29 czerwca 2011

"Mroczny kochanek" J. R. Ward


"Mroczny kochanek – to trzymająca w napięciu powieść grozy z fascynującym wątkiem miłosnym w tle. To barwna opowieść o bezlitosnej walce tajnego bractwa wampirów z ich odwiecznymi prześladowcami, rozgrywającej się w realiach współczesnej Ameryki. Członkowie Bractwa Czarnego Sztyletu to młodzi przystojni mężczyźni, sympatyczni, dowcipni, pełni wdzięku. Uwielbiają rap, szybkie samochody i wieczory spędzane w klubach. Mieszkają w przebudowanej na twierdzę posiadłości w Caldwell, w stanie Nowy Jork. Szefem bractwa jest Ghrom - nieustraszony wojownik i namiętny kochanek. To właśnie historia miłosna Ghroma – jedynego wampira czystej krwi na Ziemi - i młodej dziennikarki Beth jest głównym wątkiem fabuły pierwszego tomu serii. Beth jest córką jego starego druha, ale nic nie wie o swoim wampirzym pochodzeniu. Zostaje jednak wciągnięta w wir walki i Ghrom musi postawić na szali wszystko, by ratować ukochaną..."

Pierwszy tom kultowego cyklu powieściowego J.R. Ward – amerykańskiej pisarki, która od paru lat gości na czołowych miejscach amerykańskich i europejskich list bestsellerów.


Wampirza tematyka nie odstępuje nas nawet na krok, a coraz więcej serii wydawniczych traktuje o tym interesującym i w zasadzie już nieco przerysowanym gatunku nocnych drapieżników. Lecz czy nadal możemy sięgać po literaturę paranormal z nadzieją, że napotkane wampiry nas zainteresują i wzbudzą emocje?

Najpierw poznajemy Hardhy’ego, wampira o wysokiej pozycji i dobrych kontaktach. Hardhy potrzebuje pomocy i musi się w tej sprawie zgłosić do najważniejszego w Bractwie wampira – Ghroma. Bowiem tylko Ghrom ma moc, która może ocalić półwampirzą córkę H. I ułatwić jej przemianę, jeśli taka nastąpi. Ale Ghrom nie zamierza dać się wciągnąć w tę historię i odmawia, jak przystało na wrednego, niebezpiecznego i upartego władcę wampirów.

Tymczasem Beth, główna bohaterka powieści, właśnie kończy pracę – jest dziennikarką – i wraca późną porą do domu. Niestety wtedy zostaje zaatakowana przez dwóch chłopaczków, którzy mają wobec mniej konkretne, obrzydliwe plany. Lecz Beth udaje się uciec przed nimi. W końcu postanawia poinformować o zdarzeniu swojego kolegę policjanta i w tym samym czasie dostaje wezwanie służbowe do miejsca, gdzie wybuchł samochód. Policja stara się odkryć, co się stało, a Beth ma napisać o tym artykuł.

Lecz wydarzenia – te związane z wybuchem tajemniczego auta, jak i wszystkie nawarstwiające się problemy – mają wspólny mianownik. A opowieść nabiera rozpędu, kiedy dochodzi do spotkania między Beth i Ghromem. I dopiero wtedy można mówić o prawdziwym tornadzie.

Bractwo Czarnego Sztyletu to seria książek traktujących o zrzeszeniu wampirów, które ma walczyć o swoją ginącą rasę. W skład Bractwa wchodzi kilku potężnych, niebezpiecznych wampirów, których należy się niewątpliwie bać. Autorka stara się ubrać ich jak najgroźniej, wystylizować na przerażające potwory, które samym spojrzeniem mają zmrozić wroga do szpiku kości. Duża ilość wulgaryzmów powinna przybliżyć nam charaktery tych postaci, zainteresować jednocześnie niedostępnością,  jaka bije od wampirzych sylwetek. Lecz czy to się sprawdza?

