Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

07 kwietnia 2017

„Fantastic Beasts and Where To Find Them” reż. David Yates


Chyba nikogo z moich Czytelników nie zdziwi stwierdzenie, że jestem totalnym potterhead. Kocham uniwersum stworzone przez J. K. Rowling! Książki o Harrym Potterze to lektury, do których wracałam najwięcej razy, a ekranizacje powieści znam na pamięć. Nie mogłam więc odpuścić sobie poznania kolejnej historii ze świata magów – historii Newta Scamandera i jego magicznych stworzeń. Czy mi się podobało? I to jak! Choć opowieść o Newcie jest całkowicie inna, klimat pozostaje ten sam – obezwładniający, magiczny, stworzony dla potterowych geeków takich jak ja. 

Przede wszystkim podoba mi się to, jak otwiera się historia Newta. Muzycznie rozpoczęcie Fantastycznych zwierząt nawiązuje do HP, by za chwilę – wraz z pojawieniem się tytułu – przejść w motyw przewodni nowej opowieści. Dla potteromaniaka to szalenie ważne, że tak drobnym akcentem obie historie zostają ze sobą związane. Owszem, pojawiają się odniesienia do Hogwartu, wspomina się Albusa Dumbledore'a i jednym z głównym bohaterów jest sam Grindelwald, wciąż jednak nie można zapomnieć, że to odrębna opowieść – dzieje się nie tylko wiele lat przed HP, ale także na innym kontynencie, bo w Ameryce. Główny bohater – Newt – przybywa do Nowego Yorku z walizką pełną magicznych stworzeń i tym samym ściąga na siebie uwagę amerykańskiego ministerstwa magii. Co gorsza – kilka bestyjek ucieka z walizki i Newt musi je jak najszybciej odnaleźć! Tym bardziej, że miasto nawiedza nieznana niszczycielska siła i ktoś może oskarżyć jego stworzenia o sianie zamętu na ulicach NY. 


Powiem tak – Eddie Redmayne w roli Newta jest po prostu niesamowity! Zakochałam się w tej kreacji już w pierwszych sekundach filmu. To taki typ introwertyka kochającego magiczne stworzenia ponad wszystko na świecie, trochę jak czarodziejski obrońca zwierząt. Jego gesty, zachowanie i ta niezwykła dobroć bijąca z postaci przykuwają uwagę i sprawiają, że nie sposób go nie polubić. Ale nie tylko Eddie zasługuje na pochwałę! Niesamowicie spodobała mi się rola Colina Farrella, ten facet jest jakby stworzony do swojej postaci! No i filmowy nie-mag (mugol), czyli pan Kowalski – ta jego mimika i reakcje na magiczne wydarzenia są kapitalne, śmiałam się z niego do łez. W sumie dzięki tej postaci w filmie nie brakuje dobrego humoru, a niektóre sytuacje są absolutnie przezabawne.


Oczywiście nie można zapomnieć o tytułowych fantastycznych bestiach. Nie ukrywam, że wyobraźnia Rowling, jak i twórców filmu, jest po prostu nie do opisania! Choć na razie poznaliśmy tylko garstkę czarodziejskich stworzeń, wszystkie niesamowicie mi się podobały. Oczywiście niuchacz zdobywa tutaj pierwsze miejsce (za każdym razem, gdy wspominam scenę przy witrynie sklepowej w 49. minucie filmu, nie mogę przestać się śmiać). No i nieśmiałkowi Pickettowi także udało się zdobyć moje serce – też bym chciała takiego przyjaciela!


Choć w filmie nie brakuje słabszych momentów i – jak wspomniałam – konwencja tej opowieści jest zupełnie inna od przygód Harry’ego Pottera, warto zauważyć, iż w realiach Fantastycznych zwierząt magia wcale nie traci na swoim uroku i historia nie odbiega kunsztem od znanych przygód młodego czarodzieja z Hogwartu. Może to kwestia czasów trwania akcji – lata 30. w USA wydają się dobrym wyborem dla rozwoju wypadków. Do tego należy pochwalić dobrą ścieżkę dźwiękową – choć nic nie pobije muzyki do ostatniej części HP, i tu odnajduję wiele pięknych melodii, do których chętnie wracam i które budują klimat. Nie wszystko w Fantastycznych zwierzętach jest w pełni wyjaśnione i kończąc seans, pozostajemy z kilkoma pytaniami bez odpowiedzi, ale podobno mają powstać kolejne części przygód Newta, zatem liczę tutaj na rozwinięcie wielu wątków. Pokładam także duże nadzieje w Johnnym Deppie, który wcieli się w rolę niebezpiecznego maga – oby nie zawiódł tych oczekiwań! Mam nadzieję, że poznamy także kolejne wspaniałe stworzenia, także te, które już widzieliśmy w filmach o Harrym Potterze. A więc nie muszę Wam chyba mówić, że Fantastyczne zwierzęta bardzo mi się spodobały. Myślę, że nie należy oceniać tej opowieści przez pryzmat znanych nam przygód Pottera – to mimo wszystko dwie całkowicie odrębne historie, których wspólnym mianownikiem jest cudowny świat magii i czarodziejstwa. Oraz siła przyjaźni – bo właśnie to zyskał główny bohater, gdy trafił na obcy kontynent. A przyjaźń i miłość to największa magia na tym świecie, o czym na pewno wiedzą fani HP. Z niecierpliwością oczekuję kolejnej odsłony serii, a tym, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać Fantastycznych zwierząt, polecam seans – naprawdę warto!

PS Za każdym razem po obejrzeniu filmu ze świata wykreowanego przez Rowling czuję się jak Kowalski:


A Wam podobał się film? Kto jeszcze nie widział, musi szybko nadrobić tę zaległość :)

29 marca 2017

"Filmy na doła", czyli produkcje, które pomagają w kryzysowych momentach

Chyba każdy z nas ma swoje ulubione produkcje, do których chętnie wraca i które zwyczajnie potrafią poprawić humor? Ja też takie mam. Za każdym razem, kiedy jestem w dołku albo zwyczajnie nie mam ochoty na nic nowego, sięgam po sprawdzone filmy, przy których zawsze się dobrze bawię i które podnoszą mnie na duchu. ZAWSZE. Oto piątka moich ulubieńców.

Oświadczyny po irlandzku (Leap Year, 2010)

Na pierwszym miejscu od wielu lat utrzymuje się Leap Year. Ten film jest po prostu genialny! Dwójka głównych bohaterów nie mogłaby się bardziej od siebie różnić, a jednak… Niesamowita, romantyczna opowieść, świetna muzyka i piękne, irlandzkie krajobrazy. Tysiąc razy tak!


