23 maja 2012

"Dzieci Cienie. Wśród ukrytych. Wśród oszustów" Margaret Peterson Haddix

Niedaleka przyszłość, na światem ciąży widmo głodu. Rząd ustanawia Prawo Populacyjne, które zakazuje rodzinom posiadania więcej niż dwojga dzieci, jednak niektórzy ukrywają przed światem nielegalnych potomków. Jednym z dzieci pozbawionych przez rząd prawa do istnienia, jest Luke Garner, trzeci syn ubogiej, żyjącej na wsi, rodziny. Wychowany w izolacji, skazany na życie w cieniu, chłopak nie ma styczności z zewnętrznym światem aż do dnia, w którym odkrywa, że w położonym nieopodal domu dobrze sytuowanej rodziny, mieszka ktoś podobny do niego.

W przeciwieństwie do Luke’a, Jennifer znakomicie orientuje się w zewnętrznym świecie. Za pośrednictwem sieci utrzymuje kontakt z innymi nielegalnymi dziećmi, które, podobnie jak ona, marzą o zmianach, o normalnym codziennym życiu. Totalitarne społeczeństwo nie zna miłosierdzia dla niepokornych – czy zakrojone na szeroką skalę plany Jennifer mają jakąkolwiek szansę w starciu z rzeczywistością? A może zorganizowana siatka trzecich dzieci znajduje się pod całkowitą kontrolą rządu?


O tym, co dzieje się w Chińskiej Republice Ludowej słyszymy z telewizji, tudzież z ust starszych, bardziej doświadczonych i obeznanych ludzi – o ciężkim, twardo przestrzeganym prawie posiadania tylko jednego dziecka. Łamanie tego prawa oznacza grzywny, zwolnienia z pracy, a nawet dzieciobójstwo – najczęściej dzieje się to na wsiach i dotyka dziewczynki, bo są mniej przydatne do pracy na roli. Ale to wciąż historia o odległym, mało znanym nam kraju. Co by się jednak stało, gdyby nagle takie prawo populacyjne wprowadzono na całym świecie, a za posiadanie większej ilości dzieci groziłaby natychmiastowa śmierć bez prawa do obrony? Czy zdecydowalibyście się wtedy na posiadanie dzieci?

Rodzina Luke'a Garnera wiedziała, że popełnia poważne przestępstwo, ale narodziny ich trzeciego syna były niezwykle ważne i chcieli go zatrzymać za wszelką cenę. Dlatego też Luke od niemowlęctwa był ukrywany w domu i nie widział niczego poza nim i osaczającym go lasem, ani nikogo poza najbliższą rodziną – rodzicami i dwójką starszych braci. Kiedy okazuje się, że rząd postanowił wykarczować lasy wokół wiejskiego domku Garnerów i zbudować osiedle dla notabli – bogatych obywateli kraju – chłopiec zostaje zamknięty w domu dla własnego bezpieczeństwa. Niebawem jednak – całkowicie przypadkowo – Luke odkrywa coś niezwykłego. W domu sąsiadującym z jego, zamieszkałym przez (wydawało by się) porządnych ludzi oddanych rządowi, mieszka ktoś jeszcze. Jeszcze jedno dziecko – trzecie dziecko. Luke nie waha się więc przed niczym – musi poznać kogoś podobnego sobie. A spotkanie to odmienia całe jego dotychczasowe życie...

Dzieci Cienie to historia stworzona przez Margaret Peterson Haddix, a Wśród ukrytych i Wśród oszustów to dwa pierwsze tomy, które w polskiej wersji zostały wydane w jednej książce. Po powieść tę sięgnęłam z zaciekawieniem, bowiem już od dawna przyciągała mnie do niej okładka – twarz wystraszonego dziecka i cienie za oknem w pewien sposób mnie zachwyciły i koniecznie chciałam wiedzieć, o czym jest ta historia. I otrzymałam całkiem interesującą opowieść!

