Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juliet Grey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juliet Grey. Pokaż wszystkie posty

18 lipca 2014

"Maria Antonina. Z pałacu na szafot" Juliet Grey

„Trzeci tom trylogii o Marii Antoninie, pochodzącej z Austrii królowej Francji, żonie Ludwika XVI.
Portret najsłynniejszej i otoczonej najczarniejszą legendą władczyni Francji, jednej z najtragiczniejszych postaci kobiecych w historii Europy.

Wersal 1789 rok. Kiedy wzbierająca rebelia dociera do bram pałacu, w spokojnie płynące, dostatnie życie Marii Antoniny wdziera się gwałt i przemoc. Jej dawniej lojalni poddani dążą do obalenia monarchii, więc dziedzicom korony francuskiej grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.
Po wymuszonej przeprowadzce do pałacu Tuileries rodzina królewska żyją w oku rewolucyjnego cyklonu. Zewsząd otaczają ją wrogowie, a sojuszników pozostała zaledwie garstka. Choć większość gróźb politycznych wymierzona jest bezpośrednio w królową, Maria Antonina nie przestaje być lojalną żoną i matką, wiernie stojącą u boku swojego męża, Ludwika XVI, ze wszystkich sił chroniącą dzieci. W tajemnicy przed nieprzyjaciółmi szuka sposobów wydostania rodziny ze szponów rebeliantów, wkrótce przekonuje się jednak, że przed niebezpieczeństwem nie ma ucieczki i że żadne z nich nie uniknie straszliwego losu.

O to, czy Maria Antonina była przyjacielem czy wrogiem francuskiego ludu, historycy będą spierać się nadal. Grey ukazała kontrowersyjną królową jako osobę pełną wdzięku i ludzkich uczuć.”


Nadeszły mroczne czasy dla dynastii Burbonów – oto Francję ogarnia szał rewolucji, a nienawiść ludu wymierzona jest w królową, Marię Antoninę. Ludwik XVI mimo niebezpieczeństwa i gróźb, nie chce przelewu krwi i stanowczo odmawia wkroczenia wojsk do Wersalu. Rodzina królewska musi opuścić pałac i udać się do Paryża, aby pod bacznym okiem strażników planować dalsze działania. Wkrótce odkrywają jednak, że zewsząd otaczają ich wrogowie i zdrajcy. Chwile względnego bezpieczeństwa okazują się złudne, a monarchowie zostają poddani próbom charakterów i odwagi. I powoli zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma już dla nich ratunku…

Maria Antonina. Z pałacu na szafot to już ostatnia część serii autorstwa amerykańskiej pisarki – Juliet Grey. W swojej trylogii autorka przybliża czytelnikom postać Marii Antoniny, do dziś uznawanej za królową kontrowersyjną i owianą tajemnicą. Po lekturze drugiej części serii odczuwałam wobec Antoniny sporą niechęć – niewątpliwie austriacka arcyksiężniczka nie należała do najrozważniejszych, a jej rozrzutność i umiłowanie do przerysowanego wręcz bogactwa szybko doprowadziły ją do trudnej sytuacji, jednocześnie pogrążając lud francuski w niezadowoleniu. Nie sądziłam jednak, że historia, którą Juliet zaserwowała w trzeciej części trylogii, tak bardzo mną wstrząśnie i odmieni moje podejście do Marii Antoniny. Nagle zamiast kapryśnej, denerwującej lalki zobaczyłam w Antoninie oddaną matkę i żonę, która walczyła o bezpieczeństwo swoich najbliższych. A dzięki pierwszoosobowej narracji z punktu widzenia Antoniny, jeszcze lepiej mogłam zrozumieć i poczuć emocje głównej bohaterki, którą los tak bardzo doświadczył i zmusił do przeżywania wielu strasznych chwil.

