Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragment. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragment. Pokaż wszystkie posty

23 czerwca 2017

FRAGMENT: „Wieczna Prawda” Brodi Ashton + KONKURS

Kochani, kilka dni temu do księgarń trafiła trzecia, finałowa część serii Podwieczność  Wieczna Prawda. Jako ambasadorka książki mam dla Was fragment powieści  prolog i pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że lektura zaostrzy Wasz apetyt na poznanie tej historii, bo wierzcie mi, takiego zakończenia serii chyba nikt się nie spodziewał! :) Dla ciekawych moja recenzja TUTAJ :)

Wieczna Prawda
Trylogia Podwieczność 
tom 3

Długo wyczekiwane zakończenie bestsellerowej trylogii autorstwa Brodi Ashton, która podbiła serca czytelników na całym świecie dwoma poprzednimi tomami – „Podwieczność” oraz „Podwieczność. Wieczna więź”.

Teraz, kiedy Nikki uratowała Jacka, jedyne czego chce, to być z nim i ukończyć szkołę. Lecz Cole podstępem nakłonił Nikki, by się nim pożywiła, przez co sama rozpoczęła proces przemiany w Wiecznie żywą... co oznacza, że sama niedługo musi pożywić się Dawcą… albo umrze.

Ogarnięta strachem o własne przetrwanie, Nikki i Jack podejmują rozpaczliwą próbę odwrócenia tego procesu za pomocą wszelkich możliwych środków. Nawet Cole, z którym na każdym kroku oczekiwali walki, stał się ich nieoczekiwanym sojusznikiem. Lecz jak długo może to trwać? Żeby przeżyć, Nikki potrzebuje żywić się Cole’em, Cole potrzebuje Nikki, by przejąć tron Podwieczności, a Jack potrzebuje Nikki, która jest dla niego wszystkim… Razem muszą powrócić do Podziemia, by zmienić przeznaczenie Nikki i ponownie uczynić ją śmiertelną. Lecz nie tylko Cole ma plan wobec Nikki: Królowa nie zapomniała o jej zdradzie i pragnie ją zabić. Czy Nikki będzie zmuszona spędzić wieczność w Podziemiu, czy ma w sobie to, czego potrzeba, by raz na zawsze zniszczyć Podwieczność?

W tym oszałamiającym finale trylogii, Brodi Ashton ukazuje wytrzymałość ludzkiej duszy i niezłomną potęgę prawdziwej miłości.

FRAGMENT:

PROLOG

DWA TYGODNIE TEMU
Powierzchnia. Moja sypialnia.

Jack potarł oczy i usiadł na łóżku.
– Czekaj. Co powiedziałaś?
– Podwieczność – odparłam. – Powiedziałam, że chcę ją zniszczyć. Rozwalmy ją. Zrzućmy bombę atomową albo coś. – Moje dłonie zaczęły się trząść.
Jack zerknął na zegarek, po czym wyciągnął do mnie rękę.
– Wróć do łóżka. Wszystko jest w porządku. Tunele nie wrócą po żadne z nas. Już po wszystkim.
Po wszystkim. Nigdy nie będzie po wszystkim. Już nie. Spojrzałam na otwarte okno – to, przez które Cole wyskoczył po tym, jak ukradł mi serce. Jack podążył za moim wzrokiem, zobaczył, że jest otwarte i popatrzył na mnie, jakby dopiero teraz wyczuwając, że coś jest nie w porządku.
– Co się stało, Becks?
– Cole tu był. – Mój głos drżał. – Powiedział, że trzykrotnie pożywiłam się nim w Podwieczności. Powiedział, że dlatego straciłam teraz serce. Zobaczył kompas na moim biurku, zabrał go i… i… – Gwałtownie nabrałam powietrza.
Jack w jednej chwili znalazł się przy mnie i otoczył masywnymi ramionami.
– Cii. Już dobrze. Powoli. Mówisz, że Cole ukradł kompas?
Zacisnęłam powieki.
– Leżał tutaj, na biurku. Powiedział, że to moje serce.
Jack na moment wstrzymał oddech.
– Twoje serce?
Skinęłam głową i odetchnęłam głęboko, po czym zrobiłam to, czego naprawdę się bałam. Chwyciłam jego dłoń i przyłożyłam do mojej piersi – tam, gdzie powinno znajdować się serce – dokładnie w ten sam sposób, w jaki kilka minut temu zrobił to Cole.
Nic. Żadnego bicia.
Mój oddech stał się urywany. Jack przycisnął dłoń mocniej do mojej skóry i przytrzymał ją przez długą chwilę. Krew odpłynęła mu z twarzy.
– Jak…? Dlaczego?
Jego głos zamarł, jakby nie był pewny, o co dokładnie chciał zapytać.
Powróciłam w myślach do ostatniego tygodnia i podróży, jaką odbyłam z Cole’em przez labirynt, żeby uratować Jacka. Następne słowa same spłynęły z moich ust:
– Kiedy szliśmy przez labirynt, by ciebie odnaleźć, bywały sytuacje, kiedy musiałam żywić się Cole’em, żeby przetrwać. – Potrząsnęłam głową. – Powiedział, że przez to, że zrobiłam to trzykrotnie, teraz stanę się Wieczną. A potem powiedział, że są pewne korzyści dla tego, kto posiada serce Wiecznie żywego. Wtedy właśnie… zniknął z kompasem. – Wpatrywałam się w Jacka. – Z moim sercem.
Jack popatrzył na otwarte okno.
– Dlaczego mnie nie obudziłaś?
– Byłeś taki zmęczony. Nie sądziłam też, że jest się czego bać. To był Cole. On… pomógł mi cię uratować. Był… – Moim przyjacielem. Zacisnęłam oczy i zganiłam samą siebie. Mój przyjaciel. Jak mogłam być tak głupia? Tak ślepa? – Oszukał mnie. Sprowadził mnie do Podwieczności tylko po to, żebym się nim pożywiła. Nigdy nie chciał ciebie ocalić. Był nawet zaskoczony, że tu jesteś. Powinnam była się tego spodziewać.
Poczułam, jak kolana uginają się pode mną, lecz zanim osunęłam się na podłogę, Jack mnie podtrzymał.
– Cii. Wszystko będzie dobrze, Becks.
– Musimy ją zniszczyć – powiedziałam. – Podwieczność. Musimy unicestwić ją całą. Boże, jak moja krew może pulsować tak szybko, skoro nie mam serca?
Jack skinął głową i pociągnął mnie w stronę łóżka, na którym usiedliśmy.
– Przemyślmy to. Pierwsze, co musimy zrobić, to odzyskać twoje serce.
Widząc mój oszalały wyraz twarzy, uniósł dłoń.
– Najpierw twoje serce – powtórzył. – Potem, kiedy już będziemy je mieli, pogadamy o rozwaleniu. Obiecuję.
– Dlaczego? – Pociągnęłam nosem. – Co nam da odzyskanie mojego serca?
– Cole najwyraźniej chce go dla jakiejś korzyści. Być może po to, by móc grozić ci, że je złamie.
Potrząsnęłam głową.
– Właśnie o to chodzi. Myliliśmy się co do jego serca. Jego kostki do gitary. Gdybyśmy ją złamali tamtej nocy, wcale by go to nie zabiło. – Wypuściłam powietrze z płuc. – Powiedział mi, że każdy Wieczny ma dwa serca. To z Powierzchni i drugie, z Podwieczności. Złam je oba, a ponownie staniesz się śmiertelny. Właśnie tak kobieta, która zmieniła Cole’a w Wiecznego, odzyskała swoją śmiertelność. Lecz złamanie tylko serca z Powierzchni? – Usilnie starałam się sobie przypomnieć, co to mogło oznaczać. Jedyne, co wiedziałam na pewno, to że Cole’a to nie zabije.
– W takim razie właśnie dlatego go chce. Złamanie tego serca to pierwszy krok do uczynienia cię z powrotem śmiertelną. Nie możesz stać się człowiekiem, skoro to on ma twoje serce. – Jack skrzywił się. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że o tym rozmawiamy. Jak on… – Urwał i potrząsnął głową. – Ale sukinsyn.
– To moja wina.
Popatrzył na mnie ostro.
– Becks, nie mów tak.
– To prawda. Zaufałam mu. Błagałam, żeby ze mną poszedł. Zapakowałam się dla niego w prezentowy papier i jeszcze ozdobiłam wielką, czerwoną kokardą.
Przycisnął usta do mojego czoła.
– Na szali było moje życie. Zrobiłbym to samo.
Podniosłam na niego wzrok, na co pochylił głowę i pocałował mnie. W tej jednej chwili jego spokój otulił mnie niczym koc, uciszając wszelkie moje lęki. Jeszcze niedawno nie mogliśmy się pocałować, żebym nie kradła od niego energii. Teraz był to… zwyczajny pocałunek.
Chwila. To był zwyczajny pocałunek.
Gdybym była prawdziwą Wieczną, czy nie byłoby transferu energii? Za każdym razem, kiedy Cole zbliżał do mnie swoje usta, następował między nami nagły przepływ emocji. Czy teraz nie powinno być ze mną podobnie?
Odsunęłam się.
– O co chodzi? – spytał Jack.
– Niczego nie poczułam. Niczego. Nic od ciebie nie wzięłam. Gdybym była Wiecznie żywą, pozbawiłabym cię energii.
Jack odetchnął przez nos.
– Widzisz? Nie możesz być jeszcze Wieczną. Nie może być za późno. Nie jest za późno. Odnajdziemy twoje serce i złamiemy je. Nie jest za późno.
Skinęłam głową, po czym przytuliłam się do niego i schowałam twarz w jego piersi. Może Jack miał rację. Nie czułam się ani trochę inaczej, poza małym faktem, że nie miałam serca. Jednak nawet bez niego wciąż miałam puls. Pocałowałam Jacka, nie kradnąc mu przy tym energii.
Czując ogarniającą mnie ulgę, ponownie uniosłam ku niemu twarz. Może rzeczywiście nie było za późno.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

TERAZ
Powierzchnia. Biblioteka. Dziewięćdziesiąt dziewięć lat do następnego Karmienia.

