Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grupa Wydawnicza Foksal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grupa Wydawnicza Foksal. Pokaż wszystkie posty

22 lutego 2017

„Dwór Mgieł i Furii” Sarah J. Maas



Dwór Mgieł i Furii to jedna z tych książek, która zaskoczyła mnie tak bardzo, że wciąż nie wiem, w którym momencie ją pokochałam. Po Dworze Cierni i Róż wiedziałam, że poznanie kontynuacji jest nieuniknione, nie sądziłam jednak, że sequel okaże się tak… obezwładniający! Gdzie te wszystkie niedoskonałości, które byłam w stanie wychwycić przy pierwszej części serii? Gdzie moja niepewność i niechęć do jednego z głównych bohaterów? Sarah J. Maas sprawiła, że moje uczucia zmieniły się tak bardzo, jak zmieniła się sama bohaterka. I to właśnie jest najpiękniejsze.

Feyra powraca jako Wyzwolicielka – ta, która pokonała okrutną Amaranthę i ocaliła cały lud fae. Jednak wydarzenia pod Górą stały się początkiem jej własnego, wewnętrznego koszmaru. Targana wyrzutami sumienia, coraz bardziej odsuwała się od ukochanego i popadała w odrętwienie, niszcząc nie tylko swoje ciało, ale i swojego ducha. Nie ukrywam, że jej walka z samą sobą, z demonami ukrytymi w jej umyśle były zaczątkiem rodzącej się w moim sercu sympatii do Feyry. Jej niepewności i poczucie winy ukształtowały postać tak ludzką, a jednocześnie tak niezwykłą, że choć niektóre jej decyzje wciąż wywoływały dezaprobatę, sama bohaterka stała się dla mnie przez to bliższa. Ale nie tylko Feyra się zmienia. Na moich oczach bowiem bohaterowie, których lubiłam, dokonywali rzeczy, które przerażały i wzbudzały niechęć, zaś ci, których się obawiałam, nagle pokazywali zupełnie nowe oblicza. Nie ma tu mowy o manipulacji czy naginaniu faktów ze strony autorki, Maas bowiem potrafi każde zachowanie wykreowanych przez siebie postaci odpowiednio uargumentować i spleść wydarzenia z pierwszej części serii z wydarzeniami z drugiej w jedną, nierozerwalną, mającą swoje przyczyny i skutki opowieść. Dawno nikt mnie tak nie zaskoczył!

Przyznam Wam się do czegoś. Nie spodziewałam się tego. Absolutnie. Tych emocji, które pochwyciły moje serce i które nie dały mi wytchnienia nawet na sekundę. Emocji, które splotły moje myśli z bohaterami, zmuszając mnie tylko do jednego – towarzyszenia im i przeżywania ich przygód z zapartym tchem. Emocji, które w ostatecznym rozrachunku pozostawiły po skończonej lekturze mieszaninę pustki i euforii, gdyż finał okazał się gorzki, a jednocześnie tak ekscytująco obiecujący. Nie wiem, jak mogłabym opisać to, co dzieje się we mnie, gdzieś w środku duszy i umysłu, kiedy myślę o Dworze Mgieł i Furii. Jestem zakochana w tej książce! Naprawdę. Ostatnie zdanie przeczytałam pięć razy. Aby zapamiętać je, wyryć każde słowo w pamięci, aby przywoływać je za każdym razem, kiedy niecierpliwość w oczekiwaniu na trzecią część nie będzie mi dawała spokoju. Sarah J. Maas stworzyła opowieść, która mną zawładnęła, rozkochała i pozostawiła w oszołomieniu i bezbrzeżnej tęsknocie. Chcę więcej takich książek. Takich, które potrafią roztrzaskać i posklejać serce w tym samym momencie, które poruszają wyobraźnię i nie dają możliwości swobodnego oddychania, które kończą się właśnie w TAKI sposób. Czekam na kontynuację z sercem na dłoni. Obym się nie zawiodła!


