. Pani kazała mu znajdować schematy w ciągach liczb i liter oraz przestawiać wielokąty. Pytała, który obrazek nie pasuje do reszty. Zadawała nieskończenie wiele cudownych pytań i Colin ją za to uwielbiał. Do tej pory większość pytań dotyczyła tego, czy się zsikał w majtki i czy mógłby łaskawie zjeść jeszcze trochę tych nieszczęsnych warzyw.
Po godzinnym przesłuchaniu pani profesor oznajmiła:
– Chciałabym ci podziękować za niezwykłą cierpliwość, Colinie. Jesteś bardzo wyjątkowym dzieckiem.
„Jesteś bardzo wyjątkowym dzieckiem”. Colin miał często słyszeć to zdanie, a mimo to jakimś sposobem nigdy nie miał go dość.
Pani w rogowych okularach zaprosiła do gabinetu mamę Colina. Opowiadała jej o tym, że syn jest błyskotliwy i wyjątkowy, a Colin bawił się drewnianymi klockami z literami alfabetu. Wbił sobie drzazgę, przerabiając KULA na LUKA – był to pierwszy anagram, jaki pamiętał.
Pani profesor wyjaśniła mamie, że tak uzdolnionego chłopca trzeba wspierać, ale nie wywierać na niego nadmiernej presji, i ostrzegła:
– Proszę nie mieć wygórowanych oczekiwań. Dzieci takie jak Colin bardzo szybko przetwarzają informacje.
Potrafią w niezwykły sposób koncentrować się na zadaniach. Ale Colin ma takie same szanse na zdobycie Nagrody Nobla jak każde inne przeciętnie inteligentne dziecko.
Tego wieczoru ojciec podarował mu nową książkę: Brakujący element Shela Silversteina. Colin siedział na kanapie obok taty i małymi rączkami przerzucał wielkie strony, czytając szybko i przerywając tylko po to, by zapytać, czy „może” oznacza to samo co „morze”. Kiedy skończył, zdecydowanym gestem zamknął książeczkę.
– Podobała ci się? – zapytał tato.
– Tak – potwierdził chłopiec. Lubił książki, ponieważ uwielbiał sam akt czytania, magię przemieniającą linie na papierze w słowa w jego głowie.
– A o czym była? – dopytywał ojciec.
Colin poło żył książkę na kolanach taty i odpowiedział:
– Kółko zgubiło swoją część. Ta część jest w kształcie pizzy.
– W kształcie pizzy czy kawałka pizzy? – Tato z uśmiechem pogładził syna wielką dłonią po głowie.
– Masz rację, tatusiu. Kawałka pizzy. I kółko jej szuka. Znajduje dużo niepasujących części, aż w końcu trafia na swój kawałek. Ale zostawia go. I to już koniec.
– Nie czujesz się czasami jak kółko, któremu brakuje kawałka? – zadumał się ojciec.
– Tatusiu, ja nie jestem kółkiem, jestem chłopcem.
Uśmiech ojca przygasł: cudowne dziecko umiało czytać, ale nie rozumiało. Gdyby tylko Colin pojął, że brakuje mu jakiejś części, że nieumiejętność dostrzeżenia siebie w historii o kółku stanowi problem nie do naprawienia, wiedziałby, że reszta świata z czasem go dogoni. Odwołując się do innej historii, którą znał na pamięć, ale nie do końca rozumiał: gdyby tylko wiedział, że opowieść o żółwiu i zającu dotyczy czegoś więcej niż żółwia i zająca, zaoszczędziłby sobie sporo rozczarowań
Trzy lata później poszedł do pierwszej klasy w szkole Kalman – za darmo, ponieważ jego mama tam pracowała – i był zaledwie o rok młodszy od swoich kolegów. Ojciec zmuszał go do coraz bardziej wytężonej nauki, ale Colin nie należał do tych cudownych dzieci, które idą na studia w wieku jedenastu lat. A poza tym rodzice chcieli, by edukacja syna przebiegała w miarę normalnym trybem ze względu na, jak to ujmowali, „korzyści towarzyskie”.
Jednak życie towarzyskie Colina nigdy nie wyglądało korzystnie. Niezbyt dobrze szło mu zawieranie przyjaźni. Po prostu miał zainteresowania całkiem odmienne niż koledzy. Na przykład ulubionym zajęciem Colina podczas przerw było udawanie robota. Podchodził do Roberta Casemana sztywnym krokiem z bezwładnie zwieszonymi ramionami i monotonnym głosem oznajmiał:
– JESTEM ROBOTEM. ODPOWIEM NA KAŻDE PYTANIE. CHCESZ WIEDZIEĆ, KTO BYŁ CZTERNASTYM PREZYDENTEM USA?
– No dobra – mówił Robert – mam pytanie: czemu jesteś takim upierdem, Krzywy Kinolu?
Mimo że imię Colina wymawiało się inaczej, ulubioną zabawą Roberta Casemana w pierwszej klasie było przezywanie go „Krzywym Kinolem”, dopóki Colin się nie rozpłakał, co następowało dość szybko, ponieważ był, jak to ujmowała mama, „wrażliwym chłopcem”. Przecież on tylko chciał się pobawić w robota. Co w tym złego?
W drugiej klasie Robert Caseman i jego ferajna trochę dojrzeli. W końcu zrozumieli, że „słowa nie ranią, za to kije i kamienie kości połamią”, więc wymyślili Ręczną Rozrywkę*. Kazali Colinowi kłaść się na ziemi (a on z jakiegoś powodu się zgadzał), po czym czterech kolesiów chwytało go za kończyny i każdy ciągnął w swoją stronę. Przypominało to rozciąganie na kole tortur, tyle że w wykonaniu siedmiolatków nie groziło śmiercią, za to było poniżające i głupie. Colin czuł się przez to, jakby nikt go nie lubił, co właściwie było prawdą. Pocieszała go jedynie myśl, że pewnego dnia będzie coś znaczył. Będzie sławny, a oni nie. Mama twierdziła, że przede wszystkim dlatego go dręczą.
– Są po prostu zazdrośni – wyjaśniała. Ale Colin wiedział lepiej. Nie byli zazdrośni, lecz zwyczajnie go nie lubili. Czasami prawda bywa bardzo prosta.
Zatem Colin i jego rodzice odczuli wielką ulgę, gdy tuż po rozpoczęciu trzeciej klasy chłopak zaistniał towarzysko, zdobywając (przelotnie) serce najładniejszej ośmiolatki w Chicago.