Osobiście muszę przyznać, że liczyłam na kawał dobrej lektury. Ba!, w ciemno kupiłam tę książkę, sugerując się wieloma pozytywnymi opiniami. W końcu miałam okazję przekonać się na własne oczy, czy Mroczny kochanek naprawdę potrafi wciągnąć i rozpalić zmysły. I co z tego wyniknęło? Nic.

Na początek weźmy się za narrację. Trzecioosobowa, jest pisana przez  narratora wszechwiedzącego, który na zmianę opisuje wydarzenia z różnych punktów widzenia. Rozdziały są logicznie podzielone, lecz w każdym z nich autorka potrafi kilkakrotnie zmienić punkt obserwacyjny, co każe nam „przerzucać” się z bohatera na bohatera i na nowo wczuwać się w opisywane zajścia. Język jest prosty, obfitujący w kolokwializmy i przekleństwa, co odbiera dziełu charakteru. W dodatku na samym początku książki zostajemy zasypani przez szereg definicji odnoszących się do wampiryzmu i słownictwa, jakiego sami byśmy nie zrozumieli. Dobry pomysł, lecz takie definicje należałoby albo umieszczać w przypisach końcowych, albo w tekście. Zasypywanie czytelnika od razu taką ilością pojęć odbiera klimat i może nawet zanudzić.

Ogromny, wręcz gigantyczny minus to tłumaczenie. Imiona, z którymi spotykamy się w treści dzieła, nie mają nic wspólnego z oryginałem. Ghrom, Furiath, Zbihr? CO to ma być?! Oczywiście inwencja twórcza tłumacza, niestety całkowicie zbędna. Oryginalne imię głównego bohatera to Wrath. I brzmi naprawdę o niebo lepiej!

Kreacja bohaterów jest powierzchowna. W zasadzie o głównej bohaterce za wiele się nie dowiedziałam ponadto, iż wystarczyło, by raz spojrzała na wampirzego nieznajomego, a już jej się robiło mokro w majtkach. Przykre, ale prawdziwe i tylko w ten, pasujący do języka powieści sposób, mogę Wam pokazać owy istotny defekt. Postać Ghroma i jego braci natomiast jest przerysowana. Dwumetrowy, barczysty wampir w skórach, słuchający rapu, o spojrzeniu mogącym zabić przeciwnika na miejscu? Banał. I niestety ani trochę mnie nie przekonuje.

Książka ogranicza się do seksu i walk, w zasadzie większej głębi tu nie odnalazłam. Wiadomo, to romans, ale nikt nie powiedział, że romans nie może mieć głębi. Dzieła pani Ward często porównuje się do Kenyon, lecz ja się z tym zupełnie nie zgadzam. Sherrilyn potrafi w swoją historię wpleść pewne idee, które przemawiają do czytelnika, a tym samym stwarza głębokie i pełne barw wydarzenia i postaci. Ward po prostu napisała książkę o seksie z krwiopijcą, który na domiar złego wcale seksowny nie jest.

Jedynym plusem dla powieści jest tajemniczy, klimatyczny początek i... okładka. Muszę przyznać, że ma nastrój i przyciąga spojrzenie, choć im dłużej się jej przyglądam, tym bardziej się zastanawiam nad dziwnym ułożeniem lewej ręki przedstawionego mężczyzny. Ale to prawdopodobnie tylko moja upierdliwość, więc ten akapit możemy pominąć.