Uraza, jaką czułam do Cole’a, osiągnęła ekstremalny poziom. Musiało istnieć jakieś konkretne słowo, by opisać to, co do niego czułam, lecz jeszcze go nie znalazłam. Nienawiść to za mało. Nie wyrażała wiecznego aspektu moich uczuć. Nie wyjaśniała jej wykładniczego, rosnącego codziennie ogromu.
Cole kiedyś mi powiedział, że niektóre kary trwają po wsze czasy: Syzyf wtaczał głaz pod górę, żeby ten na koniec z powrotem się stoczył; Prometeusz, któremu orzeł zjadał wątrobę, by następnego dnia odrosła i ponownie została zjedzona... Moja nienawiść do niego była równie nieskończona. Podobnie jak nieśmiertelność.
Usłyszałam, jak Jack poruszył się na krześle.
– Znów wbijasz się w tę spiralę nienawiści? – zapytał.
Otworzyłam oczy i dostrzegłam, jak patrzy na mnie spod osłony lampki na biurku w kącie biblioteki. Odłożył pożółkłą stronę na sporą stertę podobnych kart, z których wszystkie były częścią dokumentów, jakie zabrałam z domu pani Jenkins po tym, jak umarła.
Potrząsnęłam głową, by pozbyć się wspomnienia tego, jak znalazłam ją martwą na kanapie. Cole powiedział mi, że zabił ją Max i pozostali członkowie Dead Elvises. Zbyt dużo o mnie wiedziała, a Cole nie chciał, by do królowej dotarło choć słowo o tym, że Dawca przeżył Karmienie. Nie miałam pojęcia, jak Cole zamierzał przejąć tron, lecz wiedziałam, że liczył na element zaskoczenia.
Dokumenty przed Jackiem to wszystko, co pozostało po pani Jenkins. A ponieważ dwa tygodnie temu Cole zabrał moje serce i zniknął z miasta – jak zawsze, kiedy go potrzebowaliśmy – były jedyną rzeczą, na której mogliśmy się skoncentrować.
– Skąd wiedziałeś, że zaczynam się wkręcać w tę całą spiralę? – spytałam.
Jack zmarszczył brwi.
– Bo mrużyłaś oczy. I trzymałaś dłoń na sercu. Poza tym masz taki wyraz twarzy, jakbyś chciała widzieć czyjąś głowę nabitą na pal.
Sięgnęłam przez szerokość biurka i odsunęłam mu z czoła pasmo brązowych włosów.
– Ty też go nienawidzisz.
Wzruszył ramionami.
– Absolutnie. Lecz staram się skupić moją nienawiść na znalezieniu lekarstwa na twój… stan.
– Właśnie tak mam to nazywać? Stan? Brakuje mi ważnego organu. Nie jestem pewna, czy stan wystarczająco to określa.
– Wciąż jeszcze nie wiemy, czy jesteś Wiecznie żywą. Nie byłaś w stanie się mną pożywić.
Jack miał rację. Od czasu tamtej pierwszej nocy próbowałam się nim karmić, lecz nic się nie wydarzyło. Czy możliwe było, żeby Cole ukradł moje serce, a ja wciąż pozostałam człowiekiem?
Gdyby Cole tutaj był, zapytałabym go, lecz zdążył już wyjechać z zespołem. I – najprawdopodobniej – z moim sercem.
Razem z Jackiem przez trzy noce czatowaliśmy przed jego mieszkaniem, dopóki w internecie nie natknęliśmy się na wpisy o koncercie Dead Elvises w Milwaukee. Od tamtej pory go nie było.
– Mogę mówić szczerze? – zapytałam.
– Masz na myśli, czy możesz powiedzieć coś pesymistycznego – poprawił mnie Jack.
– Prawda. Pesymizm. Ostatnio wydaje się, jakby były jednym i tym samym.
Jack westchnął.
– Mów.
– Przejrzeliśmy już wszystkie papiery. Tysiące razy. Niczego nie znaleźliśmy.
Jack wskazał na jeden z dokumentów, który czytał.
– Właściwie, to ten zawiera instrukcję, jak zostać Cieniem. Najwyraźniej, jeśli wystarczająco długo jesteś Wiecznym, lecz z jakiegoś powodu opuściłeś Karmienie, zmieniasz się w Cień.
Opuścić Karmienie. Znałam tylko jednego Wiecznego, który to zrobił. Myślami wróciłam do podróży przez Podwieczność.
– Przyjaciel Cole’a, Ashe, opuścił Karmienie. Wyglądał, jakby był stworzony z dymu. Być może właśnie stawał się Cieniem. – Potrząsnęłam głową. – To bez znaczenia. Instrukcja tego, jak zostać Cieniem, w niczym mi nie pomoże.
– Nigdy nie wiesz, co ci pomoże. Będziemy szukać dalej. – Przewrócił kilka kolejnych kartek, po czym podniósł jedną z nich. – Tutaj jest coś o lśniącym kamieniu. Może to będzie coś oznaczać. Coś, co będziemy mogli zanieść do profesora Spearsa.
Przewróciłam oczami i wyjrzałam przez okno. To również zrobiliśmy. Poszliśmy do profesora Spearsa. Kiedyś był już w stanie nam pomóc – gdy rozszyfrował antyczną bransoletkę i powiedział nam, że serce Cole’a to przedmiot.
W zeszłym tygodniu poszliśmy do jego biura i powiedzieliśmy mu prawdę o Cole’u, o mnie, moim brakującym sercu i fakcie, że teraz byłam Wieczną. Oskarżył nas, że robimy mu ogromny kawał. Jeszcze chwila, a kazałby nas wyrzucić z budynku. Mieliśmy z nami bransoletkę Meredith, lecz to niczego nie dowodziło. Nie sądziłam też, żeby dokumenty o lśniącym kamieniu zrobiły jakąkolwiek różnicę. Czułam frustrację, że nie mogłam sprawić, by zrozumiał.
– Profesor Spears nie może być jedynym, który coś o tym wie – powiedział Jack.
– Nie jest, ale ludzie, którzy naprawdę posiadają jakąś wiedzę – Córy Persefony, albo sami Wiecznie żywi – nie są zbyt rozmowni. – Przez okno wpatrywałam się w drugą stronę ulicy i miejski park. Matka i ojciec na zmianę huśtali swoje małe dziecko, jakiś mężczyzna rzucał frisbee swojemu psu, grupa dziewczynek bawiła się w berka, ciesząc się błękitnym niebem nadchodzącego lata. Ja jednak skupiałam się na matce i ojcu. Czy Jack i ja kiedykolwiek się razem zestarzejemy? Czy ja kiedykolwiek się w ogóle zestarzeję?
– Becks, popatrz na mnie – powiedział Jack.
Odwróciłam się do niego.
– Znajdziemy sposób, by cię uratować.
Uśmiechnęłam się.
– Spójrz na mnie. Nie potrzebuję ratunku. Po prostu nigdy się nie zestarzeję. A za dziewięćdziesiąt dziewięć lat, kiedy przyjdzie kolejne Karmienie, opuszczę je i umrę. Nie jestem Wieczną długo, więc nie zmienię się w Cień. Mamy więc dziewięćdziesiąt dziewięć lat.
Było jednak coś, o czym mu nie powiedziałam. Dzień po tym, jak Cole ukradł moje serce, zaczęłam słabnąć. Od tamtej pory uczucie to coraz bardziej rosło. Jednak nie chciałam straszyć Jacka.
Jack wyciągnął rękę przez szerokość biurka i dotknął mojego policzka. Zaskoczyło mnie, że dosięgnął tak daleko, lecz z drugiej strony wyszedł z Tuneli o wiele wyższy i generalnie większy niż wcześniej. To miało wpływ na zasięg jego ramion.
– Może to ciebie trzeba ratować – powiedziałam.
Jack uniósł brew.
– A niby dlaczego?
– Bo wróciłeś z Tuneli większy. I wyższy. A kto jeszcze rośnie w wieku osiemnastu lat?
Jack zacisnął usta i opuścił dłoń.
– Nikt jeszcze od tego nie umarł.
– Tak, lecz był jeden chłopak w Indianie, który umarł od robienia zbyt wielu brzuszków.
Jack wygiął usta w uśmiechu.
– Teraz po prostu zmyślasz.
– W Podwieczności nic nie jest takie, jakie się wydaje. Fakt, że tam stałeś się większy…
– Teraz nie będziemy się też martwić domysłami. Nie wiem, dlaczego wróciłem stamtąd większy, lecz przynajmniej mam wszystkie najważniejsze organy. – Ponownie sięgnął przez stół, lecz tym razem wskazał pod mój obojczyk. – Możesz powiedzieć, że jestem samolubny – a jestem kompletnie samolubny, jeśli chodzi o ciebie – ale chcę ciebie. Całej ciebie. Razem z twoim sercem.
– Masz moje serce.
– Tylko metaforycznie.
– Jeśli chcesz odpuścić sobie metafory, to możesz mieć moje ręce – powiedziałam.
Uśmiechnął się i objął palcami moje nadgarstki, po czym uniósł moje dłonie do ust i ucałował każdy z moich palców.
– A co jeszcze mogę mieć? – spytał.
– Hmm – mruknęłam, wciąż koncentrując się na tym, jak jego usta delikatnie dotykały mojej skóry. – Moje łokcie. Na dobrą sprawę je też mogę dorzucić.
Puścił moje nadgarstki i chwycił mnie za łokcie.
– Skoro mam twoje łokcie, muszę mieć też resztę twoich ramion.
– Sądzę, że możemy nad tym ponegocjować.
Z szerokim uśmiechem, wstał i pociągnął mnie do najbliższego kąta, za regał z książkami. Delikatnie prowadził mnie, dopóki plecami oparłam się o ścianę, po czym przeciągnął dłońmi po moich rękach, łokciach, aż w końcu objął nimi moją szyję. Zerknęłam za niego, by upewnić się, że nikt nas nie widzi, lecz wtedy odsunął kołnierzyk mojej koszuli i dotknął ustami mojego barku. Przestało mnie obchodzić czy ktokolwiek nas widzi. Zadrżałam.
– Uhm, nie było mowy o ramionach – powiedziałam dziwnie bez tchu.
– Przepraszam – odparł. – Trochę mnie ponosi, gdy rozmawiam o łokciach i tego typu rzeczach.
Przechyliłam głowę, żeby miał lepszy dostęp do mojej szyi.
– Tylko poczekaj, aż ci powiem o kolanach.
Przesunął wargi na moje usta i minęło trochę czasu, nim byłam w stanie ponownie o nich pomyśleć.
Cichy dźwięk wibracji oderwał nas od siebie i pozwolił nam złapać oddech. Jack wyciągnął swój telefon i zerknął na wyświetlacz.
– To wiadomość od Jules. Ona i Tara Bolton chcą wiedzieć, czy piszemy się na koncert. Najwyraźniej Martwi dają niezapowiedziany występ w Salt Lake.
Otworzyłam szeroko oczy.
– Cole z powrotem jest w mieście. A to znaczy…
– To znaczy, że mamy plany na wieczór. – Chwycił mnie za ręce i spojrzał mi w oczy. – Cole nigdy nie zostawiłby twojego serca w innym mieście. Nie ryzykowałby tak dużego dystansu. A nie sądzę, że odważy się zabrać je ze sobą na koncert. Założę się, że jest teraz w jego mieszkaniu. A to znaczy, że dzisiaj odnajdziemy twoje serce.