Tytuł oryginalny: A Court of Myst and Fury
Seria: A Court of Thorns and Roses (#2)
Ilość stron: 768
Data polskiego wydania: 11.01.2017
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Wydawca: Uroboros / GW Foksal
Opis wydawcy: KLIK

Recenzja Dworu Cierni i Róż TUTAJ

Moja ocena:


11 lutego 2017

„Dwór Cierni i Róż” Sarah J. Maas



Moja miłość do książek zaczęła się od fantastyki. Dlatego zawsze do powieści tego typu podchodzę z sentymentem i nadzieją na spotkanie z dobrą historią. Tak się też stało, gdy w moje ręce trafiła pierwsza część nowej serii od Sarah J. Maas – Dwór Cierni i Róż. Historia miała niejako nawiązywać do znanej baśni o Pięknej i Bestii – co by nie mówić, to moja ulubiona bajka, więc od razu wiedziałam, że muszę poznać tę książkę!

Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównej bohaterki była dla mnie miłą odmianą po ciągłym czytaniu lektur w narracji trzecioosobowej. Mogłam spojrzeć na historię oczami młodej kobiety, w dodatku niesamowicie ciężko doświadczonej przez los. Jej świat się rozpada, a ona musi walczyć o przetrwanie całej rodziny, która na domiar niespecjalnie docenia jej poświęcenie. Szybko Feyra zdobyła moją sympatię i zaimponowała mi hartem ducha, choć nie ukrywam, że sposób narracji i jej język pozostawiał wiele do życzenia. Do tego należy dołożyć świetnie skonstruowane uniwersum, które zamieszkują najróżniejsze magiczne stworzenia – tu na myśl mimowolnie nasuwa mi się porównanie z serią Julie Kagawy – Żelazny Dwór. Absolutna magia! Jednak o ile Kagawa stworzyła opowieść na podstawie znanych legend i baśni, o tyle Maas postanowiła iść dalej, kreując nowe twory, nadając im przerażający wygląd i tym samym tworząc historię drapieżną, pełną tajemnic. Akcja powieści jest dynamiczna, choć nie brakowało momentów wyciszenia, budujących napięcie przed kolejnymi emocjonującymi scenami. W zasadzie jednak dopiero ostatnie nieco ponad sto stron sprawiły, że moje serce galopowało w zawrotnym tempie. Finał okazał się zaskakujący i w pełni satysfakcjonujący. Dostałam to, czego oczekiwałam – zapowiedź udanej kontynuacji!

Dwór Cierni i Róż to dobra książka, choć pewne jej elementy odrobinę mnie drażniły. Jednym z nich jest wspomniany wcześniej język, który wydawał mi się niedojrzały, podobnie jak niektóre decyzje bohaterów. Poza tym choć autorka potrafiła przedstawić niesamowicie malowniczy obraz magicznego świata, wciąż czegoś mi w tym brakowało. Nie było aż tak mrocznie i niebezpiecznie, jak tego oczekiwałam. Poza tym wciąż mam wrażenie, że kreacja ludu Fae jest niekompletna, brakuje jakiejś głębi, dobrej historii, zapierających dech legend. Może otrzymam to w drugim tomie? Na plus natomiast poczytuję ciekawe nawiązanie do bajki o Pięknej i Bestii oraz doskonale skreślony finał, dzięki któremu Sarah J. Maas przekonała mnie, by sięgnąć po kontynuację. I chyba dzięki tym ostatnim stu stronom moja ocena dla tej książki będzie tak wysoka. Bo wbrew wszystkiemu czytało się bardzo dobrze. Bo opowieść naprawdę pobudziła moją wyobraźnię. Bo – pomimo długiej przerwy czytelniczej i omijania w ostatnim czasie powieści fantasy – ten tytuł przełknęłam gładko i zapragnęłam poznać ciąg dalszy. Jestem tym zaskoczona. I liczę na więcej!