Reasumując, miałam wielkie nadzieje względem tej „bestsellerowej” powieści, lecz srodze się zawiodłam. Muszę przyznać, że w kilku momentach po prostu kartkowałam książkę, czytając co większe fragmenty. Pod koniec byłam zupełnie zniesmaczona i uznałam, że to kolejny schemat, powtarzany wciąż i wciąż w wielu publikacjach. Ogromny minus. Plusem może natomiast być forma kreacji - bądź co bądź, nawet jeśli do mnie nie przemówiły, to jednak mamy tu styczność z nowymi wampirami, innymi niż te, jakie spopularyzowano poprzez modę na dzieło Stokera, czy - abstrahując od etymologi słowa wampir - twórczość pani Meyer. Dlatego też rozumiem, że powieść może się podobać, bo to taka lekka lektura na raz, jeśli ktoś po prostu chce spędzić czas z niewymagającym paranormalem. Dla mnie ocena dla książki to 4/10. Osobiście polecam tylko wtedy, kiedy już naprawdę nie macie nic innego do czytania.

27 czerwca 2011

"Nieśmiertelny" Gillian Shields

"Miłość jak ze Zmierzchu, tajemnica jak ze Świata nocy, atmosfera jak z Wichrowych Wzgórz... 

Pierwsza miłość nigdy nie umiera

Szkoła dla dziewcząt Wyldcliffe Abbey jest bardzo ekskluzywna, bardzo droga i nie bardzo przyjazna. Szesnastoletnia Evie zastanawia się, jak przetrwa naukę – i towarzystwo snobistycznych koleżanek. Samotność pozwala jej znieść tylko tajemniczy Sebastian – na spotkania z nim Evie wymyka się niemal co noc. Ale nawet jemu nie przyznaje się, że czasem na szkolnym korytarzu widzi dziewczynę zdumiewająco do niej podobną, lecz ubraną w staroświecką suknię. Nieznajoma chce jej coś powiedzieć, przed czymś ostrzec... Jakby znała jakiś sekret - Evie i Sebastiana..."  


Internat to interesujące miejsce. Z dala od domu, często także od despotycznych rodziców, prawie jak „na własnym”. Jest tyle filmów o szkołach z internatem, że wymieniać bym mogła do przyszłego roku. Coś nas ciągnie w ten temat, prawda? Może taki mit amerykański, a może chęć poznania czegoś, co nie było nam dane. Ale tak naprawdę dreszczyk emocji nie pojawia się w idei miejsca, lecz za jego murami. Czy będziemy tam bowiem bezpieczni?

Evie zostaje wysłana do Wyldcliffe Abbey, prywatnej szkoły dla dziewcząt, ponieważ tak zażyczył sobie jej ojciec. Ale nie jest to zły człowiek, wręcz przeciwnie – tak było mu łatwiej poradzić sobie z problemami w życiu. Jednak bohaterka boi się nowego miejsca i wszystkie znaki na ziemi i niebie ją w tym utwierdzają. W dodatku w drodze do szkoły spotyka dziwnego, tajemniczego chłopca i cała wyprawa wydaje się już nie być taka sama, jak wcześniej. Lecz czy spotkanie podejrzanego nieznajomego było przypadkiem? Wkrótce Evie się o tym przekona.

Lecz to dopiero początek kłopotów. Władcze nauczycielki, wredne koleżanki z pokoju, wizje na jawie i ciągły strach to tylko część tego, co spotka pannę Johnson w dziwnym, mrocznym miejscu położonym na wrzosowiskach. Magia i tajemnica przeplata się ze sobą, a groźny klimat wciągnie bez reszty nie tylko fanów autorki, lecz także postronnych czytelników.

Narracja powieści biegnie dwutorowo – jedna z punktu widzenia bohaterki, a druga to zapiski niejakiej Lady Agnes. Na początku czytelnik ma wrażenie, że się pogubił, z czasem jednak wdrażamy się w historię i zaczynamy pojmować znaczenie obu kobiet dla rozwoju historii. Język jest prosty, typowy dla narracji nastolatki. Nie odnajdziemy tu zawiłych wyrażeń, głębokich rozmyślań czy szczegółowych opisów.