Ja cię kocham a ty śpisz (While you were sleeping, 1995)

Drugie miejsce zajmuje dosyć stary film z Sandrą Bullock w roli głównej. Pamiętam, że obejrzałam ten film jako mała dziewczynka i jakoś niespecjalnie mnie zainteresował. Jednak pół roku temu odkryłam jego magię i od tamtego czasu wracam do niego nieustannie, zwłaszcza w gorszych dniach. Choć akcja rozpoczyna się w Boże Narodzenie, można tę historię oglądać o każdej porze roku. Ale do tego polecam kubek gorącej czekolady i wygodny fotel. 


Dziennik Bridget Jones (Bridget Jones’s Diary, 2001)

Och, czasem sama jestem taką Bridget – nieogarniętą babą, która ciągle pakuje się w tarapaty. Jak tu nie pokochać tej szalonej Angielki? Opowieść o pannie Jones towarzyszy mi od wielu, wielu lat. I za każdym razem bawię się przy tym filmie tak samo dobrze. Kolejne części też są cudowne (ta ostatnia naprawdę mnie zaskoczyła, bardzo dobre babskie kino!), ale do pierwszej produkcji zawsze będę miała największy sentyment. Kocham Bridget!


Narzeczony mimo woli (The Proposal, 2009)

I kolejny film z Sandrą, do którego wracam tak chętnie. Jest coś w tej opowieści, co mnie do niej przyciąga. Zwyczajnie lubię wracać do tego filmu – przystojny Ryan, piękna Sandra, Alaska i powoli rodzące się uczucie pomiędzy ludźmi, którzy teoretycznie różnią się od siebie tak diametralnie. Ale to nie tylko opowieść o romansie, to także opowieść o domu, o więzach rodzinnych i wzajemnym zrozumieniu. Warto znać.


Dziś 13 jutro 30 (13 going on 30, 2004)

Przez wiele lat (będąc nastolatką) katowałam ten film do porzygu. I choć teraz troszkę przystopowałam z oglądaniem historii Jenny i Matta, wciąż jest to jeden z tych filmów, do których wracam w chwili kryzysu czy dołka. Pozytywna, nieco zakręcona historia o pragnieniach i pogrzebach, niosąca ze sobą naprawdę ważne przesłanie. Pewnych rzeczy jednak w życiu nie można cofnąć, warto więc pomyśleć zawczasu. To absolutnie niesamowita opowieść okraszona świetną muzyką!


Ojej, czyżby wszystkie moje "filmy na doła" okazały się komediami romantycznymi? UPS xD Znacie te tytuły? Jeśli nie, szczerze je Wam polecam :) Do których filmów najchętniej wracacie? 

30 stycznia 2016

"Zjawa" Michael Punke & "The Revenant" reż. Alejandro G. Iñárritu

„W roku 1823 trzydziestosześcioletni Hugh Glass zaciąga się do oddziału formowanego przez Kompanię Futrzarską Gór Skalistych, który wyrusza na niebezpieczną wyprawę przez dziewicze, niezbadane terytoria. Pewnego dnia zostaje straszliwie poturbowany przez niedźwiedzia grizzly i oddany pod opiekę dwóch ludzi z oddziału – Johna Fitzgeralda, bezwzględnego najemnika oraz młodego Jima Bridgera. Gdy do ich obozowiska zbliżają się Indianie, Fitzgerald i Bridger pozostawiają Glassa na pastwę losu. Co gorsza, zabierają rannemu broń i całe wyposażenie – wszystko to, co dawałoby mu jakąś szansę na samodzielne przeżycie. Opuszczony, bezbronny i wściekły, Glass składa samemu sobie obietnicę, że przetrwa. I że dokona zemsty.”


Trudno nie zauważyć, że wzmożone w ostatnim czasie zainteresowanie powieścią Michaela Punke wiąże się z premierą zagrodzonego Złotymi Globami filmu Alejandro G. Iñárritu o tym samym tytule. I ja sięgnęłam po tę historię ze względu na planowany seans – chciałam móc porównać literacki pierwowzór z filmową adaptacją. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że filmowa wersja historii Hugh Glassa jest tak inna od powieści, a jednocześnie jak doskonałą przeciwwagę dla siebie stanowią oba te obrazy! 

Nie czytuję takich książek. Zjawa była więc moim pierwszym spotkaniem z chłodną, pozbawioną romantyzmu i nadmiernego wzruszenia prozą, w której dominuje typowa dla czasów i miejsca rozgrywającej się akcji precyzja opisów oraz realizm i potworność sytuacji, w jakiej znalazł się główny bohater. Kontrastem dla mocnej, sugestywnej historii jest malowniczość i lekkość, z jaką Michael Punke rysuje przez oczami czytelnika obraz dzikich ostępów nieznanych terenów dawnej Ameryki Północnej. Czające się na każdym kroku niebezpieczeństwo i strach o bohatera, którego nie sposób nie polubić i któremu nie sposób nie współczuć sprawiają, że książkę można pochłonąć w jeden wieczór. Autor nie oszczędza naszych nerwów – starając się z dostępnych materiałów historycznych odtworzyć historię żyjącego na początku XIX wieku Hugh Glassa, kreuje pasjonującą opowieść drogi – drogi ku życiu, zemście i odkupieniu. Hugh Glass, pozostawiony – umierający i bez broni – przez swoich kompanów w środku dziczy, poprzysięga zemstę i nie spocznie, nim nie ujrzy na swoich dłoniach krwi zdrajców. Lecz czy to tylko historia o zemście? Niezupełnie. To także historia o harcie ducha. O odwadze. O walce wbrew wszystkiemu. O woli życia ponad wszystko inne. 

Michael Punke opowiada o przetrwaniu w dziczy w taki sposób, jakby był jednym z XIX-wiecznych traperów. Jego bardzo przekonująca narracja, nierzadko szokujące, krwawe i wzbudzające nieprzyjemne odczucie opisy walki, umierania, polowań i poszukiwania bezpieczeństwa w miejscu, gdzie nie można czuć się bezpiecznym nawet przez chwilę, zdają się składać na niezwykły, oryginalny poradnik survivalowy. Nie ukrywam, że byłam przerażona i zafascynowana światem, który pokazał mi w swojej książce. Może dlatego więc tak bardzo mnie zachwyciła – surowość tej historii, a przy tym jej prawdziwość pochłonęła mnie totalnie i nie wypuściła aż do ostatniej strony. Wiem, że ta lektura nie każdemu przypadnie do gustu. Z drugiej strony nigdy w życiu nie posądziłabym siebie o to, że zafascynuje mnie historia pokroju Zjawy. Mogę więc powieść Michaela Punke polecić osobom głodnym nowych wrażeń oraz tym, którzy poszukują mocnej, wciągającej historii. Podczas podróży u boku Hugh Glassa nie ma mowy o nudzie!