Juliet Grey poświęciła 5 lat życia na przestudiowanie prawdopodobnie wszystkich dostępnych materiałów źródłowych mówiących o Marii Antoninie i jej bliskich. Dzięki temu powieść Juliet nabrała niesamowitego wydźwięku – w moim odczuciu to doskonały przykład dobrze skonstruowanej powieści historycznej, choć przy wielu wątkach możemy mówić o fikcji literackiej. Historia przedstawiona oczami królowej Francji, zwłaszcza w tym ostatnim tomie, nabrała dramatycznego wydźwięku, co nie pozostawia czytelnika obojętnym. Atutem ostatniego tomu jest także dodatek od autorki, w którym Juliet opowiada nie tylko o swojej pracy nad trylogią, ale także – powołując się na źródła historyczne – przytacza dalsze losy osób związanych z królową Francji.

Maria Antonina. Z pałacu na szafot to wstrząsający obraz ostatnich lat życia Ludwika XVI i jego małżonki oraz bliskich przyjaciół. To pełna brutalności, zdrad i okrucieństwa opowieść o krwawej rewolucji, która na zawsze odmieniła oblicze Francji. Ale to także historia kobiety, która ponad wszystko pragnęła bezpieczeństwa dla swoich najbliższych. Nie ukrywam, że o niektórych okropieństwach, jakich dopuszczali się Francuzi względem swoich władców, aż trudno było czytać. Nie ukrywam również, że historia ta bardzo mną wstrząsnęła i wywołała wiele emocji. Ba! Przy zakończeniu miałam absolutnie ściśnięte ze strachu i smutku gardło, czego się zupełnie nie spodziewałam. Do ostatniego słowa powstrzymywałam łzy, których w końcu nie mogłam już zatrzymać. Historia Marii Antoniny mnie po prostu poraziła. I sprawiła, że zupełnie inaczej spojrzałam na tę nieszczęsną kobietę, która, pomimo swoich błędów i niezbyt udanego panowania, nie zasłużyła na tak straszny los. Ostatni tom trylogii otrzymuje ode mnie w pełni zasłużoną ocenę 5+/6. Jestem skłonna stwierdzić nawet, że to najlepsza część serii! Szczerze polecam!

Original: Confessions of Marie Antoinette
Wydawca: Bukowy Las
Data wydania: 20.06.2014
Ilość stron: 400
Za książkę dziękuję wydawnictwu Bukowy Las :)

Moje recenzje poprzednich tomów:
#1 Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu
#2 Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon

22 lutego 2014

"Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon" Juliet Grey

„Paryż, 1774 rok. Młodziutka, zaledwie osiemnastoletnia Maria Antonina wstępuje na tron u boku swego męża, Ludwika XVI. Monarchini prezentuje światu olśniewające jedwabne toalety i kunsztowne strzeliste uczesania, ale w głębi jej serca czai się strach o ciągłość dynastii Burbonów i o własną przyszłość. Od bolesnych początków małżeństwa, przez radość długo wyczekiwanego macierzyństwa, miłość do przystojnego Szweda Axela von Fersena po nieszczęsną aferę naszyjnikową — przez cały okres panowania Maria Antonina usiłuje wznieść się ponad dworskie plotki i intrygi. Jednak niebezpieczeństwo, że francuska monarchia może zostać zmieciona raz na zawsze z powierzchni ziemi, czai się tuż za złoconymi bramami Wersalu. Już wkrótce zapuka do nich śmiertelny wróg.”


Maria Antonina, arcyksiężniczka austriacka, zostaje żoną delfina Francji, Ludwika Augusta. Pomimo mijających wiosen, młoda para wciąż nie skonsumowała małżeństwa, dlatego nad Antoniną wisi groźba powrotu do kraju – dopóki nie urodzi Francji dziedzica, jej pozycja na dworze królewskim jest niepewna. Wkrótce umiera papa król – Ludwik XV, a młody delfin zostaje władcą Francji jako Ludwik XVI. Antonina – teraz jako królowa – postanawia wprowadzić zmiany w Wersalu, co wiąże się z gigantycznymi wydatkami. Nastroje w kraju stopniowo się pogarszają, gdyż coraz więcej ludzi boryka się z biedą, a rozrzutność młodej królowej, przejawiająca się m.in. w pięknych toaletach i organizowaniu nowych rozrywek, nie sprzyja pozytywnemu nastawieniu do dworu królewskiego. Niegdyś witana z honorami Maria Antonina powoli staje się obiektem kpin i nienawiści. Czy Austriaczka podoła obowiązkom władczyni?