* Choć to żałosne, tato mówił prawdę. Colin rzeczywiście chciał się uczyć sanskrytu. To coś w rodzaju Mount Everestu martwych języków.

*„Kocham cię” po arabsku.

* Graficzne przedstawienie tej koncepcji może pomóc ją zrozumieć. Colin wyobrażał sobie dychotomię Porzucający/Porzucany jako krzywą Gaussa. Większość ludzi plasuje się gdzieś pośrodku, np. są albo umiarkowanymi Porzucającymi, albo umiarkowanymi Porzucanymi. Na obu biegunach znajdują się Katherine’y i Colinowie.

* Jak każda sprytna małpka Colin dysponował bogatym słownictwem i ubogą ortografią. Nie wiedział, że Graham pisany wielką literą to imię, a „wydra” i „pana” to osobne słowa. Wybaczmy mu. Miał tylko dwa lata.

* Nazwę tę, tak dla ścisłości, wymyślił Colin. Inni nazywali to ćwiczenie „rozciąganiem”, ale pewnego razu tuż przed rozpoczęciem zabawy, Colin zawołał: „Tylko nie róbcie mi Ręcznej Rozrywki!”. Określenie było tak trafne, że z miejsca się przyjęło.

Przeł. Magda Białoń-Chalecka

I jak, zaciekawieni? :)

03 czerwca 2014

Tu i tam, czyli o podróży w kierunku Dolnego Śląska :)

Pałacyk w Antoninie

Jakiś czas temu wspominałam na łamach mojego bloga, że w połowie maja będę miała małe „wakacje”, a dokładniej wyjazd naukowy w kierunku Dolnego Śląska: Wrocław, Legnica i okolice. Dziś opowiem Wam o kilku wybranych miejscach, które szczególnie mnie urzekły :) 

Już pierwszego dnia miałam okazję zobaczyć pałacyk myśliwski Radziwiłłów w Antoninie. Obiekt powstał w latach 20-tych XIX wieku, architektem był Karl Schinkel, który jest także autorem pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim, o którym też wspomnę w tej notce.

Pałacyk w Antoninie - wnętrze

Antonin niegdyś nosił nazwę Szperek, ale na cześć Antoniego Radziwiłła nazwa miejscowości uległa zmianie. Drewniany pałacyk myśliwski posiada trzy kondygnacje, został zbudowany na planie ośmioboku (co samo w sobie stanowi ciekawą formę), do którego dobudowano cztery skrzydła z pomieszczeniami mieszkalnymi. W centrum budynku znajduje się ośmioboczna kolumna ozdobiona głowami jeleni (8 głów na jedną kondygnację). Jako ciekawostkę dodam, że w latach 30-tych obiekt ten został podarowany Adolfowi Hitlerowi  przez jednego z Radziwiłłów. Dziś pałacyk został odrestaurowany i pełni funkcję hotelowo-restauracyjną, co niestety uniemożliwia zwiedzenie wszystkich pomieszczeń, gdy są zajmowane przez gości. Poza tym muszę przyznać, że nastawiałam się na imponujący, zapierający dech obiekt, a w rzeczywistości zobaczyłam niezbyt wielką, drewnianą architekturę, w dodatku budzącą w odbiorcy mieszane uczucia, gdy spojrzy się na wszechobecne trofea myśliwskie – wypchane głowy jeleni patrzące nam prosto w oczy… Chyba nie chciałabym tam zamieszkać ;)