Autorka przedstawia historię Luke'a z punktu widzenia narratora wszechwiedzącego, który skupia się na chłopcu i jego odczuciach – dzięki temu poznajemy myśli bohatera, jego obawy i niepewności, a przede wszystkim poczucie całkowitego zagubienia w świecie, którego nie rozumie. Luke wie, że jest nielegalnym dzieckiem i grozi mu śmierć, ale jest zbyt mały, bo zrozumieć całą grozę, jaką niosą ze sobą jego działania. Z czasem zaczyna pojmować sytuację, choć dorastanie w świecie, w którym kontrolowany jest każdy ruch społeczeństwa, gdzie każde dziecko musi być policzone, a każdy kawałek chleba dobrze rozdysponowany, nie jest łatwe i chłopiec w pełni zdaje sobie z tego sprawę. I choć jest bojaźliwy i nieco wycofany, jego zachowanie rozumiemy doskonale, a kolejne losy Luke’a chwytają czytelnika za serce. Dzięki temu powieść czyta się niezwykle szybko, a widz, pochłaniając kolejne strony, coraz bardziej drży o życie dziecka, które nie zasłużyło na taki los.

Rzeczywistość wykreowana przez autorkę to tak naprawdę niedaleka przyszłość, świat, którego istnienie wydaje się być przerażająco prawdopodobne – może dlatego, że już od dawna podobne procedury obserwujemy właśnie w azjatyckim kraju? Haddix bez skrępowania opowiada o okrucieństwie, rzeziach na niewinnych maluchach, rozpaczy rodziców próbujących ukryć syna przez wścibskimi spojrzeniami – przez rządem, który wciąż obserwuje. Mam jednak wrażenie, że przedstawiona tu historia to nie wszystko, na co stać autorkę – może dlatego, że pomimo wielu emocji i dramatyzmu, pewnych rzeczy można było się spodziewać? Finał bowiem nie zaskoczył mnie tak, jak tego pragnęłam, a kilka wątków ułożyło się dokładnie tak, jak przewidziałam.

Warto dodać, że pomiędzy wydaniem pierwszej a drugiej części są trzy lata różnicy – tom pierwszy ukazał się zagranicą w 1998 roku, a drugi w 2001. Niemniej czytelnik całkowicie tego nie odczuje, gdyż styl autorki utrzymuje się na tym samym poziomie, a przez to powieść czyta się płynnie i z zainteresowaniem. Język jest prosty i obrazowy, dzięki temu książka będzie idealna zarówno dla młodszego, jak i starszego odbiorcy. Natomiast okładki użyte przy polskiej wersji serii są stanowczo najlepsze ze wszystkich, które zostały wykorzystane do promocji dzieła na całym świecie.  

Nie mam dzieci i nie wiem jeszcze, co to znaczy być matką. Ale wiem, że gdybym żyła w świecie Luke'a, zrobiłabym wszystko, by chronić moje pociechy – bo każdy ma prawo żyć, rozwijać się, dorastać... Powieść Haddix, choć nie ocieka krwią i nie przedstawia brutalnych scen, jest przepełniona niezwykłą grozą i jednocześnie pokazuje realne niebezpieczeństwo tego, co może się stać, gdy nieodpowiednie osoby przejmą władze i postanowią łamać fundamentalne prawo człowieka – prawo do życia. Dlatego z pewnością sięgnę po kontynuację serii Dzieci Cienie, licząc na prawdziwą bombę i niezapomniane wrażenia z lektury. Natomiast poznana dotychczas opowieść – Wśród ukrytych i Wśród oszustów – dostaje ode mnie ocenę 4+/6.


Original: Shadow Children: Among the Hidden; Among the Impostors
Wydawnictwo: JAGUAR
Data wydania: 5.10.2011
Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!