Z historii wiemy, jak zakończyło się panowanie Ludwika XVI i Marii Antoniny, lecz ta wiedza nie przeszkodziła mi w sięgnięciu po powieść autorstwa Juliet Grey. Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon to druga część doskonale skonstruowanej serii powieści historycznych, w których autorka z niezwykłą skrupulatnością i wyczuciem maluje przed czytelnikiem obraz życia na dworze królewskim w XVIII wieku. Świetne oddanie realiów tamtych czasów, a przede wszystkim wyśmienite wręcz studium psychologiczne młodej królowej sprawiły, że podczas lektury poczułam się tak, jakbym naprawdę przebywała na dworze Burbonów jako jedna z bardzo bliskich przyjaciółek Antoniny.

Kreacja głównej bohaterki i jednocześnie narratorki powieści, Marii Antoniny, jest stanowczo największym atutem powieści. W Antoninie zachodzi drastyczna zmiana – zmiana, którą świetnie udało się wychwycić autorce książki. O ile w części pierwszej (Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu) Antonina była słodką dziewczyną, którą wrzucono na głęboką wodę (czyli na obcy dwór i do obcego łoża), przez co wzbudzała w czytelniku współczucie i sympatię, o tyle tutaj możemy obserwować tę gorszą stronę austriackiej arcyksiężniczki, będącą niewątpliwie wynikiem zbyt wielkiej presji, jaką na niej wywierano. Maria Antonina to postać tragiczna – jej młody wiek, narzucone konwenanse (często doprawdy absurdalne), odpowiedzialność i jasno postawiony wymóg urodzenia dziedzica na pewno nie wpłynęły na nią zbyt dobrze. Nie zamierzam jej ani bronić, ani krytykować, lecz nie ukrywam, że jej zachowanie nierzadko mnie irytowało, przez co moja sympatia do bohaterki dramatycznie zmalała. Poza tym Antonina, zamiast zaufać matce i jej radom, chciała być panią swojego losu – doskonale widać to w przytaczanych przez Juliet Grey listach pomiędzy matką a córką. Strzałem w dziesiątkę okazała się także narracja pierwszoosobowa w wykonaniu Antoniny, która zbliża nas do bohaterki i jeszcze pełniej pozwala zrozumieć jej sytuację (choć pojawiają się także fragmenty narracji trzecioosobowej, ale dotyczą tych wydarzeń, w których Antonina nie brała udziału). Ukoronowaniem świetnej i szalenie realistycznej kreacji jest doskonale dobrana okładka książki – młoda kobieta w pięknej sukni, która przymierza się do zjedzenia ciastka jest kwintesencją tego, jak widziano w tamtych czasach Marię Antoninę.

Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon to wciągająca opowieść o jednej z najbardziej znanych kobiet w historii. To książka, która trzyma w napięciu do ostatniej strony, wzbudza niepokój o losy Antoniny i jej bliskich, a jednocześnie w bardzo malowniczy i rzetelny sposób pokazuje realia życia na dworze królewskim w XVIII-wiecznej Francji. Choć doskonale wiem, jak ta opowieść się zakończy, to i tak z niecierpliwością oczekuję na ostatni tom trylogii – jestem pewna, że otrzymam solidną, dobrze nakreśloną i pozbawioną wyolbrzymień historię. Z drugiej strony muszę podtrzymać moje zarzuty, które pojawiły się przy lekturze pierwszego tomu – w powieści pojawia się wiele francuskich określeń, które nie zawsze są tłumaczone, co momentami utrudnia lekturę. Także język, jakim posługuje się narratorka, niestety nie jest stylizowany na dawny. Nie zmienia to jednak faktu, że Juliet Grey pięknie i wyjątkowo realistycznie przedstawiła historię Francji w przededniu Wielkiej Rewolucji. Dlatego drugi tom serii o Marii Antoninie otrzymuje ode mnie ocenę 5/6. Szczerze polecam!

Original: Days of Splendor, Days of Sorrow
Wydawca: Bukowy Las
Data wydania: 13.09.2013
Ilość stron: 392
Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Bukowy Las!