Panorama Racławicka - fragment

Później spędziłam trzy dni we Wrocławiu, gdzie na uwagę na pewno zasługuje Panorama Racławicka. Osobiście jestem fanką polskiego malarstwa XIX wieku, więc dzieło Styki, Kossaka i ich kompanów totalnie mnie zachwyciło, choć trzeba przyznać, że przyjemność podziwiania płótna nie jest tania (bilet normalny 25 zł, ulgowy 18 zł). Duże brawa należą się Muzeum Narodowemu (którego oddziałem jest właśnie Panorama), które doskonale opracowało sam obiekt – płótno przedstawiające bitwę pod Racławicami (o długości 120 metrów i szerokości 15 metrów!), rozpięte wokół podestu, na którym stoi widz, przyjęło formę pierścienia i dodatkowo zostało wzbogacone o sztafaż z imitacją ziemi i roślinności. Całość działa na odbiorcę bardzo realistycznie – ma się wrażenie, jakby się weszło w samo centrum bitwy. Takie XIX-wieczne 3D ;)

Panorama Racławicka - fragment

Czwartego dnia wyjazdu miałam okazję zobaczyć coś naprawdę imponującego – pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim. To neogotycka budowla o formach przypominających zamek (ale zamkiem NIE JEST! Podkreślam tę kwestię, bo często spotyka się określenie „zamek w Kamieńcu Ząbkowickim”, a jest to błąd), zaprojektowana przez wspomnianego wcześniej Schinkla. Budynek wznoszono przez ponad 30 lat, by następnie jeszcze długo go wykańczać, zaś koszt takiej rezydencji można podobno przeliczyć na 3 tony złota.

Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim znajduje się na wzniesieniu - tu widok na elewację frontową

Marianna Orańska to niezwykła postać, o której można by napisać osobną notkę, ale ja ograniczę się tylko do kilku faktów. Marianna była księżniczką niderlandzką, która poślubiła Albrechta Hohenzollerna, generała pruskiego. Ich „udany” związek trwał 10 lat, w czasie których Marianna była świadkiem zdrad męża, co ostatecznie doprowadziło do wniesienia pozwu o rozwód – w tamtych czasach było to niezwykle szokującym posunięciem, zwłaszcza ze strony kobiety. Ale Marianna rozwód dostała, choć nie obyło się bez skandalu – księżniczka bowiem miała kochanka, z którym zaszła w ciążę. Była to jednak wyjątkowa miłość, bowiem Marianna ostatecznie kazała się pochować obok swojego kochanka. Pałac natomiast trafił w ręce jej syna.

Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim - wewnętrzny dziedziniec

Dziś pałac w Kamieńcu Ząbkowickim to w dużej mierze ruina – podczas krótkiej wycieczki w oczy rzuciły mi się przede wszystkim zawalone schody, odpadający tynk na ścianach, zniszczone sklepienia. Pałac przeżył poważny pożar w latach 40-tych. Od kilku lat obiekt znów jest w posiadaniu gminy, ale prace remontowe posuwają się bardzo powoli, bo – jak to zazwyczaj bywa – na zabytki nigdy nie ma pieniędzy. Co więcej – wstęp na teren jest płatny i to w dodatku niemało: 25 zł od osoby dorosłej, 15 zł – dzieci i studenci.  Nie mam pojęcia, jakie będą dalsze losy pałacu – w takim tempie prac, jakie się tam odbywają, nasze pokolenie może nie dożyć w pełni odrestaurowanego obiektu. Ale może kiedyś znajdzie się jakiś prywatny inwestor, który wspomoże gminę i uratuje ten piękny pałac? Nie da się bowiem ukryć, że obiekt ten ma swój urok – kiedy stałam na wewnętrznym dziedzińcu i słyszałam jedynie wycie wiatru, wrażenie było niesamowite. No i  dodatkowy plus za przemiłego pana, który oprowadzał po obiekcie ;)

Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim - elewacja od strony ogrodu

Ostatniego dnia byłam także w Lubiążu i zespole klasztornym cystersów, ale szczerze mówiąc nie wiem, co o tym miejscu napisać. Renowacja tak gigantycznego kompleksu moim zdaniem stoi pod równie gigantycznym znakiem zapytania. Koszt wstępu dla zwiedzających to 15 i 10 zł. W tym momencie pracami zajmuje się fundacja powstała przy Lubiążu, udało im się odrestaurować kilka sal (m.in. Salę Książęcą, w której znajdują się m.in. portrety dziadków Marii Antoniny), ale to tylko kropla w morzu potrzeb. Tym jednak, co mnie wyjątkowo zniechęciło do tego miejsca była bardzo nieprzyjemna przewodniczka oraz fakt, że pracownicy w tym obiekcie nie mają najwyraźniej szacunku dla tkanki zabytkowej, o czym świadczy m.in. wbijanie gwoździ w ściany (na co jestem osobiście szalenie uczulona). Jak widać każdy ma inną wizję na temat ochrony zabytków ;)

Muszę przyznać, że jestem zadowolona z tego wyjazdu – zobaczyłam kilka naprawdę wartych uwagi miejsc i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Jeśli będziecie mieli okazję odwiedzić któryś ze wspomnianych obiektów, to szczerze polecam! :)

Na koniec przypominam o moim konkursie, który trwa do 15 czerwca i w którym można wygrać nowiutki egzemplarz "Silosa" :)