Original: The Revenant: A Novel of Revenge
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 2014
Ilość stron: 476
Przeł. Przemysław Hejmej
Moja ocena: 5+/6


The Revenant – reż. Alejandro G. Iñárritu

źródło

Z obrazem Alejandro G. Iñárritu chciałam zapoznać się od chwili, gdy w sieci pojawił się pierwszy zwiastun filmu. I to nie tylko ze względu na Leonarda DiCaprio, który wcielił się w rolę legendarnego trapera. Coś w tym filmie powiedziało mi – wbrew wszystkiemu, co wiem o samej sobie i o swoim guście – że będzie to seans tak inny, że wręcz dla mnie zaskakujący. I był. W filmowej wersji Zjawy postawiono na pewien romantyzm – liryczny wydźwięk historii Glassa oraz powód, dla którego postanowił zemścić się na zdrajcach ze swojej grupy, jest nieco bardziej złożony od tego w książce. Filmowcy postawili na emocje, podczas gdy Punke w swojej historii skupił się na surowej, męskiej opowieści o przetrwaniu i zemście. Historia z filmu jest bardziej… uduchowiona. Iñárritu stawia na symbole, na uczucia. A jakież uczucie mogłoby być silniejsze od uczucia rodzica do swego dziecka? Zjawa według meksykańskiego reżysera to opowieść o poszukiwaniu ukojenia, o ogromnym bólu i stracie. Filmowa historia Glassa mimowolnie chwyta odbiorcę za serce i sprawia, że z niepokojem obserwujemy jego drogę ku sprawiedliwości, tak pełną niebezpieczeństw i bólu. A jednocześnie nasłuchujemy i obserwujemy. Bo historia – jak wspomniałam – pełna jest symboli. To historia człowieka, który każdym swoim oddechem zaprzecza temu, co wydawało się być tak nieuniknione. Ten oddech właśnie – tak doskonale zaakcentowany w zwiastunach, a później także w filmie – ma ogromne znaczenie. Leniwe, dla niektórych być może nudne kadry, chwile spokoju, jakby zmuszające nas do zadumy, także nie są przypadkowe. Można odnieść wrażenie, jakby Iñárritu chciał nam coś powiedzieć, ale nie robi tego, licząc na naszą refleksję. Podoba mi się to, że – jak na hollywoodzkie kino – w Zjawie nie dostajemy prostych odpowiedzi. Nikt nie wali nas po twarzy oczywistościami, nikt nie mówi nam, jak mamy myśleć i w którą stronę kierować wzrok. Być może dlatego wyszłam z kina tak zachwycona – ten seans mnie nie zmęczył, nie znudził, a wręcz pobudził każdą moją komórkę do odczuwania. I choć film jest tak diametralnie różny od książki, to jednak odnajduję w kinowym obrazie wiele bardzo luźnych odniesień i przekształceń wątków z powieści Punke. I uważam, że warto poznać książkę przed obejrzeniem filmu – choćby dla satysfakcji, że wiemy, jak „było naprawdę”.

źródło

Na koniec jeszcze dwie kwestie – filmowa kreacja Glassa i muzyka. W internetach aż roi się od memów i życzeń fanów, by Leonardo DiCaprio w końcu dostał Oscara. Czy za postać Hugh Glassa należy mu się takie wyróżnienie? Owszem. Wielu złośliwców powie, że Leonardo nie namęczył się przy swojej roli – nic bardziej mylnego. Choć w grze aktora próżno szukać hollywoodzkiego patosu i przesadnych wzruszeń, potrafił on doskonale wczuć się w rolę człowieka, któremu odebrano wszystko, człowieka, który żyje tylko dla zemsty. Może to kwestia mojej wrażliwości, nie wiem, lecz muszę przyznać, że tak bardzo współczułam bohaterowi, że nie widziałam już Leonarda – widziałam Glassa, człowieka, który naprawdę cierpi. DiCaprio dzięki wykreowanej przez siebie postaci potwierdził, że jest artystą zasługującym na ogromne wyróżnienie, bowiem umiał całym sobą wcielić się w bohatera Zjawy, a wręcz stać się nim. 

Oczywiście kilku panów także zasłużyło na wyróżnienie – Tom Hardy doskonale wczuł się w rolę sukinsyna, a Will Poulter – jak na swój młody wiek – naprawdę poruszył mnie swoją kreacją. Brawo! 

No i muzyka – tak sprytnie wpleciona w dźwięki natury, w bezkres dziczy, że momentami niezauważalna, a jednak tak inna od „typowych” ścieżek dźwiękowych. Nic w tym dziwnego – twórca OSTa, Ryūichi Sakamoto (ten sam, który skomponował ścieżkę do sławnych Wichrowych wzgórz z 1992 roku) to mistrz niejednoznaczności, tajemnicy ukrytej w dźwiękach i emocji, które potrafią uderzyć w odbiorcę w najmniej oczekiwanym momencie. Zamiłowanie do eksperymentów, muzyki elektronicznej i ambientu, widoczne w twórczości kompozytora, tutaj dają o sobie znać z niezwykłą mocą. Oj tak, muzyka do Zjawy to czysty majstersztyk!

Film dostaje ode mnie maksymalną ilość gwiazdek w serwisie Filmweb.pl
A Leonardo otrzymuje serduszko ;) 



PS Jestem bardzo ciekawa, czy wyjdzie reżyserska wersja filmu – kilka scen zostało usuniętych z kinowego hitu, a ja bardzo chciałabym je poznać ;) 

22 października 2015

Filmy, które chciałabym obejrzeć znów po raz pierwszy

Są takie filmy, które chciałoby się obejrzeć jeszcze raz po raz pierwszy – filmy ukochane, takie, które "nigdy nam się nie znudzą", najlepsze z najlepszych. Mam kilka takich filmów, które uwielbiam oglądać wciąż i wciąż. Wiele bym dała, by móc je zobaczyć ponownie pierwszy raz –poczuć ten dreszczyk emocji, tę niepewności, śledzić losy bohaterów z zapartym tchem. Oto moja lista sześciu filmów, które chciałabym ponownie odkryć (kolejność chyba przypadkowa):

Seria Harry Potter 


Ten wybór chyba nikogo nie dziwi ;) W sumie najbardziej chciałabym zobaczyć znów po raz pierwszy Księcia Półkrwi i obie części Insygniów Śmierci. Przedwczoraj znowu zrobiłam sobie seans potterowy i oglądałam te ostatnie części do późnej nocy. Za każdym razem zachwycam się ekranizacjami, wzruszam, płaczę i śmieję się przez łzy, ale pierwszego wrażenia nic nie zastąpi. 

Władca Pierścieni


Ach, ile bym oddała, by móc znów po raz pierwszy zobaczyć Legolasa, znów się w nim zakochać i śledzić jego losy z zapartym tchem. Ileż bym dała, by znów po raz pierwszy zapłakać przy Evenstar i wstrzymywać oddech przy decydującej bitwie w Powrocie Króla! Cała trylogia do obejrzenia po raz pierwszy! <3

Dziennik Bridget Jones


Niby zwykła komedia romantyczna, ale uwielbiam ją ponad wszystkie inne. Perypetie Bridget mogę oglądać non stop – zarówno pierwszą część, jak i W pogoni za rozumem. Chciałabym móc obejrzeć obie adaptacje znów po raz pierwszy, by jeszcze raz zachwycić się Colinem i śledzić z zapartym tchem losy głównej bohaterki. To takie emocjonujące!