* * * 

I czas na KONKURS! Tak, dawno nie było u mnie konkursów (w sumie ostatni zorganizowałam przed przeprowadzką do UK, zgroza!), Do wygrania dwa świeżutkie egzemplarze Wiecznej Prawdy! Co należy zrobić? Wejść na mojego FACEBOOKA i postępować według wskazówek w regulaminie konkursu. 

Powodzenia! <3

17 listopada 2015

Mój pierwszy patronat: "Wieczna Więź" Brodi Ashton + fragment

Bardzo miło mi poinformować, że mój blog Tirindeth's po raz pierwszy w swojej karierze objął książkę patronatem! I to nie byle jaką książkę, a drugą część Podwieczności od Brodi Ashton – Wieczną Więź. Osoby, które obserwują mojego facebooka wiedzą, że niedawno pracowałam nad korektą tego tekstu. Dziś przychodzę do Was z fragmentem pierwszego rozdziału :) Ale to nie koniec atrakcji – pod koniec tygodnia na blogu pojawi się przedpremierowa recenzja, a w dniu premiery książki ogłoszę konkurs, w którym będzie można wygrać dwa egzemplarze Wiecznej Więzi

Miłego czytania!


ROZDZIAŁ PIERWSZY

NOC
Moja sypialnia.

Każdej nocy widzę Jacka. W snach.
Leży obok mnie. Równoległe światy – Powierzchnia dla mnie, a dla niego Tunele Podwieczności – w tym jednym miejscu, zaledwie na moment, nakładają się na siebie. W mojej sypialni, gdy śpię.

Jego włosy wciąż zwijają się za uszami w idealne fale. Dzisiejszej nocy stalowy ćwiek w jego brwi lśni w mdłym, księżycowym świetle wpadającym przez moje okno. Wygląda tak realnie, że mogłabym wyciągnąć rękę i dotknąć go. Jednak muszę sobie przypominać, że ten blask nie jest prawdziwy, gdyż ćwiek jest jedynie bladą kopią prawdziwego przedmiotu. Podobnie jak Jack, który zaczyna już zapominać różne rzeczy. Rzeczy, o których wcześniej zawsze pamiętał.
O czym rozmawiamy, gdy tu jestem? – pyta.
– O wszystkim – odpowiadam.
Na przykład?
– Zawsze mówisz, że za mną tęsknisz.
Nakrywa ręką moją dłoń, lecz jego palce przenikają przez moją skórę. Zapomniał, że jest dla mnie tylko duchem. A może jestem nim ja?
– To oczywiste – mówi. – Co jeszcze?
– Opowiadasz o tym, jak Jules powiedziała ci, że cię lubię.
– I…?
Słowa płyną z moich ust, gdy wspomnienia owinęły moje serce niczym ciepły koc.
– Mówisz o domku swojego wuja. O Tańcu Bożonarodzeniowym. O tym, jak moje włosy ukrywają moje oczy. Jak moja dłoń doskonale pasuje do twojej. Że mnie kochasz. I że nigdy nie odejdziesz.
– A co ty odpowiadasz?
– Że przepraszam. I pytam cię, jak mam to robić. – Mój głos zaczyna drżeć. – Jak ja mam to robić, Jack?
– Co robić?
– Żyć tym pożyczonym życiem. Bez ciebie. Wiedząc, że jesteś tam przeze mnie.
Milczy. Przez okno wpadają pierwsze promienie słońca. Nadchodzi ranek (jak zawsze za szybko) i mimowolnie przewracam się przez sen.
Jack przygląda mi się. Wie, że zaraz się obudzę.
– Jak się żegnamy?
Staram się, by na mojej twarzy nie pokazał się ból, jaki poczułam w sercu na dźwięk tego słowa, gniew na Podwieczność za to, że w ogóle istnieje, albo moja niechęć do Cole’a za to, że nieco ponad rok temu zabrał mnie na Karmienie. Przede wszystkim jednak muszę ukrywać złość na samą siebie. Jack nie lubi patrzeć na mój gniew.
Kiedy zaczynam mówić pilnuję, by mój głos był spokojny.
– Mówimy: „Do zobaczenia jutro”.
– Do zobaczenia jutro, Becks. – Zaciska mocno oczy, jakby nie był w stanie patrzeć, jak znikam. Przykrywam dłońmi jego ręce, z desperacją chwytając powietrze.
Martwi mnie to zapominanie. Podczas większości naszych spotkań jest w pełni świadomy, a jego myśli są jasne. Czasami jednak miewa złe noce i zastanawiam się, czy w końcu całkowicie mnie zapomni i przestanie odwiedzać mnie w snach.
Jeśli tak się stanie, jak będę mogła utrzymać go przy życiu?
Wschodzi słońce i otwieram oczy. Jack zniknął. Moje łóżko jest puste, a mnie pozostało jedynie poczucie winy z powodu towarzysza. Przyciskam do siebie poduszkę i zastanawiam się, jak długo jeszcze będę w stanie żyć z pęknięciem w sercu.
Być może stanie się ono wystarczająco duże, by mnie pochłonąć.
Jeśli tak się stanie, jak odnajdę Jacka w następnym życiu?

TERAZ
Powierzchnia. Moja sypialnia.