Książkę wręcz połknęłam, mimo iż nie jest to literatura wysokich lotów - brak w niej głębi przemyśleń, wczucia się w historię. Czytając każdy kolejny rozdział ma się czasem wrażenie, że to streszczenie tylko najważniejszych momentów. Główny wątek to historia dwóch kobiet - Lady Agnes, która umiera w 1884 roku i Evie Johnson, dziewczyny żyjącej współcześnie. Obie łączy wielki sekret i boski chłopak - Sebastian. Jak to możliwe? Musicie przekonać się o tym sami!

Nie chciałabym zdradzać zbyt wiele, lecz przyznam, iż intryga nie jest taka zła, jedynie akcja trochę się wlecze. Dopiero na zakończenie powieści otrzymujemy wyjawienie wszystkich sekretów związanych z intrygującym chłopakiem w roli głównej. Zaskakujące? Przyznam, że nawet byłam zdziwiona interesującą historią stworzoną przez panią Shields, choć i tak, obiektywnie oceniając, cała ta fabuła zamyka się pomiędzy prostotą a wymuszoną tajemniczością. Pewne postaci od początku sprawiały, że im nie ufałam, analizowałam ich zachowania, a przy tym martwiłam się o główną bohaterkę.

A teraz czas na okładkę... CO to jest?! Widzicie tę twarz? Okropność! Co gorsze, okładka drugiej części jest prawie taka sama – o ile tu mamy wodę, a tyle w drugim tomie ogień. Naprawdę z wyobraźnią grafik nie poszalał. Oryginalna była o tyle ciekawsza, że jedynym motywem poza wodą stał się naszyjnik, istotny rekwizyt w powieści. Na co więc dodali tę twarz, która jedynie burzy harmonię? Doprawdy nie wiem...

Oceniam książkę na 6,5/10, przez tę trochę wlekącą się akcję i brak szczegółów. Dla mnie trąci to amatorszczyzną – jakby pisarka nie bardzo wiedziała, jak ubrać myśli w słowa, więc im szybciej upora się z problemem, tym lepiej. A przecież opisy, uczucia, wnikliwe obserwacje po jedne z najważniejszych elementów powieści, jak bowiem inaczej wyobrazić sobie świat bohaterów ze wszystkimi szczegółami? Tu pozostaje nam jedynie nasza własna inwencja twórcza.

Niestety miałam nadzieję, że autorka poprawi swój warsztat i sposób narracji podczas pisania drugiej części, ale już teraz mogę Wam zdradzić, że sięgnęłam po kolejny tom i ... nie przeczytałam go nawet w jednej czwartej. Zdrada nieśmiertelnego zupełnie mnie nie wciągnęła, ba!, byłam nawet zła, że prezentuje tak niski poziom. O ile bowiem pierwsza cześć ma w sobie jeszcze jakiś potencjał, to w drugiej nie znalazłam go wcale. A wielka szkoda, bo byłaby to wspaniała powieść, gdyby wykonać ją troszkę lepiej. Nie da się jednak nie przyznać, że opis – atmosfera Wichrowych wzgórz i miłość jak ze Zmierzchu – rzeczywiście się sprawdza. A to już naprawdę wiele.

Czy polecam? Dla rozrywki - czemu nie. Warto przekonać się, czy "pierwsza miłość nigdy nie umiera". A zatem sięgnijcie po dzieło Gillian i podzielcie się wrażeniami!

26 czerwca 2011

"Lucian" Isabel Abedi

"- Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że Lucian może... nie być człowiekiem?
Spuściłam wzrok. 
- Nie, wyszeptałam. Pomyślałam jednak: "Tak".

Lucian nie ma przeszłości. Ma za to niepokojące sny - o nieznanej, ale bardzo mu drogiej dziewczynie. Rebeka od pierwszego spotkania czuje,że coś ją ciągnie do tego dziwnego chłopaka. Oboje rozpaczliwie próbują uwolnić się od siebie, lecz łącząca ich więź okazuje się zbyt silna. Zresztą czy na pewno tego właśnie pragną?