Moja recenzja tomu pierwszego: Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu

13 września 2013

FRAGMENT: "Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon" Juliet Grey

Dziś, tj. 13 września 2013, swoją premierę ma drugi tom trylogii o Marii Antoninie autorstwa Juliet Grey. Miałam przyjemność poznać pierwszą część serii (moja recenzja tytułu Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu do przeczytania TUTAJ) i przyznaję, że z niecierpliwością oczekuję chwili, gdy sequel powieści trafi w moje ręce ;) Oczywiście wrażeniami z lektury podzielę się z Wami niezwłocznie!

A póki co mały prezent od wydawnictwa Bukowy Las, czyli fragment drugiej części dzieła Juliet Grey :) Polecam!

Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon
Juliet Grey
BUKOWY LAS
Ilość stron: 392
Tłumaczenie: Beata Długajczyk

Paryż, rok 1774. Młodziutka, zaledwie osiemnastoletnia Maria Antonina wstępuje na tron u boku swego męża, równie młodego Ludwika XVI. Monarchini prezentuje światu olśniewające jedwabne toalety i kunsztowne strzeliste uczesania, ale w głębi jej serca czai się strach o ciągłość dynastii Burbonów i o własną przyszłość.

Od bolesnych początków małżeństwa, przez radość długo wyczekiwanego macierzyństwa, zakazaną miłość do przystojnego Szweda Axela von Fersena po nieszczęsną aferę naszyjnikową — przez cały okres panowania Maria Antonina usiłuje wznieść się ponad dworskie plotki i intrygi. Jednak niebezpieczeństwo, że francuska monarchia może zostać zmieciona raz na zawsze z powierzchni ziemi, czai się tuż za złoconymi bramami Wersalu. Już wkrótce zapuka do nich śmiertelny wróg.

FRAGMENT:

LA MUETTE, 21 MAJA 1774


– Moje kondolencje z powodu śmierci Jego Wysokości, Wasza Wysokość.

– Wasza Wysokość, wyrazy współczucia z powodu śmierci Jego Wysokości.

– Votre Majesté, niech mi wolno będzie wyrazić najszczersze kondolencje z powodu odejścia Jego Majestatu Ludwika XV.

Podstarzałe arystokratki w czarnych spódnicach rozpiętych na szerokich paniers i z mocno uróżowionymi twarzami po kolei podchodziły do mnie i do mojego męża – a ich nowego króla, Ludwika XVI – aby wyrazić nam swoje współczucie. W żałobnych strojach wyglądały niczym stado ponurych wron.

Od dwóch tygodni rządziliśmy Francją, pełni radosnej nadziei, ale też i smutku.

Ludwik szczerze opłakiwał zmarłego monarchę, swojego grand-père. Co do zasuszonych świętoszek (collets-montées, jak zwykłam je nazywać), które tego popołudnia tak gorliwie cisnęły się do nas, stojących w wykładanym w czarno-białą szachownicę westybulu pałacyku myśliwskiego La Muette, to każde ich słowo, kiedy składały nam kondolencje i życzyły szczęśliwego panowania, wydawało mi się równie fałszywe, jak wymalowane na ich policzkach rumieńce. Nawet jeśli kiedyś rzeczywiście kochały zmarłego monarchę, to ich uczucie wygasło już dawno temu. Z kolei mojego męża nie szanowały i nie wierzyły, że będzie umiał dobrze rządzić.

– Permettez-moi de vous offrir mes condoléances, j’en suis desolée – zachichotałam pod osłoną wachlarza, przedrzeźniając szczebiotliwe głosy podstarzałych elegantek. – Doprawdy nie rozumiem, jak ktoś, kto przekroczył trzeci krzyżyk, ma śmiałość pokazywać się jeszcze na dworze – rzuciłam lekko w stronę mojej oddanej przyjaciółki i damy dworu, Marii Teresy Ludwiki de Savoie-Carignan, księżnej de Lamballe. Ja sama miałam zaledwie osiemnaście lat, więc trzydziestolatki wydawały mi się niemal Matuzalemami.

Wprawdzie leciwe damy wyglądały przekomicznie, ale w dobry nastrój wprawił mnie nie tylko ich widok. Moja radość miała jeszcze inną przyczynę – taką, której nie ośmieliłabym się wyznać nikomu, nawet mężowi. Tak naprawdę dopiero dzisiaj, kiedy przyjmowaliśmy zwyczajowe kondolencje szlachty, dotarło do mnie, że papa król naprawdę umarł. Wizja wspaniałości, które miały stać się naszym udziałem, była oszałamiająca. Wyczekiwałam ich niecierpliwie, nerwowe napięcie maskując śmiechem i kpinami.