Nagłówek krzyczał: MARTWI WPADNĄ DO AUSTIN.
Przewróciłam oczami. Brzmiało to jak zapowiedź apokalipsy zombie, a nie prawdziwego wydarzenia, jakim był niezapowiedziany koncert zespołu Dead Elvises w Austin.
Kilka miesięcy temu pewien dziennikarz z magazynu Rolling Stone nazwał ich „następnymi Wdzięcznymi Martwymi”. Od tamtej pory przezwisko „Martwi” przylgnęło do nich. Miałam ochotę pobić tego pismaka.
Ostatnio jednak miałam ochotę pobić każdego.
Wydrukowałam artykuł, wycięłam nagłówek i zaniosłam na biurko. Większość ludzi prawdopodobnie zachowałaby taką rzecz na komputerze, lecz kiedy chodziło o odnalezienie Cole’a – i reszty zespołu – wolałam namacalne wskazówki. Mapę, którą mogłam rozłożyć. Nagłówki, które mogłam składać i na powrót rozkładać.
Skoro zajmowało to moje ręce, zajmowało też umysł. A jeśli zajmowało mój umysł, było niemal możliwe, że ukryję wspomnienia o moim ostatnim spotkaniu z Jackiem.
Niemal.
Kogo chciałam oszukać? W większość poranków czułam się, jakbym musiała posklejać fragmenty siebie, by w ogóle zacząć dzień. Bo to, co zrobił dla mnie Jack – kiedy wskoczył do Tuneli i zajął moje miejsce w piekle – doszczętnie rozbiło moją duszę.
Ukradkiem zerknęłam na półkę nad moim biurkiem, gdzie obok karteczki z nabazgranymi jego niestarannym pismem słowami Twój na wieczność, leżało kilka naszych zdjęć. Ślady jego niedawnej obecności były wszędzie – w talii kart na biurku, kołdrze na łóżku, książce, którą pożyczył mi wieki temu – jednak największe było na tej półce. Sama już nie wiedziałam, ile razy chciałam zabrać stamtąd te zdjęcia. Schować je w szufladzie pod łóżkiem tak, by zniknęły mi z oczu. Jednak nie mogłam się do tego zmusić.
Sięgnęłam po jedną z fotografii w rogu, na której widniała połowa mojej twarzy i cała Jacka. Było to jedno z selfie. Na szczycie Alpine Slide Jack odwrócił kamerę, lecz jedynym, co można było dostrzec, były nasze twarze i rozmyta roślinność w tle.
Na to wspomnienie moje serce ścisnęło się niczym w imadle, lecz ledwo moje palce dotknęły ramki, gwałtownie cofnęłam rękę. Zdjęcie spadło z półki, a szkło w oprawie roztrzaskało się na drewnianej podłodze. Dźwięk, jaki się przy tym rozległ nie był jedynie odgłosem rozpryskujących się odłamków. Był to dźwięk otwierającej się na nowo rany, rozbrzmiewający z głębi mojej duszy. Objęłam głowę rękami i ścisnęłam. Czasami był to jedyny sposób, by utrzymać wszystkie fragmenty wewnątrz.
Właśnie takie myśli uświadamiały mi, że żadna ilość ćwiczeń na wizualizację od doktor Hill – terapeutki zatrudnionej przez mojego ojca – mi nie pomoże.
Z korytarza dobiegły mnie czyjeś kroki i wstrzymałam oddech. Może ojciec usłyszał trzask rozbijanego szkła? Czekałam na pukanie do drzwi, lecz to się nie rozległo. Przeciągnęłam dłońmi po włosach, po czym starałam się uporządkować biurko i skupić na mapie. Nie mogłam pozwolić, by mój ojciec zobaczył, jak bardzo byłam załamana. Nie tylko załamana nagłym zniknięciem chłopaka, którego kochałam. Załamana tym, że to była moja wina.
Ojciec wystarczająco już przeszedł.
Górna szuflada mojego biurka była szeroka i płaska – idealna na mapę Stanów Zjednoczonych. Zdjęłam zatyczkę z czerwonego flamastra i drżącą ręką postawiłam kropkę na Austin, po czym dodałam wycinek do sterty przy mapie.
DEAD ELVISES NIEZAPOWIEDZIANYM KONCERTEM DZIĘKUJĄ FANOM CHICAGO.
DEAD ELVISES GRAJĄ IMPROWIZOWANY, DARMOWY KONCERT W NOWYM JORKU.
NASTĘPNY PRZYSTANEK NA TAJEMNICZEJ TRASIE: MARTWI W DURHAM
W POSZUKIWANIU MARTWYCH: VLOG.
Ja również szukałam Martwych, lecz nie dlatego, że byłam ich fanką. Trzy tygodnie temu Cole Stockton, ich główny gitarzysta, przepadł bez śladu, zabierając mi jedyną szansę na dotarcie do Podwieczności.
Moją jedyną szansę na odnalezienie Jacka.
Zamknęłam oczy.
Zostań ze mną, Becks. Śnij o mnie. Jestem twój na wieczność.
Właśnie to usłyszałam od Jacka dwa miesiące temu. Były to jego ostatnie słowa, zanim wessały go Tunele Podwieczności. Prześladowały mnie i wiedziałam, że nie będę w stanie żyć jakimkolwiek życiem, dopóki on do mnie nie wróci. Problem w tym, jak go wydostać.
Do Podwieczności nie może wejść każdy. W badaniach, jakie przeprowadzałam od dwóch miesięcy, nie znalazłam żadnej informacji o kimś, kto przeniknąłby do Podwieczności bez pomocy któregoś z Wiecznych. Nie było nikogo, kto dostałby się tam – i wrócił – sam.
Wszystko więc sprowadzało się do Cole’a. On i jego zespół byli jedynymi Wiecznymi, jakich znałam.
Cole odwiedził mnie raz, jakiś miesiąc po tej okropnej nocy. Stał na podwórzu przed moim domem, już nie tak zuchwały. Chciał, bym była nieśmiertelna, tak jak on.
Mam dziewięćdziesiąt dziewięć lat do następnego Karmienia – powiedział. – Czemu myślisz, że się poddam?
Wydawał się taki z siebie zadowolony. Położyłam dłoń na jego piersi.
Jeśli cokolwiek do mnie czujesz, zostaw mnie w spokoju – powiedziałam.
Nie sądziłam, że to zrobi, a jednak. Odszedł. Moje jedyne połączenie z Podwiecznością zniknęło. Teraz żałowałam, że go o to poprosiłam.
Obok Austin dopisałam datę: 1 czerwca.
Przesuwając palcem na wschód odczytałam poprzednie przystanki na trasie zespołu: Houston, 29 maja. Nowy Orlean, 27 maja. Tampa, 24 maja.
Dead Elvises zmierzali na zachód. Przez chwilę próbowałam odgadnąć, które miasto wybiorą jako następne, by móc zapakować samochód i wyjechać. Lecz dla mojego ojca jedno zniknięcie córki było aż nadto, a ja miałam już wystarczająco dużo terapii.
Poza tym spontaniczne wycieczki nigdy nie pomagały mi w badaniach, bo zawsze zgadywałam źle. Kończyło się na bezsensownych poszukiwaniach. Mimo iż sądziłam, że znam Cole’a, byłam naprawdę kiepska w przewidywaniu jego ruchów.
Przeciągnęłam palcem na zachód od Austin, w kierunku następnych miast na ich niezapowiedzianej trasie. Fort Worth? Albuquerque? Phoenix? Zagięłam ścieżkę nieco na północ, aż natrafiłam na moje miasto. Czy mogłam pozwolić sobie na nadzieję, że Dead Elvises powrócą do Park City? Że w końcu uda mi się zdobyć kosmyk włosów Cole’a i dostać się do Podwieczności? Odchyliłam się na krześle i przyjrzałam czerwonym kropkom. Z pewnej odległości tworzyły kształt odwróconego C, zaczynając się w Chicago i skręcając na południe, a potem na zachód. Tak. Mogłam żywić nadzieję, że wrócą do domu, do Park City.
Jeżeli zmieniłam się w ciągu ostatnich kilku miesięcy, to tylko w jeden sposób: zawsze miałam nadzieję.
Prawda jednak była taka, że dopóki nie znajdę Cole’a, albo kosmyka jego włosów, utknęłam na Powierzchni. Widziałam już, jak ludzka ofiara połknęła włos Wiecznego. Kobieta w źle dopasowanych ubraniach i z twarzą, która widziała już zbyt wiele, siedziała na tyłach Shop-n-Go, w miejscu stanowiącym słaby punkt między Powierzchnią a Podwiecznością. Maxwell Bones, drugi gitarzysta zespołu, podał jej pigułkę. Kobieta połknęła ją i prześlizgnęła się w dół, pod podłogę.
Wtedy ta scena przyprawiła mnie o mdłości. Teraz zrobiłabym to co ona, jeśli oznaczałoby to, że dostanę się do Jacka. Nie żebym miała jakikolwiek plan co zrobię, jeśli dotrę do Podwieczności. Cole kiedyś powiedział mi, że nie wiedziałabym, gdzie szukać Tuneli, które więziły Jacka. Jednak być może sędziowie energii – Cienie – odnajdą mnie pierwsze. Odpowiadały za maksymalizowanie energii skradzionej ludziom, by nasycić Podwieczność. To one zabierały ludzi do Tuneli. Dwa miesiące temu sama od nich uciekałam. Teraz jednak może Cienie same mnie odnajdą, może zabiorą mnie do Tuneli i może wymyślę jakiś sposób, by dostać się do Jacka…
Zapędzałam się jednak myśląc o tych wszystkich rzeczach, o których nie miałam pojęcia. Musiałam skupić się na tej jednej, o której wiedziałam na pewno, a mianowicie na fakcie, że nie mogę uratować Jacka bez dostania się do Podwieczności. Do tego zaś potrzebny był mi Cole.
A przynajmniej fragment jego DNA.
Ponieważ tak długo, jak ja tkwiłam na Powierzchni, Jack był uwięziony w Tunelach. Dopóki te nie osuszą go z ostatniej kropli energii.
Dopóki nie umrze.

Original: Everbound
Wydawca: Papierowy Księżyc
Trylogia: Podwieczność, tom 2
Przeł. Gabriela Jakubowska
Ilość stron: 400

Premiera: 25 listopada 2015!


18 czerwca 2015

FRAGMENT: "Pod kloszem" Meg Wolitzer

Dziś premiera Pod kloszem autorstwa Meg Wolitzer. Z tej okazji Waszej uwadze polecam fragment powieści  i jednocześnie przypominam o moim KONKURSIE, w którym można wygrać świeżutki egzemplarz książki :) 


Pod kloszem
Meg Wolitzer
Przełożyła: Paulina Gąsior
Wydawca: Bukowy Las
Premiera: 17 czerwca 2015


Gdyby życie było sprawiedliwe, Jam Gallahue nadal mieszkałaby w rodzinnym New Jersey ze swoim uroczym chłopakiem z Wielkiej Brytanii – Reevem Maxfieldem. Oglądaliby razem stare skecze i całowali się między regałami szkolnej biblioteki. Z pewnością nie byłaby teraz w Wooden Barn, szkolnym ośrodku terapeutycznym w Vermoncie, i nie chodziłaby na przeznaczone tylko dla wybranych uczniów (rzekomo odmieniające życie) lekcje pt. „Specjalne zagadnienia z literatury angielskiej” poświęcone wyłącznie twórczości Sylvii Plath.

Życie jednak nie jest sprawiedliwe. Reeve’a nie ma już od ponad roku, a Jam wciąż nie może otrząsnąć się po stracie. Kiedy zadanie domowe polegające na pisaniu pamiętnika otwiera Jam i pozostałym uczniom drogę do innego świata, nazwanego przez nich Belzharem, dziewczyna odkrywa rzeczywistość, w której czas staje w miejscu, a ona znów może poczuć obecność Reeve’a.

Jednak zapełniając kolejne strony dziennika, Jam musi zmierzyć się z prawdą i zdecydować, jak wiele jest gotowa poświęcić, by odzyskać to, co utraciła.


FRAGMENT

Prolog


Jestem tutaj z powodu chłopaka. 

Nazywał się Reeve Maxfield i bardzo go kochałam. Kiedy umarł, nikt nie wiedział, co ze mną począć. W końcu, prawie po roku, zdecydowano, że najlepiej będzie przysłać mnie tutaj. Gdybyście zapytali personel lub nauczycieli, powiedzą, że jestem tu z powodu „utrzymujących się skutków urazu psychicznego”. Takich słów użyli moi rodzice, wypełniając wniosek o przyjęcie mnie do ośrodka Wooden Barn, który opisano w katalogu jako szkołę z internatem dla „nadwrażliwych, bardzo inteligentnych” nastolatków.

W rubryce „Powód złożenia wniosku o przyjęcie do Wooden Barn” rodzice nie mogli napisać „z powodu chłopaka”.

Ale taka jest prawda.

Kiedy byłam mała, kochałam mamę, tatę i mojego brata Leo, który chodził za mną wszędzie i mówił: „Jammy, poczekaj”. Podrosłam i w drugiej klasie gimnazjum zakochałam się w nauczycielu matematyki, panu Mancardim, mimo że moje zdolności matematyczne były zdecydowanie ponżej normy.

– O, proszę, Jam Gallahue. Witamy – mawiał pan Mancardi, kiedy wpadałam na pierwszą lekcję spóźniona, niemal prosto spod prysznica, z mokrymi włosami, których końcówki czasem zamarzały w zimie jak gałązki. – Cieszy mnie, że zechciałaś do nas dołączyć. – Nie mówił tego złośliwie. Myślę, że naprawdę się cieszył.

Zakochałam się w Reevie tak bardzo, jak nigdy przedtem w całym moim piętnastoletnim życiu. Kiedy go poznałam, wszystkie moje wcześniejsze uniesienia nagle wydały mi się przeciętne i drętwe. Zdałam sobie sprawę, że są różne poziomy miłości, podobnie jak poziomy matematyki. Na końcu szkolnego korytarza, w sali do Matematyki Zaawansowanej, siedziała grupka geniuszy, dzieląc się najnowszymi plotkami na temat równoległoboków. Tymczasem na Matematyce dla Tępaków u pana Mancardiego wszyscy byliśmy zdezorientowani, pogrążeni w matematycznej mgle, i z półotwartymi ustami gapiliśmy się na – o, ironio – interaktywną tablicę.