Przejmująca opowieść o przeznaczeniu, miłości i poświęceniu. Po prostu magiczna."


Nieprawdopodobnie romantyczna…

Tyle recenzji mogłabym zaczynać od pytania: „Czym jest miłość?”, aż w pewnym momencie stracilibyśmy nawet świadomość, czy coś takiego w ogóle istnieje. Ile bowiem można mówić o jednym? Piosenki o miłości, filmy o miłości, wiersze o miłości… Zakochani w parku, zakochani na ulicy, zakochani w tramwaju… Mogę tak wymieniać wciąż i wciąż. Ale pytanie nie powinno brzmieć, czym jest miłość, lecz jak WIELKA potrafi ona być? Jak wiele oddasz za ukochana osobę? Czy wierzysz, że NAPRAWDĘ możesz pokochać?

Bohaterką i narratorką powieści jest Rebeka Wolff, nastolatka, której matka – lesbijka i jej dziewczyna mieszkają razem w Niemczech, podczas gdy biologiczny ojciec Rebeki wyjechał do Ameryki i tam ułożył sobie życie. Rebeka jest z tym całkowicie pogodzona, z obojgiem rodziców jest bowiem w dobrym kontakcie. Ponadto ma w posiadaniu dwójkę wiernych przyjaciół – słodką Suse i swojego „chłopaka” Sebastiana, który najwyraźniej jest w niej zakochany.

Wszystko układa się pomyślnie, przynajmniej do czasu. Nagle Rebeka ma dziwny sen, który ją przeraża i jednocześnie intryguje. A potem widzi pod swoim domem chłopca, jak ten opierając się o latarnię, spoglądał wprost w okna jej pokoju. Dziwne, prawda? Jednak tę sytuację można by przełknąć, gdyby nie fakt, że później tego samego młodzieńca widzi jeszcze w kilku miejscach, a za każdym razem on wydał się być nią żywo zainteresowany. Czy to przypadek? Czego ten chłopak może od niej chcieć?


Cała recenzja na:


Ocena blogowa 9/10

***

Przy lekturze towarzyszyła mi pewna śliczna piosenka autorstwa 
Sarah Fimm – Guardian 
(tu z fanmade trailerem do City of Bones).
Jest tak niezwykła i jednocześnie zwyczajna, że grzechem by było jej Wam nie przedstawić. Czasem bowiem warto dać się ponieść emocjom, a ta piosenka wywołuje je z całą pewnością!

25 czerwca 2011

"Udręka" Lauren Kate

"Piekło na ziemi.
Tak właśnie czuje się Luce z dala od swojego chłopaka Daniela, upadłego anioła. Minęła wieczność, nim się odnaleźli, ale teraz znów się rostaną... Daniel musi walczyć z wygnańcami - nieśmiertelnymi, którzy chcą zabić Luce i upadłych aniołów. Dziewczyna ukrywa się w Shoreline, szkole na skalistych wybrzeżach Kalifornii, gdzie przebywają wyjątkowo uzdolnieni uczniowie - Nefilim, potomkowie ludzi i upadłych aniołów. W Shoreline Luce dowiaduje się czym są cienie i jak może je wykorzystać, by zobaczyć swoje wcześniejsze wcielenia. Jednakże, im więcej się dowiaduje, tym bardziej prześladuje ją myśl, że Daniel nie powiedział jej wszystkiego. Coś przed nią ukrywa - coś niebezpiecznego.
A jeśli wersja przeszłości, którą opowiedział jej Daniel, nie jest prawdziwa? A jeśli przeznaczeniem Luce jest życie z kimś innym?"


Miłość, która pokona śmierć, kolejne życia i odnajdzie się w każdej sytuacji, w każdym miejscu i w każdym czasie? Miłość która przetrwa kolejne inkarnacje? Czy to możliwe? Owszem, bowiem zachwycona, ba!, zakochana wręcz w pierwszej części Upadłych, sięgnęłam już dawno po drugi tom przygód Luce i Daniela. I przekonałam się, że miłość potrafi mieć różne oblicza. I potrafi znieść naprawdę wiele.