Sześćdziesiąt lat nakładania różu niemal wyżłobiło dziury w pomarszczonych policzkach diuszesy d’Archambault. Kiedy zginała kolana w ukłonie, miałam wrażenie, że słyszę skrzypienie stawów. Pomyślałam, że bez pomocy pewnie nie da rady się wyprostować, po czym szybko przygryzłam wargę, ale było już za późno. Z moich ust wydobył się stłumiony chichot.

– Wasza Wysokość, proszę przyjąć wyrazy współczucia po śmierci króla, który był... który był... – tu diuszesa popadła w głęboką zadumę. – Il était si noble, si gentil – dokończyła wreszcie z przejęciem.

– Vous l’avez détesté! – mruknęłam do księżnej de Lamballe. – Nie znosiła starego króla, ponieważ odmówił temu niedojdzie, jej synowi, promocji wojskowej. Taki szlachetny, taki łaskawy – zaświergotałam, kiedy diuszesa odeszła.

– Wasza Wysokość, nie przystoi, aby władczyni pokpiwała sobie z osób starszych i niższych rangą – zabrzmiało za moimi plecami. Dobrze znałam ten głos, więc nawet nie musiałam się odwracać. Należał do hrabiny de Noailles, mojej dame d’honneur, a kiedy byłam jeszcze delfiną – de facto guwernantki i opiekunki. Jako najmłodsza córka cesarzowej Marii Teresy w wieku zaledwie czternastu lat przybyłam do Wersalu, aby zaślubić delfina. Nie byłam wówczas odpowiednio wyedukowana, by sprostać wymaganiom tak świetnego mariażu, i w krótkim czasie musiałam się jeszcze bardzo wiele nauczyć. To właśnie hrabina wprowadzała mnie w arkana sztywnych dworskich rytuałów, przez co z miejsca ochrzciłam ją Madame Etykietą. Przez cztery ostatnie lata nie było dnia, żebym nie usłyszała od niej reprymendy za uchybienia względem protokołu.

Po mojej prawej stała księżna de Lamballe, a tuż obok niej inne damy. Nasze szerokie spódnice dyskretnie skrywały markizę de Clermont-Tonnerre, która siedziała na podłodze, ponieważ zrobiło jej się słabo. W pewnej chwili usłyszałam czyjś stłumiony chichot. No tak, markiza nieodmiennie potrafiła nas rozbawić komicznymi minami i wywracaniem oczu.

– Kogo tam ukrywacie? – zainteresowała się hrabina de Noailles. Moje damy popatrzyły po sobie, ale żadna nie odważyła się otworzyć ust.

– La marquise de Clermont-Tonnerre est tellement fatiguée – rzuciłam sucho.

– Trudno. Takie zachowanie z pewnością nie jest comme il faut. Podczas oficjalnych przyjęć wszyscy powinni stać.

Odsunęłam się lekko.

– Madame la marquise, zechce pani wstać – powiedziałam łagodnie. Podtrzymywana przez dwie damy markiza dźwignęła się z trudem. Jej czoło lśniło od potu, wydatny brzuch wypychał przód szerokiej roby. – Pani zna hrabinę de Noailles, prawda? – podjęłam, kiedy już byłam pewna, że Madame Etykieta zauważyła jej brzemienność. – Mesdames, jak do tej pory nie dane mi było zostać matką, chociaż codziennie podczas mszy modlę się o ten cud. Mam nadzieję, że kiedy zostanę pobłogosławiona łaską macierzyństwa, zdrowy rozsądek weźmie pierwszeństwo przed nakazami protokołu. Obiecuję, że jako królowa zadbam o to. Na razie, skoro nie ma tu taboretu, może pani na powrót usiąść na podłodze, a ja i pozostałe damy osłonimy panią przed krytycznymi spojrzeniami innych – zakończyłam, podając markizie chusteczkę, aby mogła otrzeć czoło.