I trailer - jest ich kilkanaście, ale ten wydaje mi się najbardziej neutralny ;)



19 maja 2012

"Cienie na Księżycu" Zoë Marriott

"Kilkunastoletnia Suzume orientuje się, że ojczym, z którym mieszka, jest odpowiedzialny za śmierć jej ojca. Postanawia się zemścić. Dzięki swoim umiejętnościom magicznym ukrywa się w kuchni pałacu ojczyma, ucieka na ulice nieznanego miasta, trafia do więzienia… Wie, że musi zdobyć względy wszechwładnego Księżycowego Księcia, aby pomścić śmierć ojca.
Ale nawet jeśli potrafimy ukryć się dla oczu innych, czasem ich serce jest bardziej przenikliwe… A nasze serce też nie zawsze podąża za planami mózgu… Suzume będzie musiała wybierać między zemstą a miłością. 
Piękna, prawdziwa, przesycona magią opowieść. "


Suzume jest młodą, bo ledwie czternastoletnią, panną z dobrego, japońskiego domu. W chwili, gdy ją poznajemy, jej życie zmienia się diametralnie - do domu państwa Hoshima puka wojsko, a w wyniku dalszych wydarzeń giną dwie najbliższe bohaterce osoby. Suzume musi uciekać, by przeżyć rzeź. Pomaga jej w tym jeden ze służących, który odkrywa przed dziewczyną wielką tajemnicę o posiadanym przez nich niesamowitym darze. Tymczasem do posiadłości powraca matka dziewczynki, która była z wizytą u ciotki, a towarzyszy jej przyjaciel rodziny - Terayama. Gdy dowiadują się o wydarzeniach, niezwłocznie postanawiają ukryć się w domu Terayamy. Tak rozpoczyna się nowe życie Suzume. Życie, które odmieni bohaterkę na zawsze…

 „Miłość nadciąga jak burzowe chmury, ucieka przed wiatrem i rzuca cienie na Księżyc...” *

Sięgając po Cienie na Księżycu nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Okładka książki przywodziła mi na myśl skojarzenie z powieściami Lisy See czy Arthura Goldena, natomiast opis odwołujący się do baśni o Kopciuszku pozwolił moim myślom popłynąć w kierunku wczesnych lat młodości, gdy bajkę tę oglądałam jako mała dziewczynka. Okazuje się jednak, że Zoë Marriott stworzyła opowieść o wiele bardziej złożoną, głębszą, niosącą ze sobą niezwykłe przesłanie…

Narracja pierwszoosobowa, przedstawiająca punkt widzenia Suzume sprawia, że lepiej rozumiemy bohaterkę - znamy jej myśli, obawy i uczucia, potrafimy wczuć się w jej dramatyczną sytuację. Język powieści jest po prostu piękny i to on oczarował mnie w pierwszej kolejności - plastyczny, elegancki, okraszony obco brzmiącymi pojęciami wywodzącymi się z języka japońskiego, przybliżającymi nam charakter azjatyckiego świata, który dla nas - Europejczyków - zawsze będzie egzotycznym, nie do końca zrozumiałym miejscem. Widzimy oczami Suzume świat, w którym tradycja odgrywa nadrzędną rolę, gdzie honor rodziny to świętość, w imię której warto poświęcić wszystko.

„- Nie bój się mnie – powiedział. Jego słowa brzmiały jak błaganie. - Nie skrzywdzę cię.” **

Kreacja bohaterów zamyka się tak naprawdę w tym, co przedstawia naszym oczom narratorka - jej odczucia w stosunku do otaczających ją osób kreują ich wizerunek w naszym umyśle, a emocje Suzume stają się naszymi. Podświadomie więc wiemy, komu można zaufać, a kogo dziewczyna powinna się wystrzegać. Im głębiej wciągani jesteśmy w fabułę, tym bardziej martwimy się o los nie tylko Suzume, ale także bliskich jej osób. Akcja zaczyna przyspieszać, a jej charakter coraz bardziej przytłacza ogromem tragicznych wydarzeń, nieubłaganie pociągając widza w kierunku finału.