Z opisu dowiadujemy się najważniejszych rzeczy - Luce musi rozstać się na jakiś czas z Danielem, bo ten postanawia chronić ją przed Wygnańcami (i nie tylko), aby ostatecznie mogli być razem. Przynajmniej takie mają plany. W rzeczywistości jednak Daniel nie potrafi być z dala od Luce i łamie zasadę rozejmu, potajemnie spotykając się z Lucindą. A każde ich kolejne spotkanie kończy się coraz większą kłótnią. Czemu?

Luce znajduje się w nowej szkole, gdzie wydawać by się mogło, że każdy zna lepiej historię miłości jej i Daniela, niż ona sama. Dlatego postanawia sama odkryć, co kryły jej wcześniejsze wcielenia. Już pierwszego dnia poznaje Shelby i Milesa. Wkrótce między nią a Milesem zacznie kwitnąć silna więź porozumienia i przyjaźni, zaś Shelby godzi się pomóc Luce w odkryciu jej poprzednich żywotów. Brzmi niewiarygodnie, a jedna. Nawet ukrywana przez Shelby tajemnica o niej i jej dawnych kontaktach z Danielem nie zmieni przyjaźni, jaka połączyła te dwie dziewczyny. 

Luce coraz bardziej zagłębia się w świat cieni, by odkryć prawdę, by zrozumieć siebie i swoje dziedzictwo, ale tym samym podświadomie oddala się od Daniela. Prześladuje ją myśl, że jej ukochany nie powiedział całej prawdy, że może wcale nie są sobie przeznaczeni! W końcu to właśnie przez słabość Daniela, przez jego miłość do niej, jej kolejne inkarnacje były zmuszone umierać, a jej dusza, zagubiona w świecie, wciąż musiała wracać w kolejnych wcieleniach, by na nowo spłonąć przez uczucie upadłego anioła do śmiertelniczki. Czy to sprawiedliwe?

Bohaterka nie jest pewna tego, co się stanie, jeśli odrzuci Daniela. Nie chce rezygnować z jego miłości ale... Zawsze w jej rozmyślaniach pojawia się "ale". I tego dziewczyna boi się najbardziej. Bo czy w tej sytuacji jego cierpienie, wieczne potępienie miałoby iść na marne? I ta dziwna, tajemniczo brzmiąca Starożytna Wojna? Jakie znaczenie w jej ostatecznej rozgrywce miała Luce? 

I przede wszystkim - dlaczego nagle anioły i demony ze sobą współpracują? Jak to się stało, że Cam i Daniel stoją po jednej stronie barykady? Czego chcą Wygnańcy i jaką decyzję podejmie Luce, kiedy będzie musiała ocalić swoich przyjaciół? Aby otrzymać odpowiedzi na te pytania, polecam przeczytanie powyższej lektury. 

Udręka przez długi czas w ogóle mnie nie wciągała. Czytałam i czytałam, i nie wiedziałam, czemu akcja się tak wlecze. Aż nagle, nie wiem nawet, w jakim momencie, poczułam, że coraz bardziej się wdrażam w historię, że z zainteresowaniem obserwuję poczynania Luce, jej niezłomną postawę i upartą chęć odkrycia prawdy o sobie i o Danielu. Ale przede wszystkim o sobie. Bo nie wiedziała, kim naprawdę jest, dopóki nie poznała wizji cieni.

A kiedy dochodzi do ostatecznej rozgrywki, nie mogłam uwierzyć, że autorka tak to wszystko zaplanowała. Powiedziałabym nawet, że jestem zła na Kate za to, że pozostawiła czytelnika w takiej sytuacji! Niespodziewana decyzje, dziwne zachowanie bohaterów, ciągłe tajemnice i ostateczny wybór... Tylko jedno słowo to określi: Niesamowite!