Zupełnie nieświadomie przebywałam w miłosnej mgle, a potem nagle zrozumiałam, że istnieje coś takiego jak Miłość Zaawansowana.

Reeve Maxfield był jednym z trzech uczniów drugiej klasy, którzy przyjechali na wymianę. Postanowił odpocząć od swojego życia w Anglii, w Londynie – jednym z najbardziej ekscytujących miast na świecie – i spędzić semestr na przedmieściach Crampton w New Jersey, gdzie zamieszkał z nudnym, wesołkowatym osiłkiem Mattem Kesmanem i jego rodziną.

Reeve byłinny niż chłopcy, których znałam – wszyscy Alexowie, Joshowie i Mattowie. Nie tylko ze względu na imię. Wyglądał zupełnie inaczej: smukły i przygarbiony, ubrany w modne, obcisłe czarne dżinsy, zsuwające się ze szczupłych kości biodrowych. Przypominał mi muzyka jednego z brytyjskich zespołów punkowych z lat osiemdziesiątych, które mój ojciec wciąż uwielbia. Trzyma ich płyty w specjalnych plastikowych okładkach, ponieważ jest przekonany, że jeszcze będą dużo warte. Kiedyś znalazłam na eBayu jeden z ulubionych albumów taty i okazało się, że ktoś licytował go za szesnaście centów. Z jakiegoś powodu chciało mi się płakać.

Okładki albumów mojego ojca zwykle przedstawiają grupkę ironicznie spoglądających chłopaków, którzy stoją na rogu ulicy i wygłupiają się. Reeve bardzo ich przypominał. Jego ciemnobrązowe włosy wiły się wokół bardzo bladej twarzy. Mówił, że w Anglii nie ma słońca. 

– Naprawdę? W ogóle? Zupełna ciemność? – zaśmiałam się, kiedy upierał się, że to prawda.

– Właściwie tak – odparł. – Cały kraj jest jak wielki, zawilgotniały dom, w którym nie ma prądu. I wszyscy mają niedobór witaminy D. Nawet królowa. – Wszystko to mówił z poważną miną i charakterystyczną chrypką. Nie mam pojęcia, co ludzie myśleli o nim w Londynie, gdzie brytyjski akcent jest czymś zwyczajnym, ale dla mnie głos Reeve’a brzmiał jak rozpalona zapałka, która zbliża się do kawałka delikatnego papieru i wybucha cichym płomieniem. Chciałam go słuchać w nieskończoność.

Nie mogłam oderwaćod niego wzroku: blada cera, brązowe oczy, rozwiane włosy. Przypominał mi długą probówkę, na której szczycie zawsze coś bulgocze, ponieważ w środku zachodzi jakiś ciekawy proces.

Porównałam Reeve’a Maxfielda do matematyki i chemii, ale jedynym przedmiotem, który naprawdę miał dla mnie znaczenie, był język angielski. Nie zajęcia w szkole Crampton Regional, tylko lekcje, na które uczęszczałam dużo później – w ośrodku Wooden Barn w Vermoncie, kiedy Reeve’a już nie było, a ja nie potrafiłam dalej żyć. 

Z niezrozumiałego dla mnie powodu znalazłam się w gronie pięciu uczniów zapisanych na zajęcia zatytułowane „Specjalne zagadnienia z literatury angielskiej”. Nigdy z nikim nie rozmawialiśmy o tym, co działo się na tych lekcjach. Oczywiście, wszyscy cały czas o tym myśleliśmy, i przypuszczam, że będziemy o tym myśleć do końca życia. Wciąż niezwykle zdumiewa i dręczy mnie fakt, że gdybym nie straciła Reeve’a, gdyby nie wysłano mnie do tej szkoły z internatem i gdybym nie należała do grupy pięciorga uczęszczających na specjalne zagadnienia z literatury angielskiej „nadwrażliwych, bardzo inteligentnych” nastolatków, których życie z różnych przyczyn legło w gruzach, nigdy nie dowiedziałabym się o Belzharze.


Rozdział 1


– Jezu, Jam, wstawaj już! – niecierpliwi się moja współlokatorka, DJ Kawabata, emo-dziewczyna z Coral Gables na Florydzie, mająca – jak to ogólnikowo nazywa – „problemy z jedzeniem”. 

Stoi nad moim łóżkiem, a jej czarne włosy zwisają tuż nad moją twarzą. Dzięki DJ nasz pokój jest jak wyspa skarbów z ukrytymi przekąskami: lukrecja, batoniki musli, opakowania rodzynek, a nawet butelka keczupu dziwnej marki – chyba Hind (producenci pewnie wierzą, że ludzie kupią go przez pomyłkę). Wszystko jest strategicznie umiejscowione i czeka na „sytuacje kryzysowe”. 

Mieszkam w ośrodku Wooden Barn dopiero drugi dzień i nie zaobserwowałam jeszcze takiej sytuacji, ale moja współlokatorka zapewnia, że nadejdą

– Zdarzają się co jakiśczas – oświadczyła, wstępnie przygotowując mnie na uroki dzielenia z nią pokoju. – Zobaczysz syf, jakiego nie widziałaś nigdy wcześniej. Ale nie bój się, nie dosłownie. Nie jestem całkowicie stuknięta.

Bycie „całkowicie stukniętą” nie gwarantuje wstępu do ośrodka Wooden Barn. To nie jest szpital i bardzo sprzeciwiają się tu podawaniu leków psychiatrycznych. Zamiast tego podkreślają, że szkolne doświadczenia mają zbliżyć ludzi do siebie i pomóc im w leczeniu.

Nie wierzę w to. Nie ma tu nawet dostępu do Internetu, co jest po prostu okrutne. Konfiskują też telefony. Są dwa przestarzałe automaty telefoniczne – po jednym w budynku dziewczyn i chłopców. Nie ma Wi-Fi, więc na laptopach można pisać wypracowania, ale nie da się niczego wyszukaćw sieci. Można słuchać muzyki, ale masz pecha, jeśli chcesz ściągnąć nowe kawałki z Internetu. Jesteśmy odcięci od świata i nie ma to żadnego sensu, bo i tak wszyscy w tej szkole są już w jakiś sposób wyizolowani.

Mimo że nikt nie mówi tego wprost, ośrodek Wooden Barn jest czymś pomiędzy domem, szpitalem i zwykłą szkołą. Jest jak wielki liść lilii wodnej, na którym możesz się na chwilę zatrzymać, zanim zdobędziesz się na żabi skok z powrotem do normalnego życia.

DJ mówiła, że wcześniej przebywała w specjalnym szpitalu dla osób z zaburzeniami odżywiania. Leczyły się tam wyłącznie dziewczyny, a pielęgniarki, ubrane w pediatryczne fartuchy ze słodkimi pieskami lub misiami panda, ciągle je ważyły. Czasem karmiono je za pomocą sondy pokarmowej, jeśli za bardzo schudły.

– Raz mi się to zdarzyło – powiedziała DJ. – Jedna z pielęgniarek trzymała mnie, opierając cycki na mojej twarzy, i kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam jedynie ocean malutkich golden retrieverów.

DJ mieszka w Wooden Barn już dwa lata. Tego ranka, pierwszego dnia zajęć, stoi nade mną, a jej włosy opadają na moją twarz jak zasłona. Chcę, by dała mi święty spokój, jednak nie odpuszcza.

– Jam, przegapiłaś śniadanie – oznajmia rodzicielskim tonem. – Czas iść na lekcje. Co masz najpierw?

– Nie mam pojęcia.

– Nie sprawdzałaś planu?

– Nie.

Przyjechałam dzień wcześniej z rodzicami i Leo. Podróż trwała sześć godzin. Moja mama płakała przez całą drogę, udając, że to alergia, a tato z dziwnym przejęciem słuchał radia.

– Dzisiaj – powiedziałkobiecy głos w radiu – poświęcimy całą audycję głosom osób prześladowanych przez talibów.

Tato zrobił głośniej i w zamyśleniu kiwał głową, jakby to była najbardziej fascynująca audycja na świecie, a mama zamknęła oczy i płakała. Nie z powodu osób prześladowanych przez talibów, ale przeze mnie.

Mój brat Leo byłpo prostu sobą. Siedziałobok mnie i wciskał przyciski na małym upapranym ekranie konsoli. 

– Hej – rzucił, kiedy przeszedł na kolejny poziom w swojej grze i zorientował się, że na niego patrzę.

– Hej.

– Bez ciebie w domu będzie do bani.

– Lepiej się przyzwyczaj – oświadczyłam. – Nasze wspólne dzieciństwo w zasadzie się skończyło.

– Nie mów tak.

– To prawda. Potem w końcu jedno z nas umrze. Drugie będzie musiało iść na pogrzeb i wygłosić mowę – ciągnęłam.

– Przestań, Jam – zaprotestował Leo.

Od razu pożałowałam tego, co powiedziałam, w dodatku nie wiedziałam nawet, dlaczego to zrobiłam. Byłam wciąż w złym nastroju, a Leo nie zasłużył na takie traktowanie. Miał tylko dwanaście lat, zresztą nikt nie dawał mu nawet tyle. Niektóre dzieciaki w jego klasie wyglądały, jakby mogły już mieć dzieci. Leo zaś przypomniał dziecko, które mogliby mieć. Czasem ktoś podstawił mu nogę na korytarzu, ale w zasadzie mu to nie przeszkadzało, bo znalazł sposób, żeby się nie przejmować. Odkąd skończył dziesięć lat, miał obsesję na punkcie gry ARG zatytułowanej „Nocni wędrowcy”, pełnej czarodziejskich kostek, uczniów magii i postaci nazywanych driftlordami. 

Do dziś nie wiem, co to jest driftlord. Wtedy nie rozumiałam nawet, na czym polega rzeczywistość alternatywna, ale teraz oczywiście już wiem. Rozumiem też coś, co mój brat wiedział już od dawna: czasem alternatywny świat jest dużo lepszy niż ten rzeczywisty. 

– Nie chciałam być niemiła – odezwałam się do Leo. 

– Tak wyszło – dodałam.

– Rodzice powiedzieli, że jeśli będziesz się tak zachowywać. Mam nie zwracać na to uwagi, bo...

– Bo co? – W moim głosie było wyczuwalne napięcie.

– Bo dużo przeszłaś – dokończył niepewnie. 