Po przeciwnej stronie westybulu stał Ludwik, a przed nim, w długim rzędzie, dworzanie pragnący mu złożyć kondolencje. Wielu z nich przyciskało do twarzy chusteczki, ale tylko oczy mojego męża były autentycznie wilgotne. Przez chwilę przyglądałam się tej scenie, po czym ponownie odwróciłam się do hrabiny de Noailles. Teraz niemal dorównywałam jej wzrostem, a poza tym nie byłam już niesfornym dzieckiem, oddanym jej pod opiekę. Jedna matka, karcąca mnie za każde, nawet najmniejsze przewinienie, wystarczała mi w zupełności. Nie potrzebowałam nikogo w jej zastępstwie.

– Pani i pani mąż, hrabia, służyliście Francji długo i wiernie – powiedziałam chłodnym tonem. – Przez wiele lat poświęcaliście się bez wytchnienia, nadszedł więc czas na congé. Mąż i ja oczekujemy, że przed upływem tygodnia opuścicie dwór i udacie się do waszej wiejskiej posiadłości w Mouchy.

Madame Etykieta zrobiła się biała niczym obłuskany ze skórki migdał. Nie mogła przecież przeciwstawić się królowej Francji. Nikt nie mógł.

– Nową dame d’honneur zostanie księżna de Lamballe – dodałam. Wierna przyjaciółka popatrzyła na mnie ze zdumieniem i delikatnie się zarumieniła. Nie zdążyłam jej uprzedzić. Któż jednak bardziej od niej zasługiwał na to wyróżnienie?

Hrabina de Noailles opuściła powieki i skłoniła się głęboko.

– Służenie Waszej Wysokości było dla mnie zaszczytem – powiedziała z godnością, jak zwykle opanowana. Jedynie lekkie drżenie w głosie zdradzało jej prawdziwy stan ducha. Przez ułamek chwili pożałowałam wypowiedzianych słów. A przecież czekałam na ten moment bardzo długo. Odtąd sama będę decydowała o tym, co jest, a co nie jest comme il faut, przynajmniej w moim bezpośrednim otoczeniu. Patrząc na hrabinę de Noailles, sunącą przez westybul w stronę króla, aby i jemu złożyć kondolencje, wyobraziłam sobie, że oto posępna burzowa chmura ścigająca mnie od pałacu do pałacu – od Wersalu przez Compiègne aż do Fontainebleau – wreszcie znika z horyzontu, pozostawiając czyste lazurowe niebo.

Kiedy wstąpiliśmy na tron i zadośćuczyniliśmy wymaganym obrządkom żałobnym, czym prędzej uciekliśmy z miejsca, w którym zmarł Ludwik XV. Pierwsze dziewięć dni panowania spędziliśmy w położonym nad Sekwaną uroczym château de Choisy w oczekiwaniu na oczyszczenie z zarazy niezliczonych komnat Wersalu. Teraz niecierpliwie wypatrywałam powrotu do pałacu. Nikt z żyjących nie pamiętał czasów, kiedy królowa Francji była czymś więcej niż tylko dynastyczną marionetką. Obecności Marii Teresy, hiszpańskiej infantki poślubionej Królowi Słońce, nie zauważano prawie wcale. Całe dnie spędzała w swoich komnatach, w otoczeniu dam dworu i karłów, popijając czekoladę i grając z nimi w karty. Losem poddanych nie przejmowała się wcale. Kiedy jej doniesiono, że ludzie głodują, bo nie mają chleba, powiedziała, że przecież mogą jeść ciastka. Tego wszystkiego dowiedziałam się od abbé Vermonda, który przygotowując mnie do małżeństwa z delfinem, zadbał także o to, abym poznała historię moich poprzedniczek na tronie francuskim. Łagodny, mądry ksiądz Vermond towarzyszył mi później do Wersalu jako mój lektor i opiekun duchowy, nigdy też nie przestał być moim zaufanym przyjacielem.

Maria Teresa Hiszpańska zmarła prawie sto lat temu. Kiedy żyła, całkowicie usunęła się z życia publicznego, ułatwiając Ludwikowi XIV szukanie rozkoszy w ramionach innych kobiet. To królewskie metresy, a nie nudna, pospolita królowa decydowały o tym, co jest, a co nie jest modne na dworze.