Piraci z Karaibów 3 - Na krańcu świata


Lubię wszystkie części Piratów z Karaibów, ale tę trzecią ukochałam najbardziej – najbardziej ze względu na Willa i zaskakujący finał. Niezapomniane emocje podczas pierwszego oglądania tej części – chciałabym to powtórzyć!

Północ i Południe


Kiedy oglądałam ten serial po raz pierwszy i na ekranie pojawił się John Thornton, wstrzymałam oddech. Dosłownie! A potem nie mogłam się odkleić do komputera – musiałam wiedzieć, co będzie dalej, śledziłam każde słowo i gest głównego bohatera, i nie mogłam się doczekać finału. Chciałabym móc to przeżyć jeszcze raz! <3

Patriota


To chyba mój ulubiony film kostiumowy – serio! Nigdy mi się nie znudzi, mogę go oglądać ciągle i ciągle, i za każdym razem ryczę w kilku strategicznych momentach. Mel Gibson zachwycił mnie tu swoją grą! Pamiętam moje wrażenia po obejrzeniu historii Benjamina Martina po raz pierwszy – totalny szok i zachwyt. Wiele bym dała, by móc powtórzyć tamten pierwszy seans.

A Wy macie swoje filmy, które chcielibyście obejrzeć ponownie po raz pierwszy?

09 sierpnia 2015

"Mały Książę" reż. Mark Osborne

To będzie moja pierwsza recenzja napisana od bardzo długiego czasu, w dodatku podyktowana emocjami, więc proszę o wyrozumiałość :)


„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.”

Z niecierpliwością oczekiwałam na premierę Małego Księcia, choć zaczęło się niewinnie – pierwsze newsy o zwiastunie jakoś nie przyciągnęły mojej uwagi, miałam chyba za dużo na głowie, by poświęcić chwilę na zakodowanie tej informacji. Ale ostatecznie dotarło do mnie, że ekranizacja pojawi się w kinach już w sierpniu, więc obejrzałam trailer. I przepadłam…


„Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś.”

Cieniutką książeczkę pt. Mały Książę przeczytałam pierwszy raz chyba setki lat temu. Nie wiem, jak odbierają tę opowieść inni, ale ja musiałam dojrzeć, by zrozumieć zawarty w niej przekaz. Dlatego jestem zachwycona faktem, że ekranizacja nie spłyciła historii Małego Księcia, a nawet wydobyła z niej uniwersalne prawdy, które powinien poznać każdy człowiek. Ja do tego seansu podeszłam bardzo osobiście – moje życiowe doświadczenia być może pozwoliły mi w pełni docenić historię i, mam nadzieję, wyciągnąć z niej to, co najcenniejsze. Na pewno wyszłam z kina bogatsza duchowo. Wiem, że żaden film nie nauczy człowieka wrażliwości, ale na szczęście ja na brak wrażliwości nie narzekam i szczerze współczuję tym, którzy są jej pozbawieni. Mały Książę uczy jednak czegoś innego – pokory. 


„- Na pustyni jest się trochę samotnym. 
- Równie samotnym jest się wśród ludzi.”

Antoine de Saint-Exupery stworzył dzieło, które zawsze wywołuje we mnie smutek i wprowadza w jakiś nostalgiczny nastrój. Podobnie stało się z ekranizacją – większość seansu przepłakałam, przez resztę starałam się być silna, bo przecież nie wypada tak pociągać nosem przez cały film. Są takie momenty, kiedy trudno jest powstrzymać łzy i nie mówię tu tylko o ostatnich scenach. Myślę, że każdy będzie tę opowieść odbierał inaczej – według tego, co już ma w sobie. Podoba mi się to, że reżyser podszedł do ekranizacji bardzo refleksyjnie – filmowa historia Małego Księcia świetnie przedstawia problem współczesnego świata i tego, w jakim kierunku zmierza ludzkość. Ale to nie koniec – historia pokazuje też, że niestety często dorastamy zapominając o tym, co w życiu powinno być najważniejsze. Dlatego tym mocniej doceniam naukę, którą wyniosłam dzięki tej historii.


„Decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez.”

Nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej w kinie i ani jednej łzy wypłakanej tego wieczoru. Mały Książę to ponadczasowa, uniwersalna opowieść o poszukiwaniu istoty człowieczeństwa, miłości i stracie. I nie rozdzielam tu filmu od literackiego pierwowzoru. Choć warto podkreślić przy okazji oceny ekranizacji, że animacja jest przepiękna, obłędna, jedyna w swoim rodzaju, zaś muzyka wprowadza w niezwykły, magiczny świat (autorem jest Hans Zimmer!). Od strony technicznej to niewątpliwie jedna z najpiękniejszych animacji w historii kina. Uważam więc, że Mały Książę powinien być filmem obowiązkowym i każdy powinien zobaczyć tę ekranizację choć jeden raz – nie tylko ze względu na walory estetyczne, ale także, a może przede wszystkim, ze względu na naukę, jaką w sobie niesie. Polecam Wam tę animację z całego serca!








Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl

20 listopada 2014

Premierowy pokaz "The Hunger Games. Mockingjay Part 1"!

źródło















Osiemnastego listopada tego roku w warszawskim Cinema City odbyła się oficjalna premiera pierwszej części Kosogłosa. Wówczas 1200 osób mogło jako pierwsi obejrzeć długo wyczekiwaną kontynuację Igrzysk Śmieci. Ja i mój chłopak (który dostał zaproszenie na ową premierę) byliśmy wśród tych osób :) Dlatego też dziś podzielę się z Wami moimi wrażeniami po seansie.

Jak zapewne wiecie, bardzo emocjonalnie podchodzę do wszystkich ekranizacji książek Suzanne Collins. Można było się o tym przekonać przy okazji moich recenzji Igrzysk Śmierci oraz W pierścieniu ognia. Chciałabym więc, by i tym razem, oceniając Kosogłosa, moja recenzja była pełna emocji i zachwytów. Obawiam się jednak, że dziś będzie troszkę na chłodno i zwięźle.
Bo w zasadzie Kosogłos. Część 1 to dwugodzinny trailer faktycznego Kosogłosa, którego zobaczymy dopiero za rok. Historia pokazana na ekranie jest niesamowicie spójna z poprzednimi ekranizacjami, za co możemy szczerze podziękować ekipie filmowej oraz reżyserowi, którym jest Francis Lawrence (ten sam od W pierścieniu ognia). Gra aktorska także usatysfakcjonuje odbiorcę, zwłaszcza w przypadku Jennifer, która z każdą kolejną częścią filmową udowadnia, że lepszej Katniss nigdzie byśmy nie znaleźli. Jej zagubienie, strach i determinacja, by ratować Peetę oraz wszystko to, co znamy z kart powieści, aktorka pokazała w iście mistrzowski sposób. Poza znanymi nam twarzami, pojawia się także kilku nowych bohaterów związanych z Dystryktem 13. Każda z tych postaci wnosi coś istotnego do filmu i pozwala tej nieco smutnej opowieści płynąć w zawrotnym tempie. Bo choć nie mamy tu jeszcze właściwej akcji, a historia przepełniona jest strachem i powolnym dojrzewaniem Katniss do roli kosogłosa, to jednak dwugodzinny film przelatuje widzowi przed oczami niesamowicie szybko. Ani razu nie ziewnęłam podczas seansu, co uważam za ogromny sukces. Ale ani razu się także nie wzruszyłam, nie zachwyciłam. No dobra, jest jeden taki moment, kiedy Katniss wyrusza do swojego domu w Dystrykcie 12 (ale więcej nie zdradzę, sami musicie to zobaczyć). I to wszystko.