Cienie na Księżycu, wydane przez wydawnictwo Egmont i wpisujące się w serię nazwaną POZA CZASEM (to bynajmniej nie jest tytuł ani podtytuł książki), jest niezwykłą, wzruszającą opowieścią o odwadze, determinacji, poczuciu osamotnienia, stracie i miłości, która potrafi dodać człowiekowi skrzydeł. To historia, która umie wycisnąć łzy i rozbudzić wyobraźnię. Powieść została podzielona na trzy części, a każda z nich odpowiada kolejnym etapom w życiu bohaterki. Na końcu książki jest słowniczek, który wyjaśnia znaczenie japońskich terminów (choć wolałabym, aby każde wyjaśnienie pojawiało się w przypisie dolnym - to ułatwiałoby czytanie bez niepotrzebnego zaglądania na koniec książki). Osobiście nie widzę wielkich odniesień do Kopciuszka, bowiem Suzume jest całkowicie inna od bohaterki starej baśni - co z resztą autorka chciała pokazać. Siła Suzume i jej niezłomne dążenie do celu sprawiają, że lekturę czyta się z zapartym tchem, niecierpliwie wypatrując finału.

Dotychczas podświadomie unikałam powieści, których akcja osadzona jest w Japonii i - szczerze mówiąc - nie wiem, dlaczego. Z tego powodu sięgając po dzieło Morriott, bałam się własnych odczuć. A jednak postanowiłam zaryzykować i cieszę się z tego, bo Cienie na Księżycu niezwykle mnie zaskoczyły swoim charakterem, wydźwiękiem i tym, jak wielkie emocje we mnie wywołały. Polecam tę książkę kilku grupom odbiorców - fanom powieści o Japonii i entuzjastom Wyznań gejszy, dziewczętom kochającym paranormalne romanse, czytelnikom uwielbiającym nietuzinkowe, złożone opowieści z wyraziście rozbudowanym studium psychologicznym, a także każdej osobie, która nie stroni od baśniowych, nieco melancholijnych historii o odkrywaniu własnej tożsamości, poszukiwaniu swojego miejsca na świecie i prawdziwej miłości. Świetnie skonstruowana fabuła, magia i klimat Kraju Kwitnącej Wiśni to silne atuty tej książki i jestem pewna, że sama jeszcze nie raz sięgnę z przyjemnością po powieść Zoë. Polecam więc ją serdecznie i z radością daję ocenę 5+/6!


Za książkę gorąco dziękuję Pani Edycie i Wydawnictwu Egmont!

Original: Shadows on the Moon
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Data wydania: 18.04.2012
* cytat str 255
** cytat str 178

I trailer do książki (jak dla mnie trochę za dużo zdradza, ale można obejrzeć ;))


I tak na marginesie cytat, który niezwykle mi się spodobał, choć nie jest w żaden sposób związany z fabułą książki - po prostu takie słowa padły w jednej rozmowie. I bardzo mi się spodobały, bo uwielbiam zwierzęta i ... no sami zrozumiecie: ze str. 162:

"Zniszczenie oswojonego zwierzęcia, które nawet nie wie, że może uciec i które ufa dłoniom rozlewającym jego krew, jest dla nas ohydne, jak każde morderstwo".

Podpisuję się pod tym obiema rękoma!

17 maja 2012

"Walka sylfa" L.J. McDonald

Baśniowy świat i wielka miłość dwojga zakochanych z dwóch stron magicznego portalu…

Są obdarzeni niszczącą siłą i nieodpartym męskim urokiem. Lecz każdy z nich marzy tylko o jednym: aby znaleźć tę jedyną - swoją królową…
Sylf to potężna magiczna istota. Lecz człowiek może zmienić go w niewolnika mrocznym rytuałem – ofiarą z życia młodej kobiety. Ale siedemnastoletnia Solie nie zamierza pokornie przyjąć wyznaczonej jej roli. Sama przejmuje władzę nad sylfem, dla którego miała być przynętą - młodym jak ona i niesamowicie pociągającym. Lecz od tej chwili oboje nie będą bezpieczni ani w świecie sylfów, ani ludzi…”


Czy przytrafiła Ci się kiedyś sytuacja, że usłyszałaś o jakiejś książce i nagle poczułaś, iż musisz za wszelką cenę ją zdobyć? Że coś w Twojej podświadomości powiedziało Ci, iż to lektura idealna, która pochłonie Cię bez reszty, jakby była stworzona wprost dla Ciebie? Ja właśnie poczułam tą dziwną pewność, że Walka sylfa będzie dla mnie idealna... I oto efekty!