Moja bezpośrednia poprzedniczka, Maria Leszczyńska, żona Ludwika XV, zmarła dwa lata przed moim przybyciem do Wersalu. Była córką króla polskiego, któremu przyszło żyć na wygnaniu. Urodziła Ludwikowi wiele bezużytecznych córek i tylko jednego syna – ojca mego męża – który zmarł, nie doczekawszy się korony. Podobnie jak wcześniej Maria Teresa, wiodła cichy żywot w odosobnieniu, prowadząc się bez skazy, podczas gdy u boku władcy pojawiały się kolejne maîtresses en titre. Nikt nie zwracał uwagi na suknie i koafiury królowej. Modę dyktowała madame la marquise de Pompadour, a po niej madame du Barry. Ostatnia faworyta Ludwika XV nie miała już rywalki w postaci królowej. Konkurować z nią mogłam tylko ja – ale to mi się nie udało. Pozbawiona pewności siebie, pełna obaw, że uczynię fałszywy krok, próbująca za wszelką cenę zdobyć uczucie nieśmiałego męża, niepotrafiącego się przemóc, aby skonsumować nasz związek, zmarnowałam mnóstwo czasu, pozwalając madame du Barry umocnić swoje wpływy na dworze i w sercu papy króla. Poniosłam porażkę i maman bardzo nad tym bolała.

Odtąd jednak wszystko miało być inaczej. Nigdy więcej nie zawiodę pokładanych we mnie nadziei. Maman już się mną nie rozczaruje. Francja także nie. Po śmierci królewskiego kochanka madame du Barry została odesłana do klasztoru, więc jej poplecznicy musieli pogodzić się z tym, że w wersalskich komnatach nie widują już jej wystawnych toalet i nie słyszą sprośnych żartów.

Kondolencje składane przez szlachtę w La Muette oznaczały koniec pełnej żałoby. Kiedy ostatnia z leciwych dam podniosła się z ukłonu, monarcha i ja wyszliśmy na dziedziniec, gdzie czekała królewska kareta. Siedząc w złocistym powozie, jechaliśmy do Wersalu, gdzie mieliśmy oficjalnie rozpocząć panowanie. Choisy było naszym czyśćcem. Teraz podążaliśmy prosto do nieba.

[Przeł. Beata Długajczyk]

Zaciekawieni? ;)

15 marca 2013

"Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu" Juliet Grey

Obdarzona bardzo licznym rodzeństwem i dorastająca pod bacznym okiem dominującej cesarzowej Austrii dziesięcioletnia Maria Antonina wie, że pewnego dnia jej idylliczne dzieciństwo dobiegnie końca, a ona sama zostanie złożona na ołtarzu politycznych ambicji matki.

Nie przypuszcza tylko jednego — że ten dzień nastąpi tak szybko. Zanim jednak z rodzinnego Wiednia, gdzie czas upływa jej na radosnych zabawach z siostrami, wyruszy do lśniącego przepychem, rozplotkowanego Wersalu, musi przejść całkowitą przemianę, by Francuzi uznali ją godną objęcia roli delfiny i poślubienia dziwnego, nieśmiałego, zaledwie o dwa lata od niej starszego chłopca, którego przeznaczeniem jest zasiąść na tronie jako Ludwik XVI. Czy znajdzie w sobie dość siły, przebiegłości i determinacji, by stać się prawdziwą władczynią?”


Maria Antonina, jedna z najniezwyklejszych kobiet w historii, od najmłodszych lat wychowywana była w poszanowaniu dla decyzji podejmowanych przez jej matkę – cesarzową Austrii – Marię Teresę z Habsburgów. Kiedy – jako dziecko jeszcze – Antonina otrzymała propozycję poślubienia delfina Francji, nie mogła wiedzieć, co ją czeka w niedalekiej przyszłości. Maria Teresa natomiast upatrywała w tym mariażu niezwykłych korzyści politycznych i postanowiła dołożyć wszelkich starań, by jej najmłodsza córka prezentowała się godnie jako królowa. Tak rozpoczyna się bolesny proces „przepoczwarzania” małej Antoniny w młodą, godną tronu oblubienicę króla Francji...