Prawie o tym nie rozmawialiśmy. Był taki mały. Nie mógł rozumieć, co przeszłam i co czułam

Rozmowa zmierzała donikąd, więc każde z nas zapatrzyło się w swoje okno. W końcu Leo zamknął oczy i zasnął z otwartą buzią. W samochodzie unosił się zapach farmer-

skich chipsów, które wcześniej jadł. Poczułam żal, gdy sobie uświadomiłam, że mój brat właściwie zostanie jedynakiem. Nie będzie miał normalnej starszej siostry, tylko siostrę tak zdruzgotaną, że musiała przenieść się do specjalnej szkoły w innym stanie, odległym o sześć godzin jazdy.

Rozstanie w Wooden Barn przebiegało w dużym napięciu. Mama próbowała urządzić mi pokój, podczas gdy DJ leżała na swoim łóżku i obserwowała nas z wyraźnym rozbawieniem.

– Pamiętaj, żeby codziennie dać poduszce parę kuksańców. Wtedy wypełnienie będzie równomierne – poradziła mama, kiedy układałam swoje rzeczy w szufladach.

Wyjęłam z walizki słoik konfitury truskawkowej, którą dał mi Reeve, kiedy pierwszy raz się pocałowaliśmy, i przez chwilę trzymałam chłodny szklany pojemnik w ręce. Wiedziałam, że nigdy go nie otworzę. Był prawie jak urna z prochami Reeve’a. Słoik był dla mnie świętością, zamknięcie już zawsze miało pozostać nienaruszone. Umieściłam go w górnej szufladzie komody i starannie przykryłam plątaniną bielizny, biustonoszy i koszuli nocnej z ptaszkiem Tweetym.

– Po prostu w nią uderzaj, Jam. Dobrze? – kontynuowała mama. – Uderzaj w nią jak w zbója, który chciałby cię zaatakować na ulicy.

– Mamo... – mruknęłam.

DJ wciąż nam się przyglądała i nie próbowała tego ukryć. Strasznie mnie denerwowała i nie mogłam uwierzyć, że będę musiała z nią mieszkać. 

– Po prostu walnij w nią na dole i po bokach – mówiła dalej mama, pokazując, w jaki sposób mam atakować wielką poduszkę z oparciami (nazywaną „kumplem do nauki”), którą uparła sę mi kupić w sklepie z przecenami jeszcze w Crampton.

(...)

W nowym pokoju pożegnałam się z mamą, tatą i Leo. Wszyscy byli zmartwieni, a ja czułam się pusta w środku i jakby przytłumiona. Potem przesiedziałam w stołówce nad kurczakiem, fasolką szparagową i quinoa, izolując się i nie rozmawiając z nikim, przytłoczona nowymi twarzami i głosami. Potem z trudem przespałam noc. Dziś jest pierwszy dzień zajęć w Wooden Barn, a ja siedzę skulona w łóżku.


* * *

I jak, zaciekawieni? ;)

07 czerwca 2014

FRAGMENT: "19 razy Katherine" John Green

W środę, 4 czerwca 2014, premierę miała kolejna powieść Johna Greena wydana w Polsce nakładem Bukowego Lasu. Specjalnie dla fanów autora prezentuję dziś fragment 19 razy Katherine :)

19 RAZY KATHERINE
John Green

Katherine V uważała, że chłopcy są odrażający.
Katherine X chciała się tylko przyjaźnić.
Katherine XVIII rzuciła go drogą mailową.
K-19 złamała mu serce.
Colin Singleton gustuje wyłącznie w dziewczętach o imieniu Katherine. A te zawsze go rzucają. Gwoli ścisłości, stało się tak już dziewiętnaście razy.
Ten uwielbiający anagramy, zmęczony życiem cudowny dzieciak wyrusza w podróż po Ameryce ze swoim najlepszym przyjacielem Hassanem, wielbicielem reality show Sędzia Judy. Chłopcy mają w kieszeni dziesięć tysięcy dolarów, goni ich krwiożercza dzika świnia, ale za to nie towarzyszy im ani jedna Katherine. Colin rozpoczyna pracę nad Teorematem o Zasadzie Przewidywalności Katherine, za pomocą którego ma nadzieję przepowiedzieć przyszłość każdego związku, pomścić Porzuconych tego świata i w końcu zdobyć tę jedyną.
Miłość, przyjaźń oraz martwy austro-węgierski arcyksiążę składają się na prawdziwie wybuchową mieszankę w tej przezabawnej, wielowarstwowej powieści o poszukiwaniu samego siebie.


FRAGMENT:

(drugi)
(...)
– Chcę wpełznąć w jakąś dziurę i umrzeć – beznamiętnie wyznał Colin wprost w kremowy dywan.
– O kurde! – skomentował Hassan, powoli wypuszczając powietrze.
– Pragnąłem w życiu tylko tego, by Katherine mnie kochała i bym mógł osiągnąć coś znaczącego. No i popatrz.
No popatrz tylko...
– Patrzę. I zapewniam cię, kafir, że nie podoba mi się ten widok. I zapach też, jeśli mogę dodać. – Hassan położył się na łóżku, pozwalając przyjacielowi jeszcze przez chwilę rozpaczać.
– Zupełna porażka. A jeżeli już nic się nie zmieni? Jeżeli za dziesięć lat będę ślęczał w jakiejś pierdzielonej klitce nad księgą przychodów i uczył się na pamięć wyników baseballu, łudząc się, że „moja” drużyna skopie innym tyłki, i nie będę miał Katherine ani nigdy nie zrobię nic znaczącego, i zostanę kompletnym zerem?
Hassan usiadł, kładąc dłonie na kolanach.
– Widzisz, dlatego musisz uwierzyć w Boga. Ponieważ ja nawet nie liczę na to, że będę miał własną klitkę, a jestem szczęśliwy jak świnia w kupie gnoju.
Colin westchnął, bo choć Hassan nie był wcale tak bardzo religijny, często w żartach usiłował go nawracać.
– Jasne. Wiara w Boga. Super pomysł! Chciałbym też wierzyć, że polecę w przestrzeń kosmiczną na grzbiecie gigantycznego pingwina i bzyknę Katherine XIX w stanie nieważkości.
– Singleton, nie spotkałem jeszcze człowieka, któremu wiara w Boga byłaby bardziej potrzebna niż tobie.
– A tobie potrzebne są studia – odparował Colin. Hassan mruknął coś pod nosem. Skończył liceum wcześniej niż kumpel, ale wziął sobie rok wolnego, mimo że przyjęto go na Uniwersytet Loyola w Chicago. Ponieważ znów nie zapisał się na zajęcia w semestrze jesiennym, zanosiło się, że rok wolnego wkrótce przejdzie w dwa lata.
– Nie zmieniaj tematu – zaprotestował. – To nie ja jestem tak zdołowany, że nie mogę dźwignąć się z podłogi ani spłukać własnych rzygów, koleś. A wiesz dlaczego? Bo Bóg jest ze mną.
– Przestań mnie dręczyć. – Wysiłki kolegi nadal nie rozbawiły Colina.
Hassan zerwał się z łóżka, usiadł okrakiem na plecach przyjaciela i przytrzymał go za ramiona.
– Nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem! – zawołał. – Powtarzaj za mną, sitzpinkler! La ilaha illa-llah!
– Colin zaczął się w końcu śmiać, z trudem łapiąc oddech pod ciężarem Hassana, który też wybuchnął śmiechem. – Próbuję ocalić twój chudy tyłek przed piekłem!
– Złaź ze mnie, bo inaczej znajdę się tam dość prędko – wysapał Colin.
Hassan wstał i nagle zapytał poważnie:
– No więc na czym dokładnie polega problem?
– Problem polega dokładnie na tym, że mnie rzuciła.
Że jestem samotny. O Boże, znów jestem samotny! A poza tym przegrałem życie, gdyby śnie zauważył. Jestem skończony. Jestem tylko „byłym”! Byłym chłopakiem Katherine XIX. Byłym cudownym dzieckiem. Byłym potencjalnym geniuszem. Aktualnym bezwartościowym zerem. – Jak wiele razy wyjaśniał Hassanowi, istnieje ogromna różnica między określeniami „cudowne dziecko” i „geniusz”.
Cudowne dzieci bardzo szybko uczą się tego, co inni już wiedzą, geniusze zaś odkrywają to, czego nikt inny jeszcze nie wie. Cudowne dzieci kują, geniusze tworzą. Znakomita większość cudownych dzieci wcale nie wyrasta na cudownych dorosłych. Niestety Colin miał niemalże absolutną pewność, że on sam należy do tej nieszczęsnej większości.
Hassan usiadł na łóżku i pogładził się po zarośniętym szczeciną drugim podbródku.
– Czy prawdziwym problemem jest Katherine, czy twój geniusz?
– Tak bardzo ją kocham – odrzekł Colin. Ale tak naprawdę w jego umyśle oba problemy były ze sobą ściśle powiązane. Chodziło o to, że ten wyjątkowy, wspaniały, bystry chłopak... Cóż, wcale taki nie był. Czuł, że nie ma żadnego znaczenia jako człowiek. Colin Singleton, słynny cudowny dzieciak, słynny weteran związków z Katherine’ami, słynny nerd i sitzpinkler, nie miał znaczenia ani dla Katherine XIX, ani dla świata. Zupełnie nagle nie był niczyim chłopakiem i niczyim geniuszem. A to – by użyć trudnego słowa, którego można się spodziewać po nieprzeciętnie inteligentnej osobie – było naprawdę słabe.
– Ponieważ kwestia geniuszu – kontynuował Hassan, jakby Colin wcale nie wyznał miłości – się nie liczy. Chodzi ci tylko o sławę.
– Wcale nie. Chcę mieć jakieś znaczenie – podkreślił Colin.
– Jasne. Jak powiedziałem, pragniesz sławy. Sława równa się dzisiaj popularności. A nie będziesz następną amerykańską top model, na sto procent. Chcesz więc być następnym amerykańskim top geniuszem, a teraz po prostu – nie odbieraj tego zbyt osobiście – biadolisz, że to się jeszcze nie stało.
– Nie pomagasz – mruknął Colin w dywan. Po chwili uniósł twarz i spojrzał na przyjaciela.
– Wstawaj – zarządził Hassan, wyciągając do niego rękę. Colin chwycił ją, podciągnął się, a potem próbował puścić, ale przyjaciel tylko wzmocnił uścisk. – Kafir, masz bardzo skomplikowany problem, który można bardzo łatwo rozwiązać.