źródło

Nie da się ukryć, że podzielenie fabularnie spójnej książki na dwie części filmu to trudne zadanie. Ale i tu ekipa filmowa poradziła sobie świetnie. Finał części pierwszej Kosogłosa jest po prostu szokujący i pozostawia widza z rozdziawioną buzią. A jednak spodziewałam się takiego zakończenia, skąd więc moje zaskoczenie? Po raz kolejny odpowiedź jest prosta  wspaniali aktorzy. 

Chciałabym móc Wam napisać "Biegnijcie koniecznie do kina na ten film". Oj, no w sumie to napisałam ;) Ale nie mogę Wam napisać, że jest to najlepsza część z dotychczasowo nakręconych ekranizacji. Bo nie jest i raczej nie ma szans, by to się zmieniło. Kosogłos to ZAPOWIEDŹ tego, co czeka nas w drugiej części. To przedsmak wspaniałej uczty kinomana, wprowadzenie do poruszającej i pełnej dramatyzmu historii walki o wyzwolenie Panem. Dlatego uważam, że pełną recenzję Kosogłosa będzie można stworzyć dopiero za rok. Kiedy połączymy obie części jednego tytułu, wówczas niewątpliwie wyłoni się nam niesamowite dzieło kinowe, które zadowoli każdego fana powieści Collins oraz każdego konesera dobrego kina. Ale póki co Kosogłos. Część 1 to taka "cisza przed burzą".


Original: The Hunger Games: Mockingjay Part 1
Premiera w Polsce: 21 listopada 2014 / na świecie: 10 listopada 2014
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig
Na podstawie powieści Suzanne Collins


26 czerwca 2014

"The Fault in Our Stars" reż. Josh Boone


Szczerze mówiąc nie planowałam wyjścia do kina na ekranizację książki Greena. Wyszłam z założenia, że mam swoje wyobrażenie tej historii, a poza tym swoje już wypłakałam przy lekturze i mi to wystarczy. Ale potem Dzosefinn namówiła mnie, bym jednak wybrała się na seans – żeby zobaczyć „jak wyszło”. No i wyszło… doskonale. Ale nim przejdziecie do czytania mojej opinii, proszę włączyć sobie tę piosenkę. Jest piękna.

Nie będę Wam przybliżała historii Hazel i Augustusa – odsyłam tutaj do powieści Johna Greena, którą warto poznać przed obejrzeniem filmu. Jednak te osoby, które książki nie znają a mimo to chcą iść do kina zapewniam, że bez problemu odnajdą się w historii Hazel – film jest wiernym odtworzeniem literackiego pierwowzoru (co widzimy i słyszymy nawet w dialogach), za co jestem bardzo wdzięczna ekipie filmowej, bo nie znoszę nadinterpretacji i przeinaczeń (tak często spotykanych w ekranizacjach bestsellerów).


Kiedy pojawiły się pierwsze słuchy o planach nakręcenia ekranizacji i ogłoszono, kto zagra główne role, byłam zawiedziona – Shailene w ogóle mi nie pasowała do roli Hazel. Jakże się pomyliłam! Od pierwszych minut seansu wiedziałam już, że jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Także Ansel w roli Augustusa okazał się strzałem w dziesiątkę – jego mimika, zachowanie, poczucie humoru, pogoda ducha i zabawne teksty na przemian wywoływały we mnie śmiech i wzruszenie. Jednak tym, co podobało mi się w tej dwójce najbardziej, okazały się emocje, które potrafili oddać swoją grą. Ich miłość była wręcz namacalna – uwierzyłam w tę historię tak, jakby była prawdziwa, jakbym znała Hazel i Augustusa, jakby żyli i kochali się naprawdę… Rozłożyli mnie tym na łopatki!

Na uwagę zasługuje także Laura Dern, która zagrała matkę Hazel. Jej gra wywołała we mnie wiele uczuć – w końcu to ona jest matką nieuleczalnie chorej dziewczyny. I chyba nie będę jedyną osobą, która pomyślała a co by było, gdyby to moje dziecko...?

Nie jestem pewna, w którym dokładnie momencie na moim policzku pojawiła się pierwsza łza. Ale później łzy towarzyszyły mi do końca seansu. Co więcej – wszystkie panie na sali kinowej w pewnym momencie wyciągnęły chusteczki i wyraźnie dało się słyszeć pochlipywania i pociąganie nosem. Tak moi Drodzy, Gwiazd naszych wina potrafi rozczłonkować emocjonalnie każdego i w każdym wieku! I nawet fakt, że znam fabułę, nie uchronił mnie przed tymi uczuciami – wzruszeniem, rozpaczą, a w ostateczności bezbrzeżną pustką.

Czasem myślę sobie, że takie filmy powinny być zabronione. Bo człowiek idzie do kina i wychodzi z niego w kawałkach. Po co z rozmysłem chodzić na seanse, na których wszyscy płaczą? Po co robić sobie taką krzywdę? Och powiem Wam! Aby czuć. Aby czuć, że żyjemy – że nie jesteśmy nieczuli i źli, i aby przekonać się, że czyjeś nieszczęście nas dotyka i zmusza do przemyśleń, a w konsekwencji pozwala poznać tę drugą stronę – ludzi, którzy walczą z nieuleczalną chorobą, dla których każdy kolejny dzień jest cudem, bo przecież za chwilę mogą umrzeć, pozostawiając po sobie pustkę i smutek w sercach najbliższych im osób. Takie historie pokazują również, że ludzie chorzy nie chcą litości – chcą żyć normalnie, chcą być traktowani poważnie, a nie jak jajka, które w każdej chwili mogą ulec rozbiciu. W takich chwilach zadajemy sobie pytanie o to, jak my zachowujemy się wobec ludzi chorych. Albo jak my byśmy się czuli, będąc chorymi.