Solie jest młodą dziewczyną ze wsi, którą rodzice pragną wydać za grubego jegomościa w średnim wieku, w ten sposób zapewniając sobie przypływ gotówki z tego mariażu. Dziewczyna jednak nie wyobraża sobie ślubu z kimś, kto napawa ją obrzydzeniem, więc postanawia uciec do swojej ciotki. Wymykając się jednak późnym wieczorem z domu nie wie, że tej nocy jej życie odmieni się na zawsze. Pojmana przez rycerzy bezwzględnego króla, zostaje przetransportowana do zamku, by tam zostać złożoną w ofierze, która ma przywołać wojowniczego sylfa dla następcy tronu. Sylfowie to potężne istoty mogące przybrać każdą postać, a podporządkowane człowiekowi, będą mu służyły do śmierci. Solie wie, że umrze, ale nie poddaje się, gotowa walczyć o swoje życie za wszelką cenę. Jednak coś w rytuale nagle idzie nie tak i potwór, który pojawia się w magicznym portalu łączącym świat ludzi i sylfów, ratuje ją przed śmiercią, uznając za swoją panią. Dziewczyna zostaje porwana przez własnego wojownika, unikając śmierci z rąk króla. A to dopiero początek zmian, jakie zapoczątkowała ta noc...

Sięgając po Walkę sylfa, nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Podświadomie liczyłam chyba na krwawą, twardą fantastykę, w której rycerze walczyliby z mrocznymi istotami, posoka tryskałaby z ciał demonicznych potworów, a tyrania króla przerażałaby jego poddanych kulących się w ubogich chatkach. Może to wina okładki (która swoją drogą diametralnie różni się od zagranicznej i odbiera powieści charakteru). Niemniej zamiast spodziewanej fabuły dostałam bardzo kobiecą i zmysłową fantastyczną opowieść miłosną z elementami batalistycznymi, które – połączone razem – stworzyły niesamowite dzieło pełne emocji, smaku i... ogromnej namiętności, która niejednokrotnie wywoływała na mojej twarzy rumieńce.

Autorka przedstawia swoją opowieść z punktu widzenia narratora wszechwiedzącego. Obserwator nie skupia się na punkcie widzenia jednego bohatera, lecz wielu postaci – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Dzięki temu możemy obserwować wykreowany świat z różnych perspektyw i poznać emocje różnych bohaterów, którzy stają nam się przez to bliżsi i których łatwiej wówczas zrozumieć. Bardzo spodobał mi się język i sposób konstruowania opowieści – dojrzały styl jest nastawiony na wydobywanie szczegółów otoczenia i uczuć bohaterów, a drobiazgowo splecione wątki tworzą pełen rozmachu obraz baśniowej rzeczywistości (czerpiącej klimat z realiów średniowiecznych) pełnej fantastycznych istot, szalonych pojedynków, wielkich namiętności i magii. Akcja od samego początku jest żwawa, by z czasem nabrać coraz żywszego tempa, nieuchronnie zbliżając widza do finału i tym samym podkręcając temperaturę.