(trzeci)

– Wyruszamy w podróż samochodem – oznajmił Colin. U jego stóp stała wypchana torba i leżał plecak wypakowany książkami. Chłopcy i rodzice Colina siedzieli naprzeciwko siebie na dwóch identycznych czarnych skórzanych sofach.
Mama rytmicznie kręciła głową niczym zdegustowany metronom.
– Ale d o k ą d? – zapytała. – I dlaczego?
– Bez urazy, proszę pani – odrzekł Hassan, kładąc stopy na stoliku do kawy (czego nie wolno było robić) – ale umyka pani sedno. Nie istnieje żadne „dokąd” ani „dlaczego”.
– Pomyśl o tym wszystkim, co mógłbyś robić w wakacje, Colinie. Mógłbyś pouczyć się sanskrytu – odezwał się tato. – Wiem, że bardzo ci na tym zależało*. Naprawdę będziesz szczęśliwy, jeżdżąc samochodem bez celu? To do ciebie niepodobne. Zachowujesz się, jakbyś skapitulował.
– Przed czym, tato?
Tato się zastanowił. Zawsze się zastanawiał po usłyszeniu pytania, a następnie formułował wypowiedź pełnymi zdaniami bez żadnych zająknięć czy powtórzeń – jakby nauczył się jej na pamięć.
– Z przykrością to mówię, Colinie, ale jeśli chcesz się dalej rozwijać intelektualnie, musisz pracować znacznie ciężej niż do tej pory. Inaczej możesz zmarnować swój potencjał.
– W zasadzie – odparł Colin – wydaje mi się, że już go zmarnowałem

Być może to dlatego, że Colin nigdy w życiu nie rozczarował swoich rodziców: nie pił, nie brał narkotyków, nie palił papierosów, nie malował oczu czarną kredką, nie przesiadywał po nocach, nie dostawał złych ocen, nie przekłuł sobie języka ani nie wytatuował na plecach: „KATHERINE FOREVER”. Może czuli się winni, że go w jakimś sensie zawiedli i to przez nich znalazł się w opłakanym położeniu? A może chcieli spędzić kilka tygodni sami, żeby na nowo rozniecić ogień miłości? W każdym razie pięć minut po przyznaniu się do zmarnowania potencjału Colin Singleton siedział za kierownicą swojego długaśnego szarego oldsmobile’a znanego jako Katafalk Szatana.
– Dobra, teraz tylko musimy podjechać do mnie – oznajmił Hassan – wziąć trochę ciuchów i jakimś cudem przekonać moich rodziców, żeby puścili mnie w podróż po Ameryce.
– Możesz powiedzieć, że znalazłeś pracę, na przykład na jakimś obozie czy coś w tym rodzaju – podpowiedział Colin.
– Jasne, tylko że nie zamierzam okłamywać mamy, bo tylko skończone bydlę łże własnej matce.
– Hm.
– No, ale ktoś inny mógłby ją okłamać. Jakoś bym to przeżył.
– Dobra – zgodził się Colin.
Kilka minut później zaparkowali na drugiego w dzielnicy Ravenswood w Chicago i wyskoczyli z auta. Colin wpadł do domu tuż za przyjacielem. Mama Hassana drzemała w fotelu w starannie urządzonym salonie.
– Hej, mamo! – zawołał chłopak. – Pobudka!
Przebudziła się i z uśmiechem przywitała chłopców po arabsku. Colin zaczął mówić w tym samym języku:
– Rzuciła mnie dziewczyna, jestem bardzo przygnębiony, więc razem z Hassanem wybieramy się na... hm... takie wakacje, kiedy zwiedza się świat samochodem. Nie znam tego słowa po arabsku.
Pani Harbish pokręciła głową i wydęła usta.
– A nie mówiłam, żebyś nie zadawał się z dziewczynami? – powiedziała po angielsku z wyraźnym obcym akcentem. – Hassan jest grzecznym chłopcem, nie zajmuje się „randkowaniem”. I popatrz, jaki jest szczęśliwy. Powinieneś brać z niego przykład.
– Tego właśnie będzie mnie uczył podczas wyjazdu – zapewnił ją Colin, choć trudno byłoby bardziej minąć się z prawdą. Hassan wtoczył się z powrotem do pokoju, taszcząc częściowo zapiętą torbę, z której wysypywały się ubrania.
– Ohiboke*, mamo – powiedział, schylając się, żeby pocałować ją w policzek.
Wtem do salonu wszedł ubrany w piżamę pan Harbish.
– Nigdzie nie pojedziesz! – oświadczył po angielsku.
– Tato! Muszę. Spójrz na niego. Jest zupełnie zdołowany. – Colin zerknął na pana Harbisha, starając się wyglądać na możliwie najbardziej zdołowanego. – Pojedzie ze mną albo beze mnie, a tak przynajmniej będzie miał kogoś, kto się nim zaopiekuje.
– Colin to dobry chłopak – zapewniła męża pani Harbish.
– Będę dzwonił codziennie – dodał Hassan. – Nie wyjedziemy wcale na długo. Wrócimy, gdy tylko mu się poprawi.
Colin, improwizując, wpadł na pomysł.
– Chcę załatwić Hassanowi pracę – zwrócił się do pana Harbisha. – Obaj musimy się nauczyć, że naprawdę warto ciężko pracować.
Pan Harbish przyjął jego słowa pomrukiem aprobaty, po czym zwrócił się do syna:
– Przede wszystkim musisz się nauczyć, że nie warto oglądać tej okropnej Sędzi Judy. Jeżeli przed upływem tygodnia zadzwonisz z informacją, że masz robotę, to możesz sobie zostać, jak długo zechcesz i gdzie zechcesz.
Hassan jakby nie zauważył przytyku.
– Dziękuję, tato – wymamrotał potulnie.
Ucałował mamę w oba policzki i pospieszył do drzwi.
– Co za drań! – wybuchnął, gdy już znalazł się bezpiecznie w Katafalku. – Może oskarżać mnie o lenistwo, ale ubliżać najlepszej w Ameryce telewizyjnej sędzi, to już totalne przegięcie!

Hassan zapadł w sen koło pierwszej w nocy, a Colin, rozbudzony dzięki kupionej na stacji kawie z dużą ilością śmietanki oraz upojony poczuciem samotności na autostradzie nocą, pędził na południe przez Indianapolis drogą I-65. Noc była ciepła jak na początek czerwca, a ponieważ w Katafalku Szatana w tym tysiącleciu nie działała klimatyzacja, Colin uchylił okna. Cudowne w prowadzeniu samochodu było to, że na tyle pochłaniało uwagę – auto zaparkowane na poboczu, może to gliny; zwolnij; trzeba wyprzedzić tego tira; włącz migacz; spójrz w tylne lusterko; sprawdź martwe pole i, dobrze, na lewy pas – że nie czuł palącej dziury w brzuchu.
By zająć czymś myśli, przypominał sobie inne dziury w innych wnętrznościach. Pomyślało arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie zamordowanym w roku 1914. Spoglądając na krwawiącą ranę w swojej piersi, arcyksiążę powiedział:
– To drobiazg.
Mylił się. Bez wątpienia arcyksiążę Franciszek Ferdynand miał znaczenie dla świata, choć nie był ani cudownym dzieckiem, ani geniuszem: zamach na niego dał początek pierwszej wojnie światowej, więc następstwem jego śmierci było 8 528 831 kolejnych.
Colin tęsknił za Katherine. Tęsknota rozbudzała go bardziej niż kawa, więc kiedy Hassan godzinę wcześniej zaproponował, że go zmieni za kierownicą, Colin się nie zgodził. Prowadzenie samochodu pomagało mu – zwolnić do stu dziesięciu; Boże, ależ mi wali serce, nie znoszę smaku kawy; ale jestem nakręcony; wyprzedzić ciężarówkę; dobrze; na prawy pas; a teraz tylko moje reflektory przeciwko ciemności. Dzięki temu samotność nie rozdzierała go na strzępy. Prowadzenie auta było czymś w rodzaju myślenia – jedynym, jaki mógł znieść. Ale mimo to tuż poza zasięgiem przednich świateł ciągle majaczyła myśl: zostałem porzucony. Przez dziewczynę o imieniu Katherine. Po raz dziewiętnasty.
Jeśli chodzi o dziewczyny (a w wypadku Colina często o nie chodziło), każdy ma swój typ. Jego typu nie określały cechy fizyczne, lecz lingwistyczne: lubił imię Katherine. Nie Katy, Kat, Kitty czy Cathy, Rynn, Trina, Kay, Kate lub, Boże broń, Catherine. K-A-T-H-E-R-I-N-E. Do tej pory chodził z dziewiętnastoma dziewczynami. Wszystkie miały na imię Katherine. I wszystkie – co do jednej – go porzuciły.
Colin wierzył, że na świecie istnieją dwa rodzaje ludzi: Porzucający i Porzucani. Wiele osób uważa się za reprezentantów obu kategorii naraz, ale mylą się: człowiek ma predyspozycje albo do jednego losu, albo do drugiego. Porzucający nie zawsze muszą łamać serca, a Porzucani nie zawsze muszą mieć serca złamane, lecz wszystkich charakteryzuje inklinacja w tę lub w tamtą stronę*.
Może Colin powinien był już przywyknąć do rytmu uczuciowych wzlotów i upadków? Przecież umawianie się z kimś kończy się zawsze tak samo, czyli kiepsko. Jeśli się nad tym zastanowić, co Colin robił często, wszystkie związki kończą się (1) zerwaniem, (2) rozwodem albo (3) śmiercią. Lecz Katherine XIX była inna – czy może inna się wydawała. Kochała go, a on żarliwie odwzajemniał jej miłość. I nadal tak było – odkrył, że jadąc teraz samochodem, cały czas powtarza w myślach: „Kocham cię, Katherine”. To imię brzmiało inaczej, gdy odnosiło się do niej. Przestawało być tylko imieniem, na punkcie którego od dawna miał obsesję, a stawało się słowem opisującym wyłącznie tę jedyną, słowem pachnącym bzem, określającym błękit jej oczu i długość rzęs.
Na tylnym siedzeniu Hassan sapał i powarkiwał, jakby śnił, że jest owczarkiem niemieckim. Wiatr wpadał przez uchylone okna, a Colin wciąż dumało Porzucających, Porzucanych i o arcyksięciu. Czuł nieustające palenie w brzuchu. To jest dziecinne i żałosne, myślał. Jesteś żenujący. Daj sobie spokój, daj sobie spokój, daj sobie spokój.
Ale w sumie nie do końca wiedział, co oznacza „to”.