Bałam się, że ocenię tę książkę niżej. Rzeczywiście pierwsza część może wydawać się lepsza - wiadomo, to oczekiwanie, niepewność, rozwijające się uczucie i tak dalej. Ale tu, w Udręce mamy prawdziwą walkę bohaterki z samą sobą i z miłością do mężczyzny, którego być może tak naprawdę w ogóle nie zna, ale któremu ufa. Albo przynajmniej stara się mu zaufać...

Tak, Udręka w pewnym momencie zaczyna się robić naprawdę ciekawa i aż do samego końca trzyma w napięciu. Czasem bowiem warto się przemóc na początku, by później poczuć emocje, jakie płyną z tej lektury. I nie będę przesadzała mówiąc, że kolejne części są niezbędne i mam nadzieję, że wyjaśnią nam wiele rzeczy. Nie da się jednak ukryć, że ta seria wywołuje różne odczucia, a opinie są podzielone. Muszę przyznać osobiście, że podobnie jak w przypadku Ever będę uparcie broniła tej historii. Ma bowiem w sobie jakąś wewnętrzną magię, niesamowitą i jedyną w swoim rodzaju. Może to właśnie ta niepojęta miłość? A może bohaterowie? A może denerwująca ponad miarę Luce, której czasami mam ochotę przyłożyć? Sami musicie zdecydować, co Was ciągnie do tej powieści. A póki co, oceniam 10/10. Wysoko, ale inaczej nie umiem. Bo jednak mam słabość do Daniela! ;)
***

A teraz dodam od siebie informację, że już za miesiąc premiera trzeciego i bynajmniej nie ostatniego tomu Upadłych
Tak więc już w lipcu na półkach księgarni pojawi się Namiętność.



A na koniec dodaję trailer do trzeciego tomu, muzyka jest niezwykła! 

I dodam bardzo fajną piosenkę o Danielu ;) Uwielbiam to imię ^^

19 czerwca 2011

"Idealny chłopak" Kate Brian

"Lane i Vivi chcą, żeby ich przyjaciółka Isabelle zerwała z chłopakiem, który wiecznie ją zawodzi. Wymyślają więc chłopaka idealnego. 
Tworzą jego stronę na MySpace i namawiają młodszego brata Vivi, by odgrywał jego rolę w Internecie. Jednak Isabelle nadal nie ma partnera na bal maturalny - wirtualny ideał musi zaistnieć naprawdę. Na prośbę dziewczyn wciela się w niego przystojny Jonathan. 
Lecz nie wszystko układa się zgodnie z planem..."


Przyjaźń to coś niesamowitego, prawda? Prawdziwa moc, która zespala ze sobą ludzi, wiąże dusze, daje nadzieję i wytchnienie w trudnych chwilach. Przyjaźń potrafi nas unosić bardziej niż miłość. Mieć przyjaciół oznacza większe bogactwo, niż posiadanie miliardów na koncie bankowym. A jednak tak ciężko o prawdziwą przyjaciółkę/przyjaciela. Tak ciężko bowiem komuś zaufać, pozwolić sobie na otwarcie się przed innymi całkowicie i bezwarunkowo. To prawdziwa sztuka, poświęcić siebie dla przyjaźni…

Vivi, Lane, Isabelle i Curtis to czwórka przyjaciół. Prawdziwych przyjaciół. Dlatego też nic dziwnego w tym, że trójka z nich nie może patrzeć ze spokojem ma fakt, iż Isabelle pozwala sobą pomiatać przez jednego z chłopaków. Ona uparcie twierdzi, że go kocha, lecz on ją wykorzystuje i każdy to widzi. Vivi i Lane czują się w obowiązku, bo odciągnąć przyjaciółkę od Shawna i jego żałosnego zachowania. Kiedy więc dochodzi do kolejnego „rozstania” między nim a Izzy, dziewczyny wkraczają do akcji. Postanawiają odseparować uwagę przyjaciółki od fatalnego i nic nie wnoszącego w jej życie związku, aż w końcu ostatecznie w głowie jednej z nich rodzi się diabelski plan.