Gwiazd naszych wina to film, który okazał się doskonałym dopełnieniem powieści Johna Greena – piękna historia spisana na kartach papieru otrzymała wspaniałą, filmową oprawę, doskonałą obsadę i została ubrana w całą paletę emocji, które trudno nawet opowiedzieć słowami. Nie da się tego opisać inaczej – ekranizacja powieści Greena okazała się idealna. Po prostu. Spełniła wszystkie moje oczekiwania, ba! dała nawet więcej. I co najważniejsze – zostanie ze mną na długo. Bardzo długo.

Reżyseria: Josh Boone
Produkcja: USA
Premiera: 6 czerwca 2014 (Polska) 16 maja 2014 (świat)
Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber
Muzyka: Mike Mogis, Nate Walcott

Trailer z polskimi napisami:


I przepiękna piosenka Eda Sheerana napisana specjalnie do tego filmu:


Wszystkie piosenki ze ścieżki dźwiękowej do przesłuchania TUTAJ :)
Moja recenzja książki Johna Greena do przeczytania TUTAJ :)
Wszystkie zdjęcia zawarte w tym tekście pochodzą ze strony filmweb.pl

Na koniec jeszcze raz dziękuję Dzosefinn za wspólny seans i za wspólnie uronione łzy :)

22 grudnia 2013

Przedpremierowo: "The Hobbit: The Desolation of Smaug" reż. Peter Jackson


Kilka dni temu (17 grudnia) mój chłopak sprawił mi piękny prezent – zabrał mnie na warszawską prapremierę filmu Hobbit. Pustkowie Smauga. Nie ukrywam – czekałam na ten film z niecierpliwością, bowiem pierwsza część ekranizacji szalenie mi się spodobała (o czym przeczytacie TUTAJ). Hobbit. Pustkowie Smauga to kontynuacja przygód Bilbo Bagginsa i jego krasnoludzkiej kompanii, która wyrusza do Samotnej Góry, by odbić stolicę krasnoludów ze szponów smoka i przywrócić na tron królestwa prawowitego władcę, czyli Thorina Dębową Tarczę. To tak bardzo w skrócie – jeśli ktoś z Was nie zna fabuły, odsyłam do powieści Hobbit, czyli tam i z powrotem. A teraz słów kilka o moich wrażeniach z seansu.

Pierwsza część Hobbita spodobała mi się m.in. dlatego, że była bardzo ściśle powiązana z literackim pierwowzorem – poza kilkoma mocniej rozbudowanymi wątkami akcja przebiegała dokładnie tak, jak opowiedział ją Tolkien. Kiedy więc w ekranizacji drugiej części pojawiły się nie tylko nowe wątki, ale i dodatkowa (bo wymyślona przez filmowców) postać elfickiej wojowniczki, byłam nieco zaskoczona tym pomysłem. I niestety po obejrzeniu filmu stwierdzam, że obok zaskoczenia czuję okropny niesmak, gdyż poza nadprogramową bohaterką dodano także cały hollywoodzki, kiczowaty klimat, który odebrał dziełu Jacksona to, co dotychczas tak bardzo kochałam – niepowtarzalny nastrój. Widzieliście Władcę Pierścieni? W tym filmie można wyczuć niesamowitą atmosferę, tak charakterystyczną dla filmów tworzonych z pasji. W sequelu Hobbita w oczy rzuca się dążenie twórców ekranizacji do nadmiernej widowiskowości, dodatkowo wzbogaconej o dylematy sercowo-moralne, w znacznym stopniu skupiające się właśnie w postaci nadprogramowej elfki. Czy ten film naprawdę nie poradziłby sobie bez kobiety strzelającej z łuku? Czy powieść Tolkiena jest tak ułomna, że trzeba ją poprawiać? Panie reżyserze, proszę się ogarnąć! 

Z drugiej strony muszę przyznać, że Pustkowie Smauga jest niezwykle dopracowane pod względem technicznym – efekty specjalne robią piorunujące wrażenie, widać dokładność w oddaniu każdego szczegółu oraz niesamowity rozmach w kreacji przedstawionego świata. Już teraz krytycy oceniają, że ta część jest lepsza od pierwszej. Rzeczywiście są takie momenty, które zachwycają ponad wszelką miarę – widowiskowe sceny walk, wspaniała charakteryzacja, świetna scenografia oraz efekty specjalne po prostu wbijają widza w fotel i wciągają w niezwykłą podróż u boku krasnoludzkiej kompanii. Kiedy jednak spojrzeć na film jako całość, nie mogę się pozbyć wrażenia, że wkradło się tu coś niepokojącego – wspomniana wcześniej typowa dla hollywoodzkiego kina maniera przerysowywania wątków i wplatania tandetnego dramatyzmu połączonego z tanim, nieco groteskowym humorem. Powiem wprost – niektóre momenty mnie po prostu irytowały, a kilka scen z chęcią bym wycięła. Co więcej – kilka razy złapałam się na tym, że z niecierpliwością oczekuję na zakończenie filmu, co nigdy wcześniej przy ekranizacjach dzieł Tolkiena mi się nie przytrafiło! Pomijając, że po wyjściu z kina byłam w szoku – autentycznym szoku – że nie jestem zachwycona tym, co chwilę temu obejrzałam. A chciałam być zachwycona! Chciałam czuć to, co czułam po premierze pierwszej części Hobbita! Niestety nie tym razem…

 (Są takie sceny, które po prostu zapierają dech :))

Nie mogę powiedzieć, że film mi się zupełnie nie podobał, wszak robi spore wrażenie i dobrze się go ogląda. Niewątpliwie widzowie będą zachwyceni kunsztem wykonania i wizją filmowców oraz doskonałymi efektami specjalnymi (smok jest doskonały!). W sumie to jestem nawet zadowolona z tego, że miałam okazję zobaczyć Pustkowie Smauga – od strony technicznej nie mam się do czego przyczepić, a i możliwość ponownego spotkania z ulubionymi bohaterami była dla mnie wystarczającym powodem, by wybrać się do kina. Gdyby tylko pozbyć się tej dziwnej maniery i pozwolić dziełu Tolkiena obronić się samemu bez dodawania nadprogramowych elementów... Ale jak to mówią: „nie można mieć wszystkiego”. Dlatego czekam na ostatnią część Hobbita – liczę na to, że odnajdę w finalnej ekranizacji tę pasję, którą dotychczas wyróżniały się filmy Petera Jacksona. Zaś Hobbit. Pustkowie Smauga dostaje ode mnie ocenę 4/6.

(W tej części pojawia się nasz stary przyjaciel z ekranizacji Władcy Pierścieni Legolas . Niestety nawet dobra charakteryzacja nie zdołała ukryć różnicy wieku aktora, Orlando Blooma. „Hobbitowa” wersja Legolasa jest mroczna i nieprzystępna.)