KATHERINE I: POCZĄTEK (POCZĄTKU)

Rodzice uważali go za zupełnie zwykłe dziecko aż do pewnego czerwcowego poranka. Colin, który miał wówczas dwadzieścia pięć miesięcy, siedział w wysokim krzesełku, jedząc śniadanie nieokreślonego warzywnego pochodzenia, a jego ojciec po drugiej stronie małego kuchennego stołu czytał „Chicago Tribune”. Malec był chudy jak na swój wiek, ale wysoki, i miał wielką szopę brązowych loków, które otaczały jego głowę z iście einsteinowską nieprzewidywalnością.
– „Wydrapana grahama” – powiedział, przełknąwszy kęs. – Nie chcę zielonego – dodał, mając na myśli swój posiłek.
– Co mówisz, kolego?
– „Wydrapana grahama”. Poproszę frytki, dziękuję*.
Tato odwrócił gazetę i spojrzał na nagłówek na frontowej stronie. To było pierwsze wspomnienie Colina: ojciec powoli opuszczający gazetę i uśmiechający się do niego. Oczy miał okrągłe ze zdumienia i radości, a uśmiech promienny.
– CINDY! NASZ SYN CZYTA GAZETĘ! – zawołał.
Rodzice Colina należeli do tych ludzi, którzy naprawdę, ale to naprawdę lubią czytać. Mama uczyła francuskiego w prestiżowej i drogiej szkole Kalman w centrum, a tata był profesorem socjologii na Uniwersytecie Northwestern, na pół noc od miasta. Zatem po „Wydrze pana Grahama” rodzice zaczęli z Colinem czytać wszędzie i zawsze – głównie po angielsku, ale czasami też z francuskich książeczek z obrazkami.
Cztery miesiące później zapisali go do przedszkola dla wybitnie uzdolnionych dzieci. Niestety przedszkole oznajmiło, że chłopiec reprezentuje zbyt wysoki poziom, a poza tym nie przyjmują maluchów nieprzyuczonych do nocnika. Skierowali Colina do psychologa na Uniwersytecie Chicagowskim.
I tak cudowne dziecko, nie zawsze powstrzymujące mocz, wylądowało w małym, pozbawionym okien gabinecie na South Side na rozmowie z panią profesor w rogowych okularach. Pani kazała mu znajdować schematy w ciągach liczb i liter oraz przestawiać wielokąty. Pytała, który obrazek nie pasuje do reszty. Zadawała nieskończenie wiele cudownych pytań i Colin ją za to uwielbiał. Do tej pory większość pytań dotyczyła tego, czy się zsikał w majtki i czy mógłby łaskawie zjeść jeszcze trochę tych nieszczęsnych warzyw.
Po godzinnym przesłuchaniu pani profesor oznajmiła:
– Chciałabym ci podziękować za niezwykłą cierpliwość, Colinie. Jesteś bardzo wyjątkowym dzieckiem.
„Jesteś bardzo wyjątkowym dzieckiem”. Colin miał często słyszeć to zdanie, a mimo to jakimś sposobem nigdy nie miał go dość.
Pani w rogowych okularach zaprosiła do gabinetu mamę Colina. Opowiadała jej o tym, że syn jest błyskotliwy i wyjątkowy, a Colin bawił się drewnianymi klockami z literami alfabetu. Wbił sobie drzazgę, przerabiając KULA na LUKA – był to pierwszy anagram, jaki pamiętał.
Pani profesor wyjaśniła mamie, że tak uzdolnionego chłopca trzeba wspierać, ale nie wywierać na niego nadmiernej presji, i ostrzegła:
– Proszę nie mieć wygórowanych oczekiwań. Dzieci takie jak Colin bardzo szybko przetwarzają informacje.
Potrafią w niezwykły sposób koncentrować się na zadaniach. Ale Colin ma takie same szanse na zdobycie Nagrody Nobla jak każde inne przeciętnie inteligentne dziecko.
Tego wieczoru ojciec podarował mu nową książkę: Brakujący element Shela Silversteina. Colin siedział na kanapie obok taty i małymi rączkami przerzucał wielkie strony, czytając szybko i przerywając tylko po to, by zapytać, czy „może” oznacza to samo co „morze”. Kiedy skończył, zdecydowanym gestem zamknął książeczkę.
– Podobała ci się? – zapytał tato.
– Tak – potwierdził chłopiec. Lubił książki, ponieważ uwielbiał sam akt czytania, magię przemieniającą linie na papierze w słowa w jego głowie.
– A o czym była? – dopytywał ojciec.
Colin poło żył książkę na kolanach taty i odpowiedział:
– Kółko zgubiło swoją część. Ta część jest w kształcie pizzy.
– W kształcie pizzy czy kawałka pizzy? – Tato z uśmiechem pogładził syna wielką dłonią po głowie.
– Masz rację, tatusiu. Kawałka pizzy. I kółko jej szuka. Znajduje dużo niepasujących części, aż w końcu trafia na swój kawałek. Ale zostawia go. I to już koniec.
– Nie czujesz się czasami jak kółko, któremu brakuje kawałka? – zadumał się ojciec.
– Tatusiu, ja nie jestem kółkiem, jestem chłopcem.
Uśmiech ojca przygasł: cudowne dziecko umiało czytać, ale nie rozumiało. Gdyby tylko Colin pojął, że brakuje mu jakiejś części, że nieumiejętność dostrzeżenia siebie w historii o kółku stanowi problem nie do naprawienia, wiedziałby, że reszta świata z czasem go dogoni. Odwołując się do innej historii, którą znał na pamięć, ale nie do końca rozumiał: gdyby tylko wiedział, że opowieść o żółwiu i zającu dotyczy czegoś więcej niż żółwia i zająca, zaoszczędziłby sobie sporo rozczarowań
Trzy lata później poszedł do pierwszej klasy w szkole Kalman – za darmo, ponieważ jego mama tam pracowała – i był zaledwie o rok młodszy od swoich kolegów. Ojciec zmuszał go do coraz bardziej wytężonej nauki, ale Colin nie należał do tych cudownych dzieci, które idą na studia w wieku jedenastu lat. A poza tym rodzice chcieli, by edukacja syna przebiegała w miarę normalnym trybem ze względu na, jak to ujmowali, „korzyści towarzyskie”.
Jednak życie towarzyskie Colina nigdy nie wyglądało korzystnie. Niezbyt dobrze szło mu zawieranie przyjaźni. Po prostu miał zainteresowania całkiem odmienne niż koledzy. Na przykład ulubionym zajęciem Colina podczas przerw było udawanie robota. Podchodził do Roberta Casemana sztywnym krokiem z bezwładnie zwieszonymi ramionami i monotonnym głosem oznajmiał:
– JESTEM ROBOTEM. ODPOWIEM NA KAŻDE PYTANIE. CHCESZ WIEDZIEĆ, KTO BYŁ CZTERNASTYM PREZYDENTEM USA?
– No dobra – mówił Robert – mam pytanie: czemu jesteś takim upierdem, Krzywy Kinolu?
Mimo że imię Colina wymawiało się inaczej, ulubioną zabawą Roberta Casemana w pierwszej klasie było przezywanie go „Krzywym Kinolem”, dopóki Colin się nie rozpłakał, co następowało dość szybko, ponieważ był, jak to ujmowała mama, „wrażliwym chłopcem”. Przecież on tylko chciał się pobawić w robota. Co w tym złego?
W drugiej klasie Robert Caseman i jego ferajna trochę dojrzeli. W końcu zrozumieli, że „słowa nie ranią, za to kije i kamienie kości połamią”, więc wymyślili Ręczną Rozrywkę*. Kazali Colinowi kłaść się na ziemi (a on z jakiegoś powodu się zgadzał), po czym czterech kolesiów chwytało go za kończyny i każdy ciągnął w swoją stronę. Przypominało to rozciąganie na kole tortur, tyle że w wykonaniu siedmiolatków nie groziło śmiercią, za to było poniżające i głupie. Colin czuł się przez to, jakby nikt go nie lubił, co właściwie było prawdą. Pocieszała go jedynie myśl, że pewnego dnia będzie coś znaczył. Będzie sławny, a oni nie. Mama twierdziła, że przede wszystkim dlatego go dręczą.
– Są po prostu zazdrośni – wyjaśniała. Ale Colin wiedział lepiej. Nie byli zazdrośni, lecz zwyczajnie go nie lubili. Czasami prawda bywa bardzo prosta.
Zatem Colin i jego rodzice odczuli wielką ulgę, gdy tuż po rozpoczęciu trzeciej klasy chłopak zaistniał towarzysko, zdobywając (przelotnie) serce najładniejszej ośmiolatki w Chicago.

* Choć to żałosne, tato mówił prawdę. Colin rzeczywiście chciał się uczyć sanskrytu. To coś w rodzaju Mount Everestu martwych języków.

*„Kocham cię” po arabsku.

* Graficzne przedstawienie tej koncepcji może pomóc ją zrozumieć. Colin wyobrażał sobie dychotomię Porzucający/Porzucany jako krzywą Gaussa. Większość ludzi plasuje się gdzieś pośrodku, np. są albo umiarkowanymi Porzucającymi, albo umiarkowanymi Porzucanymi. Na obu biegunach znajdują się Katherine’y i Colinowie.

* Jak każda sprytna małpka Colin dysponował bogatym słownictwem i ubogą ortografią. Nie wiedział, że Graham pisany wielką literą to imię, a „wydra” i „pana” to osobne słowa. Wybaczmy mu. Miał tylko dwa lata.

* Nazwę tę, tak dla ścisłości, wymyślił Colin. Inni nazywali to ćwiczenie „rozciąganiem”, ale pewnego razu tuż przed rozpoczęciem zabawy, Colin zawołał: „Tylko nie róbcie mi Ręcznej Rozrywki!”. Określenie było tak trafne, że z miejsca się przyjęło.

Przeł. Magda Białoń-Chalecka

I jak, zaciekawieni? :)