I tak więc, nieco spontanicznie, postanawiają wymyślić chłopaka z MySpace’a, którym miałaby się Izzy zainteresować i tym samym nie pozwolić jej myśleć o byłym. Ale sam profil to nie wszystko, musi być jeszcze ktoś, kto odegra tę rolę. I tak w plan włączony zostaje Marshall, brat Vivi. Wszystko idzie w dobrym kierunku, lecz tylko do czasu. Bowiem internetowy chłopak nie ma ciała, a jak inaczej mógłby iść z Isabelle na bal maturalny?  Aby więc plan mógł się ziścić, dziewczęta wciągają się w to jeszcze bardziej –chcą  znaleźć chłopaka, który wcieli się w rolę internetowego bożyszcza. I znajdują go! Ale Jonathan nie do końca jest pewny, czy ta zabawa dobrze się skończy…

Ja sama więcej Wam powiedzieć nie mogę, bo popsułabym niejednej czytelniczce świetną zabawę. A możecie być pewne – dzieło Kate Brian to wspaniała i jedyna w swoim uczta literacka! Powieść ma w sobie tę rzadko spotykaną lekkość i dynamikę, która nadaje książce pożądany efekt lektury dla każdego czytelnika bez względu na wiek.  Młodzieżówka? Owszem. Ale kto powiedział, że tylko dla młodzieży?

Język powieści jest przyjemny, lekki i przede wszystkim wiarygodny – dialogi są naturalne i wystylizowane na język nastolatek. Nie brakuje jednak opisów, których często nie uraczymy w młodzieżówkach – tu dowiemy się, jakie uczucia targają bohaterkami, albo jakiego koloru i kroju koszulę miał na sobie brat Vivi. To zdecydowanie ogromny plus! Podobnie z resztą jak bohaterowie – świetnie zarysowane sylwetki trzech przyjaciółek, Curtisa, Marshalla i Jonathana – sprawiają, że czułam się tak, jakbym znała te osoby w rzeczywistości, jakbyśmy uczęszczali razem do jednej szkoły. To wręcz niesamowite, jak zżyłam się z dziewczynami, jak dopingowałam je w przygodach, które przyszło im przeżyć na kartach w sumie tej króciutkiej, ledwie ponad dwustu stronicowej powieści.

Nie wypada także zapomnieć dodać, że podczas czytania musiałam odkładać na chwilę książkę na bok, by spokojnie wyśmiać się do łez, po czym wracałam do lektury. Bywają bowiem momenty tak śmieszne, że nie można przejść obok nich obojętnie. To stanowczo kolejny plus dla dzieła pani Brian. Dobry humor nie odstąpi Was nawet na krok!

Nie chciałabym oceniać wydarzeń i pobudek, jakimi kierowały się Vivi i Lane przy wymyśleniu idealnego chłopaka. Nie mnie oceniać ich bezinteresowność i chęć pomocy Izzy. Niemniej wiem, że w tym momencie należy powiedzieć z całą mocą, że posiadanie takich przyjaciół to niewątpliwie największy skarb, nawet jeśli popełniają błędy. A to chyba najważniejszy wniosek, jaki można wysnuć  z tej lektury.

Na koniec więc powiem to, co wypada powiedzieć – To stanowczo najlepsza młodzieżówka, jaką do tej pory mogłam przeczytać! Ma w sobie nieprawdopodobnie dużo emocji i dobrej siły, która wręcz zwala z nóg. Daję maksymalną ocenę 10/10 i mam nadzieję, że jeśli sięgnę po inne dzieła Kate Brian, nie zawiodę się tak, jak w przypadku Idealnego chłopaka. Oby więcej takich smakowitych powieści!