 

(Ja przed seansem ;))

Strona filmu na FILMWEB.PL

20 listopada 2013

Przedpremierowo: "The Hunger Games: Catching Fire" reż. Francis Lawrence


Na początku chciałabym podkreślić, iż poniższy tekst nie jest zapowiedzią filmu The Hunger Games: Catching Fire (W pierścieniu ognia), lecz jego recenzją, zatem czytacie ją na własną odpowiedzialność! ;)
 
Miałam przyjemność obejrzeć przedpremierowo Catching Fire i nie ukrywam, że było to dla mnie niesamowite przeżycie. Tak, jak w przypadku pierwszej części ekranizacji, i na tę część czekałam z niecierpliwością, choć bardzo ostrożnie podchodziłam do wszelkich spotów i fragmentów filmu udostępnianych w sieci – nie chciałam „psuć” sobie premierowego, pełnego seansu. 


Tym, co przede wszystkim odczujemy przy oglądaniu filmowych przygód Katniss jest dobre oddanie literackiego pierwowzoru – otrzymujemy obraz bez większych odstępstw od oryginału, co pozwala nam uznać sequel The Hunger Games za ekranizację przez duże E (co podkreślałam już w recenzji pierwszej części). Drugą istotną kwestią jest spójność The Hunger Games i Catching Fire – historia nie jest w żaden sposób „rozerwana” – zarówno stylistyka, jak i klimat pozostają takie same, choć Catching Fire jest dziełem innego reżysera – Francisa Lawrence’a (pierwszą część wyreżyserował Gary Ross). Plusem dla CF będzie pewne „ulepszenie” zastosowane przy przedstawianiu krwawych scen – niezbyt fortunna „drgająca” kamera z części pierwszej znika na rzecz świetnych efektów specjalnych, które poniekąd maskują fakt, iż stricte widoku krwi w CF jest tak naprawdę zaskakująco mało. Nie zmienia to jednak wydźwięku historii – strach i niebezpieczeństwo czają się na każdym kroku, a okrucieństwo Kapitolu nabiera nowego wymiaru – początek buntu, który został przedstawiony w jednej z ostatnich scen Igrzysk Śmierci, teraz przeradza się w poważny konflikt. Francis Lawrence nie boi się pokazać, zgodnie z dziełami Collins, metod, jakimi posługuje się prezydent Snow względem swoich obywateli. To wojna – prawdziwa, okrutna, czająca się tuż za rogiem, wchodząca do domów niewinnych ludzi. 


Muszę przyznać, że pomimo znajomości fabuły, film trzymał mnie w niewyobrażalnym napięciu, a momentami autentycznie mnie zaskakiwał – może dlatego, że niektórych wątków po prostu nie pamiętałam. Niestety pojawiła się też spora rysa na obrazie stworzonym przez Lawrence’a – przerysowano jeden z wątków, który w książce był subtelniejszy, kreowany bardziej na gruncie domysłów czytelników. Przy trzeciej części ekranizacji na pewno ten zabieg umożliwi filmowcom na wydobycie większego dramatyzmu podejmowanych przez bohaterów decyzji i pozwoli na bardziej obrazowe przedstawienie sytuacji (zapewne fani powieści Collins już się domyślają, o którym wątku mówię, a jeśli nie – na pewno zorientujecie się przy oglądaniu filmu). I jeszcze jeden malutki minus – nie da się ukryć, że samo zakończenie powinno być dramatyczniejsze. Tu także tych ostatnich kilka sekund ekranizacji pozostawiam Waszej ocenie.


Do gry aktorskiej przyczepić się nie mogę – aktorzy, których znamy z pierwszej części ekranizacji, ponownie świetnie oddali charaktery swoich postaci. Także i nowe sylwetki wprowadzonych bohaterów przedstawiono zgrabnie i w miarę zgodnie z pierwowzorem (z kilkoma wyjątkami). Aktorka odtwarzająca rolę Johanny Mason – Jena Malone – moim zdaniem zasłużyła na największe uznanie – jej postać jest autentyczna, żywa, po prostu wycięta z kart powieści. Kolejny bohater, który niewątpliwie wzbudza wiele kontrowersji (zwłaszcza wśród żeńskiej części fanek), czyli Finnick Odair (odegrany przez Sama Claflina, którego wybór do tej roli spotkał się z niemałą ilością negatywnych komentarzy) w filmie przedstawiony został nieco inaczej, niż zakłada pierwowzór. Ciężko doszukać się w tej postaci tego, co w powieści Collins było tak wyeksponowane – na ekranie nie odnajdziemy w nim niepoprawnego Casanovy, nie zobaczymy lowelasa bez spodni. Będzie natomiast ktoś, kto mieści się gdzieś pomiędzy sympatycznym chłopakiem ze ślicznym uśmiechem, a oddanym sprawie facetem. Czas pokaże, jak Sam zostanie oceniony przez fanki książkowego Finnicka. Tymczasem wrócę jeszcze na chwilkę do naszych „starych przyjaciół” – jestem niewyobrażalnie zakochana w Cinnie (postać odegrana przez Lenny Kravitza) oraz Peetcie (w tej roli Josh Hutcherson). Ta dwójka po prostu idealnie nadaje się do swoich ról! Także Donald Sutherland jako prezydent Snow – wcześniej nieco przeze mnie niedoceniony – stworzył postać bardzo realistyczną, która potrafi wzbudzić w widzu najróżniejsze emocje (niekoniecznie te pozytywne). Należałoby także pochwalić Philipa Seymour Hoffmana za rolę Plutarcha oraz niezawodnego Woody'ego Harrelsona (w roli Haymitcha). No i oczywiście filmową Katniss – aktorstwo Jennifer Lawrence, która wcieliła się w rolę „dziewczyny igrającej z ogniem”, a przede wszystkim jej mimika i zaangażowanie są nie do opisania! 


Jak wspomniałam, Catching Fire jest spójny z poprzednią częścią przygód Katniss. To samo tyczy się ścieżki dźwiękowej – James Howard kontynuuje i przekształca znane nam już motywy, które tak bardzo zachwyciły mnie przy części pierwszej. Już teraz wiem, że soundtrack do CF na stałe zagości na mojej liście ulubionych albumów. 


Podsumowując powiem tak: podczas całego seansu trzęsły mi się nogi. Dosłownie! Obejrzenie Catching Fire  było dla mnie – wiernej fanki powieści Suzanne Collins – wspaniałym przeżyciem. Otrzymałam historię Katniss w doskonałej oprawie – obrazie, który mnie przekonał, zachwycił i wywołał wiele emocji. Były takie momenty, gdy powstrzymywanie łez graniczyło z cudem, ale pojawiły się i takie, które mimo wszystko bym zmieniła, dopracowała, może inaczej zaaranżowała. I oczywiście pozbyłabym się tego chorobliwie przerysowanego wątku, o którym wspomniałam wcześniej. Kiedy jednak patrzę na „całość” filmu, a nie na poszczególne sceny, jestem z niego zadowolona. Catching Fire spełniło swoje zadanie – podobnie jak książka, zbudowało podstawę pod ostatnią, najbardziej dramatyczną część opowieści. Przed reżyserem Mockingjay stoi więc niezwykle trudne zadanie – dramatyzm CF zobowiązuje, a wydźwięk powieści Collins jest jednoznaczny – tu nie ma miejsca na taryfę ulgową, to opowieść o wojnie, o poświęceniu, o nadziei... Prawdziwe widowisko więc wciąż przed nami! Za Kosogłosa oczywiście trzymam kciuki (swoją drogą podobno ma zostać rozbity na dwa filmy), a na tę chwilę szczerze Wam polecam ekranizację drugiej części historii o walecznej Katniss Everdeen – wierzę, że podobnie jak ja, nie będziecie zawiedzeni. To kawał naprawdę dobrego, widowiskowego kina! Daję ocenę 5+/6.