Bohaterowie wykreowani przez pisarkę są różni, posiadają odrębne cechy charakterów, mają wady i zalety, jak każdy zwyczajny człowiek – nie są idealni. Jednak ciągłe przeskakiwanie obserwatora z jednej postaci na drugą sprawia, że ciężko jest ocenić, które osoby są bardziej, a które mniej ważne – każda z nich wnosi coś do opowieści. Największą uwagę autorka poświęciła kilku grupom: postaci Solie oraz jej wojowniczego sylfa, który otrzymał imię Hejty (swoją drogą byłam naprawdę zaskoczona tym wyborem – wciąż uśmiecham się, gdy o tym pomyślę), a także rycerzowi Leonowi i jego sylfowi Rilowi, młodemu Devonowi i jego sylfce Airi, a także kilku innym postaciom, które będą miały duże znaczenie dla finału.

Walka sylfa to jedna z tych historii, która mnie niezmiernie zaskoczyła i to w całkowicie pozytywnym znaczeniu tego słowa. I choć przyznam, iż nie jest to powieść wysokich lotów i nie może pretendować do roli arcydzieł literatury fantastycznej, to jednak czytało się ją bardzo dobrze, wręcz rewelacyjnie. Pani McDoland swoim nietuzinkowym pomysłem potrafiła obudzić we mnie emocje i sprawić, że gdzieś podświadomie sama zapragnęłam mieć własnego sylfa! Lekturę więc polecam wszystkim Paniom, które uwielbiają romantyczne historie z niemałą ilością erotyki (przedstawionej w dobrym guście!), zabarwione standardowymi w fantastyce potyczkami, bitwami i rycerzami w lśniących zbrojach. Mam nadzieję, że w przyszłości wydawnictwo Amber pokusi się o publikację dwóch następnych tomów serii, gdyż z ciekawością wyglądam kontynuacji przygód Solie i Hejty'ego. A moja ocena dla Walki sylfa to w pełni zasłużone 5/6. Polecam gorąco!

Original: Sylph #1: The Battle Sylph
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 16.06.2011


Okładki do kolejnych dwóch części:

15 maja 2012

TOP 10: Ulubione powieści fantastyczne!

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Dzisiaj czas na ulubione powieści fantastyczne. Przyznam szczerze, że miałam niemały problem z wyborem, bo... słowo "fantastyka" jest tak szerokim pojęciem, że można pod nie podciągnąć przeróżne typy literatury, np. paranormale, dystopie, powieści grozy czy baśnie. Ostatecznie jednak zrezygnowałam z tych podgatunków i postanowiłam skupić się na powieściach fantasy (przynajmniej w większości) :) Tak, oczywiście wiem, że na pierwszym miejscu powinnam umieścić powieść Celine Kiernan (chyba już nikogo nie dziwi fakt, że Królestwo Cieni pojawia się w prawie każdym moim rankingu...), ale czas na coś nowego, zatem umówmy się, że powieść Celine jest poza wszelkimi skalami :P 

Tak więc...

1. Harfista na wietrze
Patricia A. McKillip

Jedna z najwspanialszych powieści, jakie przeczytałam - niesamowita przygoda, magia i miłość rodząca się pomimo przeciwności losu. Główny bohater - Morgon - totalnie skradł moje serce i na długo zamieszkał w moim umyśle, by wciąż powracać we wspomnieniach. Seria Mistrz Zagadek to opowieść, którą powinien poznać każdy fan fantastyki - nawet jeśli co zgryźliwsi uważają ją za babską opowiastkę. Mówcie, co chcecie - tę serię polecił sam Sapkowski!
2. Tron Szarych Wilków
Cinda Williams Chima

Myślałam, że Wygnana Królowa była najlepsza, ale okazuje się, że panią Chimę stać na o wiele więcej - mistrzostwo pokazała w trzecim tomie swojej serii Siedem Królestw. Walka, pogonie, intrygi, gra o tron i namiętność - jestem na tak! To jedna z moich najulubieńszych powieści fantasy! Team Han Alister!!! <3

3. Ognie Azeroth
C.J. Cherryh

Tę serię czytałam baaaardzo dawno temu, ale do dziś ją uwielbiam i wciąż sobie obiecuję, że kiedyś sięgnę jeszcze raz po wszystkie cztery tomy. Ognie Azeroth wybrałam dlatego, że przy tej części  historia Morgaine i Vanye'go poruszyła mnie najmocniej i zapadła w pamięć na długi czas. Niezwykła przygoda!
4. Zielony Jeździec
Kristen Britain