Juliet Grey stworzyła cudowną historię, która w niezwykle malowniczy i poetycki sposób pokazuje nie tylko dzieje Marii Antoniny, lecz także obrazuje realia życia na dworze Habsburgów i Burbonów, tym samym prezentując czytelnikowi codzienność ówcześnie żyjących ludzi, ich przyzwyczajenia, zachowania czy poglądy. W ów doskonałej w formie i wyrazie biografii nie sposób jednoznacznie ocenić, czy mamy do czynienia z niepodważalnymi faktami historycznymi czy zręcznie poprowadzoną fikcją literacką. I choć z historii znamy dzieje młodej arcyksiężniczki austriackiej i doskonale wiemy, jaki będzie finał tej opowieści, to i tak z zapartym tchem śledzimy losy małej dziewczynki, która nagle musi z dziecka stać się godną króla młodą damą.

Opowieść poprowadzona została w narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia Marii Antoniny – dzięki temu jeszcze lepiej poznajemy tę słodką, niewinną dziewczynkę, której życie nagle staje na głowie. Antonina opowiada z prostotą i ufnością o swoim życiu, realistycznie przedstawiając nie tylko realia życia w XVIII wieku, ale także z rozbrajającą szczerością mówi o swojej rodzinie i własnych obawach oraz słabościach. Poznajemy ją jako dziesięcioletnie dziecko, które lubi psocić i z całego serca kocha swoich bliskich, a w szczególności starszą siostrę Karolinę, z którą w niedalekiej przyszłości przyjdzie jej się rozstać. Jednocześnie bohaterka pokazuje nam świat arystokracji, politycznych intryg i układów, w którym wartością kobiety jest przede wszystkim (a może tylko i wyłącznie?) piękne oblicze i płodne łono. Myślę więc, że niejeden czytelnik poczuje swego rodzaju litość dla arcyksiężniczki – oto młoda panna wystawiona na sprzedaż przez własną matkę – złożona w ofierze na ołtarzu politycznej gry. Nie ukrywam, że osobiście byłam pełna współczucia dla Antoniny, bowiem bardzo ją polubiłam.

Dużym plusem polskiego wydania pierwszej części trylogii Juliet Grey jest cudowna okładka – to dzięki niej tak naprawdę zwróciłam uwagę na publikację Bukowego Lasu. I choć nigdy nie interesowałam się postacią Marii Antoniny, to jednak wydaje mi się, że modelka przedstawiona na okładce idealnie pasuje do tej roli – poznając opowieść Austriaczki, dokładnie tak sobie ją wyobrażałam. Minusem natomiast będzie mnogość francuskich i niemieckich słówek, które pojawiają się w tekście i które nierzadko nie miały tłumaczenia. Poza tym – jak na fikcję historyczną – język, jakim posługiwali się bohaterowie, wbrew pozorom nie był zbyt stylizowany na dawny. Zabrakło mi więc przysłowiowego „dopiętego ostatniego guzika”.

Maria Antonina. Z Wiednia do Wersalu to pierwsza część napisanej z rozmachem trylogii o pięknej, inteligentnej i intrygującej królowej Francji, którą kochały i nienawidziły miliony. To diabelnie dobrze napisana książka o potrzebie akceptacji, dążeniu do doskonałości, zagubieniu, tęsknocie i miłości. Z całą pewnością będzie to powieść idealna nie tylko dla entuzjastów dziejów Marii Antoniny, ale także dla każdego, kto lubi lekkie w wydźwięku i łatwe do przyswojenia opowieści historyczne, które w całkowicie niespodziewany sposób potrafią przenieść czytelnika w dawne czasy – tu na dwór Habsburgów, a później Burbonów. Dlatego też szczerze polecam absolutnie oszałamiającą lekturę o pięknej Austriaczce i osobiście – głodna kolejnych wyśmienitych opowieści z ust Antoniny – z niecierpliwością oczekuję na kontynuację trylogii. I oczywiście daję w pełni zasłużoną ocenę 5+/6!

Original: Becoming Marie Antoinette
Wydawca: Bukowy Las
Data wydania: 1.02.2013
Ilość stron: 392

Za tę cudowną lekturę dziękuję wydawnictwu Bukowy Las! <3