Original: The Hunger Games: Catching Fire
Premiera w Polsce: 22 listopada 2013
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Simon Beaufoy, Michael Arndt
Na podstawie powieści Suzanne Collins
Powyższe zdjęcia pochodzą ze strony filmweb.pl

29 czerwca 2013

"Lo Imposible" reż. Juan Antonio Bayona


To miały być niezapomniane święta Bożego Narodzenia. I w rezultacie takie były... Jest rok 2004, kiedy Maria i Henry wraz z trzema synami (Lucasem, Thomasem i Simonem) postanowili wyjechać na święta do Tajlandii. Hotel okazał się doskonały, widoki piękne, a chłopcy byli nowym miejscem totalnie zachwyceni. Radość nie trwała jednak długo. Pewnego poranka, gdy cała rodzina spędzała czas nad hotelowym basenem, świat zamarł. A po chwili wszystko zmiotło gigantyczne tsunami...

Zawsze powtarzam, że nie znam się zbyt dobrze na filmach – odbieram je czysto emocjonalnie. Po Lo Imposible [Niemożliwe], którego reżyserem jest Juan Antonio Bayona, sięgnęłam z kilku powodów: po pierwsze dzięki rekomendacji mojej mamy, bowiem była tym filmem zachwycona. Po drugie ponieważ słyszałam, że podczas kinowych seansów tego tytułu niejeden widz uronił łzę. A po trzecie dlatego, że na polskim plakacie znalazłam rekomendację, która głosi: „W tym filmie wszystko zasługuje na Oskary”. Czy słusznie?

Historia zaczyna się niewinnie – pięcioosobowa rodzina wyjeżdża do ciepłych krajów, by spędzić tam święta. Jest radość, jest beztroska, jest bardzo rodzinnie. Słowem wszystko wygląda cudownie. A jednak podskórnie czujemy napięcie – może dlatego, że wiemy, co się zaraz wydarzy, a może dlatego, że to wszystko wydaje się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Gdy nadchodzi tsunami, akcja zaczyna się naprawdę – zostajemy wciągnięci pod wodę razem z bohaterką (bo to właśnie Maria będzie tą osobą, której towarzyszymy najpierw). Patrzymy na dramat, który rozegrał się naprawdę i całkiem niedawno, bo w 2004 roku. Widzimy zalane plaże, zniszczony hotel, pływające w mętnej wodzie martwe zwierzęta i ludzi, i wiemy, że tak właśnie było. Myślę, że ta świadomość działa na widza najmocniej – ogarnia nas przerażenie i niedowierzanie. Niektórzy może zadadzą sobie pytanie, jak sami zachowaliby się w takiej sytuacji: Czy walczyłbyś z wielką falą, czy pozwolił, by pochłonęła Cię woda? A gdyby od Ciebie zależało życie Twoich bliskich? Samo myślenie o tej tragedii jest wystarczająco wstrząsające, a przecież przejście fali to dopiero początek problemów naszych bohaterów.

W filmie nie zabrakło odpowiedniej muzyki, która potęguje wrażenia odbiorcy i sprawia, że każda scena nabiera wyrazistości. Ponadto niesamowite zdjęcia, świetne ukazanie emocji bohaterów oraz doskonała charakterystyka to elementy, które przyciągają uwagę widza. W obrazie Bayony nie zabraknie też momentów pełnych patosu, a atmosferę grozy odczuwamy już od pierwszych minut seansu. Nie ukrywam, że nie minęło dwadzieścia minut filmu, a ja już miałam łzy w oczach. Przez większość czasu musiałam mieć pod ręką zapas chusteczek – przy takim obrazie strachu, rozpaczy i niezłomności ducha nietrudno o wzruszenie. Płakałam nad losem bohaterów i nad losem wszystkich tych, którzy zginęli podczas tsunami – nie tylko „w filmie”, ale także nad tymi, którzy odeszli dziewięć lat temu.

Niemożliwe to trochę melodramat, trochę film katastroficzny, a trochę dokument. Reżyser posłużył się tu historią prawdziwej rodziny, która przeżyła tragedię – pokazał, że nadzieja trwa nawet wtedy, gdy wszystko inne umiera. Ten film to w moim odczuciu forma upamiętnienia tych, którzy odeszli tak nagle i w tak okrutny sposób. A przecież Tajlandia to tylko jeden z krajów, który ucierpiał podczas trzęsienia ziemi na Oceanie Indyjskim – według oficjalnych danych, liczbę ofiar szacuje się nawet na 120 tysięcy istnień!

Niemożliwe to wstrząsający obraz Tajlandii, która musiała zmierzyć się z ogromną tragedią – to zbiór pięknych i przerażających scen, w których wszystko – od poturbowanych bohaterów po zniszczone domy i wyrwane z korzeniami drzewa – działa na nas niezwykle perswazyjnie. CZUJEMY ból i strach bohaterów, którym towarzyszymy. Ponadto świetna gra Naomi Watts (Maria), Ewana McGregora (Henry) i Toma Hollanda (Lucas) wzmaga odbiór filmu. Uważam, że młodzieniec, który wcielił się w rolę Lucasa, powinien otrzymać nagrodę za swoją grę – dzięki talentowi aktorskiemu potrafił pokazać autentyczne emocje, wczuł się w rolę i stworzył postać prawdziwą. Było mi szalenie szkoda tego chłopca, który nagle, w kilka chwil, musiał dorosnąć i zmierzyć się z tak wielkim dramatem. Osobiście jestem tym obrazem oczarowana – o ile można mówić o byciu oczarowanym tak przerażającą wizją śmierci i zniszczenia. A jednak w tej historii widzę coś jeszcze – hołd dla rodziny, hołd w kierunku rodzicielskiej miłości i braterstwa. To historia o tym, że dla naszych najbliższych jesteśmy w stanie zrobić wszystko.
I tak właśnie powinno być.

Więc gdy ktoś mnie zapyta: „W tym filmie wszystko zasługuje na Oskary”?
Odpowiem: Owszem.
Moja ocena: 6/6!

Zdjęcia dostępne m.in. na stronie filmweb.pl



Oraz trailery:


I na koniec odrobina muzyki:

Original: Lo Imposible
Reżyseria: Juan Antonio Bayona
Scenariusz: Sergio G. Sánchez
Muzyka: Fernando Velázquez 
Produkcja: Hiszpania, USA
Rok: 2012