Tytuł oryginalny: A Court of Thorns and Roses
Seria: A Court of Thorns and Roses (#1)
Ilość stron: 524
Data polskiego wydania: 27.04.2016
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Wydawca: Uroboros / GW Foksal
Opis wydawcy: KLIK

Moja ocena:

10 października 2013

"Tancerze Burzy. Wojny Lotosowej Księga Pierwsza" Jay Kristoff

"Wzruszająca i tragiczna opowieść o przyjaźni, miłości, wierności i zdradzie wciąga w strumień fantastycznych obrazów i oszałamiających barw, choć pozostawia też na języku gorzki posmak lotosowego dymu. 

Pierwsza część trylogii Wojna lotosowa wprowadza czytelników w świat wysp Shima, które, rządzone przez okrutnego szoguna, są na granicy przetrwania: toksyczny przemysł wyniszcza państwo, a władca dba wyłącznie o własne interesy. Tajemnicza, wszechmocna Gildia surowo każe każdego, kogo podejrzewa o Nieczystość. W tym świecie zaawansowana technologia przeplata się z japońską mitologią. W tych niespokojnych czasach szogun wydaje polecenie wyrok: wysyła Yukiko i jej ojca po gryfa – gatunek istniejący już tylko w legendach – co od początku jawi się jako zadanie niemożliwe do wykonania. Życie ojca i córki wisi na włosku, bo, jak wszyscy doskonale wiedzą, szogunowi się nie odmawia. Jednak misja okazuje się daleko bardziej niebezpieczna, niż niemożliwa."


Yukiko jest nastoletnią łowczynią w służbie szoguna. Wraz z ojcem i kompanami wyrusza lotostatkiem w niezwykle niebezpieczną i prawdopodobnie skazaną na niepowodzenie wyprawę – z rozkazu władcy ma odnaleźć i sprowadzić arashitorę – legendarnego gryfa, tygrysa burzy, dzięki któremu szogun stanie się tancerzem burzy i będzie mógł wygrać toczącą się od lat wojnę. Wszyscy jednak wiedzą, że gryfy nie istnieją i misja łowców jest skazana na porażkę, lecz strach przed okrucieństwem Gildii i szoguna nie pozwala odmówić wzięcia udziału w wyprawie. Czy Yukiko i jej drużyna będą w stanie sprostać zadaniu i wypełnić wolę władcy Shimy?

Po Tancerzy Burzy Jaya Kristoffa sięgnęłam ze względu na przepiękną okładkę i niezwykle pociągające hasło, które głosi, że mamy tu do czynienia z „japońskim steampunkiem”. Nigdy wcześniej nie miałam okazji poznać twórczości australijskiego pisarza, ani tym bardziej azjatyckiego steampunku, zatem zanurzenie się w opowieść Jaya było tylko kwestią czasu – miałam nadzieję, że będzie to niezapomniana przygoda w całkiem nowym, nieznanym mi dotąd klimacie. Czy moje oczekiwania zostały spełnione?

W Tancerzach Burzy należy wyróżnić kilka rzeczy: przede wszystkim niezłą kreację bohaterów: otrzymujemy całą plejadę indywidualnych, żywych postaci, z których oczywiście na czoło wysuwa się Yukiko – waleczna, silna, zbuntowana nastolatka. Kolejnym plusem będzie zarys fabuły: świat chylący się ku upadkowi, ogarnięty wojną oraz zatruwającymi społeczeństwo lotosowymi oparami i pogonią za „chi” – paliwem, które jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania świata zdominowanego przez maszyny. Otrzymujemy realistycznie skonstruowaną rzeczywistość, w której bogaci mieszają się z biednymi, a wszystkich czeka zagłada – choroby i śmierć z powodu ciągłego wdychania trucizny, która niszczy cały ekosystem.


Cała recenzja na:

Original: Stormdancer
Wydawca: G.W. Foksal
Seria: Uroboros
Data wydania: 5.06.2013
Ilość stron: 446 
 

Za książkę dziękuję ParanormalBookS :)