Piękna opowieść! Czytałam tę książkę z zapartym tchem, podróżując razem z Karigan przez lasy, by wypełnić powierzone jej zadanie. Niesamowite pogonie, magia, walka z potworami i nietuzinkowa, odważna bohaterka, której nie spoób nie polubić - stanowczo ta ksiązka jest pozycją obowiązkową dla każdego czytelnika fantastyki!
5. Walka sylfa
L.J. McDonald

Ach, aż ciężko wspominać tę książkę bez wypieków na twarzy. Niesamowita przygoda w towarzystwie wojowniczego, niebezpiecznego sylfa to coś, co urzekło mnie od pierwszej chwili. Chciałabym, by takich książek było więcej, bo czyta się je niezwykle szybko i bardzo przyjemnie. Może aż zbyt przyjemnie? ;) [recenzja wkrótce]
6. Silmarillion
J.R.R. Tolkien

Klasyk, którego grzechem byłoby nie znać. Do dziś nie pamiętam jakiś 70% imion bohaterów z tej książki - choć swego czasu miałam na punkcie powieści Tolkiena niemałego hopla. Silmarillion dla niektórych to biblia i trzeba przyznać, że rzeczywiście to powieść, jakich mało - nie tylko z powodu rozmachu, ale także zawiłości - aby zrozumieć tę książkę, trzeba naprawdę wysilić mózgownicę! 
7. Siła trucizny
Maria V. Snyder

Jedna z tych książek, którą pokochałam w zasadzie przypadkowo - wcale nie miałam zamiaru sięgać po Siłę trucizny, ale namówiła mnie do tego koleżanka z PB - i okazuje się, że to był strzał w dzisiątkę! Magia, romans i walka o przetrwanie - uwielbiam! <3
8. Zapomniane bestie z Eldu
Patricia A. McKillip

I kolejna powieśc Patricii, pierwsza, którą przeczytałam z jej dorobku. Bardzo kobieca fantastyka, magiczne zwierzeta i śliczna bohaterka. Nawet po dwunastu latach od przeczytania tej powieści po raz pierwszy, wciąż uważam ją za jedną z najlepszych, jakie znam. Może to sentyment? A może Patricia naprawdę umie doskonale kreować baśniową rzeczywistość? Musicie przekonac się sami!

9. Dzieci demonów
J.M. McDermott

Ta książka nie była prosta, powiem nawet, że dosyć trudno było się w niej odnaleźć - może z powodu różnych narracji? Ale w momencie, gdy czytelnik zaczyna wczuwać się w opowieść, książka wciąga bez reszty i nie pozostawia złudzeń, że emocje będą ogromne. I rzeczywiście Dzieci demonów to jedna z lepszych powieści fantastycznych, jakie znam - przede wszystkim dzięki oryginalnemu pomysłowi i świetnemu wykonaniu!
10. Sto tysięcy królestw
N.K. Jemisin

Byłam zaskoczona, że ta książka mi się spodobała, choć negatywnie nastawiły mnie do niej niepochlebne recenzje. Okazuje się jednak, że do fantasyki trzeba mieć po prostu serce, aby otworzyć się na nowe, niezwykłe doznania. I choć Jemisin jeszcze musi się wieeeeele nauczyć, to jej debiut traktuję jako udany, bo w istocie mnie przekonał, bym sięgnęła po kontynuację - jeśli Papierowy Księżyc oczywiście zdecyduje się na jej wydanie. 

***


No i tyle :) A jak Wasze rankingi? Nie dajcie się prosić - wybierzcie swoje ulubione powieści fantastyczne! A ja na koniec dodaję piosenkę - miłego słuchania. Tym razem utwór znaleziony na stronce z ciekawą muzą - www.stereomood.com w dziale "working". Polecam!